W pubie o kazaniach
fot. amy shamblen / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Dziś prawdziwym wyzwaniem dla zakonników jest dawanie czasu sobie nawzajem. Życie zakonne najlepiej układa się wtedy, kiedy mamy go dla siebie.

Jolanta Brózda-Wiśniewska: Dominikanów kojarzy się raczej ze światopoglądem lewicowym niż prawicowym. Czy to usprawiedliwiona etykietka?

Timothy Radcliffe OP: Dawno nie byłem w Polsce, trudno mi mówić.

Pomówmy zatem o dominikanach na świecie.

Opozycja lewica – prawica wyrasta z francuskiego oświecenia, a to nie jest uniwersalny sposób rozumowania. Jest mi niewygodnie przykładać te kategorie do wiary. Jako katolicy kochamy tradycję: studiowanie Ewangelii, Akwinatę, św. Augustyna. Ale tęsknimy też za Królestwem Bożym, w którym nie będzie niesprawiedliwości, skończy się wszelkie cierpienie. W tym sensie jesteśmy progresistami. Według mnie każdy, kto będzie się chciał odnaleźć tylko w jednej z tych grup, popełni wielki błąd.

Jeśli chodzi o ludzki temperament, jednemu z nas może być bliżej do lewicy, a drugiemu do prawicy. Moja matka była konserwatywna, a ojciec postępowy. I tak było dobrze. Ale jest wielka różnica między inklinacjami temperamentu a polityką partyjną.

 Porównywałem to kiedyś z oddychaniem. Wdychamy powietrze i je wydychamy. Trzeba wdychać dla Kościoła i wspólnoty i wydychać ku światu. Jeśli ktoś powie, że jest przeciwko tym, którzy wydychają, nie będzie oddychania w ogóle. Wychodzę do zeświecczonego świata i wchodzę z powrotem do domu – do Kościoła, do sakramentów. Przypisywanie siebie do jednej lub drugiej opcji jest objawem małostkowości.

Zgadzam się, że podział na lewicę i prawicę jest dziś nieco sztuczny. Ale zjawiska takie jak aborcja, in vitro czy promocja małżeństw homoseksualnych (obecnie dyskutuje się o nich gorąco w Wielkiej Brytanii – przyp. red.) – to są pomysły progresistów. Zresztą nie jest najistotniejsze, komu je przypiszemy. Istotniejszym problemem wydaje mi się popularność, jaką cieszą się w Europie ruchy antyklerykalne i antychrześcijańskie. Mam na myśli np. niedawną sytuację Hiszpanii. Również w Polsce pewną popularność zdobył ruch pod wodzą Janusza Palikota, który jest przeciwny np. symbolom religijnym w miejscach publicznych. Jak katolicy powinni reagować na takie zjawiska?

Musimy zrozumieć, dlaczego takie ruchy zdobywają sympatię. Jeśli chcemy konfrontować się z dylematami moralnymi, które wywołuje projekt wprowadzenia małżeństw gejowskich, trzeba się zaprzyjaźnić z ludźmi, którzy takie idee popierają. Trzeba z nimi być. Głoszenie deklaracji ideowych z góry, z dystansu nie zawsze jest skuteczne.

Według mnie małżeństwa homoseksualne to pomyłka. Małżeństwo jest głęboko zakorzenione w pięknie odmienności seksualnej. Ale musimy je kochać i pielęgnować, nie atakując gejów. Trzeba znaleźć drogę do tych ludzi poprzez wyzbycie się lęku, opuścić własne terytorium i być z innymi tam, gdzie oni są, odnaleźć właściwe dla nich słowa. Choć stanowisko Kościoła wobec takich dylematów moralnych jest wyważone, wielu ludzi czuje, że są przez Kościół wykluczeni. Dlatego powinniśmy zapraszać i przyjmować zaproszenia. Jeśli chcemy rozmawiać o homoseksualizmie, porozmawiajmy z gejami. Zapytajmy, co myślą, niech powiedzą nam o swoich doświadczeniach. Jezus cały czas rozmawiał. We wszystkich Ewangeliach można przeczytać o tym, jak rozmawiał z ludźmi i jak ich słuchał, a także, jak z nimi debatował.

Naszym problemem jest nadmiar lęku po obu stronach w Kościele. Wielu konserwatystów obawia się nowoczesności, upadku tego, co kochają. Czasami boją się też młodych.

Boją się utraty poczucia bezpieczeństwa.

Zgoda. Religia często zapewnia duże poczucie bezpieczeństwa. Zamiast atakować takich ludzi, musimy zrozumieć ich obawy. Zobaczyć, co w nich jest dobre, a co złe. Z kolei liberałowie wewnątrz Kościoła mogą się obawiać, że nie pójdzie on drogą przez nich wybraną, że postanowienia Soboru Watykańskiego II nie zostaną wprowadzone w życie. Tym obawom też trzeba się przyjrzeć. Ewangelia nie obiecuje łatwej drogi. Jeśli Kościół ma być żywy, nie możemy się bać.

W Polsce mówi się, że kiedy dominikanie wchodzą na ambonę, raczej nie oddają jej polityce, że są bliżsi codziennemu życiu ludzi. Można to chwalić, ale można też uważać, że to chowanie głowy w piasek.

To zależy, na czym polega zaangażowanie w politykę. Głoszenie kazania to dzielenie się Dobrą Nowiną z ludźmi obecnymi tam, gdzie się je głosi. I to trzeba robić przede wszystkim: ubogacać w wierze, nadziei i miłości. Oczywiście ma to konsekwencje polityczne. Jeśli na przykład rządząca partia nie dba o ubogich, trzeba mieć tego świadomość. Ale byłoby nadużyciem, jeśliby ktoś z ambony popierał konkretną partię, dlatego że cele kaznodziejstwa są bardziej fundamentalne. Jako chrześcijanie musimy mieć głęboki szacunek dla sumienia każdego wierzącego. Nakłanianie wiernych z ambony do głosowania na określoną partię byłoby porażką w okazywaniu tego szacunku. Głosisz Ewangelię, konsekwencje mogą być polityczne, ale wydedukowanie ich należy do słuchaczy. Oczywiście, są takie sytuacje jak nazizm, w którym zło jest tak oczywiste, że trzeba mu się sprzeciwić wprost.

Czy w przepowiadaniu dominikańskim jest coś specjalnego, co je wyróżnia spośród innych?

Nie zaczynałbym od tego, co wyróżnia dominikanów, zacząłbym od tego, co najważniejsze. Jeśli jesteś kaznodzieją, musisz odnaleźć własny głos. Musisz mówić sobą: taki, jaki jesteś, do ludzi – takich, jacy są. Życie we wspólnocie sprawia, że znamy się nawzajem bardzo dobrze. Dlatego jest dla mnie ważne, żeby mój brat nie stawał się na ambonie inną osobą.

Każdy z nas głosi Ewangelię inaczej, bo jesteśmy różnymi ludźmi. Jedni opowiadają dowcipy, inni skrupulatnie odnoszą się do Pisma Świętego, jeszcze inni nawiązują do mediów. Ewangelia zawsze przechodzi przez nasze człowieczeństwo. Lubię słowo „homilia”, bo pochodzi od greckiego homilein, czyli rozmowa. Nie ma zatem głoszenia bez słuchania. W poniedziałek jadę wygłosić wykład w Newcastle. Nie mam pojęcia, do kogo będę mówił. Wolałbym tam pojechać tydzień wcześniej, posłuchać tych ludzi, zrozumieć ich i dopiero wtedy do nich mówić. Każdy kaznodzieja powinien przemawiać poprzez tę komunię, którą już nawiązał z innymi, i obserwować, jak jego słuchacze reagują, czy go rozumieją.

Nauczyłem się czegoś o głoszeniu kazań, kiedy byłem kapelanem uniwersyteckim. Na początku mówiłem źle, zbyt abstrakcyjnie. Zaproponowałem więc studentom, żebyśmy poszli do pubu i porozmawiali o tych moich kazaniach. Słuchając ich, uczyłem się, jak do nich mówić.

Wsłuchiwanie się w innych to specyficzna cecha dominikańskich kazań?

Nie tylko to. Mam nadzieję, że wszystkie kazania dominikanów są pełne miłosierdzia. Kiedy bracia składają śluby zakonne, przeor pyta ich, o co proszą. Oni odpowiadają: „O miłosierdzie Boga i twoje”. Miłosierdzie jest więc dla nas centrum wszystkiego. I nadzieja. Wielu młodych ludzi pyta dziś o własną przyszłość. Panuje bezrobocie, obawiają się więc, czy mają w ogóle jakąś przyszłość przed sobą. I musimy być radośni. Kto uwierzy, że to Dobra Nowina, jeśli będziemy przygnębieni?

Radość przychodzi również przez modlitwę. Kiedyś ojciec powiedział, że modlitwa to akt przyjaźni.

Oczywiście, ale uważam, że źródeł radości jest wiele. Jest radość milczenia przed Bogiem, jest radość bycia z innym. Nie da się służyć ludziom, jeśli bycie z nimi nie jest źródłem radości, jeśli nie czerpie się z tego przyjemności. My, dominikanie, tu w Oksfordzie, jesteśmy bardzo szczęśliwą wspólnotą, cieszymy się z bycia razem. Kiedy schodzę na lunch, zawsze jestem ciekawy, kogo na nim dziś spotkam.

Radość może przyciągać młodych ludzi do życia zakonnego. Czy trzeba jakichś zmian w życiu takich wspólnot, żeby młodzi lepiej widzieli ich piękno? Co z noszeniem habitu? Pamiętam swoje reakcje z początków pobytu w Anglii. Kiedy widziałam z daleka kobietę w ciemnym welonie, automatycznie przychodziło mi do głowy, że to siostra zakonna. Takie „habitowe” przyzwyczajenie z Polski. Ale w Anglii kobiety w welonach to prawie zawsze były muzułmanki.

(śmiech) Niektórych habit przyciąga, innych odstrasza. Kiedy byłem kapelanem w Imperial College w Londynie, nosiłem habit co drugi dzień. Chodziłem w nim wszędzie, byłem widoczny. Kiedyś wszedłem do baru pełnego piłkarzy rugby. Spojrzeli na mnie i zamilkli. Byłem bardzo zakłopotany. Kiedy chodziłem bez habitu, ludzie zaczynali ze mną rozmawiać. Jeśli upierałbym się przy noszeniu habitu, wszyscy wiedzieliby, kim jestem, ale by ze mną nie rozmawiali. Gdybym w ogóle nie nosił habitu, nikt by nie wiedział, że jestem i gdzie jestem. Chodziłem więc i w habicie, i po świecku. Mamy w tej kwestii dużo wolności. Na modlitwę południową niektórzy bracia przychodzą w habitach, inni po cywilnemu. Ja nawet nie zauważam, który ma habit, a który nie.

Dziś prawdziwym wyzwaniem dla zakonników jest dawanie czasu sobie nawzajem. Dobrego, wybranego, spokojnego czasu. W małżeństwie trzeba sobie dawać czas. Życie zakonne najlepiej układa się wtedy, kiedy mamy go dla siebie.

To znaczy, nie za dużo pracy, nie za dużo aktywności?

Oczywiście, wszyscy jesteśmy zajęci. Ale jeśli za dużo pracujesz, nie będziesz w stanie przyjąć darów od braci. W życiu zakonnym istotne jest szczęście braci, to, że czują się w zakonie jak w domu, że mogą pozostać sobą. Zmieniają się, ale pozostają sobą.

Mówi się, że wśród polskich dominikanów duszpasterska część działalności przeważa nad intelektualną. Jak znaleźć równowagę między tymi dwoma nurtami powołania dominikańskiego?

Według mnie formacja intelektualna jest bardzo ważna dla naszej pracy duszpasterskiej. Na przykład, jeśli się studiuje św. Augustyna, trzeba bardzo ciężko pracować wyobraźnią, żeby zrozumieć jego świat, jego język i sposób myślenia. Wtedy nabywa się dyscypliny wyobraźni, która pomaga w zaangażowaniu się w świat innych ludzi. Jeśli rzeczywiście chce się słuchać konkretnego człowieka, jeśli chce się poznać całą złożoność jego losów, nie można udzielać łatwych odpowiedzi i podawać ich gotowych na tacy. Dyscyplina nabyta w trakcie studiowania w tym pomaga.

Jeśli rzeczywiście się studiuje, wtedy można rzucać wyzwania współczesnej kulturze. Dziś na przykład słychać wiele krytycznych głosów na temat dogmatów. Niektórzy uważają je za bezrefleksyjne, a nawet w dużej części głupie. Jeśli poprzez studia pokocha się nauczanie Kościoła o Trójcy Świętej, o Zmartwychwstaniu, bóstwie Chrystusa i doświadczy się, że prawdziwy dogmat jest wyzwalający – wtedy będzie się miało coś do powiedzenia. W przeciwnym wypadku pozostaniemy na etapie emocji.

Nauczanie chrześcijańskie jest dziś zaniedbywane i zwalczane na rzecz mglistej duchowości. Duchowość jest miła i nieszkodliwa. W ten sposób w świadomości społecznej ludzie wierzący, religijni to ci, którzy dokonują zamachów samobójczych, podkładają bomby. Próbuje się pozbawić nas wspaniałości tego, w co wierzymy.

Czy Ojciec uważa, że tracimy powoli chrześcijańską Europę i może należałoby zwrócić się ku Afryce, Ameryce Południowej, gdzie chrześcijaństwo rozkwita?

Ameryka Łacińska uczy nas, jak wyzwalająca jest nasza wiara, Afryka uczy nas radości, a Azja – kontemplacji. Ale nie jestem aż takim pesymistą, jeśli chodzi o losy Europy. Nasze wyzwanie to budzenie wyobraźni. Kościół popełnia błąd, sądząc, że ludzie uwierzą w jego naukę, jeśli powtórzy ją pięć razy. Przeciwnie, będą wierzyć jeszcze mniej. Dlatego musimy zaangażować wyobraźnię ludzi.

W XVI wieku rozpadł się związek wyobraźni z rozumem. O wyobraźni mówiło się, że jest emocjonalna i subiektywna, a o rozumie, że jest empiryczny i naukowy. Doprowadziło to do bardzo ograniczonego pojmowania rozumu. Papież Benedykt XVI doskonale to rozumie. Naszym wyzwaniem jest więc połączenie na nowo rozumu z wyobraźnią.Musimy w końcu przywrócić poezję. Żyjemy w świecie dosłowności. Nauka jest piękna, ale czasami chce być zbyt dosłowna, realistyczna, fundamentalistyczna. Tym, co zmienia życie ludzi, co czyni je ekscytującym, jest poezja. Jan Paweł II rozumiał, że nie pokonuje się komunizmu siłą polityczną, ale poezją. To jedyna droga.

W pubie o kazaniach
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001). Święcenia kapłańskie przyjął w 19...

W pubie o kazaniach
Jolanta Brózda-Wiśniewska

urodzona w 1974 r. – dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny, absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "Uważam Rze", "...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze