Na co może sobie pozwolić artysta?
fot. andrea rapuzzi / UNSPLASH.COM

Na co może sobie pozwolić artysta?

Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 59,90 PLN
Wyczyść

Nie spieszmy się z potępieniem; artysta to świadek ludzkiego losu, a wstrząs, którego nam czasem udziela, bywa okrutnym, ale drogocennym darem, jeśli zanadto zadomowiliśmy się w świętym spokoju, mylnie branym przez nas za świętość.

Zanim zaproponuję odpowiedź na tytułowe pytanie, chciałbym zadeklarować, na co zamierzam sobie pozwolić: a mianowicie na wzięcie w obronę niektórych przynajmniej artystów (zarówno w sztukach wizualnych, jak w literaturze i kinie) wykorzystujących w swoich dziełach motywy religijne w celu prowokacji. Wydaje mi się bowiem, że mimo wielu nieżyczliwych dla naszej religii wystąpień (nie tylko i nie przede wszystkim artystycznych) nie powinniśmy ulegać odruchom alergicznym i odrzucać wszystkich dzieł, które, nieraz jedynie z pozoru, wydają się nie dość pobożne.

Wyrwani z oczywistości

Czym jest prowokacja artystyczna? Jest to zuchwałe naruszenie oczekiwań odbiorcy, bezpardonowe zaatakowanie w dziele sztuki poglądów, wartości (estetycznych lub/i etycznych) oraz przyzwyczajeń, które odbiorca uznaje za oczywiste. Kiedy się przyjrzeć temu określeniu, łatwo zrozumieć, dlaczego prowokacja pojawiła się dopiero w sztuce nowożytnej (wcześniej, tzn. przed, licząc z grubsza, połową XVIII wieku, mogły się zdarzyć pojedyncze dzieła budzące dezaprobatę odbiorców, ale nie wynikały one z założonej przez autora strategii). Otóż warunkiem, bez którego pomysł na prowokację artystyczną nie mógł się pojawić, było zerwanie z realizmem poznawczym, tzn. z poglądem, że rzeczy doświadczamy takimi, jakie one są. Uświadomiono sobie, że między człowiekiem (podmiotem poznającym) a poznawanym przedmiotem działa coś jeszcze: zmysły (które mogą zawodzić), aprioryczne kategorie umysłu, przed-sądy, wytworzone historycznie paradygmaty poznawcze, język. Czyli prowokacja artystyczna to chwyt, możliwy dopiero w świecie takim, jaki opisali Kartezjusz, Kant, a potem „mistrzowie podejrzeń”: Nietzsche, Marks, Freud, wreszcie socjolingwiści (jak Benjamin Lee Whorf). Celem prowokacji artystycznej jest uderzenie w ten element pośredniczący i stworzoną z jego udziałem „świadomość fałszywą”.

Zarówno ten ostatni termin, jak i poprzedzające go nazwiska brzmią dziś w stosunku do głównego nurtu refleksji chrześcijańskiej dość obco, dlatego spieszę przywołać bodaj najwybitniejszego polskiego poetę katolickiego Cypriana Kamila Norwida. Ów rozpoczął swoją rozprawę Milczenie pytaniem: „Czy śpiącego można obudzić grzecznie?”, by odpowiedzieć: „Nie można przeto z oczywistości jednej przerzucać nikogo w drugą sposobem grzecznym, i pewne brutalstwo nierozłącznym zdawa się być od roboty takowej”1. Prowokacja artystyczna to właśnie „brutalstwo”, obudzenie odbiorcy i wyrwanie go z oczywistości, że dobrze żyje i jest posiadaczem prawdy. Bo może tylko zdaje mu się, że żyje dobrze, i może nie ma racji, uważając, że wszystko rozumie. Przypominam, że Norwid miał dynamiczną koncepcję prawdy: to znaczy wierzył w istnienie Prawdy absolutnej, ale sądził, że ludzie poznają tylko prawdy cząstkowe, które stopniowo do siebie dodają; Prawda absolutna stanie się jasna nie wcześniej niż u kresu czasów. W tym sensie prowokacja artystyczna może być narzędziem zbliżania się do Prawdy, jeśli zanadto przywiązaliśmy się do prawdy cząstkowej i nie chce nam się jej dalej rozwijać.

Łatwizna, czyli kicz

Interesujące, że prowokacja artystyczna zakłada wzajemne porozumienie między artystą-prowokatorem a prowokowanym odbiorcą. A skoro tak, to w wielu przypadkach wydaje się wątpliwe, czy o prowokacji w ogóle można dziś mówić, gdyż część z określanych w ten sposób przypadków bierze się z nieskrywanej nieznajomości chrześcijaństwa – i w reakcji należy raczej spokojnie tłumaczyć, w co wierzymy, niż się oburzać na ignorancję (moim zdaniem, to właśnie był casus Doroty Nieznalskiej, najwidoczniej kojarzącej krzyż z cierpieniem, ale kompletnie nieświadomej stojącej za tym teologii). Po wtóre, wynikałoby z powyższego rozumienia prowokacji, że poświadcza ona w gruncie rzeczy żywotność atakowanego systemu „oczywistości” – jest uderzające, że obecnie religia pozostała ostatnią sferą, wobec której prowokacje się udają. W chwili, gdy wszystko wolno – a w tradycyjnych obszarach atakowanych przez sztukę nowożytną, takich jak erotyka czy stosunki społeczne, wolno doprawdy nieomal wszystko – bunt traci sens (mówi o tym przekonująco Tango Mrożka). Zaś ponawiane uderzenie w coś, co dla społeczeństwa przestało być oczywistością, zamienia się w łatwiznę, to znaczy w kicz.

Tę zawikłaną relację między prowokatorem a systemem, który prowokator chce obalić, paradoksalnie potwierdzając jego znaczenie, dobrze widać w filmie z 1961 roku, który został wówczas oprotestowany przez Watykan (było to za czasów Jana XXIII, mającego dziś wizerunek papieża wyjątkowo nieskłonnego do wykluczeń!), a mianowicie w Viridianie Luisa Buñuela. Hiszpański reżyser opowiadał w nim o młodej kobiecie, która szykuje się do ślubów zakonnych. Nim jednak do tego dojdzie, odwiedza stryja, który łożył na jej edukację (kobieta jest sierotą). Stryj przyjmuje ją w opuszczonym domu i zdradza, że kochał się nieszczęśliwie w jej matce, a teraz prośbą i podstępem nakłania ją, żeby zrezygnowała z klasztoru i wyszła za niego za mąż. Gdy Viridiana konsekwentnie odmawia, mężczyzna popełnia samobójstwo. Dziewczyna, zatrzymana w drodze powrotnej do klasztoru przez policję, czuje się winna tej śmierci, więc rezygnuje z życia zakonnego, ale postanawia prowadzić noclegownię dla żebraków z pobliskiego miasteczka – w przybudówce domu stryja, podczas gdy sam dom zajmuje spadkobierca: nieślubny syn stryja, lekkoduch. Żebracy wymykają się Viridianie spod kontroli, urządzają pijacką ucztę, a potem orgię, i próbują zgwałcić swoją dobrodziejkę, którą ratuje ów lekkoduch. Żebracy uciekają, a Viridiana w ostatniej scenie siada ze swym wybawicielem i jego konkubiną do gry w karty, słysząc w finale słowa: „Widzisz, kuzynko, jak tylko cię zobaczyłem, pomyślałem, że tak to się skończy: będziemy grali w tysiąca”.

Film Buñuela stawia katolikom niewygodne pytanie: na ile system zakazów i norm, którymi Kościół stara się poskromić ludzkie namiętności, jest skuteczny? Zderza go z namiętnościami żebraków i pokazuje, że obie siły się wzajemnie znoszą – a na placu boju pozostaje mały człowieczek, pozbawiony perspektywy egzystencjalnej. Buñuel (o skłonnościach lewicowych) powiedziałby zapewne: burżuj.

Awanturę spowodowało jednak coś innego: jedno ujęcie, widoczne dobrze dopiero dziś, po komputerowym oczyszczeniu taśmy, która z biegiem lat pociemniała. Otóż żebracy w trakcie orgii pozują do fotografii – na niby, gdyż cyknięcie migawką symbolizuje wulgarny żart jednej z żebraczek: ta stwierdza, że zrobi zdjęcie aparatem, który ma od kołyski, i stając przed zebranymi, zadziera na chwilę spódnicę. Zaś układ żebraków przy stole naśladuje… obraz Leonarda da Vinci Ostatnia Wieczerza.

Z perspektywy półwiecza wydaje się, że prowokacja jest jednak uzasadniona i nie powinna oburzać, a to z dwóch powodów. Po pierwsze: obraz da Vinci powinniśmy darzyć szacunkiem ze względu na artyzm i temat, ale jednak mimo kultu obrazów – przedmiotu sporu z ikonoklastami – nie możemy uważać, że obraz jest chroniony tak samo, jak Bóg (protestanci nie całkiem bez powodu zarzucają nam, katolikom, skłonność do idolatrii). Po drugie – Buñuel przedstawia orgię żebraków bez potępienia, ale i bez aprobaty: w przejmującym skrócie pokazuje w tej scenie „odwrócenie wszystkich wartości”, rewolucję. Zaś pomysł na ów przejmujący skrót zakłada przecież, że odbiorca zna wzór ikoniczny Ostatniej Wieczerzy i że jego bluźnierczą replikę rozpozna ze zgrozą!

Tu ważna dygresja: źródłem wielu nieporozumień wokół sztuki jest rozpowszechnione przekonanie, że zawiera ona z reguły element perswazyjno-wychowawczy, czyli, że jeśli o czymś mówię lub coś pokazuję, powstrzymując się od potępienia, to tym samym to coś propaguję. Może to ślad dawnej nieufności wobec sztuki, którą żywił na przykład święty Augustyn? Tymczasem sztuka nowożytna często rezygnuje z intencji wychowawczych, zajmuje się raczej opisem świata, wskazaniem problemów człowieka niż zachętą, by te problemy tak a nie inaczej rozwiązywać. Kiedy więc na przykład Flaubert opublikował Panią Bovary, stanął przed sądem, gdyż uznano, że podsuwa kobietom, jako lekarstwo na nudnych mężów, cudzołóstwo (tak mniej więcej brzmiała sentencja oskarżenia) – choć jego rewolucyjna powieść opisywała jedynie, z ostentacyjną neutralnością, tragiczny skądinąd los wiarołomnej żony. Po półtora stulecia nie tak wiele się zmieniło, skoro Dorota Masłowska uchodzi w oczach wielu za propagatorkę knajackiej polszczyzny i światopoglądu prymitywa, będąc jedynie (czy też: aż) zgryźliwą obserwatorką językowych i mentalnych patologii współczesności.

Obrona Boga?

Film Buñuela zadawał pytania z pozycji niechrześcijańskich, ale warte przecież chrześcijańskiego namysłu. Inny film również uznano za prowokację, podczas gdy zachęcał do analogicznego namysłu z pozycji wyjątkowo niewygodnej dla wspólnoty Kościoła: Martin Scorsese, reżyser, był w młodości ministrantem, a choć stopniowo odsunął się od Kościoła, wiara pozostała dla niego problemem. Rzecz jasna, instytucjonalnie do rzeczy podchodząc, widzi się jedynie dwie możliwości: jest się katolikiem lub się nim nie jest. Jednak w skomplikowanej rzeczywistości egzystencjalnej człowieka – między tymi możliwościami rozpościera się całe spectrum postaw pośrednich i tam właśnie przebywa niemała część najwybitniejszych artystów naszej epoki.

Film, o którym mowa, to Ostatnie kuszenie Chrystusa według powieści Nikosa Kazantzakisa. Zadaje on pytanie o to, co pociąga w postaci Jezusa z Nazaretu, jeśli przestała być dla nas oczywista „nagroda w niebie”. Znów: człowiek gorliwie wierzący ma prawo się żachnąć, że Dobra Nowina jest nowiną integralną, nie można z niej zatem wyłączać perspektywy transcendencji. Ale Scorsese paradoksalnie wydaje się sojusznikiem religii w świecie, który skłonny jest redukować chrześcijaństwo do wiary w duchy, nieodróżnialnej od zabobonu2.

Przez większą część filmu reżyser po prostu ekranizuje sceny z Ewangelii, tyle że odrzucając nasze przyzwyczajenia, wytworzone przez ikonografię religijną. Charakterystyczny przykład to cud w Kanie Galilejskiej, który za malarstwem religijnym wielu stuleci skłonni jesteśmy sobie wyobrażać jako nie tylko prefigurację mszy, ale samą mszę, odprawioną nad stągwiami; tymczasem u Scorsese przemiana wody w wino odbywa się pośród roztańczonych i przepijających do siebie gości weselnych, mimochodem, a Jezus na zdumiony wzrok świadków odpowiada żartobliwym uśmiechem.

Kiedy jednak dochodzi do ukrzyżowania, Mesjaszowi zwiduje się alternatywny życiorys, a mianowicie szczęśliwe życie w duchu Greka Zorby (ten bohater innej powieści Kazantzakisa mawiał, że jeśli kobieta kusi mężczyznę, to ów nie może jej odmówić, bo robi jej przykrość, co się nie godzi). A zatem: kilka kobiet, gromadka dzieci. Dla człowieka niewierzącego – bardzo sympatyczna wizja łagodnego hedonizmu. Tylko że przychodzi starość. I wtedy okazuje się, że życie było przyjemne, ale nie miało sensu. Szatan powiada do umierającego Jezusa: było miło, a teraz umierasz jak zwierzę – rachunki trzeba płacić. I kiedy Jezus budzi się z tego koszmaru na krzyżu, z ulgą i wręcz radością woła: „Wykonało się!”. Podobnie jak w Viridianie oburzenie sprowokowała ostatecznie jedna scena, która w streszczeniu może się rzeczywiście wydawać szczytem zuchwałości. Tę wizję innego życia, snutą Jezusowi przez Szatana, otwiera bowiem akt miłosny z Marią Magdaleną. Co prawda kobieta szepcze w chwili zbliżenia: „Będziemy mieli dziecko” (zatem aksjologia tej sceny jest zgodna z nauką Kościoła, bo nie o samą rozkosz chodzi); a przywołując dowolną scenę erotyczną w kinie amerykańskim lat 80., łatwo się przekonać, że Scorsese stara się być dyskretny. Uderza on wszakże w słaby punkt chrześcijaństwa, mianowicie w jego ambiwalentną ocenę erotyki (jak się zdaje: spadek po gnostycyzmie), która dziś jest życzliwsza niż ćwierć wieku temu, ale i obecnie nietrudno spotkać katolika nerwowo reagującego na wzmiankę, że człowiek jest stworzeniem cielesnym i erotyka może nie tylko być konieczną ceną prokreacji, lecz także źródłem więzi.

Nie twierdzę, że film Scorsese stanowi idealną ilustrację niedzielnego kazania. Upieram się jedynie, że jest, czy też był cenną prowokacją, pozbawiającą sennego spokoju zarówno wierzących, jak i niewierzących. Oburzanie się na niego było może nie tyle obroną Boga przed bluźnierstwem, ile własnego ego przed zakłóceniem świętego spokoju. „Wzburzenie uczuć” może być równie dobrze sygnałem, że święte dla nas wartości zostały sponiewierane, jak że sponiewierane zostało nasze dobre samopoczucie3.

Milcząca ignorancja

Czy zatem nie ma współcześnie sytuacji, w których człowiek wierzący, zwłaszcza zaś występujący w roli publicysty katolickiego, słusznie chce, a wręcz ma obowiązek protestować? Owszem, ale raczej nie w obrębie sztuki – i do tego rodzaju przypadków pozwolę sobie na koniec przejść, zwłaszcza że w moim pojęciu wiążą się one z nieprzyjemnym paradoksem.

Oburza mnie więc rzeczywiście wykorzystywanie symboliki religijnej w celach reklamowych. Zarówno casus występu Nergala, jak i wywiadu Dody, czy przed kilkoma laty okładka „Machiny”, gdzie – w nawiązaniu do ikony Matki Boski Częstochowskiej – widzieliśmy piosenkarkę Madonnę z posłem Markiem Jurkiem na kolanach, były obliczone na szum medialny, który mieli zrobić… katolicy. W rezultacie: słusznie się oburzając, realizowaliśmy scenariusz, napisany dla nas przez ludzi, którzy cynicznie wykorzystywali nasze uczucia. Być może „dawanie świadectwa” nie musi oznaczać nieroztropnego grania w nie naszej sztuce? Może lepszym wyjściem byłoby wzgardliwe milczenie? Choć zdaję sobie sprawę, że mogłoby to zostać odczytane jako przyzwolenie na podobne ekscesy, do czego nie powinniśmy dopuścić. Ale irytuje mnie, jak bardzo przewidywalni się staliśmy i jak łatwo zatem włączyć nasz protest do planowanej kampanii. Nota bene, przy okazji afery z okładką „Machiny” środowisko „Frondy” (z którym nie sympatyzuję, ale tu przyznaję, że miało dobry pomysł) zaproponowało akcję bojkotowania wyrobów firm reklamujących się w czasopiśmie – i choć akcja ta, o ile wiem, miała ograniczony zasięg, „Machina” więcej nie zdecydowała się na igranie z ikonografią chrześcijańską. Może więc groźba podziałała?

Wróćmy do sztuki. Artyści bywają niewierzący lub wierzący na swój dziwaczny sposób; ich wiedza o chrześcijaństwie jest niekiedy na żenującym poziomie, co nie pozostaje bez wpływu na poziom polemiki, do której starają się prowokować. W dodatku Kościół, nie bez naszej winy, dorobił się wizerunku instytucji niechętnej wolności człowieka, jakbyśmy nie umieli przekonująco dać świadectwa, że „ku wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5,1). Jednak, zżymając się nieraz na dzieła sztuki – słusznie, gdy są nieudane, lub niesłusznie, gdy są jedynie bolesne – warto pamiętać o słowach Jana Pawła II z Listu do artystów: „Sztuka jest ze swej natury swoistym wezwaniem do otwarcia się na Tajemnicę. Nawet wówczas gdy artysta zanurza się w najmroczniejszych otchłaniach duszy lub opisuje najbardziej wstrząsające przejawy zła, staje się w pewien sposób wyrazicielem powszechnego oczekiwania na odkupienie”4. Nie spieszmy się z potępieniem; artysta to wciąż świadek (martyr) ludzkiego losu, a wstrząs, którego nam czasem udziela, bywa okrutnym, ale drogocennym darem, jeśli zanadto zadomowiliśmy się w świętym spokoju, mylnie branym przez nas za świętość.

Tekst został wygłoszony przez Jerzego Sosnowskiego podczas warsztatów dla dziennikarzy „Kościół bez tajemnic” w marcu 2012 r., w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu.

1  Cyprian K. Norwid, Milczenie, w: Pisma wybrane, t. IV. Proza, Warszawa 1980, s. 351.
2  Tezę tę szerzej starałem się przedstawić w szkicu pt. Nasz, prawdziwy, Bóg, człowiek, w: Jerzy Sosnowski, Czekanie cudu, Warszawa 2008, s. 177–188.
3  Przekonująco pisze na ten temat Piotr Sikora w artykule pt. „Boga nie da się obrazić”, „Tygodnik Powszechny” 2012 nr 14.
4  Jan Paweł II, List do artystów, www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/listy/do_artystow_04041999.html, dostęp: 20.04.2012.

Na co może sobie pozwolić artysta?
Jerzy Sosnowski

urodzony 14 maja 1962 r. w Warszawie – historyk literatury, pisarz, eseista, dziennikarz, felietonista miesięcznika „Więź” i członek Zespołu Laboratorium WIĘZI. W latach 2001-2016 był dziennikarzem radiowej Trójki, a w la...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze