Julia

Grzebię się w ziemi – taki mam zawód, choć przecież z moimi talentami mógłbym szyć pluszowe misie. A do tego jeszcze te ręce kowala – jak więc mam ulepić portret Damy? Bo Julia jest damą. Jak każda dama mówi ślicznie po francusku, nie, nie odpuściła i dziś, chociaż Francja kojarzy się wszystkim z aroganckim i pniakowatym Raymondem Domenechem. Jednak ona, Francja, to nie tylko on, ale i Stendhal, Gustaw Flaubert, Anatol France, Romain Rolland, André Gide, Martin du Gard, Julien Green, Max Jacob, Pierre Reverdy i Henri Michaux – wymieniam w porządku zapodanym przez samą Julię. Ten przedostatni był dla niej bardzo ważny, ale o tym później.

Pomyśli może ktoś, że zamierzam podpisać francuską volkslistę i stąd to podlizywanie się Francji – nic bardziej błędnego – nawet gdybym codziennie sypiał z bagietką, i tak pozostanę tym, kim jestem, i to nie tylko przez moje nastroszenie. Nie piszę tak jedynie dlatego, że tak uważam, ale chcę jeszcze zrobić przyjemność Julii, bo Julia jest damą. Damą i łasiczką. Zwierzęciem na wskroś eleganckim i niepodległym, a zarazem swojskim, ziemskim i słabym. Nie próbujcie jej brać na ręce, podtykać smakowitych kąsków, schlebiać, tresować, więzić, pchać w złotej klatce na cokół. Obroni się z wdziękiem, bo tego nauczyło ją obcowanie ze słowem: „Nie ubieraj mnie zbyt bogato/ i nie skrapiaj wonnościami/ Ale też nie gwałć mnie/ nie szydź ze mnie/ i nie pochlebiaj/ znam swoje zadania”.

Owszem, portret damy powinien zawierać jej obowiązki, zadania i charakterystyczny tylko dla niej sposób ich spełniania – ale w jakiś sposób są to sprawy w portrecie drugorzędne, podległe temu jedynemu pytaniu – skąd na jej oczy, nos i usta padało światło? Skąd padał ten promień, który prowadził po papierze jej rękę? Poddając się „komunikatywnym” wierszom Julii Hartwig, wchodząc w ich „narracyjny rytm frazy”, dostrzegam ich moralność – to znaczy ich związek z jej sumieniem. Padające na portret damy światło nie jest jednak wysyłane z kamiennej, zintelektualizowanej cnoty, która – na co zwrócił już uwagę profesor Elzenberg – bywa często niewystarczająca i niewydolna, choć oczywiście stanowi konieczną „klamrę” dla rozedrganego człowieczeństwa. Nie pochodzi też z odruchu, spontaniczności duszy tak przecież podatnej na zmienność. Źródło tego światła, które ożywia moralność, próbował kiedyś medytować w swoim Dzienniku Gombrowicz, omawiając Człowieka zbuntowanego Camusa: „Dlaczego, czytając moralistów, zawsze mam wrażenie, że im wymyka się człowiek? Bezsilny, abstrakcyjny i teoretyczny wydaje mi się morał – jak gdyby prawdziwa nasza egzystencja urzeczywistniała się gdzieś poza nim (…). Jak ożywić moralność, odebrać jej ten aspekt teorii, jak sprawić, by trafiła do mnie, do człowieka? Na próżno Camus chce mi pogłębić sumienie. Mój problem, to nie doskonalenie mojego sumienia, a to przede wszystkim, jak dalece moje sumienie jest moim. Albowiem sumienie, jakim dzisiaj dysponuję, jest tworem kultury, a kultura jest czymś, co wprawdzie z ludzi powstało, ale z człowiekiem bynajmniej nie jest identyczne”.

Lecz oto między posągowymi ścisłymi systemami etycznymi przeciska się zwinnie a wdzięcznie łasiczka i – jak kiedyś powiedział o niej Barańczak – „z niepowtarzalną czułą ironią w głosie” przynosi nam promyk ożywczego światła, w bardzo zawstydzającej sumienie konstatacji zwracającej sumieniu „mojość”: „ależ tak, Ty również nadajesz się na męczennika/ z tym swoim słabym zdrowiem z zadyszką/ z delikatnymi przyzwyczajeniami”. Bo jeśli nie ty, to kto? Jeśli nie ja, to kto? Być może zostaniemy wezwani do daniny krwi, ale według Julii istnieją też inne, równie potężne formy świadectwa, którym poświęciła swoje życie. Postanowiła bowiem wybrać coś bardziej męskiego niż rozpacz.

Opisywanie przez nią „zwyczajnej odświętności świata” nie może być postrzegane jako terapia przejedzonych osobników o „specjalnie wysubtelnionym poczuciu głębi”, którzy nagle otarli się o zen, bo to opisywanie jest wnioskiem z oglądu świata, w którym czasem nie da się żyć i w którym nie brak „sparszywiałego człowieczeństwa”. Jest to opisywanie obrazowym ujęciem jej pokornej decyzji wobec tego właśnie świata – biorę to, co zostało mi ofiarowane. Biorę wszystko. Choć przecież łasiczka powinna się brzydzić.

Świadectwo Julii to również cierpliwość i spodziewanie się. Cierpliwości zawsze po drodze jest z cierpieniem, a spodziewanie ociera się o nadzieję. Jeśli już o tym mówimy, to warto przywołać jedno francuskie nazwisko, które wiele dla Julii znaczy: „Nowa dykcja tej poezji (druga awangarda) sprawiła, że nie tylko bez oporów, ale z zachwytem przeczytałam pierwszy, jaki mi wpadł w ręce, poemat prozą Pierre’a Reverdy’ego zatytułowany Pamięć mężczyzny. Dziś dopiero rozumiem, co mnie w tym poemaciku urzekło: wywoływanie jakby z niebytu kolejnych fragmentów obrazu, który dopiero na końcu ukazuje się nam w całości”.

I takie jest postępowanie Julii w wierszach o ludziach – ona daje im szansę, czyli czas na objawienie się – nie domyśla się z jednego brudnego kawałka drugiego jeszcze wstrętniejszego. Choć jej zachwyt nad drugim człowiekiem jest szczery i bezgraniczny i nie przewiduje jego warunkowego zawieszenia, to jednak wie, że nie wie wszystkiego o nim. Ból niedopowiedzenia pojawia się u Julii ze szczególną intensywnością, gdy śmierć rozrywa czas oczekiwania, albo wtedy, gdy ma się pod bokiem mężczyznę, który kiedyś poszedł na wojnę i był pod ogniem, bo „Mężczyźni nie opowiadają kobietom o wojnie/ Milczą kiedy ich blizn dotyka kobieca ręka”. Ale w dalszej części tego wiersza, który nosi tytuł Rozłączenie, zawarta jest jednak pociecha: „Te oswojone wojny śpią we mnie/ przywołując których kochałam/ i którzy do końca dochowali milczenia”.

Sen dla Julii jest jedną z form pamięci, a pamięć obowiązującym ją świadectwem. Julia wybrała się pamiętać przeciw nicości z nadzieją, że istnieje Pamięć – mówi o niej przecież Księga Hioba – która przechowa i ocali prawdę z naszej ciągle przepracowywanej, pełnej luk pamięci. W głowie Julii ten piękny i czuły instrument zyskuje wiele przez rozróżnienie: pojawia się bowiem pamięć miłująca, zachowana dla ukochanych, dla objawień się piękna, kiedy „słońce pulsuje miękkim upartym rytmem”, choćby jak wtedy na plaży – nad tą zakonnicą w habicie i kornecie, której „ciało odmawiało pokornie pełne zachwytu Gloria”. Podły czas i tyrani napuszczający swoich sołdatów na dom Braque’a kierowani są do rewiru pamięci ostrzegającej. Wyśmiani i heroiczni jak profesor literatury na uniwersytecie szanghajskim Kang Zhengguo z wiersza Profesor, odarci z godności, zdradzeni – do trybunału pamięci sprawiedliwej. Lecz zawsze jest to ta sama Julia rozpoczynająca rachunek sumienia od samej siebie. Julia lękająca się nade wszystko grzechu niewdzięczności. Dlatego i sobie powtarza ku pamięci: „Bądź wdzięczna. Byłaś hojnie obdarzona”.

Julia
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...