Męczennik nauki
fot. icons8 team / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Bruno umierał samotnie. Nigdy nie zgromadził wokół siebie uczniów. Zbudował świat, do którego nie zdołał nikogo wprowadzić. Rozrywany przez wielkie pragnienia przeżył niezrozumienie i odrzucenie.

Maciej Müller: „Ja jednak wtedy myślałem / O samotności ginących. / O tym, że kiedy Giordano / Wstępował na rusztowanie, / Nie znalazł w ludzkim języku / Ani jednego wyrazu, / Aby nim ludzkość pożegnać, / Tę ludzkość, która zostaje” – napisał Czesław Miłosz. Czy Giordano Bruno rzeczywiście umierał opuszczony i niezrozumiany?

Tomasz Gałuszka OP: To był nieprzystający do szesnastowiecznej rzeczywistości niespokojny duch, całe życie dążył do wolności, eksperymentował, przekraczając wszelkie granice myślowe. Porzucał wszystko, co zastał, po to żeby pójść dalej. Nie szanował niczego, co ustalone, spetryfikowane. I ludzi, którzy tego bronili.

W naszej niedawnej rozmowie o inkwizytorach ukazałeś ich jako lekarzy dusz, walczących o nawrócenie i zbawienie heretyków. W przypadku Giordana Bruna mamy jednak do czynienia z inkwizycją, która doprowadziła do skazania na stos wybitnego człowieka.

Bruno ma stereotypową etykietkę „męczennika za naukę” – co pewnie by go zdziwiło, bo zginął z zupełnie innych powodów. Co ciekawe, nie sądzę, żeby Giordano Bruno dogadał się ze współczesnymi naukowcami. On gardził skrupulatnymi wyliczeniami, eksperymentami, precyzyjnym językiem…

Nieczęsto się wspomina, że Bruno był dominikaninem.

I nigdy nie przestał nim być. Po jego ucieczce z klasztoru zakon nie wszczął żadnego postępowania w jego sprawie. Co więcej, generał zakonu Hipolit Beccaria odwiedzał go w więzieniu inkwizycyjnym i walczył o jego życie.

Kilkanaście lat spędzonych w klasztorze dominikanów w Neapolu było najważniejszym etapem w życiu Giordana Bruna. Do zakonu wstąpił w 1565 roku jako kilkunastoletni chłopiec zafascynowany myślą neoplatońską, ale też pismami jednego z największych myślicieli renesansu Erazma z Rotterdamu, który podkreślał wolność i wielkie możliwości człowieka.

W Neapolu było wiele klasztorów. Dlaczego wybrał dominikanów?

W tamtejszym kościele św. Dominika Bruno widział zakonników, którzy „byli jak aniołowie” – wspaniale przemawiali i pięknie żyli. Dla nowicjusza szybko przyszedł oczywiście moment oczyszczenia motywacji. Okazało się, że aniołowie są zwykłymi ludźmi, którzy po prostu jedzą, śpią, odprawiają mszę, czytają pobożne książeczki…

A Bruno nie znosił dewocji. Jako nowicjusz zasłynął tym, że zdjął ze ściany celi wszystkie święte obrazki – w tym Katarzyny Sieneńskiej i św. Antonina z Florencji, inkwizytora z pierwszej połowy XV wieku. Zostawił tylko krzyż.

Czyli na tym etapie nie miał jeszcze problemów z boskością Chrystusa?

Nie zgadzał się z kultem jakiegokolwiek człowieka, w tym Jezusa z Nazaretu. Dla niego był to wybitny człowiek, prawdziwy mędrzec. Podczas formacji zakonnej wciąż pojawiały się problemy z poglądami Giordana: oskarżano go o arianizm, o podważanie doktryny o Trójcy Świętej. Bo w jego myśleniu funkcjonował jeden Bóg, niczym monolit – nie było mowy o Osobach Boskich, a tym bardziej o wcieleniu.

To jak on się uchował podczas formacji?

Dzięki swojej inteligencji. Całe życie był dobrym dyplomatą – z każdym potrafił się dogadać, do każdego dostosować (choć tylko do czasu). Przeszedł całą formację zakonną, bo dobrze rokował – jego dziwne pomysły tłumaczono młodością. A Giordano zdawał celująco wszystkie egzaminy, przyjął święcenia kapłańskie, obronił bardzo ortodoksyjny doktorat z teologii.

Przez kilkanaście lat życia zakonnego, do 1576 roku nasiąkł ogromną ilością wiedzy. U dominikanów panowała wolność studiowania (coś nie do wyobrażenia np. dla jezuitów). Czytał więc Tomasza z Akwinu, Alberta Wielkiego, Lukrecjusza, Epikura, Erazma (mimo formalnego zakazu generała dominikanów). I, co kluczowe, prawdopodobnie w bibliotece klasztornej odnalazł streszczenie O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernika.

Dopiero co powiedziałeś, że Giordano Bruno nie cenił matematycznych analiz. A dzieło Kopernika jest pełne skomplikowanych wyliczeń.

Dlatego badacze uważają, że Bruno zetknął się raczej z jakimś omówieniem dzieła Kopernika. Nie interesowały go obliczenia. Przyjął hipotezę Kopernika jako element dopełniający jego własny system filozoficzno-teologiczny. Kopernik ruszył z miejsca Ziemię, dotychczas nieruchomą w systemie ptolemejskim. Dla Bruna był to dowód naukowy, że nie ma nic stałego. Wszystko wiruje i zmienia się, zarówno człowiek, jak i Ziemia, i cały wszechświat. Podczas procesu inkwizycyjnego oczywiście zarzucano mu głoszenie, że Ziemia nie stoi na biblijnych fundamentach, jednak był to zarzut dodatkowy, drugoplanowy.

Dlaczego Bruno uciekł z klasztoru?

Narastała w nim frustracja, a braci, których nie tak dawno uważał za aniołów, zaczął nazywać „zwykłymi osłami”. W końcu w 1576 roku opuścił klasztor – ale nigdy nie przestał przyznawać się do tradycji dominikańskiej. Był bardzo dumny ze swojego imienia zakonnego Giordano (na chrzcie otrzymał imię Philippo): posługiwał się nim nawet wtedy, gdy przeszedł na kalwinizm. Być może czuł pokrewieństwo duchowe z Jordanem z Saksonii, następcą św. Dominika. Tak jak on podróżował po Europie, był cały czas w ruchu, a nawet podobnie jak Jordan zakończył życie w tragicznych okolicznościach – Jordan w wodzie (w 1237 roku w trakcie katastrofy morskiej), a Giordano w ogniu. Byli takimi samymi „niespokojnymi duchami”, ale w kwestii wierności Kościołowi stanowili zupełne przeciwieństwa – woda i ogień.

Historia Bruna wiele mówi o naszym zakonie, który go przyjął mimo jego trudnej osobowości i brawury w sposobie myślenia. Wśród dominikanów tamtego czasu działali i Giordano Bruno, i malarz Fra Angelico, i reformator Hieronim Savonarola, i pobożny Rajmund z Penyafort. Ten sam klasztor św. Dominika w Neapolu wychował zarówno pełnego szacunku dla ludzi swoich czasów św. Tomasza z Akwinu, jak i stawiającego się poza ówczesnym społeczeństwem Giordana. Tomasz chciał reformy poprzez bycie wewnątrz wspólnoty, Bruno natomiast – jak stwierdził Michele Ciliberto, najlepszy znawca biografii naszego bohatera – poprzez nauki i działanie z zewnątrz.

Mówi się, że Giordano Bruno zwalczał scholastykę, czyli usystematyzowane spojrzenie na rzeczywistość, której przedstawicielem był wspomniany Tomasz z Akwinu.

Bruno krytykował wszystko: od scholastyki, przez dogmaty, po język. Wszystko jest zmienne, przechodzi ze stanu w stan. W jego światopoglądzie kluczowe są zmiany, przekraczanie granic. Nie ma niczego stałego, opisanego od A do Z. Życie Giordana jest uzewnętrznieniem tego, co zapisał w licznych traktatach, np. De infinito i Cena delle ceneri: niepokój, ruch, poszukiwanie, napięcie. Ten ruch zmierzał do jakiegoś spełnienia, pragnienia. Czasem przyziemnego: największym marzeniem ekszakonnika było posiadanie katedry akademickiej: miejsca, w którym zgromadzi uczniów otaczających go szacunkiem.

Uważał, że świat jest zepsuty i należy zbudować go na nowo. Dlatego zwalczał wszelkie ustalone prawdy, zwyczaje i normy. Podążając za myślą neoplatońską, uznał, że wszystkie elementy rzeczywistości łączą się ze sobą, następuje przechodzenie stanu w stan, rzeczy w rzecz.

Czy w tym światopoglądzie było miejsce dla Boga?

Tak, Bruno uważał, że wszechświat jest nieskończony, ponieważ jest cieniem Boga. Ale między Bogiem a rzeczywistością nie ma żadnej relacji. Nigdy się nie spotkają. Dlatego nie może być mowy o wcieleniu. Ponieważ jednak wszechświat jest cieniem Boga, ma cechę boską – nieograniczoność. Wszechświat nie ma początku ani końca, nie można mówić o żadnym akcie stworzenia.

Skoro wszystko wciąż przechodzi ze stanu w stan, dzieje się tak również z duszami – spekulował Giordano. I doszedł do koncepcji metempsychozy (przechodzenia dusz), którą dzisiaj nazwalibyśmy reinkarnacją. Jeśli człowiek żyje niegodnie, nie udoskonala się, to w następnym wcieleniu będzie kimś gorszym. Z tego też wynika, że nie ma kary wiecznej.

A zbawienie?

Skoro nie ma piekła, to nieba też nie ma.

Czy w religii Giordana Bruna funkcjonowałby kult?

Nie, to religia oparta wyłącznie na rozumie, który rozważa, analizuje, docieka. Liczy się tylko to, co wykoncypujemy, poznanie zmysłowe nie ma wartości.

Z tego wypływała jakaś etyka?

Tak, dla Bruna człowieka wyróżniało to, że jest w stanie w sposób wolny podejmować decyzje i kształtować swoje życie. W optyce Giordana Bruna nie wystarczało nie robić złych rzeczy, żeby być cnotliwym. Stagnacja była dla niego najgorszą z możliwych decyzji.

To się wydaje akurat dość ewangeliczne. Chrystus pyta: Czy dałeś Mi jeść, pić, czy Mnie przyodziałeś? W tym ujęciu grzech to zaniechanie dobra.

Zgadza się. Swoje rozumienie cnoty Giordano mógł zaczerpnąć z tomizmu. Nie był konsekwentnym zwolennikiem Erazma, Epikura, Lukrecjusza czy Tomasza z Akwinu. Jego projekt nowej religii był patchworkiem składającym się z wielu elementów. W centrum tej religii była miłość: to ona powinna być głównym prawem politycznym świata. Nie istnieją granice, ludzi nic nie dzieli.

Zupełnie jak w piosence „Imagine” Johna Lennona…

Rzeczywiście: Bruno chciał religii, która będzie oparta na wzajemnej życzliwości ludzi. Preferował postawę dystansu do rzeczywistości: dziś jest dobro, jutro zło, dziś radość, jutro cierpienie – ale nie warto się tym przejmować, bo wszystko jest w ruchu. Nawet śmierć nie jest końcem, tylko przejściem w nowy byt.

Pamiętajmy przy tym, że Bruno nie usuwał się w cień swoich nauk, jak Tomasz z Akwinu. Nazywał siebie Merkurym, wysłannikiem bogów, który ma oświecić ludzkość. Bo wszystko, co istniało do tej pory, to „ciemne wieki”. Dopiero teraz przychodzi światło, powstaje nowa filozofia, nowa religia, nowy świat. Wszystkie dotychczasowe religie są złe. Bruno doceniał tylko wierzenia starożytnego Egiptu: bo Egipcjanie – twierdził – poprzez czczenie zwierząt i dopatrywanie się bóstw w różnych przedmiotach, głębiej rozumieli rzeczywistość. Katolicyzm uznawał za starą, zepsutą religię, która uczy zabobonów, ale ma jedną zaletę – docenia działanie człowieka (koncepcja zasługi). Za to gardził kalwinami i luteranami za podkreślanie prymatu łaski i predestynacji. Bo skoro nie liczą się czyny i zasługi, to jaki jest sens życia? Nie bez powodu protestanci szybko się pozbyli takiego nauczyciela.

Postrzegano go jako śmiesznego czy raczej niebezpiecznego?

Jako niebezpiecznego dziwaka. Katolicy obawiali się wszelkich nowości, ponieważ od półtora wieku doświadczali tych spowodowanych przez reformację. A protestanci bali się go – bo nowe dzieła dopiero szukają tożsamości. Luteranom i kalwinom nie było w smak, że jakiś „Merkury” podważa to, co skrzętnie budowali przez kilka dziesięcioleci.

Jak to się stało, że po kilkunastu latach podróży po Europie Giordano Bruno wpadł w ręce rzymskiej inkwizycji?

W 1592 roku wrócił do Italii, pewny, że wreszcie ziszczą się jego marzenia, że zdobędzie katedrę i zacznie realizować swoje postulaty. Niestety wszystko przepadło za sprawą pewnego małego człowieka, szlachcica Giovanniego Moceniga, który gościł Giordana w Wenecji. Filozof miał go uczyć mnemotechniki, czyli sposobu szybkiego zapamiętywania dużej ilości informacji. Doszło między nimi do jakiegoś konfliktu, którego szczegółów nie znamy. Bruno się zorientował, że dzieje się coś złego, i postanowił wyjechać do Wittenbergi, ale było już za późno. Mocenigo uwięził go i zadenuncjował inkwizytorowi weneckiemu.

Ten przyjrzał się sprawie: okazało się, że chodzi o zakonnego uciekiniera, wobec którego już wcześniej formułowano liczne oskarżenia o błędy i herezje. Może gdyby Bruno nie miał święceń kapłańskich, sprawa zakończyłaby się na generale dominikanów. Inkwizytor przesłał akta do Rzymu. W 1593 roku Giordano Bruno trafił do więzienia inkwizycji rzymskiej. Nie były to ciemne lochy – warunki miał na tyle dobre, że tworzył kolejne traktaty, pisał liczne odwołania do papieża.

Co w nich pisał?

Że zarzuty są fałszywe, bo to, co głosi, nie sprzeciwia się nauce chrześcijańskiej. On po prostu wskazuje drogi pewnych poszukiwań.

Czyli kłamał?

Nie da się ukryć, że podczas kilkuletniego procesu Giordano Bruno przemilczał wiele kwestii. Starał się np. ukryć przejście na kalwinizm. Wykorzystywał to, że inkwizytorzy nie znali wszystkich tekstów. Zebranie całej spuścizny Giordana Bruna było wielkim wyzwaniem! Tylko podczas pobytu w Londynie opublikował 160 artykułów. Dopóki inkwizytorzy znali tylko teksty filozoficzne Giordana – trudne, nieoczywiste, pełne poezji – mógł on dowodzić, że jego poglądy nie dotyczą wiary. Ale w 1597 roku dotarli do innych tekstów, pojawili się też świadkowie informujący o prawdziwych poglądach Bruna. W końcu odkryto wydaną w Londynie satyrę Spaccio delle bestia trionfante, w której papież został przedstawiony jako wieprz. Przy całej swojej inteligencji Giordano nie był w stanie się z tego wytłumaczyć.

Dano mu szansę odwołania poglądów?

Oczywiście, inkwizycja starała się go nakłonić do nawrócenia i przyjęcia pokuty. Ale on nigdy by się na to nie zdecydował. 21 grudnia 1599 roku Giordano Bruno stwierdził, że niczego nie odwoła. Trybunał zrozumiał, że sprawa stanęła w martwym punkcie.

Nie można go było po prostu wypuścić?

Nie, bo to nie był zwariowany nieszkodliwy zakonnik, tylko człowiek, który dalej by pisał, głosił swoje tezy, zdobywał uczniów. A w Kościele silna była wtedy pedagogika zakazu, czyli chęć chronienia maluczkich przed umysłami zwodzicieli. Poza tym Kościół bał się nowego Lutra, a tu czarno na białym było widać, że Giordano Bruno chciał stworzyć nową religię.

Zgodnie z praktyką inkwizycyjną jedyne, co pozostawało, to odstąpienie od wymierzenia pokuty i przekazanie Giordana Bruna gubernatorowi rzymskiemu. Inkwizytorzy starali się ocalić życie skazańca: trybunałowi świeckiemu zalecili, aby zajął się nim w sposób „łagodny, bez przelewu krwi”. Trybunał świecki nie mógł jednak spełnić takiego oczekiwania, bo za herezję kodeks przewidywał karę śmierci za obrazę majestatu (w tym przypadku papieskiego). 17 lutego 1600 roku na Campo de Fiori Giordano Bruno zostaje publicznie spalony na stosie.

Czy zgodnie ze zwyczajem najpierw go uduszono?

Tego nie wiemy. Według opisów został zakneblowany. Nie przyjął sakramentów, odmówił też ucałowania krzyża przed egzekucją. Co pokazuje, że był konsekwentnym antychrześcijaninem.

To dlaczego Giordana Bruna znamy jako męczennika nauki?

To kwestia dziewiętnastowiecznej niechętnej Kościołowi historiografii. Ale nie tylko. Kilkanaście lat po śmierci Giordana Bruna kłopoty z inkwizycją miał Galileusz. Jego zwolennicy podkreślali, że heliocentryzm, którego bronił ten uczony, to teoria, za którą ginęli wybitni ludzie. Tak jak Giordano instrumentalnie podchodził do teorii Kopernika, tak później instrumentalnie wykorzystywano jego zainteresowania tą teorią.

Kiedy heliocentryzm przestał się podobać Kościołowi?

Dopiero w 1616 roku Kościół po raz pierwszy zajął się sprawą teorii Kopernika, i umieścił jego dzieło w trzeciej kategorii ksiąg zakazanych, czyli takich, które muszą zostać poprawione i zaopatrzone w adnotację, że zawierają hipotezy. Dzieło O obrotach sfer niebieskich nigdy nie zostało potępione ani zakazane.

Czy Kościół mógłby rehabilitować Giordana Bruna? W 2009 roku wezwał do tego prezes Papieskiej Akademii Nauk, fizyk prof. Nicola Cabibbo.

Głos zabrał przede wszystkim Jan Paweł II, przepraszając w 2000 roku za grzechy Kościoła. Kardynał Angelo Sodano w imieniu papieża wyraził ból, że Giordana potraktowano w tak okrutny sposób. Ale na czym miałaby polegać rehabilitacja? Rehabilitować można kogoś, kto głosił prawdę, której Kościół nie potrafił rozpoznać. Tak było w przypadku Galileusza: Jan Paweł II powiedział, że jego perspektywa teologiczna była szersza niż współczesnych mu teologów. Trudno jednak odnieść to do Giordana Bruna, który nie był naukowcem, tylko filozofem. Jego teza o nieskończoności wszechświata nie wynikała z prowadzonych badań.

Czyli nie był to człowiek, który umarł, broniąc nauki przed religijnymi zabobonami?

Absolutnie. Jeżeli za coś umarł, to za swoje poglądy. Niektórzy się zastanawiają, dlaczego Giordano Bruno po ośmiu latach obrony nagle przestał walczyć. Sądzę, że on wtedy zrozumiał do końca własną filozofię. Przestał się bać śmierci. Był gotowy na przemianę, o której tyle pisał.

Rację ma Miłosz, kiedy, patrząc na płonącego Giordana, pisze o „samotności ginących”?

Bruno rzeczywiście umierał samotnie. Nigdy nie zgromadził wokół siebie uczniów. Zbudował świat, do którego nie zdołał nikogo wprowadzić. Rozrywany przez wielkie pragnienia przeżył niezrozumienie i odrzucenie. Żył wykoncypowaną przyszłością, odrzucając swój czas i współczesnych sobie ludzi. Podobny błąd popełnił wcześniej Jan Hus – gardził tym, co jest, nie chciał tego reformować, tylko stworzyć coś nowego.

Czy współczesny Kościół potrafiłby sprawiedliwie potraktować takiego duchowego hipisa?

Nie wiem. Może należałoby zastosować metodę Pana Jezusa – pozwolić wszystkiemu rosnąć, aż do czasu żniwa…

Męczennik nauki
Tomasz Gałuszka OP

urodzony 4 czerwca 1978 roku w Jarosławiu – dominikanin, historyk, mediewista, doktor habilitowany historii Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktor teologii, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Dominikańskiego Instytutu Historycznego, nauczyciel...

Męczennik nauki
Maciej Müller

urodzony w 1982 r. – studiował historię na Uniwersytecie Jagiellońskim i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera. W „Tygodniku Powszechnym” odpowiedzialny za dział „Wiara”. Współpracuje r...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze