Juliusz Cezar prezydentem

Juliusz Cezar prezydentem

Oferta specjalna -25%

Dwa grosze. O Bogu bliskim

0 opinie
Wyczyść

Idy marcowe (The Ides of March), reż. George Clooney, wyst. Ryan Gosling, George Clooney, Marisa Tomei, Philip Seymour Hoffman, USA 2011

Tytuł filmu przenosi nas w odległe czasy rzymskiej republiki. Terminem idy oznaczano połowę miesiąca w kalendarzu juliańskim. Najważniejsze z nich miały miejsce w marcu i poświęcone były bogowi wojny, Marsowi. Przeszły do historii za sprawą zamachu na Juliusza Cezara, którego dokonano w roku 44 przed Chrystusem. Jak wiemy, jednym z zamachowców był protegowany Cezara, Brutus. Tyle historia.

Wyjaśnienie tytułu nie pada w fabule filmu. Związków musimy domyślać się sami. Najpierw tych, które widzą podobieństwo między dawnym świętem rzymskim a współczesną odmianą przeglądu wojsk, jaką są amerykańskie prawybory prezydenckie oglądane z perspektywy stanu Ohio. Jak mówią klasycy myśli politologicznej, sukces w tym stanie jest czymś na kształt przepustki do Białego Domu. Inną paralelą z czasami Cezara są relacje między stojącym na czele sztabu wyborczego weteranem politycznych rozgrywek Paulem Zarą a jego protegowanym, trzydziestoletnim Stephenem Myersem, o czym za chwilę. Innym w końcu, jak się wydaje najważniejszym podobieństwem, jest kult boga wojny, którego w filmie nie nazywa się Marsem, ale uwspółcześniając sprawę: polityką.

W świecie haków i oskarżeń

Jako adept politycznego marketingu Stephen z wielkim zaangażowaniem przyucza się do walki z politycznymi przeciwnikami, chłonie techniki manipulacji i współpracy z mediami, oswaja własny strach i moralne wątpliwości. Powód jest prosty, tak robią wszyscy, którzy w tej grze uczestniczą. Clooney pokazuje dwa bieguny takiego uczestnictwa. Z jednej strony mamy Paula Zarę, który choć jest starym politycznym wygą, w swoich działaniach wystrzega się jawnego cynizmu, a w pracy kieruje się poczuciem obowiązku i lojalności wobec sprawy, którą przyszło mu reprezentować. Z drugiej strony jest Tom Duffy z konkurencyjnego obozu, który bez zmrużenia oka łamie wszelkie zasady i umowy, byle tylko wygrać i postawić na swoim.

Stephen przechodzi wewnętrzne przemiany – od naiwnego odkrycia, że jest jedynie pionkiem w grze „wielkich”, aż do pełnego przystosowania się do warunków wojny i zemsty.

Dwaj szefowie wyborczych sztabów są u Clooneya symbolami polityki w ogóle. Paul i Tom przypominają rzymskich bogów wojny. Obaj są wyrafinowanymi graczami, choć różni ich etos „pracy”. Na swój sposób szlachetny Paul prowadzi polityczną kampanię, bo takie jest rzemiosło, które musi wykonywać dobrze i solidnie, w końcu za to otrzymuje pensję. Jego adwersarz to ktoś, kto czuje się doskonale w świecie podchodów i przemocy, wzajemnych haków i oskarżeń, ujawniania skandali i szantaży, czerpiący siłę z wywieranych nacisków i tworzenia sytuacji moralnie dwuznacznych. Zarówno szeregowi stażyści, jak i sami kandydaci wiedzą, że liczy się tylko to, by jak najdłużej pozostać w centrum wydarzeń i nie wrócić do szarej biurowej rzeczywistości.

W końcowych scenach filmu Clooney z niesłychaną wyrazistością sportretuje tę błyskawiczną przemianę głównego bohatera wiodącą od frustracji i strachu do wyrachowanej zemsty i cynicznego szantażu. A eliminacja własnego nauczyciela z jednej strony dopełni politycznej edukacji, z drugiej będzie dowodem duchowego i psychicznego wyniszczenia, jakiego dokonało w nim życie w politycznej dżungli.

W Bogu pokładamy ufność

Analiza Clooneya sięga poza oczywistości o niemoralności polityki, kompromisach sumienia czy skandalach towarzyszących demokracji. Interesuje go krok następny, owo „co dalej” w sytuacji, gdy świadomi ceny, którą trzeba zapłacić za udział w polityce, bierzemy w niej udział. Próba odpowiedzi na to pytanie jest złożona. Clooney nieco moralizuje, ale trzeba przyznać, że robi to z dużą gracją, i mówi: nie umiemy wykorzystać daru wolności złożonego w ręce każdego z nas. Czujni dogmatycy zastrzygą uszami i zapytają, kto w tej relacji jest dysponentem daru wolności? Tu reżyser się nieco kryguje i choć w wielu miejscach pada odniesienie do Boga, to w filmie jest On potraktowany jako element społecznego krajobrazu, którym jest, bo być musi, bo takie są korzenie amerykańskiego społeczeństwa. Najlepszym tego dowodem jest wybite na dolarach zdanie „In God We Trust” (W Bogu pokładamy ufność), które współcześnie jest jednak mottem narodowym, a nie wyznaniem wiary.

Jak przypomina reżyser, tak w życiu, jak i w polityce chodzi o świadomość konsekwencji własnych wyborów. Wolność była i jest nadużywana, co widać na ekranie, ale jak sugeruje fabuła, człowiekowi siedzącemu na zgliszczach własnego życia prędzej czy później wyrywa się skarga i zarzut skierowany do Instancji Wyższej: „Przecież wiedziałeś, że mogę tak postąpić!” – w domyśle, odwrotnie wobec Twojego zamiaru. Czy w związku z tym, pyta reżyser, nie lepiej byłoby żyć bez wolności, ale także bez bolesnych skutków jej nadużycia? Pewnie tak, tyle że w tak wykrzyczanej rozpaczy kryje się drugie dno. Nawet jeśli filmowy bohater odarty ze złudzeń przyzna się do popełnionej winy i uzna siebie za sprawcę katastrofy, w gruncie rzeczy ujawni tylko pragnienie doświadczenia w życiu czegoś więcej. Czegoś, a może Kogoś. Kogoś, czyje doświadczenie nie zaneguje skutków złego postępowania, ale będzie w stanie nadać mu wyzwalający sens. Niestety, na ten dylemat film nie odpowiada. Pewnie by chciał, ale jak wyznaje reżyser ustami jednego z bohaterów, Instancją Wyższą, w którą wierzy, jest Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki, a ta, dodajmy, jest tylko spisem praw i obowiązków, dawno wypranym z wszelkich wartości.

Film Clooneya, mimo politycznego entourage’u, wcale nie musi być rozumiany jako rozrachunek ze współczesną demokracją. W swojej analizie reżyser zatrzymuje się w pół drogi. Z jednej strony oskarża nas wszystkich, ślepo biorących udział w wielkim widowisku politycznym, w którym na znak speców od marketingu klaszczemy z entuzjazmem lub buczymy z dezaprobatą. Poraża chłodnym studium napięć międzyludzkich, w których nie ma za grosz wartości i w imię sukcesu można podważyć każdą świętość. Z drugiej – próbując wskazać przyczyny takiego stanu rzeczy i drogi wyjścia z impasu – trąci naiwnym optymizmem. Dlatego zatrzymanie akcji w scenie finałowej dla jednych będzie dowodem nadziei i nawrócenia człowieka, dla innych ostatecznym triumfem nihilizmu, głoszącego, że inaczej niż po trupach w życiu iść się nie da. Szkoda, bo film ten był dobrą okazją do rozwinięcia klasycznej tezy Dostojewskiego – jeżeli Boga nie ma, wszystko wolno. Czy społeczne uśmiercenie Boga, skutkujące wyzwoleniem od wszelkich nakazów i norm, daje rzeczywiście poczucie radości, czy raczej rodzi kolejny problem?

Karawana idzie dalej

Choć cała historia nie wychodzi poza gatunkowe schematy, to przyznajmy, że film jest błyskotliwy i ogląda się go z dużą przyjemnością, zwłaszcza dzięki urokowi osobistemu aktorów, którzy zagrali główne role. Nadają oni swoim postaciom rys czarnego humoru i zwyczajnej sympatii, dzięki czemu łatwo nam się z nimi identyfikować. Jednak po wyjściu z kina przypomina się nieco zakurzone przesłanie Kapuścińskiego z tekstu o wymownym tytule „Drzemka sytych przed telewizorem”, w którym, szukając zagrożeń niszczących sumienie ludzi współczesnych, pisał m.in., że „jeśli ktoś zasiada do sutego obiadu i ogląda w tym czasie sceny z sahelu, a tam umierających ludzi, dalej, reaguje na zło zobaczone w telewizorze postawą »a to interesujące!«, to usypia swe sumienie i popełnia etyczne wykroczenie, ponieważ sprowadza wszystko do widowiska i teatru”. Zaskakujące spostrzeżenie, które przyłożone do filmu Clooneya powoduje, że można obraz odczytać jako niezamierzony hołd złożony Księciu Fabrizio Salinie z powieści Lampart Giuseppe Tomasi di Lampedusy. Oglądając film, nie mamy wątpliwości, że to, co widzimy na ekranie, jest niemoralne i ze świeczką szukać prawdziwego męża stanu. Ale po wyjściu z kina zostaje nam w głowie tylko klasyczna sentencja Don Fabrizia, o tym, że wiele musi się zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu, a jednych specjalistów zastępuje się nowymi, bo karawana musi iść dalej.

Historyczne idy z roku czterdziestego czwartego miały o wiele bardziej dramatyczne konsekwencje. W wyniku bratobójczej wojny domowej władzę uzyskał Oktawian August, który utrzymując pozory republiki, metodycznie, krok po kroku, mając na to ciche przyzwolenie społeczeństwa, przekształcił Rzym w wojskową dyktaturę, osłabiając stopniowo pozycję Senatu. Czy o takie historyczne nawiązania chodziło reżyserowi?

Juliusz Cezar prezydentem
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze