Mój Magnificat
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Chciałam napisać o modliwie. Temat wydawał mi się tak bardzo aktualny właśnie dlatego, że dotyczy, i powinien dotyczyć, naszego codziennego życia.

Pełna dobrej chęci zabierałam się wielokrotnie do roboty pod wpływem tej całkiem trafnej na moje oko intuicji, a tu raptem totalna pustka i poczucie banalności wypełniającej moje własne słowa. Może nie jest to takie dziwne: na temat modlitwy lub tego, jak się modlić, napisano przecież całe potoki słów, niektóre bardzo mądre, inne trochę mniej, ale wszystkie odwołujące się prędzej czy później do osobistego doświadczenia autora.

Z dzieciństwa pamiętam modlitwę po angielsku, którą starannie wypowiadałam co wieczór, klęcząc przy łóżku:
„Gentle Jesus, meek and mild, look upon a little child. Pity my simplicity, suffer me to come to Thee”
(„Słodki Jezu, łagodny i pokorny, wejrzyj na małe dziecię. Zlituj się nad moją prostotą i pozwól do Ciebie przyjść”).

Słowa są fragmentem znacznie dłuższego hymnu napisanego przez Charlesa Wesleya, angielskiego teologa i duchownego, współtwórcy wraz z bratem, Johnem, ruchu metodystycznego.

Była to modlitwa totalnego zawierzenia się Komuś, kto jest kochający i bliski, modlitwa, która pozwoliła mi zasnąć w spokoju, w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa.

Kiedy straciłam tę ufność? Gdy mój wewnętrzny, samolubny głos zaczął zagłuszać moją prostą, codzienną modlitwę.

Teoretycznie robiłam postępy: do tej dziecinnej dołączałam te najważniejsze: Ojcze nasz (także po angielsku), a potem Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu (po włosku, a potem po łacinie), modlitwę do Anioła Stróża, modlitwę za zmarłych, wszystkie wymawiane z żelazną konsekwencją, co wieczór przed spaniem. Ale z upływem lat, coraz bardziej zaczynało pachnieć to rutyną i nudnym obowiązkiem.

Najbardziej irytowało mnie odmawianie różańca. Pamiętam, jak z moją najlepszą przyjaciółką Eleną dostałyśmy ataku śmiechu w małym, wiejskim kościółku, do którego kazano nam pójść na różaniec i litanię. Ważniejsze niż modlitwa były nasze białe koronkowe welony, modlitewniki w sztywnych okładkach z masy perłowej i różańce z tego samego materiału, które dostałyśmy na Pierwszą Komunię.

Teraz, od paru lat, każdego piątego sierpnia, w dniu Święta Matki Boskiej Śnieżnej, odbywamy swoją własną pielgrzymkę do sanktuarium Jej poświęconego, które znajduje się na szczycie dość stromej góry w okolicach Greve in Chianti, tam, gdzie obie spędzałyśmy nasze dzieciństwo. Kto by rozpoznał w tych dwóch zdyszanych kobietach w średnim wieku, bez białych welonów i modlitewników, dwie chichoczące dziewczynki? Ten nasz różaniec jest siłą rzeczy inny, bo teraz chcemy go odmawiać. Wkładamy do niego nasze troski i nadzieje, a jeżeli się śmiejemy, to z radości, że jesteśmy w tym dniu znowu razem.

Czytam ostatnio książkę Carla Marii Martiniego, jezuity, byłego arcybiskupa Mediolanu i jednego z najciekawszych teologów współczesnego Kościoła. Jej tytuł brzmi Qualcosa di cosi‘ personale – Meditazioni sulla preghiera (Coś tak bardzo osobistego – Rozważanie o modlitwie). W jednym z rozdziałów analizuje on najpiękniejszy według mnie hymn miłości do Boga: Magnificat.

Maria odpowiada na powitanie Elżbiety wybuchem radości: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim (…)”.

Martini pisze: „Stańmy przed modlitwą Marii i zapytajmy samych siebie, jaki mógłby być nasz Magnificat; jakimi słowami i w stosunku do jakich zdarzeń moglibyśmy go wyrazić; jakie mogłyby być w naszym życiu te wielkie dzieła Boga, za które wielbimy Pana. Niech każdy z nas ma odwagę otworzyć serce, aby odszukać w swoim życiu osobistym wielkie chwile obecności Boga”.

Jaki jest mój Magnificat?
Czy w ogóle istnieje w moim życiu taki hymn całkowitej miłości i oddania?
Czy potrafię codziennie radować się w Bogu, Zbawicielu moim? Czy też odwrotnie, mam Mu za złe, ponieważ On, rzekomo, pozwolił na wszystkie moje nieszczęścia i niepowodzenia?

Mój Magnificat zaczął się nieśmiało, szeptem, w chwili bólu i trudności, tam, gdzie teoretycznie nie było miejsca na chwalenie Wszechmocnego. W tamtej chwili zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie ponownie się modlić, jak to małe dziecko dawno temu, że rozpoznaję w sobie Ducha, który woła „Abba, Ojcze”. Nie dzięki moim słowom, nie dzięki monologowi, który prowadziłam latami sama ze sobą, myśląc, że rozmawiam z Bogiem, ale dzięki Jego słowom wypowiedzianym ustami młodej kobiety z Nazaretu bardzo wiele lat temu.

Mój Magnificat
Tessa Capponi-Borawska

urodzona 3 marca 1959 r. we Florencji – ukończyła studia historyczne na tamtejszym uniwersytecie, do Polski przyjechała w 1983 roku, przez wiele lat wykładała na Uniwersytecie Warszawskim. Od wielu lat publikuje w „Twoim...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze