Kobiety, nie anioły
fot. andea ferrario / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Jezus wszędzie w Ewangelii mówi: jeśli chcesz – tłumaczy s. Katarzyna. I dodaje: – Klamki w klasztorze są przecież po naszej stronie, więc w każdej chwili mogę stąd wyjść.

Nie wpuści mnie siostra do waszego ogrodu?

– Nie, ale mogę pani uchylić bramę.

Szalona przygoda

Trzeba mieć sporo szczęścia, żeby doczekać się autobusu nr 3, odjeżdżającego spod dworca PKP w Grodzisku Mazowieckim. Ale cierpliwość się opłaca, bo wysiada się dokładnie naprzeciwko klasztoru Matki Bożej Różańcowej. Radonie, ul. Widokowa, jedna z dwudziestu pięciu ulic należących do wsi. Żadnego naciągania, widok faktycznie jest obłędny – dookoła lasy, pola, wszystko kwitnie, pachnie. Rozsiane gdzieniegdzie domy nie są w stanie zaburzyć sielskiego krajobrazu. Nawet klasztor Mniszek Zakonu Kaznodziejskiego, przytulony z jednej strony do ściany lasu, przypominałby bardziej hotel, gdyby nie zdradzała go kaplica z dzwonnicą. W drodze do drzwi wejściowych nie trzeba pokonywać żadnego betonowego muru, żadnej kutej bramy. Chociaż mogło być inaczej, bo swego czasu ktoś z lubością urządzał sobie na podjeździe sióstr wyścigi samochodowe.

Mniszki mieszkają tutaj od 1993 roku. To trzeci, najmłodszy klasztor dominikanek klauzurowych w Polsce. Ziemię pod budowę – osiem hektarów – dostały cztery lata wcześniej od Otylii Ranc, należącej do Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Tylko dla siebie, czyli za klauzurą, mają ponad pięć hektarów. Jest tam sad, ogród i kawałek lasu. Po rozpoczęciu budowy pierwsze siostry mieszkały w wynajętym na czas budowy starym dworku oddalonym od Radoń o 5 km. – Szalona przygoda – opowiada s. Jacka. – Dworek się sypał. Gdy zaczynał padać deszcz, to wszędzie trzeba było rozstawiać miski i wiadra, kiedy mocniej zawiało, trzeba było zapychać szczeliny, czym się tylko dało. Kiedy s. Jacka przyjechała tam jako postulantka, trafiła – można tak powiedzieć – w luksusowe warunki: była już prowizoryczna toaleta urządzona wewnątrz dworku.

Kartoflanka

Na początku mniszki żyły jak zwykłe siostry. Modliły się, pracowały, ale też często spotykały się z ludźmi. Kiedy kasa zaczęła świecić pustkami i brakowało pieniędzy na trwającą budowę klasztoru i kościoła, podjęły decyzję o kwestowaniu w różnych parafiach w całej Polsce. Z jednej strony proszenie o pomoc było trudne. Ale to właśnie wtedy poznały wiele osób, które do dziś wspierają klasztor. – Spotykałyśmy się z ogromną życzliwością – mówi s. Jacka. – Przy okazji mogłyśmy też ludziom trochę opowiedzieć o naszym życiu, bo tak naprawdę niewielu wie o naszym istnieniu. Z tych wypraw siostry przywoziły nie tylko pieniądze, ale i stos kartek z intencjami do modlitwy, które potem między siebie rozdzielały.

Siostra Berandeta, teraz przełożona w Radoniach, wspomina wspólne wykopki z sąsiadami. (Cieszyli się z obecności zakonnic, bo nareszcie mieli we wsi kaplicę i nie musieli jeździć do kościoła w Grodzisku). Był taki zwyczaj, że wszyscy wszystkim pomagali przy pracach w polu, więc siostrom też. Po wykopkach u mniszek ustawiało się pod lasem stół i zaczynała się biesiada przy kartoflance. – Kiedy nie zamknęłyśmy jeszcze klauzury, ten kontakt z ludźmi był bardzo prosty – opowiada s. Bernadeta. – Wychodziłyśmy przed klasztor, rozmawiałyśmy ze znajomymi. Potem ludziom tego brakowało, bo żeby się z nami spotkać, trzeba wejść do środka, zadzwonić na furtę, poprosić konkretną siostrę. Nie każdy ma tyle odwagi.

Wewnątrz klasztoru wszystko jest proste, jasne, dominuje biel i drewno. Po lewej stronie znajdują się drzwi do skrzydła dla gości: cztery pokoje przytulnie urządzone, bez przepychu, ale i przesadnej ascezy. Przez okna widać ogród mniszek – ten, do którego nie można wejść, bo tam obowiązuje już klauzura. Czasem w Radoniach ruch jest jak na Marszałkowskiej. Jedni goście wyjeżdżają, za chwilę pojawiają się następni – księża, zakonnice z innych zgromadzeń, świeccy. Chcą się tu modlić, odpocząć, spotkać z siostrami, a przy okazji nierzadko ktoś się bierze za koszenie trawy czy odgarnianie śniegu. Od czasu do czasu „na roboty” wpadają też bracia z dominikańskiego nowicjatu, żeby na przykład porąbać drewno.

Plotki u mniszki

A gdyby ktoś chciał wpaść do mniszki na plotki? Wygadać się, poopowiadać, co słychać na studiach, zwierzyć się z rodzinnych kłopotów czy miłosnego zawodu? – Powołaniem dominikanki – tłumaczy s. Katarzyna – jest nie tylko mówienie Bogu o ludziach, ale też mówienie ludziom o Bogu. Czasem takie tradycyjne mówienie o Nim nie przejdzie. Rozmawia się więc o tym, co w danym momencie jest dla człowieka ważne. Nigdy nie szkoda na to czasu, Pan Bóg ma przecież różne metody działania.

Każdy, kto spotka się z mniszką czy do niej napisze, może mieć pewność, że siostra będzie pamiętać. Zamknięcie się w klasztorze nie jest formą skrajnego duchowego egoizmu, ale ma powodować maksymalną otwartość serca na innych. – W naszym przypadku przejawia się to przede wszystkim w modlitwie wstawienniczej za innych – mówi s. Katarzyna. Jeden z fragmentów Konstytucji sióstr brzmi tak: „Mniszki dominikańskie żyją w sercu misji Zakonu. Oddając się całkowicie Bogu, podejmują i przedłużają specjalną łaskę, jaką posiadał św. Ojciec Dominik wobec grzeszników, ludzi nieszczęśliwych i strapionych, nosząc ich wszystkich w wewnętrznym sanktuarium swego współczucia”. To nie jest martwa litera prawa – kto miał do czynienia z siostrami, ten wie.

Gdyby jednak ktoś chciał je wyciągnąć na spacer albo zjeść razem z nimi obiad, jest z góry skazany na porażkę (chociaż obiad na pewno dostanie). Spotkania z mniszkami odbywają się w rozmównicach. W klasztorze są trzy takie pomieszczenia. Nie ma w nich krat, które oddzielałyby siostry od gości, krat tak dobrze znanych z filmów, opowieści czy wizyt w innych wspólnotach klauzurowych. Ale rozmównice w Radoniach też nie do końca przypominają te z klasztorów ojców dominikanów. Bo tu mniszka, chociaż poda rękę na przywitanie, siedzi za tak zwaną ladą, bardzo podobną do lady ze sklepu. To nie musi przeszkadzać, kiedy siostra jest po prostu znajomą czy powiernikiem duchowych sekretów. Ale kiedy pod habitem kryje się ukochana córka? – Jak się człowiek dobrze przechyli, to da się przez ladę serdecznie uściskać z rodzicami – zapewnia s. Paula.

