Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu
Droga krzyżowa nigdy nie jest szeroka i nawet Boski Mistrz na niej upada. Czym innym jest podjęcie walki, morderczego wysiłku prowadzącego na szczyt, a czym innym zgoda na klęskę.
Rok temu na zaproszenie generała naszego zakonu ojca Brunona Cadorégo przybyłem do Jerozolimy na Wielki Tydzień. Większość czasu spędziłem z braćmi na obradach. Debatowaliśmy nad aktualną sytuacją i perspektywami rozwoju dominikańskiej Szkoły Biblijnej. W tym czasie udawało mi się też zaglądać do Starej Jerozolimy, do miejsc bezpośrednio związanych z męką, śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa.
Wielki Czwartek
Getsemani, czyli ogród Oliwny przylegający do bazyliki Narodów, skąpany jest dziś w blasku zielonych reflektorów oraz w jednostajnej kakofonii klaksonów. Nie wiem, dlaczego oliwki oświetlone są na zielono, ale idąc tutaj, przekonałem się, że skrzyżowanie zakorkowane z niewiadomych powodów przez izraelską policję oraz przelewający się przez ulicę pielgrzymi wystarczą, by zirytować miejscowych kierowców, zmuszając ich do nieustannego używania sygnałów dźwiękowych.
Zastanawiam się, jakie dźwięki dochodziły do Pana Jezusa, gdy modlił się do swego Ojca za potokiem Cedron. Do tej pory myślałem, że panowała tam absolutna, złowroga cisza, zwiastująca zbliżanie się księcia tego świata. Mój współbrat Łukasz Popko twierdzi, że podobnie jak Jezus i Jego uczniowie wielu ludzi, którzy przybyli do Jerozolimy na święto, nie mając pieniędzy na nocleg w mieście, przechodziło drogą w stronę Betfage lub nocowało pod gołym niebem. Prawdopodobnie więc Jezus nie modlił się w teatralnej ciszy wypreparowanej z codzienności. Jego słowa rozbrzmiewały na tle szumu różnorodnych dźwięków, wzbudzanych przez grupki nocujących wokół pielgrzymów.
Siedzę w ogrodzie, słucham fragmentów Ewangelii o zaparciu się Piotra, o modlitwie Jezusa, o zdradzie Judasza. Najbardziej przejmuje mnie zmaganie Zbawiciela. Przecież już podjął decyzję. Przecież już umył apostołom nogi i powiedział: „I wy winniście czynić podobnie”. Przecież już wydał samego siebie, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie – to jest ciało moje”, „Bierzcie i pijcie – to jest krew moja”. A jednak prosi Ojca, by – jeśli to możliwe – odsunął kielich.
Posłuszeństwo woli Ojca, z którym stanowi jedno, i miłość do ludzi, których do końca umiłował, spowodowały, że Jezus wyruszył na drogę zbawienia człowieka. Ale ta decyzja nie dokonała się w jednym momencie. Nawet Jezus, najdoskonalszy z ludzi, musiał w trakcie wypełniania swojej misji zmagać się z pokusą ucieczki, potwierdzać wierność i posłuszeństwo, zawierzać Ojcu swój strach. To wielka pociecha i wskazówka dla tych, którzy chcą „zaufać do końca”, bo wydaje im się, że wtedy pozbędą się wątpliwości i wahań; że wtedy nareszcie będą mogli niemalże tanecznym krokiem szeroką drogą zmierzać do celu swojego życia. Droga krzyżowa nigdy nie jest szeroka i nawet Boski Mistrz na niej upada. Czym innym jest podjęcie walki, morderczego wysiłku prowadzącego na szczyt, a czym innym zgoda na klęskę. Kimś innym jest zdobywca, kimś innym Zbawiciel.
Proszę o wierność dla siebie, dla moich braci, dla wszystkich ludzi, którym towarzyszę w ich niełatwych zmaganiach. Abyśmy nie tylko rozpoczynali dobre dzieła, ale pozwalali Bogu doprowadzać je do końca. Proszę za tych, którzy walczą z pokusą ucieczki, odejścia z zakonu, porzucenia kapłaństwa. Proszę za małżonków, którzy wahają się między wiernością a zdradą; między decyzją o budowaniu i zgodą na porzucenie. I za tych, którzy wiedzą, że następny dzień będzie drogą krzyżową, a jednak mówią: „Nie moja, ale Twoja wola niech się stanie”.
Wielki Piątek
Z École Biblique przechodzę wzdłuż murów Jerozolimy, mijam Bramę Lwów i wchodzę na ulice Starego Miasta. Korzystając z przerwy w zajęciach, chcę przejść Drogę Krzyżową. Dochodzi 14.30 – spodziewam się tłumu pątników. Przez bramę wchodzę wraz z oddziałem umundurowanych Izraelczyków. Nie wiem – czy to wojsko, czy może policja. Ludzie w różnym wieku, szare i granatowe mundury. Mężczyźni i kobiety. Każdy niesie kask z przezroczystą przyłbicą, czarną pałkę, niektórzy mają karabiny albo pistolety maszynowe. Okazuje się, że zmierzają w kierunku Ściany Zachodniej, zwanej popularnie Murem Płaczu, bo muszą tam pilnować porządku w związku z żydowskim świętem. Podejrzewam, że nic ich nie obchodzi ani Wielki Piątek, ani Jezus, ani to, że kroczą mniej więcej po Jego śladach. Via Dolorosa – wyznaczona przez krzyżowców, którzy nie dysponowali dokładnymi danymi, więc nie możemy być pewni jej topografii – jest dziś taką samą ulicą jak inne, a uczestnicy pielgrzymek niosących krzyże są dla mundurowych takimi sami ludźmi jak skośnoocy turyści obarczeni kamerami i aparatami.
Zatrzymuję się przed kolejną stacją Drogi Krzyżowej. Rozglądam się wokół. Nikt nie zwraca na nią uwagi. Życie płynie obok. A jest Wielki Piątek, godzina 14.50. Za chwilę godzina miłosierdzia. Może to nie jest oryginalne stwierdzenie, ale mam wrażenie, że śmierć Jezusa absolutnie nikogo tu nie obchodzi. Widzę Palestyńczyków stojących w drzwiach sklepów i zaczepiających każdego, kto wygląda na przybysza spoza miasta. Jeden z nich przesuwa w palcach paciorki: modli się czy się nimi bawi? Widzę żydów w tradycyjnych strojach podążających w kierunku wzgórza świątynnego. Z nawyku czy z pobożności? Czy ktoś z boku może rozpoznać, że się w tej chwili modlę, czy raczej zobaczy we mnie turystę zwiedzającego Starą Jerozolimę? Nawet gdyby przeszedł tędy jakiś człowiek niosący krzyż, to zainteresowanie trwałoby do chwili, aż zniknąłby z oczu. Najważniejsze wydarzenia w dziejach – niewidzialne dzieła miłości – rozgrywają się w nieświadomym niczego tłumie. Ten, kto czyni miłosierdzie, pozostaje samotny. Ofiarę widzi Bóg.
Na dziedzińcu bazyliki Grobu Pańskiego ścisk nie do opisania. Po samotnym przejściu Drogi Krzyżowej wśród straganów z tandetą i frykasami nie wiem, ilu jest tu mistyków, którzy kochają, a ilu dewotów, którym udało się załapać na wycieczkę do Ziemi Świętej w Wielkim Tygodniu.
Wielka Sobota
Dwukrotnie wyruszam w stronę bazyliki Grobu Pańskiego. Pierwszy raz próbuję rano. Około 6.30 jestem przy Bramie Jaffy. Tłum ludzi z krzyżami i pęczkami świeczek. Dominuje język rosyjski. Tutejsi chłopcy rozprowadzają swój towar: „Wada, wada, odin dolar” albo „Świczki, świczki, wosk, wosk”. Brama jest jednak zamknięta. Nie da się przejść do bazyliki. Ruszam w kierunku Bramy Nowej. To samo. Straże nikogo nie wpuszczają. Spoglądam na prawosławne banery, z których wynika, kiedy rozpocznie się obrzęd ognia. Nadzieja wstępuje we mnie, gdy docieram do Bramy Damasceńskiej, przez którą przechodzę bez kłopotu. Jednak w miejscu, w którym drogi się rozdzielają – jedna w kierunku Ściany Zachodniej, druga w kierunku bazyliki Grobu Pańskiego – trafiam znowu na barierki i strażników. Bez szans. Żołnierze trzymają straż przy grobie. Po dotarciu do klasztoru dowiaduję, się, że możliwość wejścia na łacińską liturgię Wigilii Paschalnej była o 6.00. Przez pięć minut można było wraz z franciszkanami przejść przez kordon policji, by dotrzeć do Grobu Pańskiego. Dziwię się, że obrzędy rozpoczynają się w Wielką Sobotę o świcie, a nie po zapadnięciu zmroku. – Porządek obchodów ustalony ponad sto lat temu jest tu nie do zmiany, a przecież przed soborem msza święta wieczorem była nie do pomyślenia – tłumaczy mi mój współbrat Paweł Trzopek, mieszkający w Jerozolimie i dobrze znający miejscowe obyczaje.
Po południu sytuacja się zmienia. Bez większych problemów docieram do bazyliki. Modlę się przy skale Golgoty, każdy chce jej dotknąć i zrobić sobie zdjęcie. Gwar, tłok, flesze. Przy Grobie Pańskim jeden wielki wrzask. Powietrze ciężkie od dymu. Wokół Grobu ludzie zapalają pęki woskowych świec, zanurzają ręce w płomieniu i dotykają swoich twarzy i piersi, jakby chcieli obmyć się w świętym ogniem. Gasząc świeczki, produkują kłęby dymu. Wszystko to poprzetykane błyskami fleszy. Dominują Rosjanie i Koptowie. Siadam na deskach pod ścianą świątyni. Zaczynam się modlić. Ogarnia mnie cisza i pokój. Czas stanął w tym miejscu, wbrew harmidrowi pielgrzymów. Tu już nic się nie dzieje. W czasie wielkotygodniowego pobytu w Jerozolimie nie doznałem takiego wyciszenia, takiego uspokojenia, takiego poczucia, że wszystko jest tak, jak być powinno, że zmierza w dobrym kierunku, a pod powierzchnią chaosu trwa Pokój – jak w Wielką Sobotę przy Grobie Pańskim. Modlę się za ludzi przeżywających prywatne trzęsienia ziemi, za ludzi przygniecionych nieszczęściem, pozbawionych ukochanej osoby, za rozkrzyczanych, zrozpaczonych, uciekających przed sobą i ciszą.
Wigilia Paschalna
Dominikańska bazylika św. Stefana w Jerozolimie. Liturgia po francusku. Jakże inna od tych, do których przyzwyczaiłem się w Poznaniu i Krakowie. Inny język. Inne melodie. Inne szczegóły liturgiczne. Koncentruję się na słowie Bożym. Z każdym kolejnym czytaniem coraz bardziej dociera do mnie wielkie wołanie miłości Boga i Jego zaproszenie do posłuszeństwa i zawierzenia. „Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. „Czemu głośno wołasz do Mnie? Powiedz synom Izraela, niech ruszają w drogę. (…) Gdy Izraelici widzieli wielkie dzieło, którego dokonał Pan wobec Egipcjan, ulękli się Pana i uwierzyli Jemu oraz Jego słudze Mojżeszowi”. „Góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan, który ma litość nad tobą. (…) Daleka bądź od trwogi, bo nie masz się czego obawiać, i od przestrachu, bo nie ma on przystępu do ciebie”. „Słuchajcie Mnie, a będziecie jeść przysmaki, i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie. (…) Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi”. „Bądź posłuszny, Izraelu, przykazaniom życiodajnym, nakłoń ucha, by poznać mądrość. (…) Gdybyś chodził po drodze Bożej, mieszkałbyś w pokoju na wieki. Naucz się, gdzie jest mądrość, gdzie jest siła i rozum, a poznasz równocześnie, gdzie jest długie i szczęśliwe życie, gdzie jest światłość dla oczu i pokój”. „Dam wam serce nowe i ducha nowego tchnę do waszego wnętrza, odbiorę wam serce kamienne, a dam wam serce z ciała. Ducha mojego chcę tchnąć w was i sprawić, byście żyli według mych nakazów i przestrzegali przykazań, i według nich postępowali”.
Wraca więc do mnie wielkopiątkowe pragnienie, by nie moja, ale Jego wola się stała. I modlitwa, bym pragnął słuchać, bym słyszał i rozpoznawał i by nie zabrakło wytrwałości w kroczeniu drogą, na którą ON zaprasza. Proszę za siebie i za tych, których kocham; by ON dokonał przejścia, by nas przeprowadził.
Niedziela po Wielkiej Nocy
Zaspałem. Wiedząc, że nie zdążę już z hostelu do klasztoru na jutrznię, wyruszam do bazyliki Grobu Pańskiego. Mam szczęście. Akurat trwa króciutka przerwa między jedną liturgią a drugą. Podchodzę bardzo blisko Grobu Pańskiego, zaglądam do środka – jest pusty. „Grób jest pusty! Nie ma go tutaj! Sprawdziłem!” – chce mi się krzyczeć. Jestem kulturalny, więc tylko umieszczam wpis tej treści na Facebooku. Modlę się jutrznią. Rozpoczyna się liturgia. Bogate melodie. Ormiańskie? Greckie? Nie interesuję się za bardzo, do którego Kościoła należą mężczyźni w purpurowych szatach. Modlę się z narastającym poczuciem, że nie ma się tu po co zatrzymywać. To miejsce zostaje za mną, puste. Wchodzę po stopniach na Golgotę. Ludzi znacznie mniej niż wczoraj. Liturgia dotykania skały połączona z pstrykaniem sweet foci trwa nadal, ale to miejsce również jest dziś puste. Przekonuję się bez wątpliwości, że słowa „Nie ma Go tutaj!” nie opowiadają tylko o rzeczywistości Pierwszej Niedzieli. One opisują rzeczywistość bazyliki Grobu w Niedzielę Wielkanocną Roku Pańskiego 2014. Pusta skorupa grobu przykryta kopułą bazyliki. Wydrążona i jałowa. Kokon, z którego wyleciał motyl; muszla, z której zabrano perłę; jaskinia, z której wyniesiono skarb; łupina, w której nie ma już ziarna; koperta bez listu. Tu nie ma do Kogo się modlić, ta bazylika jest zaledwie kamiennym suwenirem. Rzeczywistość Życia jest już gdzieś indziej. On już jest gdzieś indziej. Przychodzi do nas od strony Życia; a nie z miejsca, w którym doznał kaźni.
***
Czekając na wielkanocną mszę świętą, siedzę w ogrodzie i czytam fragmenty Ewangelii, mówiące o świcie, który nastąpił po Wielkiej Nocy. Specjalnie poszedłem do ogrodu z nadzieją, że tam w czasie modlitwy najszybciej spotkam i doświadczę obecności Zmartwychwstałego. Zamiast Niego – mały deszcz. W chwili, gdy pierwsze krople spadały mi na twarz, spłynęło na mnie przekonanie, że tutaj też Go nie znajdę. Ogrodnika mogła spotkać Maria Magdalena. Przez nią dotarły do mnie słowa Anioła: „Niech idą do Galilei”. Zatem dzisiejszej nocy opuszczam Jerozolimę i wracam do swojej Galilei; do miejsca, w którym pierwszy raz usłyszałem, żebym się nie bał, ale poszedł za Nim, w nadziei danej od Niego, że wszystko będzie lepiej, niż to sobie zaplanowałem.
Oceń