Szachy, Bergman i Sandomierz

Szachy, Bergman i Sandomierz

Właśnie wróciłem z Sandomierza, gdzie brałem udział w VII Mistrzostwach Polski Księży w Szachach. Reprezentowane były różne diecezje – od przemyskiej po koszalińskokołobrzeską. Był nawet marianin, misjonarz z Brazylii. Od niego dowiedziałem się o ciekawych losach brazylijskiego arcymistrza Mekinga. Okazuje się, że ten wybitny szachista, cierpiący na poważną chorobę, która powodowała zanik mięśni, został cudownie uzdrowiony podczas charyzmatycznych modlitw. Pod wpływem tego wydarzenia wstąpił do seminarium i został katolickim księdzem.

O analogiach między szachami i duchowością już na tych łamach kilka lat temu pisałem. Tym razem wspomnę tylko, że w ramach przygotowań do księżowskiego turnieju szachowego udałem się do kina „Iluzjon” w Warszawie, by obejrzeć słynny film Bergmana Siódma pieczęć. Główny bohater tego filmowego arcydzieła rycerz Antonius Block wraca z wyprawy krzyżowej. Jest znużony 10letnią tułaczką. Dręczy go pytanie, czy Bóg rzeczywiście istnieje. Na swojej drodze spotyka Śmierć i proponuje jej partię szachów. Nie tylko po to, by wygrawszy, oddalić od siebie nadchodzący koniec, ale przede wszystkim po to, by usłyszeć od Śmierci odpowiedź na pytanie o istnienie Boga i życie wieczne. Ostatecznie rycerz przegrywa partię, a Śmierć nie wyjaśnia żadnej z nurtujących go wątpliwości.

Siódma pieczęć robi rzeczywiście wrażenie. Choć – niestety – nie mogę się przyłączyć w pełni do chóru zachwyconych tym filmem. Dlaczego? Otóż z powodu szachów. Jako szachista bez trudu wychwyciłem szachowe niekonsekwencje u Bergmana. Po pierwsze, nie ma kontynuacji układu figur na szachownicy w kolejnych scenach. W rezultacie można odnieść wrażenie, że rycerz i Śmierć układają jakieś klocki, a nie grają w grę królewską. Po drugie, w pewnym momencie rycerz wykonuje „ruch szachownicą”, czyli udaje, że niechcący rozrzucił figury. Rycerzowi nie przystaje takie zagranie, a poza tym Śmierć bez trudu odtworzyła z pamięci sytuację na szachownicy. I po trzecie, i to najbardziej mnie zabolało, koniec gry dowodzi, że rycerz nie ma pojęcia o szachach. Dostaje mata i twierdzi, że go nie widział. Tak grają zupełni amatorzy, a w filmie chodziło przecież o przedstawienie dwóch wyśmienitych graczy, którzy toczą walkę o życie. Czy reżyserzy nawiązujący w swoich filmach do gry w szachy nie mogliby korzystać z pomocy dobrych szachistów? To nie pierwszy film, w którym gra w szachy ukazana jest zupełnie nieprofesjonalnie.

Do Sandomierza wziąłem jako lekturę duchową książkę Bobby Fischer Goes to War (Bobby Fischer idzie na wojnę) – pasjonującą opowieść o genialnym amerykańskim szachiście, który wygrywając w 1972 roku z Borysem Spasskim, został mistrzem świata i tym samym pokonał radziecką szkołę szachów. Pojedynek Fischera ze Spasskim jest otoczony legendą i został okrzyknięty meczem wszechczasów. Warto zauważyć, że sekundantem Fischera był William Lombardy, nie tylko doskonały szachista, ale także katolicki ksiądz, prawdopodobnie najwybitniejszy szachista wśród duchownych od czasów Ruy Lopeza, który żył w XVI wieku w Hiszpanii. Dziś mówi się o wielkiej roli psychologii i psychologów w sporcie. Fischer miał na ten temat coś do powiedzenia. „Nie wierzę w psychologię – stwierdził – wierzę w dobre posunięcia”.

Uczestnicy VII Mistrzostw Polski Księży w Szachach korzystali z gościnności Sandomierskiego Seminarium Duchownego. To placówka z zacną historią. W tym roku seminarium zainauguruje sto osiemdziesiąty dziewiąty rok akademicki. Mieści się ono w murach dawnego klasztoru benedyktynek. W seminaryjnym kościele w jednym z bocznych ołtarzy znajduje się obraz św. Benedykta, a pod nim napis, który mnie bardzo zaintrygował: „Przywileie od samego Chrystusa Pana S. Oycu naszemu Benedictowi ustnie nadane temi słowy: 1. Że Zakon od ciebie ustanowiony aż do końca świata będzie trwał […]” (pisownia oryginalna). No! takiej obietnicy to chyba nawet bracia dominikanie nie dostali. W seminarium na korytarzach można oglądać cykl ponad 30 obrazów ilustrujących życie św. Stanisława Kostki. Wykonał je – bardzo starannie – pewien wędrowny malarz. Żeby nikt nie miał wątpliwości, co dany obraz przedstawia, pod każdym znajdują się napisy. Jeden z nich informuje: „Św. Stanisław wśród biesiady zaproszonych gości – omdlewa – gdy rubaszne i nieprzyzwoite toczą się rozmowy”. Mam wątpliwości, czy tego rodzaju hagiografia rzeczywiście przysparza świętemu chwały. Staś Kostka był mocnym, twardo stąpającym po ziemi młodym człowiekiem. Jego podjęta wbrew ojcu i całej rodzinie decyzja o wstąpieniu do jezuitów, a potem droga do dalekiego Rzymu wymagały hartu ducha. A swoją drogą ciekawy jestem, czy Stanisław Kostka grywał w szachy.

Walka księży w Sandomierzu przy szachownicy była zacięta. Wszystko zdecydowało się w ostatniej, dziewiątej rundzie. Niżej podpisany ostatecznie zajął drugie miejsce. Zwyciężył ks. Stanisław Bąk z diecezji przemyskiej. Rozgrywki byłyby zapewne jeszcze bardziej emocjonujące, gdyby wziął w nich udział jakiś dominikanin. Mecz dominikanin kontra jezuita stanowiłby ozdobę turnieju. Przypomniałyby się czasy, kiedy to dominikanin Banez i jezuita Molina spierali się o relację między łaską Bożą a ludzką wolnością.

Szachy, Bergman i Sandomierz
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....