Jagoda sierpniowa, Jagoda grudniowa

Jagoda sierpniowa, Jagoda grudniowa

Do pracy nad poezją mojej Mamy zmotywowała mnie zasłyszana opowieść. Ktoś – mam nadzieję, osoba dla mnie opatrznościowa – opowiedział mi pośmiertną historię dwóch dusz ratowanych za sprawą modlitwy i umartwień przez nieznaną mi z imienia mistyczkę. Opisywała ona, ze zdziwieniem, że jedna z nich, dusza mordercy i typa raczej niesympatycznego, wciąż się zbliżała do zbawienia, a grzechy, choć ciężkie, jaśniały i bladły pod wpływem jej praktyk pokutnych. Druga dusza należała do pisarza, człowieka pewnie kulturalnego i o wiele sympatyczniejszego niż ów zbrodniarz. Jednakże, mimo starań mistyczki, grzechy na „liczniku” pisarza rosły proporcjonalnie do popularności, jaką cieszyły się jego książki, odwodzące ludzi od Boga i czyniące zło nawet po jego śmierci.

W pierwszym momencie przytłoczyła mnie świadomość odpowiedzialności za każde napisane słowo, jednak pewnie pod wpływem mojego troskliwego Anioła Stróża przyszła inna myśl – budująca i dająca potężny zastrzyk nadziei: A jeśli słowa napisane za życia mogą również oddziaływać pozytywnie i wpływać na los pośmiertny tego, który za życia się nimi posłużył?

Czy pomogą Tej, która wyrywała te słowa prosto z obolałej duszy, by uwieczniać wielkie wydarzenia sierpniowe, lub wtulała się w nie w bólu grudnia, bólu więzienia i osamotnienia, gdy z samozaparciem trzeba było walczyć, aby pozostać Człowiekiem? Może najbardziej wartościowe okażą się te najmniejsze, nie tak znane jak te sierpniowe, drukowane, wydawane, zapamiętane. Te maleńkie, w których moja Mama pisze o odnalezieniu Boga, o radości z uczestnictwa w Wieczerzy Pańskiej. A może pomocne okażą się te słowa, które nigdy nie zostały spisane. Te, które zapisały się w historii jej życia, w naszych rozmowach, które jak pieczęć odcisnęły się na moim życiu.

Niewiele tych spisanych słów mi pozostało. Zaledwie jeden zeszyt. Reszta przepadła podczas kolejnych rewizji, szybkich przeprowadzek i zawirowań życiowych, których nie brakowało podczas mojego wspólnego życia z Matką – wielką, choć tak niepozorną, że mało kto z jej sąsiadów dostrzegł błysk niezwykłości w tej cichej, pracującej w ogrodzie kobiecie, którą była pod koniec swojego życia.

* * *

Kim była Jagoda? Nikt tego nie wiedział do końca.

Ja, najbliższa jej osoba, poznałam zaledwie cząstkę niezmierzonej głębi, tajemnicy istoty ludzkiej, którą była. Była moją Matką. Matką nieprostą i niepospolitą. Matką nieprzewidywalną, pełną niespełnionych pragnień i niewypowiedzianych cierpień. Matką, która wciąż podążając za swoją gwiazdą, wpadała w kolejne otchłanie z zupełnie nadzwyczajnym talentem do samozniszczenia.

Kochała romantyków. Mickiewicz, Słowacki, Norwid… To oni rozpalali jej serce, które płonąc, pchało ją do kolejnego lotu, ku kolejnej gwieździe. Ku kolejnemu spalaniu się z miłości.

Było kilka wielkich gwiazd na firmamencie życia mojej Matki i to podążanie za nimi nadało tak intensywne barwy jej życiu, jednak dominowała szarość codzienności. Dlatego chcę wspomnieć i o tych zwykłych dniach, aby i to słowo – nie spisane, ale wytrawione przez życie – przemówiło za nią u bram raju.

* * *

Moja Matka przyszła na świat na dwa dni przed Wigilią, cztery lata po zakończeniu II wojny światowej, w biedzie powojennych czasów.

Trudny to był okres dla jej rodziców. Ojciec, żołnierz armii Andersa, spadochroniarz i saper, bezpośredni podwładny generała Stanisława Sosabowskiego, podejmował się prac dużo poniżej zdobytego wykształcenia, by tylko utrzymać rodzinę. Dla andersiaków nie było dobrej pracy i życie czteroosobowej rodziny – Jadzia miała dwa lata starszego brata Zdzisława – nie było łatwe. Mieszkając kątem u krewnych, tylko swojemu uporowi i pracowitości zawdzięczali, że nie popadli w nędzę. Rodzice mojej Mamy, moi dziadkowie, byli ludźmi wierzącymi. Wiara była siłą napędową ich życia, jednak trudne powojenne doświadczenia uczyniły z nich ludzi twardych i zamkniętych w sobie.

Moja Mama lubiła się uczyć. Była ciekawa świata. Szczególnie ukochała przedmioty humanistyczne. Był teatr szkolny, pojawiło się harcerstwo. Dwie wielkie pasje i drogi poszukiwań – twórczość i działalność społeczna – obydwie skutecznie torpedowane przez zapracowanych i rozgoryczonych rodziców. Gdy pojawiły się te pierwsze fascynacje, usłyszała więc: „Motyka między nogi i w pole”. Tak wyglądało jej dzieciństwo.

Przeprowadzali się często. Zanim na stałe osiedli w Łęgowie, pojawił się jeszcze jeden brat – Andrzej, który przyszedł na świat w nieco spokojniejszych czasach i zogniskował zainteresowanie rodziców na sobie. „Nigdy nie czułam się kochana ani rozumiana” – mówiła mi po latach moja Matka.

Dużo było buntu w dorastającej Jadzi. Dużo tęsknoty za miłością, której tak mało doświadczyła w domu. Dużo też było cierpienia w życiu dorastającej panny, wciąż tej miłości szukającej i wciąż od życia obrywającej za te namiętne poszukiwania. Szybko zatem się zdecydowała odejść z domu i samodzielnie kształtować swoje ścieżki. Miała niecałe dwadzieścia lat, gdy została żoną i matką. I choć nie okazałam się upragnionym Piotrusiem, moja Mama pokochała mnie całym sercem, bo, jak wspominała, „wreszcie miała kogoś, kogo mogła kochać i kto był tylko jej”. Rozwód z moim ojcem nastąpił równie szybko, jak całe to małżeństwo sklecone naprędce. Żyłyśmy więc we dwie, w oddzielnym mieszkanku, w domu dziadków. Pamiętam, że ja moją Mamę nie tylko kochałam. Ja byłam w niej zakochana!

* * *

Dusza mojej Matki, spragniona miłości i działania, nie znosiła próżni. Pojawił się drugi mąż, pojawiła się też gwiazda, dla której można było zapłonąć. Wstąpiła do partii. Nie było to pójście w układy, wybór jakichś doraźnych zysków. Moja Mama – idealistka – naczytała się życiorysów Janka Krasickiego czy Wandy Wasilewskiej. Przejęta męczeńską i bohaterską postawą pionierów komunizmu i ich bardzo szlachetnymi próbami budowania równości społecznej, oddała się partyjnej działalności sercem i duszą, angażując całą swoją energię. Dość szybko dostrzeżono ten zapał i uhonorowano awansem na sekretarza powiatowego oddziału ZSMP.

Ta fascynacja trwała krótko. Moja Matka wstąpiła do PZPR w 1975 roku, a w roku 1978 trzasnęła przewodniczącemu czerwoną legitymacją w twarz. Gwiazda przestała płonąć czystym blaskiem. Idealistyczne oczy mojej Mamy już się napatrzyły na wszechobecne pijaństwo, machlojki i brudy.

Za swój wyczyn nie tylko przestała dzierżyć „zaszczytny” urząd, ale szybko okazało się, że nie ma dla niej pracy w ogóle. Wilczy bilet był w tamtych czasach wyrokiem ostatecznym.

Moja Mama, aktywna i pracowita, nie potrafiła siedzieć bezczynnie. Dowiedziała się o firmie, która oferowała pracę za granicą. Co prawda firma ta wysyłała do pracy za bliskie granice – państw bloku wschodniego – ale za to po raz pierwszy Mama zarabiała w bonach dolarowych, no i po dłuższym czasie zarabiała w ogóle. Zostałam więc pod opieką dziadków, a Mama pojechała na półroczny kontrakt, który doprowadził do rozpadu jej drugiego małżeństwa.

* * *

Nienawiść do wszystkiego, co czerwone, w tym czasie była już u niej olbrzymia. Wiem, że Polacy pracujący razem z nią toczyli prawdziwe walki o prawo do noszenia medalików czy głośnego wypowiadania poglądów – coś, co dla Czechów w tamtych czasach było nie do pomyślenia.

Wykorzystując znajomości nawiązane podczas pracy w Czechosłowacji, latem 1980 roku wyjechałyśmy na zagraniczne wakacje. W planach miałyśmy dokładne poznanie Pragi i wędrówki po Słowacji. Nie udało się nam ich zrealizować, bo dotarły do nas wieści o „wojnie” w Polsce.

Pojęcie „strajk” niewiele mówiło pracującym za granicą Polakom, ale obrazy czołgów i zamieszek na ulicach, jakie roztaczano po drugiej stronie południowej granicy, były im znane. Wracałyśmy do kraju z wielkim niepokojem. To, co ujrzałyśmy na dworcu w Gdańsku, potwierdzało, że jakaś „wojna” toczy się istotnie.

* * *

Nie jeździły tramwaje ani autobusy. Kolejki na postojach taksówek nie przypominały już kolejek, a istne oblężenie. Z wielkim trudem dotarłyśmy do oddalonego około 20 kilometrów Łęgowa. Moja Mama jednak zobaczyła na horyzoncie swoją supernową. Już wiedziała, do czego tęskniła przez te wszystkie lata, czego nie znalazła pod czerwonym sztandarem, który przykrywał całą masę plugastwa. Jeszcze tego samego dnia, sobie tylko znanym sposobem, przedostała się do odciętego od świata Gdańska. Z różami, hojnie naciętymi w ogródku babci, znalazła się pod bramą nr 2 Stoczni im. Lenina, za wszelką cenę gotowa dołączyć do strajkujących robotników. Prosiła: „Weźcie mnie na strajk”. Przekonywała: „Popatrzcie, jak sobie palce poraniłam, zrywając dla was te róże”. Nie była jednak w tym czasie pracownicą stoczni i dobre chęci nie wystarczały.

Pomógł jej szczęśliwy traf. Stała pod bramą długo, aż pojawił się tam dobrze znany wąsaty jegomość z mikrofonem w ręku. Mówił o strajku, o tym, ile osób i zakładów wciąż się przyłącza, aż na koniec podał wiadomość dla mojej upartej Rodzicielki najważniejszą – otóż, „wykończyła się kolejna maszynistka i potrzebny jest ktoś biegle piszący na maszynie”.

…Oj, był taki ktoś. Moja Mama rzuciła się w stronę Lecha Wałęsy z takim entuzjazmem, że aż się zaśmiał i czym prędzej przeprowadził energiczną blondynkę przez bramę stoczni, a tym samym wprowadził ją w to wielkie wydarzenie.

Była to już końcówka strajku. Ostatnie cztery czy pięć dni, ale moja Mama jako świeża siła, wyspana, wypoczęta, działała nieprzerwanie, przepisując, redagując i pracując jak wół, aż nastąpił taki krytyczny moment, kiedy co innego jej dyktował strajkowy kolega Tomasz Moszczak, co innego powtarzała za nim moja mama, a jeszcze co innego znajdowało się na zadrukowanej kartce. Zaliczyła wtedy chlubne spanie na krzesłach, na styropianie, jak rasowy stoczniowiec, i znów do pracy…

Młoda 31letnia Jadzia, już wtedy nazywana przez kolegów Jagodą, nigdy nie była tak zmęczona i tak szczęśliwa jak wtedy, gdy rodziła się świeża i czysta, upragniona „Solidarność”! Szczęśliwa, gdy się okazało, że gwiazda, za którą pobiegła tym razem, świeci czystym i pięknym światłem. Dla tej gwiazdy można było płonąć z miłości.

* * *

Moi dziadkowie nierozumiejący zbyt wiele z tych wielkich spraw, pochowani w skorupach wyrosłych z lęku i ciężkich życiowych doświadczeń, przywieźli mnie pod bramę stoczni z nakazem „przemówienia Mamie do rozumu”. Miała natychmiast wracać do dziecka.

Nie pamiętam, czy miałam zamiar to zrobić, czy nie, choć nie jest to wykluczone, jeśli wziąć pod uwagę, że miałam niewiele ponad 11 lat i uwielbiałam przebywać z moją Mamą, a z dziadkami nie bardzo. Jednak musiało mi się udzielić coś z atmosfery panującej pod stocznią – a może był to wpływ rozmowy z moją wręcz płonącą uniesieniem Mamą – bo podniosłam dłoń w charakterystycznym geście Wiktorii i powiedziałam na odchodne: „Nie martw się, Mamuś, zwyciężymy!”.

Właśnie to wydarzenie spod bramy i wzruszenie Piosenką dla córki Krzysztofa Kasprzyka sprawiło, że moja Mama napisała wiersz mi zadedykowany – Ewiemojej 12letniej córce. Stał się on znany, był wielokrotnie drukowany w różnych tomikach poezji strajkowej, niedawno został umieszczony w pięknej serii dołączonej do „Gazety Wyborczej” poświęconej strajkowi sierpniowemu i opisującej go dzień po dniu. W tej samej gazecie znalazł się również artykuł pt. Dwie słynne córki „Solidarności”. Wtedy to dowiedziałam się, że jestem „słynną córką »Solidarności«”. Jednak moja Mama, o czym przekonały mnie kontakty z redaktorami tej gazety, a także kolegami Mamy z dawnych lat działalności, pozostała, jak wiele innych osób, Zapomnianą „Solidarności”.

Ewie – mojej 12-letniej córce

Wytrzymaj jeszcze córeczko! Losy historii się ważą To nic, że tyle już dni Jestem z dala od Ciebie.
To nic, że noce przespane na krzesłach    Oczy, ręce zmęczone.    Wiara uzdrawia ludzi,    A ludzie są z nami…

* * *

Wierszy sierpniowych było więcej, choć domyślam się, że większość z nich powstała już w domu jako wynik refleksji nad tymi wielkimi wydarzeniami. Jednak to nie wiersze były tym, czym moja Mama zamierzała uczcić swoją nową gwiazdę. Natychmiast zatrudniła się w stoczni. Akurat przyjmowano do pracy w stoczniowej stołówce usytuowanej tuż przy historycznej bramie. Po drugiej stronie znajdowały się pomieszczenia nowo tworzących się organów „Solidarności”, wraz z powstającą redakcją „Rozwagi i Solidarności” – pierwszej niezależnej gazety stoczniowej.

Życie mojej Matki przez najbliższe miesiące wyglądało tak: Najpierw osiem godzin pracy w stołówce, a potem do późnej nocy praca w redakcji, gdzie jej serce mogło wypalać się do woli i czysto bezinteresownie. Pisała, tworzyła, nagrywała audycje dla stoczniowego radiowęzła, jednym słowem – była w swoim żywiole.

Taki tryb życia bardzo szybko odbił się na jej zdrowiu. Już pod koniec października wylądowała w szpitalu z silnie rozwiniętą chorobą wrzodową żołądka. Niemniej były i pozytywne skutki – koledzy z redakcji stwierdzili, że tak dalej być nie może. Dzielna działaczka na mocy umowy międzywydziałowej została przesunięta do etatowej pracy w redakcji.

* * *

Wielka to była radość dla mojej Mamy. Nadal redagowała teksty dla „Rozwagi”, nadal tworzyła i nagrywała audycje. Teraz doszły jej jeszcze obowiązki reporterskie; jeździła z długopisem lub dyktafonem – sprezentowanym przez zagranicznych dziennikarzy – na większość solidarnościowych spotkań. Najczęściej na Śląsk. Ze Śląskiem utrzymywała zresztą stałe i bliskie kontakty. Miała tam wielu przyjaciół, znała ludzi z wielu kopalń. Raz nawet zdarzyło jej się zjechać na dół, czym wzbudziła zachwyt sztygarów, którzy wręczyli jej puchar z węgla i starą, zabytkową, górniczą lampę.

Wszędzie było jej pełno. No, może wszędzie, tylko nie w domu. Jednak ja byłam z niej dumna i tak szczęśliwa jej szczęściem, że wspominam ten czas, mimo wszystko, bardzo dobrze.

Ostatnim wielkim spotkaniem, w którym brała udział moja Mama, było posiedzenie KK NSZZ „Solidarność” odbywające się w gdańskiej Hali Olivia. Dzielna dziennikarka wróciła nad ranem półżywa i powiedziała do nas: „Budzić tylko w wypadku wojny”, po czym usnęła snem sprawiedliwego. Długo jednak nie pospała. Dziadkowie włączyli telewizor, a tam smutny pan w mundurze i czarnych okularach ogłaszał wprowadzenie stanu wojennego.

– Jadzia, wstawaj, wojna! – zawołała moja babcia, szarpiąc śpiącą za rękaw.
– Ale się was smutne żarty trzymają – burknęła przez sen Mama. Lecz wtedy dziadek rozkręcił telewizor na cały regulator.

Do dziś pamiętam, jak moja Matka zerwała się przerażona z łóżka. Łzy lały się jej po rozespanej twarzy i tylko słychać było jakiś dziwny, pomieszany szloch: „O Jezu! I co teraz będzie?”.

* * *

Co było? To akurat proste do przewidzenia.

Moja Mama, nie zważając na protesty ostrożnych rodziców i groźby, że nie będą się mną zajmować, wyskoczyła z domu jak oparzona i znów sobie tylko znanymi sposobami dostała się do Gdańska, a zaraz potem do stoczni, gdzie skupił się cały kwiat opozycji. Pozostała w niej do końca, do momentu pacyfikacji. Później nieraz opowiadała mi o tych tragicznych dniach. Wryły się w nią głęboko. Mówiła, jak razem z koleżankami dekorowały lufy czołgów otaczających stocznię. Obok czołgów stali polscy żołnierze, którzy żartowali z nimi, „dziewczynami z »Solidarności«”, i zapewniali, że nie użyją broni przeciwko rodakom. W nocy jednak żołnierze się zmienili. Ci, którzy ruszyli do szturmu na stocznię, nie mieli już pogodnych twarzy. Oczy płonęły im chorobliwym blaskiem, wskazującym na wpływ narkotyków. Nie odzywali się w ogóle. Moja Mama podczas szturmu stała na bramie razem z Hanką, koleżanką poznaną podczas tej zawieruchy. Przyjaźnie w takim czasie zawiązują się szybko. Ich przyjaźń nie miała szans okrzepnąć. Gdy czołgi uderzyły w barykadę utworzoną na bramie nr 2, tej samej, pod którą wszystko się zaczęło, moją Mamę odrzuciło na bok, dlatego, choć poturbowana, przeżyła. Jej koleżanka nie miała tyle szczęścia. Spadła wprost pod gąsienice czołgów. Wprost pod nogi szturmujących żołnierzy, którzy oprócz polskich mundurów nie mieli w sobie nic polskiego. Kiedy przetoczył się po niej cały metal, przeszły stopy panów tamtej nocy, ostatni z żołnierzy, dowódca, przechodząc, splunął na plamę krwi, która niedawno była młodą, pełną życia dziewczyną, i wycedził: „Ot, polskie ścierwo!”.

Dlaczego dałaś rozkaz?

…I okrył je duszący obłok dymu
Z dławiącej krzywdą naszą, ziemi
Wychylał się niemy, przerażony
Wgnieciony gąsienicami czołgów
Strzęp białoczerwonej
I rąbek napuchłego krwią
Płaszcza Hanki
Co przed chwilą
Śpiewała wraz ze mną na stoczniowej barykadzie
„Polski my naród…”
Dlaczego dałaś rozkaz Matko – Warszawo?

* * *

Zaraz potem moja Mama zobaczyła, jak wynaturzone oddziały niszczą w stoczni wszystko, co się da, ze szczególnym zacięciem i nienawiścią pomieszczenia, w których znajdowała się redakcja „Rozwagi i Solidarności”. Tam, na półkach, leżał cały zgromadzony dobytek mojej mamy. Dwa zagraniczne magnetofony – cud techniki tamtych czasów, prezenty na święta, nabyte okazyjnie łyżwy… Wszystko zostało rozkradzione lub rozbite z zupełnie bezmyślną nienawiścią.

Matka moja próbowała schronić się na stołówce. Włożyła biały fartuch, niczym się nie odróżniała od swoich niedawnych koleżanek z pracy. Jednak wtedy wypatrzył ją pewien dyrektorek, usadzony na stołku za działalność partyjną, któremu na łamach gazety wypomniała, że nie ma nawet podstawowego wykształcenia. Widać uznał, że nadszedł czas zemsty. Przyprowadził ponurych panów i wyciągniętym palcem wskazał moją Mamę, po czym wycedził: „Bierzcie ją, panowie, ona tu nie pracuje, ona jest z »Solidarności«”.

I tak moja Mama zmuszona była oddać fartuch. Zawleczono ją do tej samej sali BHP, w której półtora roku wcześniej podpisywano sierpniowe porozumienia. Do sali bezkrwawego zwycięstwa, za które teraz trzeba było zapłacić krwią. Sporo tej krwi straciła i moja Mama, poturbowana na barykadzie, bita do krwi. Pod wpływem silnych przeżyć wpadła w histerię. Podobno już nie płakała, tylko wyła, jakby nie tylko raniono jej ciało, ale wyrywano z niej duszę.

Mojemu grudniowemu oprawcy

I cóż, panie zomowcu
Czy wmówiono ci
Że tu na ziemi
Masz władzę?
Smacznie spałeś
Po wykonaniu
Nadobowiązkowego zadania?
Jaką nagrodę dostałeś
Za moją krew
Skórę poszarpaną
I wszystkie kopniaki?…

* * *

Tak poraniona i przerażona, trafiła do aresztu śledczego przy ul. Okopowej. Tam się rozegrał dalszy ciąg horroru – spanie w celach usytuowanych w wilgotnych piwnicach, ciągłe przesłuchania, zastraszanie. Na szczęście nie trwało to długo. Pomogli przyjaciele, pomógł fakt samotnego macierzyństwa. Pamiętam, jak zapowiedziałam, że nie będzie w domu choinki, jeśli Mama nie wróci na święta. Jednak choinka była, ustrojona tak jak co roku, dwa dni przed Wigilią, w urodziny Mamy, z jubilatką, którą warunkowo wypuszczono do domu. Nie zmieniło to jednak faktu, że były to najsmutniejsze święta w naszym wspólnym życiu. Całe przepłakane przez moją Mamę, której gwiazdę zakryły gęste, czarne chmury i nie było żadnej nadziei, że kiedyś jeszcze rozbłyśnie.

Upłynęło jednak niewiele czasu, a na jej usta powrócił uśmiech. Rozpoczęła się praca w konspiracji. Redagowanie i drukowanie podziemnych materiałów, tajne wyjazdy na Śląsk. Moja dzielna Mama znów była sobą – zanurzona w działaniu, w tworzeniu rzeczy ważnych. Czarne chmury się rozrzedziły. Okazało się, że pałki nie złamały jej ducha.

Długo ta konspiracyjna praca nie potrwała. Po dwóch czy trzech miesiącach moją Mamę siedzącą na ziemi i podającą do tyłu całą naręcz ulotek zaniepokoiła dziwna cisza. Gdy się odwróciła, zobaczyła smutnych panów w charakterystycznych płaszczach.

* * *

Tym razem Mama nie wyszła z więzienia tak szybko. Najpierw była Okopowa, ze znanymi, wilgotnymi piwnicami, potem więzienie na Kurkowej. Moja Matka nie miała na tyle chlubnego życiorysu opozycyjnego, aby się znaleźć wśród swoich. Tym kobietom było ciężej, były bardziej gnębione, ale były razem. Moja Mama była w „Solidarności” nowa, nie była skażona działalnością w KORze czy inną, która pozostawiłaby trwałe ślady. Zakładano, że tamtych idealistów nie da się złamać, zniszczyć ich ducha, więc niszczono ich ciała. W wypadku „świeżych” istniała szansa na „odzysk”. Takich jak Mama umieszczano więc między kryminalistami najcięższego kalibru. Gnębiono ich w zupełnie inny sposób. Nie wiem, co robiono mojej Matce, a przynajmniej wiem mało. Na pewno straszono ją odebraniem mnie, a pewne kroki w tym względzie nawet czyniono, o czym dowiedziałam się po latach od mojego wychowawcy z tamtego okresu. Opowiadał mi, jak zaręczał za mnie właściwym panom, że jestem jednostką apolityczną, nie wzbudzam w dzieciach żadnych zainteresowań opozycyjnych, że moi dziadkowie wychowują mnie bardzo poprawnie w tym względzie. Wiele mu zawdzięczam, w końcu bardzo skutecznie kłamał i mnie chronił, bo byłam pierwsza chętna do wszelkich działań tego typu. Pamiętam, jak 3 maja przypinałam nauczycielom białoczerwone kokardki czy jeździłam na msze albo strajki pod bramę stoczni.

Moja Mama przeżywała swój więzienny dramat. Z więzienia wróciła wyniszczona, wystraszona, leczona reladormem podawanym w dużych dawkach. Lekiem mającym uśmierzyć ból, który nie dawał spać, nie dawał żyć wśród kobiet, których się bała. Lekiem niepozwalającym jasno myśleć, o czym przekonałam się sama, gdy babcia zabierała mnie na widzenia z Mamą – bardzo trudno było się z nią wówczas porozumieć.

Po latach dowiedziałam się, że reladorm wycofano ze sprzedaży ze względu na toksyczność. Niszczył korę mózgową. Jest bardzo prawdopodobne, że to właśnie wpłynęło na późniejszą neurologiczną chorobę mojej Mamy; chorobę, która w dużym stopniu przyczyniła się do jej przedwczesnej śmierci.

Za murami

…I znowu nic.
Pustka. Oczekiwanie.
Zgrzyt klucza
W grubych drzwiach.
Moje serce otoczyły
Chwasty.
Wiem, że nie przyjdziesz
Chryste.

* * *

Taka wróciła do domu, po wielomiesięcznym pobycie w piekle zwanym więzieniem.

Nie było już przyjaciół. Wtedy wszyscy żyli w lęku, nie ufali sobie nawzajem. Ktoś „życzliwy”, jeszcze w czasie więzienia mojej Matki, podsunął mi pod oczy wiadomość z „Bratniaka” pod tytułem Jagoda sypie… Podobno w następnym numerze ukazało się sprostowanie, tego tekstu jednak nigdy nie ujrzałam. Tym razem nie znalazł się nikt życzliwy, kto by tę wiadomość przekazał osobom, którym na mojej Mamie zależało. Po latach się dowiedziałam, że była to świadoma polityka rozbijania struktur solidarnościowych od środka. Pewnie dość skuteczna, bo moja sponiewierana Matka została sama. Do końca życia nie mogła tego wybaczyć swoim kolegom, którzy w końcu powychodzili z więzień, powracali z internowania i powoli zaczęli zdobywać uznanie i prestiż. Wędrując na te szczyty, nie pamiętali już swoich kolegów, współtwórców tego samego dzieła, które jasne i czyste zabłysło w sierpniu 1980 roku, a nie wiedzieć czemu po latach stało się legendą, pilnie strzeżoną, jak kura znosząca złote jajka, przez zaledwie kilka najsprytniejszych osób. Kolejna gwiazda, choć piękna i porywająca, okazała się złudą i rozczarowaniem. Wypaliła moją Matkę, nie dając nic w zamian, nawet nieskalanych wspomnień.

* * *

Niełatwo było mojej Mamie dojść do siebie po tym bólu i rozdarciu. Pociechy zaczęła szukać i w alkoholu, i na różne inne sposoby. To wszystko tylko przytłumiało ból jej duszy, w najmniejszym stopniu go nie eliminując, a nawet często pogłębiając.

Przełomowy okazał się rok 1983, kiedy to, chyba w akcie w desperacji, moja Mama postanowiła pójść na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Poszłam razem z nią i miałam niepowtarzalną okazję obserwować przemianę, która dokonywała się w niej podczas drogi. Wychodziła szara z bólu, trzeźwiejąca i obolała, zbuntowana przeciwko całemu światu. Na trzeci dzień poszła do spowiedzi, rozjaśniła się i jakby odmłodniała. Wszyscy wokół zauważyli tę zmianę. Żarty w stylu „A która z was to matka, a która córka?” drażniły wtedy moją czternastoletnią miłość własną, jednak coś mówiły o tej przemianie, bo moja Mama prawdziwie rozkwitła. Rozpoczął się nowy etap naszego wspólnego życia. Znów była gwiazda, ale w tym wypadku pewne było, że nie okaże się złudą. Mama przeżyła głębokie nawrócenie. Rozkochała się w Bogu i mnie też zachęcała do tej miłości. Tak zaczęły się spotkania oazowe w naszym domu, spotkania popielgrzymkowe, a nawet wieczorne śpiewanie pielgrzymkowych piosenek na dwa głosy. Wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Moja Mama wiedziała, że słoń jej na ucho nadepnął, ale tyle miłości było w tym naszym wspólnym wyciu, że na pewno Pan Bóg uśmiechał się z nieba. Dobre to były lata. Do dziś myślę o nich z tęsknotą.

* * *

Stój, zatrzymaj się Bracie

…Stój!
Bez Jego woli
Nie ruszysz nawet powieką
Dlaczego więc biegniesz
Wciąż przed siebie
Posłuchaj Jego serca
W szumie drzew
Śpiewie rzek
Zastanów się, pomyśl
Choć przez chwilę małą
Co powiesz Panu
Gdy staniesz u Bram…

Niewiele mogę napisać o ostatnich latach życia mojej Mamy. Umarła, nosząc nazwisko Woźniak, i takie nazwisko widnieje na jej grobie na małym wiejskim cmentarzu w Łęgowie – miejscowości, w której rozegrała się cała dorosła historia życia mojej Mamy. Osoby tak niejednoznacznej i tak niezrozumianej przez otaczających ją ludzi, że do dziś można spotkać ludzi, którzy wspominają ją jako ciepłą, uśmiechniętą, zawsze życzliwie nastawioną do wszystkich, i ludzi mówiących o niej jak o szalonej awanturnicy, która „nie zajmowała się dzieciakiem, tylko wiecznie ją gdzieś nosiło… A do tego trzech mężów miała”. Prości ludzie ze wsi, którą jest Łęgowo, nie pytają, dlaczego. Nie interesują ich loty ku „gwiazdom”, a ci, którzy się dla nich spalają, są głupcami, narwańcami, osobami, o których mówi się z pogardą.

I tak, pogardzana, zakończyła życie moja Mama. Zakończyła je młodo, miała zaledwie 40 lat. Nikt nie zadawał sobie pytań, dlaczego ta uśmiechnięta niegdyś blondynka tak się zmieniła po swoich solidarnościowych wariactwach. Dlaczego szukała ukojenia w alkoholu, dlaczego pojawiły się pewne choroby. Co wyniszczyło tego tytana pracy i osobę odważną aż do szaleństwa i zamieniło w wystraszoną i zagubioną istotę, bezradną wobec własnej przemiany. Więc i tę cenę – cenę wzgardy – przyszło mojej Mamie zapłacić za jej idealistyczne marzenia i odwagę podążania za nimi.

Trudno winić prostych ludzi za brak tej delikatności, która każe zadawać odpowiednie pytania, jednak gdy po latach nieobecności na rok wróciłam do Łęgowa i uczestniczyłam w apelu rocznicowym w tamtejszej szkole, która teraz, w czasach jakże odmiennych, nosi chlubne imię „Bohaterów Grudnia ’70”, zauważyłam z bólem, że nic się w tej akurat sprawie nie zmieniło. Przyjechali ważni goście z różnych oddziałów Solidarności, wygłosili wiele wspaniałych mów o wpływie wydarzeń Grudnia ’70 na późniejszy Sierpień ’80, który z kolei przyczynił się do zmian w Polsce, a nawet na całym świecie. Padło wiele napuszonych słów, ale ani jedno nie dotyczyło leżącej na wiejskim cmentarzu, 500 metrów od szkoły, osoby, która przypłaciła to dzieło wyniszczeniem, bólem i życiem. I która, jak się okazuje, była całkiem bezinteresowna, skoro żaden z jej solidarnościowych kolegów nie wie, gdzie jest jej grób.

* * *

Niech więc choć moje słowa uczczą Jej pamięć. Niech dobry Bóg spojrzy na Nią z miłością i choć On jeden uroni nad nią łzę wzruszenia. Przecież to On mówił, że niebo zdobywają gwałtownicy, że mamy być albo zimni, albo gorący i że Prawda nas wyzwoli. Moja Matka z całą gwałtownością i gorącym sercem szukała jej przez całe życie. Poprzez swoje doświadczenie nauczyła mnie patrzeć głębiej, przenikać przez grubą i szorstką skórę pozorów, nie oceniać ludzi zbyt szybko, a najlepiej w ogóle. To bardzo dobra spuścizna. I niech to właśnie przemówi za moją niezwykłą Mamą u nieba bram.

Mamie…

Jagodą sierpniową dla mnie pozostałaś…
Walczącą z uporem
o prawo do Słowa
Z blaskiem w oczach opuchłych
Wiarą co płonęła
Choć Ci ze zmęczenia opadała głowa.

Jagodą grudniową także zostać miałaś
Skurczoną z boleści
Szarą od cierpienia
Taką, gdy wróciłaś dwa dni przed świętami
By całe przepłakać
Że wszystko się zmienia.

Jagodą więzioną
Jagodą zdradzoną
I tą bolejącą
I tą roześmianą

Tą, co zamiast prawić mi ciągłe kazania
Tylko rozmawiała –
Taką była Mamą.

I choć zostawiałaś mi prawo wyboru
W każdej, nawet głupiej
I najprostszej sprawie
Ja dziś odnajduję odciśnięty w sercu
Ślad tych rozmów właśnie
Niezmieniony prawie.

2005 rok

Jagoda sierpniowa, Jagoda grudniowa
Ewa Korczyńska

urodzona w 1969 r. – dawniej animatorka oazowa, drużynowa harcerska i nauczycielka muzyki, od lat związana wraz z rodziną z ruchami Nowej Ewangelizacji. Autorka książek: Opowieści Złotoustej Jagody, Po prostu...