Klamki

Obszar świata mniszki: 8 hektarów, a właściwie niecałe sześć, bo na teren przed klasztorem wychodzi raczej tylko siostra zajmująca się klombami.

Jednostki ludzkie w najbliższym otoczeniu: 10. I nie ma co liczyć na jakieś personalne rewolucje, bo zasadniczo siostry nie są przenoszone z klasztoru do klasztoru, jak to mają w zwyczaju czynne zgromadzenia. Mówiąc bez ogródek – dominikanka, która przychodzi do danego klasztoru i decyduje się ostatecznie na życie zakonne, najprawdopodobniej zostanie tu do śmierci. Rzadko (na szczęście) zdarzają się też odejścia sióstr po ślubach wieczystych. W Radoniach w ciągu ostatnich kilku lat taka historia miała miejsce raz.

Rozpiętość wiekowa mieszkanek Radoń: 30–80 lat.

Możliwość opuszczania klasztoru: niewielka. Kiedy trzeba zagłosować w wyborach, pójść do dentysty czy innego lekarza. W wyjątkowych przypadkach można pojechać do rodziców – jeśli są bardzo schorowani czy mocno posunięci w latach. Bywa, że mniszka wyjedzie na swój odpoczynek do innego klasztoru, ale również takie wakacje siostry spędzają u siebie.

Cela (czyli pokój): też niewielka. Krzyż, łóżko, szafa, biurko, krzesło, umywalka. (Są też cele, które łączy wspólna łazienka, co w jednym z artykułów zostało okrzyknięte mianem rewolucji w życiu zakonnym). No i książki. Siostra Katarzyna, oprócz tych teologicznych, ma w swojej celi także kucharskie, bo od jakiegoś czasu gotuje siostrom i w wolnych chwilach się doszkala. Kiedyś miała tu karimatę – doskonałą do ćwiczeń czy wypadów do lasu, oraz kijki do nordic walkingu – trafiły bliżej wyjścia.

Własne pieniądze: – A po co mi pieniądze, skoro nigdzie stąd nie wychodzę? – pyta jedna z mniszek. Jeśli jednak do czegoś pieniądze są potrzebne, prosi się o nie przełożoną.

Telewizor: jest. Siostry mogą oglądać wiadomości, czasem jakiś film – zawsze za zgodą przełożonej i raczej tylko w święta.

Internet: jest. Mniszki korzystają z poczty elektronicznej, ale po sieci surfują w ograniczonym zakresie.

Liczba habitów: około pięciu plus fartuch, który lepiej sprawdza się w pracy niż kremowobiały habit. – Przynajmniej człowiek nie musi się zastanawiać, co ma dziś na siebie włożyć – kwituje ze śmiechem s. Katarzyna. Fartuch służy też jako dres, gdy mniszka ma ochotę na jogging czy jazdę na rowerze (choć ten nie cieszy się szczególną popularnością).

Milczenie: obowiązuje cały dzień, z nielicznymi wyjątkami – kiedy wydarzy się coś nadzwyczajnego, kiedy trzeba się dogadać w sprawie wspólnej pracy, kiedy jest rekreacja (czasem siostry wspólnie rozwiązują na niej krzyżówki) czy w dzień świąteczny. Wtedy można mówić do woli.

– Najważniejszym źródłem wolności jest relacja z Panem Jezusem – mówi s. Bernadeta. – To z niej czerpiemy siły do takiego życia. Inne mniszki powtarzają to samo: z jednej strony jest powołanie od Boga, które sprawia, że w ogóle zaczyna się myśleć o takim życiu, ale z drugiej strony jest też decyzja człowieka. – Ja mam to wybrać w wolności. Jezus wszędzie w Ewangelii mówi: jeśli chcesz – tłumaczy s. Katarzyna. I dodaje: – Klamki w klasztorze są przecież po naszej stronie, więc w każdej chwili mogę stąd wyjść.

Ale my wiemy swoje.

Teza 1: Poszła do klasztoru, bo nie radziła sobie w życiu

Siostra Jacka jeszcze w liceum zapierała się, że nigdy nie będzie uczyć w szkole i na pewno nie zostanie zakonnicą. – Skąd w ogóle wtedy taka myśl? – zastanawia się. Brała pod uwagę aktorstwo, ale ostatecznie stwierdziła, że to jednak nie to, bo ma za małe zdolności muzyczne. Plany nieco zmodyfikowała pod koniec ogólniaka, kiedy postanowiła iść na matematykę, i to z przygotowaniem nauczycielskim. – Bardzo mi zależało, żeby po studiach uczyć w moim dawnym liceum – opowiada. – Pamiętam dzień, kiedy udało mi się wreszcie wychodzić tam etat, choć to było tylko zastępstwo na rok. Któregoś dnia przechodziłam obok tej szkoły z wielką radością i nagle dopadła mnie myśl, że to jest tylko jakiś etap. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że Pan może mieć dla mnie inny plan. I zawołałam: „Ratunku, nie!”.

Siostra Jacka zaczęła pracę w innej szkole, uczyło jej się świetnie (za tym zresztą najbardziej tęskniła po przyjściu do klasztoru), ale jednocześnie czuła, że to nie jest jej miejsce. Jezus, jak sama mówi, coraz mocniej dobijał się do jej serca, a ona wciąż się zastanawiała, czy przypadkiem sobie czegoś nie wymyśla, czy sobie czegoś nie wmawia, czy samej siebie niepotrzebnie nie zadręcza? Pewnego dnia w kościele dominikanów usłyszała kazanie do ewangelii opowiadającej o tym, żeby nie oglądać się wstecz, kiedy ktoś przykłada rękę do pługa. Nie pamięta, co dokładnie ksiądz wtedy mówił, ale ma pewność, że mówił do niej. – Następnego dnia oznajmiłam pani dyrektor, że już nie będę tutaj uczyć. Nie przyznała się, dlaczego. Wstąpiła do Mniszek Zakonu Kaznodziejskiego jako dwudziestosiedmiolatka.

W niektórych siostrach myśl o tym, żeby zostać dominikanką klauzurową krystalizowała się szybciej. Nie ma jednak takiej opcji, by z dnia na dzień spakować się i zamieszkać z mniszkami. Najpierw trzeba je trochę poznać (i dać się poznać), być z nimi przez jakiś czas w kontakcie, przyjeżdżać raz na kilka miesięcy. Nie wchodzi też w grę coś takiego, że ktoś – nawet doskonale znając się z siostrami – kończy szkołę średnią czy studia i natychmiast wprowadza się do klasztoru. Trzeba najpierw rok normalnie popracować.

Siostra Paula już po trzecim roku polonistyki wiedziała, gdzie wyląduje po jej ukończeniu. Ale i tak musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie. W szkole nie było sensu, bo przecież to tylko rok, więc najpierw pracowała w punkcie sprzedaży na lotnisku w Balicach, potem w kwiaciarni w Nowym Targu (co jej się teraz bardzo przydaje, bo zajmuje się zakrystią), a następnie w przedszkolu prowadzonym przez siostry zakonne.

Zawodowe doświadczenie z przedszkolem ma także s. Katarzyna. Zajmowała się tam dziećmi specjalnej troski – opowiadała im o Panu Bogu, ale mówi, że to był raczej odpoczynek, a potem szła do prawdziwej pracy, czyli do gimnazjum, gdzie była katechetką i „panią od seksu” (uczyła przygotowania do życia w rodzinie).

Teza 2: Klasztor to oaza kobiet niewykształconych

Większość mniszek z Radoń skończyła studia. Są wśród nich polonistki, matematyczka, pedagożka, filozofka, pielęgniarka, teolożki, jest też siostra inżynier elektronik. – Studia uczą samodzielnego myślenia, dociekania. To się w naszym życiu, szczególnie w studium, bardzo przydaje – dopowiada s. Bernadeta.

W czasie formacji, czyli przygotowania najpierw do pierwszych ślubów, potem do wieczystych, siostry muszą poznać lektury obowiązkowe z listy. Wszystkie bardzo poważnie podchodzą do wpisanego w plan dnia studium, czyli wnikliwej, uważnej, naukowej lektury. Mają też potężną bibliotekę, tworzoną z myślą o sobie, ale i o przyszłych pokoleniach mniszek. W klasztornym budżecie na książki są przeznaczone specjalne fundusze. – Dominikanka ma się kształcić, ma pogłębiać wiedzę o Panu Bogu po to, żeby Go lepiej rozumieć i lepiej Mu służyć. To bardzo charakterystyczne dla naszego zakonu – wyjaśnia s. Katarzyna. – Ludzie, którzy do nas przychodzą, pytają o różne rzeczy. Byłoby głupio, gdyby dominikanka powiedziała: nie, to mnie w ogóle nie interesuje, więc tego nie ruszam. Poza tym tu też chodzi o realizowanie potrzeby twórczości i rozwijanie swojego człowieczeństwa – mówi mniszka.

Teza 3: Poszła do klasztoru, bo tam jest życie sielskie i anielskie

Niejedna kandydatka do klasztoru usłyszała na wejściu: pamiętaj, tu nie ma aniołów, tu są ludzie. Siostry uparcie podkreślają, że ich życie w takiej formie nie miałoby sensu, gdyby nie Bóg. Ale też z rozbrajającą szczerością przyznają, że „Pan Bóg wszystkiego nie załatwi”, chociaż Go kochają, są Mu oddane i modlą się po kilka godzin dziennie. Każda z mniszek natrafia na takie obszary w sobie czy we wspólnocie, które stają się dla niej terenem walki. – Darem, ale czasem i problemem jest to, że każda z nas jest inna – opowiada s. Bernadeta. – Każda ma inną wizję życia zakonnego, inne oczekiwania, co wynika z temperamentu czy tego, jak zostałyśmy wychowane. To obszar tarć, ale takie zjawisko można obserwować od początku istnienia Kościoła. Już św. Paweł miał problemy z towarzyszami, z którymi się musieli wzajemnie dotrzeć – dodaje. Dlatego i mniszki muszą wkładać sporo energii w to, żeby się w wielu sprawach dogadać, wypracować jakiś kompromis, żeby się pogodzić i sobie wybaczyć, kiedy dojdzie do kłótni. Obok zwyczajnych, ludzkich metod rozwiązywania konfliktów sięgają też po nadprzyrodzone: – Eucharystia jest tu bardzo ważna i w ogóle wszystkie sakramenty, bo one nas odnawiają duchowo i otwierają na siebie nawzajem – tłumaczy s. Bernadeta.

Zawsze bardzo trudnym momentem dla wspólnoty jest odejście siostry po ślubach wieczystych. – Ktoś odchodzi i zostaje po nim dziura, bo to tak, jakby wyrwać drzewo z korzeniami. Da się ją załatać zewnętrznie, ale istnieje jeszcze przestrzeń relacji, więzi, jakichś niespełnionych marzeń – tłumaczy s. Katarzyna. – W takiej sytuacji muszę zadać sobie pytanie, co ja mam zrobić, żeby nie być następną, żeby moja relacja z Panem Jezusem coraz bardziej mnie fascynowała, żeby wytrwać w tym, co obiecałam?

Dla s. Pauli najtrudniejsze wcale nie jest to, że nie może sobie pochodzić po górach, co wcześniej uwielbiała robić, ale tęsknota za najbliższymi. Wyzwaniem jest też posłuszeństwo wobec przełożonych. – Oczywiście mam prawo wysunąć zastrzeżenia i przełożona mnie wysłuchuje – dodaje. Jednak w tradycji zakonnej ostateczna decyzja zawsze należy do przełożonego.

Siostra Jacka też nie owija w bawełnę: – Największym brakiem jest dla mnie brak rodziny. Z jednej strony bliska relacja z Panem Jezusem i życie wspólnotowe trochę to łagodzą, ale ten brak nadal zostaje. I pewnie ma pozostać. Ja się na to godzę, przyjmuję i ofiarowuję, bo przecież doświadczenie braku jest wpisane w nasze życie wiarą. Pełnia dopiero przed nami…

Trzydziestu braci na koncie

Na początku były… mniszki. Zanim powstał Zakon Kaznodziejski, św. Dominik założył w Prouilhe w 1206 roku klasztor dla sióstr. Dopiero na takim kontemplacyjnym gruncie wyrośli dominikanie, którzy mają przecież „przekazywać innym owoce kontemplacji” (contemplata aliis tradere. Podział duszpasterskich obowiązków między mniszkami i braćmi (w dużym skrócie i wielkim uproszczeniu) rozkłada się tak, że gdy dominikanin głosi Ewangelię, ma zapewnione modlitewne wsparcie „swojej” mniszki.

Kiedy kolejni bracia zaczynają nowicjat, siostry losują ich między sobą i tak tworzą się ewangelizacyjne tandemy, obowiązujące dożywotnio. – Kiedy któraś z sióstr umiera, to inna po niej dziedziczy brata – tłumaczy s. Katarzyna (która ma na koncie ok. trzydziestu braci – nie wie dokładnie, bo nie liczyła). Tym sposobem można dostać w spadku brata już „gotowego”, czyli po święceniach kapłańskich.

Wielu nowicjuszy traktuje mniszki trochę jak swoich aniołów stróżów, ale one też się upominają u nich o modlitwę. Czasem role się odwracają, kiedy po święceniach kapłańskich dany ojciec staje się spowiednikiem „swojej” siostry. Bywa, że rodzą się na tym gruncie prawdziwe przyjaźnie. A bywa i tak, że dominikanka traci „swojego” brata, kiedy ten porzuca zakon. – Każde odejście kapłana jest trudne i dotyka człowieka. Ale gdy się z kimś było bliżej, towarzyszyło mu się modlitwą na różnych etapach formacji, to jest szczególnie bolesne. Mam dwóch takich braci i cały czas modlę się za nich – mówi s. Jacka.

Opowiedzieć tajemnicę

Mniszki nie są wolne od trosk czy zmartwień. Nie są też nawiedzone ani oderwane od rzeczywistości. Wiedzą, że ich życie tutaj da się jakoś wytłumaczyć tylko Bogiem – tym, że On jest, kocha, że powołuje człowieka, że lubi różnorodność w Kościele. Wierzą w życie z Nim za klauzurą, ale nie do końca wierzą w możliwość opowiedzenia o tym. – Jeśli przebiorę panią w habit, to jeszcze nie stanie się pani mniszką – usłyszałam od s. Katarzyny.

Jedną z sióstr zapytałam, co jest dla niej największą wartością takiego życia. Odpowiedziała: – Boję się, żeby to źle nie zabrzmiało, ale… kiedy wieczorem siądę w kaplicy, nawet po ciężkim dniu, to mam taki spokój i ufność, że jestem w rękach Pana Boga, że On mnie chce tu mieć, że jestem na swoim miejscu – tu kocham i tu jestem kochana i że to ma sens nie tylko dla mnie, ale też dla zbawienia świata. To dla mnie bardzo ważne. Niech pani to napisze jakoś inaczej, mniej górnolotnie – dodała.

Patrzę na te słowa, dwoję się i troję, jak to ująć bardziej „po ludzku”. W końcu kapituluję. Są sprawy, o których nie da się opowiedzieć językiem ulicy.

Kobiety, nie anioły
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze