Klasycy, jazzmani i folkowcy
fot. vlad tchompalov / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Jedyny sposób na to, żeby mówić dobre i mądre kazania, to żyć tym, co się czyta w Piśmie Świętym.

Ojciec Paweł Krupa lubi wspominać swojego wuja księdza. Wuj był proboszczem wiejskiej parafii. Na świętego Rocha chodził po polu między krowami i kropił je święconą wodą. Musiał tylko uważać na krowie placki, wiadomo – na polu różnie bywa. Kazania mówił długie, bo twierdził, że skoro ludzie idą kilka kilometrów do kościoła, to muszą w nim swoje odsiedzieć. Poza tym, gdyby powiedział krótkie kazanie, to zaraz we wsi zaczęłoby się gadanie, że proboszcz się nie przygotował. Zatem kazania trwały. – Mój wuj nie był wybornym kaznodzieją, ale kiedy mówił do swoich parafian, to czuło się, jak on tych ludzi kocha, jak bardzo mu na nich zależy. On mnie tego uczył – tłumaczy ojciec Paweł.

Papież to jest firma

Ziemia obiecana. Karol Borowiecki, Moryc Welt i Maks Baum podążają w kondukcie żałobnym za trumną niemieckiego fabrykanta Hermana Bucholca. Śmierć króla bawełny przyciągnęła na ul. Piotrkowską w Łodzi prawdziwe tłumy. Maks Baum, z pochodzenia Niemiec, zagaduje w pewnej chwili swego przyjaciela Żyda Moryca Welta.

– Żeby mieć chociażby taki pogrzeb, musiałbyś zmienić wyznanie. Ty przecież nie lubisz protestantyzmu – mówi Maks.

 – A nie lubię i nigdy bym na to wyznanie nie przeszedł – odpowiada Moryc. – Jestem człowiek, który kocha i potrzebuje piękne rzeczy. Ja chcę mieć lepszy pogrzeb od Bucholca. Jak ja się narobię cały tydzień, to ja potrzebuję odpocząć. Ja chcę pójść do ładnej sali, gdzie są ładne obrazy, ładne rzeźby, ładna architektura, ładna ceremonia i kawałek ładnego koncertu (…) A w kirche co ja mam? Cztery gołe ściany. I tak pusto, jakby się interes miał za chwilę zlikwidować. Pastor gada jakieś rzeczy o piekle nieprzyjemne. A czy ja idę do kościoła, żeby się denerwować? Ja mam nerwy, ja nie jestem cham. A poza tym ja nie lubię się gnębić nudnym gadaniem. A przy tym ja lubię wiedzieć, z kim ja mam do czynienia. A cóż to za firma protestantyzm, co, no? Papież, to jest firma!

Kończ już!

O tak, Moryc Welt miał rację! Nikt nie lubi nudnego gadania. Ale, niestety, trudno przed nim uciec. Każdy z nas potrafiłby długo mówić o kazaniach, które błąkały się gdzieś ponad głowami słuchaczy i trafiały w próżnię, kołysały do snu, kazały myśleć o czymś innym, bo słuchać było trudno. O kazaniach, których nie da się opowiedzieć, powtórzyć, zapamiętać, streścić. Bo były jedynie zlepkiem słów i frazesów, czasem nawet pobożnych, ale bez treści. Były kazaniem o niczym. Kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt minut straconego czasu. Jeśli miałabym powiedzieć, o co mam największy żal do kapłanów, to właśnie o ten zmarnowany czas. O te cenne minuty, podczas których mogli przekazać Dobrą Nowinę.

Więc bronimy się jak umiemy: ukradkiem zasłaniamy usta, by kaznodzieja nie widział, że ziewamy, walczymy, by nie zasnąć, patrzymy niecierpliwie na zegarek, myślimy tylko o jednym: kiedy to się skończy? A może powinniśmy robić odwrotnie: ziewać na głos, chrapać, chrząkać, stukać obcasem i wreszcie zerwać się z ławki jak góral, który doprowadzony do ostateczności krzyknął do kaznodziei: Kończże wreszcie! Skończył.

– Czasami mam ochotę zachować się podobnie: słucham niektórych moich braci i myślę sobie: Chłopie, co ty wygadujesz? Oszczędź nam tego – mówi ojciec Paweł Krupa.

Po parafiach modlą się inaczej

W świadomości wielu osób dominikanie uchodzą za tych, którzy nie nudzą. Są zakonem kaznodziejskim – marka zobowiązuje. Ale, nie oszukujmy się, także wśród braci dominikańskiej zdarzają się nieprzeciętni nudziarze. No i nawet najlepszy kaznodzieja może mieć gorszy dzień. Ojciec Joachim Badeni, kiedy był już w podeszłym wieku i używał aparatu słuchowego, mawiał: Dajemy kaznodziei minutkę, a potem wyłączamy aparacik.

Niektórzy mówią o dominikańskim stylu czy nawet o dominikańskiej szkole kaznodziejstwa. Czyli po prostu o tym, że dominikanie mówią inaczej. Po dominikańsku.

Ojciec Marek Pieńkowski ma na temat dominikańskiej inności swoje zdanie i przypomina postać biskupa Bronisława Dembowskiego, który jako krajowy duszpasterz Ruchu Odnowy w Duchu Świętym spotykał się z grupą emerytek na modlitwie w kościele przy ul. Piwnej w Warszawie.

Pewnego razu zagadnął go znajomy profesor:

– Księże biskupie, podobno na tych waszych mszach to się tak jakoś inaczej modlicie.

– Inaczej? – zdziwił się biskup. – Nie. My się modlimy normalnie, to po parafiach modlą się jakoś inaczej.

– Parafrazując księdza biskupa Dembowskiego, powiem tak: my mówimy kazania normalnie, to po parafiach księża mówią inaczej – tłumaczy ojciec Marek.

Normalnie – to chyba dobre słowo w odniesieniu do dominikańskiego kaznodziejstwa. – Kiedy jako nastolatek zacząłem chodzić do dominikanów, najbardziej podobało mi się to, że nareszcie rozumiem kazanie, że ktoś mówi je do mnie, że potrafi mnie zaciekawić i sprowokować do jakichś przemyśleń – wspomina ojciec Paweł Kozacki, wychowanek poznańskiego duszpasterstwa szkół średnich prowadzonego przez ojca Jana Górę, dziś przeor klasztoru dominikanów w Krakowie.

Bywalcy dominikańskich kościołów mają swoich ulubionych kaznodziejów: chodzą na Kłoczowskiego, na Prusa, na Kozackiego, na Krzysztofowicza. I jeśli prosi się ich, by wytłumaczyli, dlaczego lubią słuchać ich kazań, to mówią krótko: bo są o życiu. Codziennym, normalnym życiu.

Na poświęcenie łodzi podwodnej

Kazania dzielą się na niedzielne i powszednie. Niedzielne przygotowywane są przez ojców nawet kilka dni wcześniej, te w dni powszednie są zazwyczaj kilkuzdaniowym komentarzem do czytań. Ojcowie nie ukrywają: czasami zdarza im się mówić te kazania z marszu.

Mówienia kazań uczą się już na studiach podczas zajęć z homiletyki. Najpierw to sucha teoria. Potem pierwsze kaznodziejskie próby przed kolegami i przy ołtarzu w kościele.

Ponieważ dominikanin ma być przygotowany jak żołnierz na wojnę, dlatego jeden z wykładowców kazał braciom na studiach głosić kazania z okazji tzw. sytuacji ekstremalnych: na poświęcenie płodów rolnych, na otwarcie basenu, poświęcenie szkoły. – Wyobraźni nam nie brakowało, dlatego zdarzały się też kazania z okazji wodowania łodzi podwodnej i otwarcia stadionu – przypomina sobie jeden z ojców.

W kazaniu, jak mawiał ów wykładowca, najważniejszy jest początek, czyli harpun. Harpunem może być dobra anegdota albo historia z życia wzięta, na przykład o Marysi, która… – i tu wykładowca puszczał wodze fantazji.

Wykłady wykładami, ale bracia jak jeden mąż przyznają, że nie zajęcia z homiletyki były dla nich najważniejsze. – Przez siedem lat zakonnej formacji codziennie, przez 365 dni w roku słyszymy kazania podczas mszy świętej. Mówią je różni ojcowie. Każdy inaczej. Nasiąkamy tym. Wyłapujemy to, co nam się podoba, rozmawiamy o kazaniach nieudanych, mamy swoich mistrzów, na których przynajmniej na początku się wzorujemy – mówi ojciec Maciej Soszyński, duszpasterz z Poznania. I choć potem każdy dominikanin znajdzie swoją kaznodziejską drogę, to punkt wyjścia jest zawsze ten sam: czytania biblijne. – Pismo Święte jest trampoliną, od której musimy się odbić – mówi ojciec Paweł Krupa, kaznodzieja z Warszawy. Tyle że samo wybicie z trampoliny to za mało – trzeba jeszcze dobrze skoczyć i wylądować. A z tym nie zawsze jest łatwo. I tu – ilu kaznodziejów, tyle pomysłów.

Pomysły na kazanie przychodzą w nieoczekiwanych momentach: na spacerze, podczas jazdy na rowerze, pod prysznicem, w czasie posiłku. Czasami inspiracją jest myśl przeczytana w jakiejś książce, zasłyszana podczas rozmowy, czy nawet w cudzym kazaniu. – Kiedyś miałem poczucie, że budowanie własnego kazania w oparciu o czyjąś myśl jest nieuczciwe. Teraz już się od tego uwolniłem. Jeśli to była jakaś ciekawa intuicja, coś wartościowego, dlaczego z tego nie skorzystać? – mówi ojciec Maciej Soszyński.

Ojciec Paweł Kozacki wygłosił już jakieś siedem tysięcy kazań. – Czy lubię mówić kazania? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Głoszenie jest dla mnie tak oczywiste jak to, że oddycham.

Do niedzielnego kazania zaczyna się przygotowywać już na początku tygodnia. – Czytam czytania przeznaczone na tę niedzielę i o nich myślę. Zaglądam do innych tłumaczeń Biblii, czytam różne komentarze, otwieram pisma Ojców Kościoła. Pod koniec tygodnia mam tyle materiału i przemyśleń, że wystarczyłoby co najmniej na trzy kazania. Zaczynam więc selekcjonować to, co przyszło mi do głowy – zdradza ojciec Paweł.

 W podobny sposób nad kazaniem pracuje ojciec Marek Pieńkowski. Nim je wygłosi, zagląda do sześciu tekstów Pisma Świętego – trzech po polsku i trzech po angielsku. – Porównuję, w jaki sposób zostały przetłumaczone konkretne fragmenty, słowa. Mam też swoje cztery autorytety kaznodziejskie: św. Jana Chryzostoma, św. Augustyna, św. Leona Wielkiego i św. Grzegorza Wielkiego – wymienia ojciec Marek. – Lubię zaglądać do ich pism. Pomocne też bywa szukanie znaczenia konkretnych wyrazów – dodaje.

Ale, jak twierdzi, jedyny sposób na to, żeby mówić dobre i mądre kazania, to żyć tym, co się czyta w Piśmie Świętym i co się z tego samemu rozumie. – Jeśli stanę pod drogowskazem, który wskazuje dobrą drogę, ale sam nigdy tą drogą nie poszedłem, to trudno radzić innym ludziom, by tamtędy poszli, bo przecież nie wiem, co ich tam czeka i czego mogą się spodziewać – tłumaczy ojciec Marek.

Wtóruje mu ojciec Soszyński. – Im bardziej to, co mówię jest szczere, im bardziej wypływa z mojego życia, z moich doświadczeń i przeżywania wiary, tym większa moc kazania. Fałsz ludzie wyczują od razu.

Ojciec Paweł Kozacki mówiąc kazanie ma zawsze przed oczami konkretnego człowieka i jego problemy. – Ważną cechą naszego kaznodziejstwa jest to, że jesteśmy wśród ludzi i się w nich wsłuchujemy. Dzięki temu nie mówimy ponad głowami – tłumaczy ojciec Paweł.

Lubię improwizować

Sen kaznodziei. Wychodzi na ambonę. Przed nim kościół pełen ludzi. Poprawia mikrofon, otwiera usta i… nic. Cisza. Widzi oczy wpatrzone w siebie, ociera pot z czoła, czuje, że porusza ustami, ale w kościele nadal panuje głucha cisza. Ma nadzieję, że zaraz się uda, i wtedy… z krzykiem budzi się we własnym łóżku.

Ojcowie nie ukrywają, że wielu z nich, głosząc kazania, odczuwa ogromną tremę, choć robią to już od kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu lat. – Moje niedziele dzielą się na te z kazaniem i te bez niego. Te z kazaniem podszyte są zawsze jakimś stresem. A ponieważ mszę odprawiam dopiero o godz. 21, więc ten stres i niepokój towarzyszą mi przez cały dzień – mówi ojciec Soszyński, właściciel czarnego zeszytu formatu A5. Zeszyt jest gruby, ma czarną miękką okładkę i tak naprawdę jest kalendarzem. W tym zeszycie ojciec Maciej zapisuje swoje kazania. – Podczas mszy zazwyczaj w ogóle do niego nie zaglądam, wystarczy mi świadomość, że leży przede mną i w każdej chwili mogę do niego zerknąć – tłumaczy. Zapisywanie niedzielnych kazań to dla niego próba zebrania myśli, tego, co chciałby powiedzieć ludziom. – Przed mszą czytam te swoje notatki, podkreślam kolorowym pisakiem jakieś słowa klucze. No a potem to już się mówi.

Ojciec Tomasz Nowak lubi nazywać kaznodziejów klasykami, jazzmanami, folkowcami i rockmanami. – Sam jestem jazzmanem. Mam w głowie jedną myśl-standard i improwizuję na jej temat – tłumaczy. Dlatego raczej nie robi żadnych notatek, nie zabiera na ambonę kartek czy zeszytów. – Dzięki temu czuję się swobodniej – tłumaczy. Najważniejszą inspiracją dla niego jest oczywiście Słowo Boże. – Ale szukam odniesień do życia, jak te słowa mają się do mnie, tu i teraz – tłumaczy.

