obraz Caravaggio Pojmanie Chrystusa
fot. Caravaggio

Mircea Eliade uważał, że okres między Bożym Narodzeniem i Świętem Trzech Króli ma w sobie coś bardzo szczególnego: otwierają się jakoby zagrody dzielące nas od świata kosmicznego, od świata umarłych, od świata aniołów i demonów. Jest to więc okres niebezpieczny, może też pobudzający, fascynujący. Możemy mieć niezwykłych gości, a przynajmniej tak uważał Eliade, uczony o reputacji coraz bardziej wątpliwej – z powodów politycznych, nie filozoficznych.

Muszę przyznać, że nie czuję, nie doświadczam tego otwarcia kosmicznej śluzy. Może jestem mało zdolny metafizycznie. A może ta brama otwiera się inaczej i kiedy indziej dla każdego z nas. Dla mnie okres, kiedy stykają się z sobą stary i nowy rok, jest na ogół mało pomyślny intelektualnie, a nawet nieco senny. Kraków jest wtedy ciemny i nawet jeżeli niekiedy pokaże się słońce, to zawsze na krótko. Za to noc nie zna prawie granic. Świat pogrążony jest w milczeniu – chociaż zdarza się, jeśli nie ma mrozu, że odezwie się na moment śpiew kosa, nieśmiały, przedwczesny.

Może nie najgorszym sposobem na przetrwanie tych dni (abstrahując od aktywności, którą Kościół zaleca wiernym) jest przypomnienie sobie entuzjazmów, jakie przeżyliśmy w minionym już roku.

Był to, jak wszyscy wiedzą, Rok Czesława Miłosza, stulecie jego urodzin. Grono przyjaciół poety, ekspertów, krytyków, humanistów, spotykało się w różnych miastach i na różnych kontynentach z okazji wciąż innych i wciąż do siebie podobnych miłoszowskich konferencji. W ostatnich dniach maja pojechałem do Dublina, gdzie odbywał się festiwal poetycki i gdzie zaplanowano też wieczór poświęcony Czesławowi Miłoszowi. Myślałem o nim, o tym wieczorze, z pewnym niepokojem, wiedziałem bowiem, że w tym samym czasie miało też dojść do finałowego spotkania w Lidze Mistrzów między Barceloną i Manchester United, jeśli dobrze pamiętam. W Polsce, kraju, w którym kult futbolu należy do najważniejszych miejscowych religii, nikt nie planowałby wieczoru poezji w takim dniu. Tymczasem w Dublinie, jak się okazało, nie było wcale problemu z frekwencją; organizator imprezy spojrzał na mnie z pewnym zdumieniem, gdy, na parę godzin przed rozpoczęciem spotkania, spytałem go, czy nie boi się, że nikt nie przyjdzie.

Magnesem dla publiczności był niewątpliwie zapowiedziany udział w rozmowie o twórczości Miłosza Seamusa Heaneya, dziekana irlandzkich poetów.

W południe wybrałem się do dublińskiej National Gallery. Jej gmach, okazały i ciężki (pamiętałem go z poprzedniej wizyty), był w remoncie. Pokazywano zaledwie część stałej kolekcji w budynku tylko prowizorycznie przeznaczonym na cele wystawiennicze, ale – jak się to często robi przy takich okazjach – wybrano największe skarby kolekcji. Wśród nich obraz Caravaggia „Pojmanie Chrystusa”.

Obraz ten ma niezwykłą historię. Uchodził za zaginiony; zamówiony w swoim czasie przez rzymską rodzinę Mattei, namalowany prawdopodobnie w 1602 roku, pozostawał przez długi czas w posiadaniu rodziny, potem został sprzedany do Szkocji, zniknął i przez około 200 lat nikt nie wiedział, co się z nim stało. W roku 1990 odnaleziono go w Dublinie, w budynku należącym do zakonu jezuitów. Wisiał tam, w refektarzu, od dawna i uchodził za dzieło drugorzędnego holenderskiego malarza, być może kopię włoskiego mistrza. Był zapewne pokryty czarną powłoką czasu i kurzu, jedno z tych ciemnych, umarłych płócien, wobec których przechodzimy z szacunkiem, lecz obojętnie, bo nic nam już nie potrafią powiedzieć. Ale właśnie w roku 1990 dublińscy jezuici, którzy postanowili odnowić swoją siedzibę, zdecydowali się pokazać go ekspertowi i ten, zasięgając też opinii innych ekspertów, doszedł ostatecznie do przekonania, że ma do czynienia z arcydziełem, z oryginalnym obrazem wielkiego Caravaggia. Opinia ta jest teraz powszechna. Obraz odnowiono, starto z niego brud historii i po trzech latach przedstawiono publiczności. Teraz błyszczy w półmroku sali prowizorycznego muzeum.

Wobec takiego obrazu można przejść, ledwie rzuciwszy nań okiem – i tak postępuje ogromna większość zwiedzających (przy czym trzeba powiedzieć, że pod koniec maja nie było ich wielu). Można też stanąć przed nim i patrzeć uważnie przez dwie minuty. Można wreszcie zatrzymać się w jego pobliżu na bardzo długo, patrzeć, krążyć, stracić rachubę czasu, usiąść na ławeczce, która szczęśliwie tam się znajduje, podnieść się, odejść na chwilę i znowu wrócić. To ostatnie zdarza się rzadko, ale przydarzyło mi się tego dnia w Dublinie.

Obraz błyszczy naprawdę – niedawno odrestaurowany, wydaje się, że został namalowany nie w siedemnastym wieku, lecz przedwczoraj.

Przedstawia siedmiu mężczyzn – jednym z nich jest Jezus. Do twarzy Jezusa zbliża się twarz Judasza – za moment dojdzie do sławnego Judaszowego pocałunku. Na pierwszym planie jednak znajduje się zbroja rzymskiego żołnierza (półpancerz), a szczególnie naramiennik, w którym odbija się światło, zapewne pochodni. To szczegół formalny, ale ważny: Caravaggio zwykle sygnalizuje, skąd się bierze światło w jego nocnych obrazach. Tutaj więc, co ciekawe, „nosicielem” światła jest oprawca, który za chwilę aresztuje Jezusa. Widzimy tylko skrawek jego twarzy, reszta zasłonięta jest przez hełm. Ten anonimowy żołnierz w zbroi świecącej się tak, jakby dopiero co opuściła warsztat płatnerza, nowiutkiej, wydać się może insektem, kimś w rodzaju Gregora Samsy. Ale jednak to jemu przypadł przywilej zatrzymania na sobie światła. Jezus w porównaniu z rzymskim żołnierzem jest bezbronny. Ale i Judasz, zdradziecko obejmujący Jezusa, też jest bezbronny. Tyle że on ma po swojej stronie oprawców.

Obok Jezusa znajduje się jeszcze postać apostoła (św. Jana, jak mówią uczeni), który, obrócony plecami do Mistrza, krzyczy, wzywa pomocy; jego ramiona wyciągnięte są w geście rozpaczy. A po drugiej stronie widzimy twarz mężczyzny trzymającego w prawej dłoni latarnię; to autoportret Caravaggia, który chciwie patrzy.

Nie znam innego obrazu Caravaggia, który by przedstawiał tak zgęszczoną grupę ludzi, bez żadnych sprzętów, rekwizytów. Jest tylko noc i grupa siedmiu mężczyzn, i światło. I także konflikt, dramat, nienawiść – i słodycz Jezusa.

Nie mogłem się oderwać od tego obrazu.

W dublińskiej National Gallery nie wolno robić zdjęć. Gdy po bardzo długiej chwili sięgnąłem po aparat, pomyślałem, że jednak mam prawo do tej fotografii. Sfotografowałem Judasza.

W Dublinie
Adam Zagajewski

(ur. 21 czerwca 1945 we Lwowie – zm. 21 marca 2021 w Krakowie) – poeta, eseista, prozaik, tłumacz, przedstawiciel pokolenia Nowej Fali. Autor cyklu felietonów pt....