O czym powinno być kazanie? – Powinno nam odpowiedzieć na pytanie, co ja mam zrobić z ewangelią, którą przed chwilą usłyszałem. Ewangelia nie jest przecież do słuchania, tylko do czynienia – mówi ojciec Wojciech Dudzik.

A jeśli tak nie jest? Jeśli do kazań wkrada się polityka? Ojciec Marek Pieńkowski widzi to tak: – To zależy, co rozumiemy przez słowo polityka. Ambona z pewnością nie jest miejscem do tego, by opowiadać o swoich preferencjach politycznych. Ale też nie możemy zabronić kaznodziejom, by uwrażliwiali wiernych na wartości, które powinny być realizowane w polityce.

Ojciec Tomasz Nowak przypomina sobie opowieść ojca Jana Kłoczowskiego o kazaniu w niedzielę 13 grudnia 1981 roku. – Nie mógł nie powiedzieć z ambony o tym, co się stało, mimo, że groziło mu internowanie. Właśnie w takiej chwili ludzie potrzebowali umocnienia swojej wiary i pokrzepienia, ale opartych na prawdzie – tłumaczy.

Miłosierdzie zamiast piekła

Czym dominikańskie kaznodziejstwo różni się od tego „innego”? – Może trochę sposobem widzenia świata – mówi ojciec Tomasz Nowak, który w ramach organizowanych od tego roku warsztatów Pro populo prowadzi kursy dla kaznodziejów. – Nie chodzi o to, żebyśmy poklepywali wiernych po plecach i mówili: jest świetnie. Trzeba oczywiście widzieć złe rzeczy i je pokazywać, ale jednocześnie trzeba przyjmować człowieka takiego, jaki jest. Pozwolić ludziom, by patrzeli na siebie tak, jak patrzy na nich Bóg – miłosiernie.

Na początku warsztatów rozmawia z księżmi o ich kapłaństwie, parafii, ludziach, z którymi pracują i którym głoszą słowo Boże. – Mamy często inne doświadczenia. Dominikańskie kościoły są przede wszystkim w dużych miastach. A na nasze spotkanie przyjeżdżają też księża z małych miejscowości. Pełno w nich obaw i czasami krytycyzmu. To musi się przekładać na kaznodziejstwo – mam wrażenie, że chcąc naprawiać świat, zamiast Dobrej Nowiny przepowiadają niejednokrotnie złą nowinę. Straszą, karzą, potępiają. Zdaniem ojca Tomasza najważniejszy w życiu kapłana jest dobry kontakt z Panem Bogiem, ale także z człowiekiem, do którego mówi. – Jeśli tego nie ma, trudno przepowiadać słowo Boże, które byłoby błogosławieństwem, a nie przekleństwem. Karmimy innych tym, czym sami żyjemy – tłumaczy ojciec Tomasz.

Między słowami 

Dla ojca Pawła Krupy każde kazanie jest wydarzeniem. I jak zapewnia, głosząc je, daje z siebie wszystko. – Bo kazanie to nie jest tylko zwykła wypowiedź, to jest coś więcej, coś, co rozgrywa się między mówcą, słuchaczem i Panem Bogiem. Liczy się każde słowo, każdy gest, sposób mówienia. To jest więcej niż teatr. To jest misterium – mówi ojciec Paweł. Ale najważniejsze, jego zdaniem, dzieje się poza kazaniem. – I na to nie mamy już żadnego wpływu. Ludzie potrafią usłyszeć więcej, niż powiedzieliśmy – między słowami, między zdaniami. Nawet jeśli się do kazania nie przygotujemy, to Duch Święty podpowie nam, bałwanom, co mamy mówić – mówi o. Krupa.

W działanie Ducha Świętego wierzy też gorąco ojciec Tomasz Nowak. – Doświadczyłem tego, że mnie nie opuszcza, że kocha ludzi, do których mówię, i mi pomaga. Nigdy mnie nie zostawia samego.

Kaznodzieje czasami czują, że im nie idzie. Ludzie się wiercą w ławkach, rozglądają. – Myślę sobie wtedy: Kończ waść, wstydu oszczędź – przyznaje ojciec Paweł Kozacki.

Podobne odczucia ma ojciec Wojciech Dudzik. – Są takie kazania, po których mam ochotę uciec i schować się w mysiej dziurze – zdradza.

Tyle że nie zawsze odczucia mówiących są zgodne z tym, co czują słuchacze. – Nieraz się zdarzało, że po kazaniu, z którego wcale nie byłem specjalnie zadowolony, ktoś do mnie podchodził i dziękował za to, co powiedziałem – mówi ojciec Wojciech. – Nigdy nie wiemy, jaką strunę ludzkiej duszy poruszymy.

Klasycy, jazzmani i folkowcy
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze