„Anna Solidarność”
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Wyczyść

Byłam kroplą, która przepełniła kielich goryczy. Moje bohaterstwo polegało na tym, że po prostu wytrzymałam, nie oddałam tego walkowerem. Mogłam znieść to wszystko tylko dzięki temu, że powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i grupa ludzi pomogła mi przetrwać.

W sobotę 10 kwietnia 2010 r. Anna Walentynowicz zginęła w katastrofie lotniczej razem z Prezydentem Rzeczypospolitej Lechem Kaczyńskim, ministrami, urzędnikami, kombatantami… Jeszcze na kilka dni przed uroczystościami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej nie była pewna, czy podoła trudom podróży. Pierwotnie miała bowiem jechać specjalnym pociągiem razem z rodzinami pomordowanych oficerów. Kancelaria Prezydenta zaprosiła Walentynowicz do samolotu. Podczas mojej ostatniej rozmowy z nią cieszyła się, że razem z prezydentem może polecieć do Katynia, by oddać hołd polskim bohaterom zamordowanym przez Sowietów. Mówiła, że staje jej w pamięci rodzinne Równe, kiedy 17 września 1939 r. wkroczyli do niego Rosjanie.

Przed wyjazdem do Warszawy Anna Walentynowicz przekazała mi ostatnie dokumenty, które wydawały się jej ważne i godne wykorzystania w biografii jej poświęconej. Czekała na tę książkę. Była jej pierwszym czytelnikiem. Lektura była dla niej dość traumatyczną podróżą w przeszłość. Ponad 600 stron maszynopisu przeczytała w niecałe dwa dni. Nie spała, nie jadła, czytała dzień i noc… Nie miała prawie żadnych uwag. Przyznaję, że byłem tym bardzo zdziwiony. Bohaterka tej książki uznała fundamentalne prawo naukowca do własnych interpretacji i ocen. Kiedy ją odwiedziłem, by przed przesłaniem maszynopisu recenzentom przedyskutować ostatnie wątpliwości, zapłakana Anna Walentynowicz powiedziała: „Tyle zła, tyle zdrady i ludzkiej podłości opisał pan w tej książce. Jak mieliśmy wygrać, skoro tylu wokół nas nam przeszkadzało. Ale dobrze, że pan to wszystko pokazał. I najważniejsze, że nie zrobił pan ze mnie wszystkowiedzącego, jednoosobowego bohatera »Solidarności«, ale ukazał pan wysiłek zbiorowy tysięcy Polaków”.

Piekło dzieciństwa

Był czwartek, 15 sierpnia 1929 r. W liczącym czterdzieści tysięcy mieszkańców Równem na Wołyniu w ubogiej rodzinie Aleksandry i Jana Lubczyków urodziła się Ania. Była ich drugim dzieckiem. Kilka lat wcześniej urodził się syn Andrzej.

Historyk niewiele wie na temat rodziny Lubczyków i dzieciństwa Anny. Nie jest w stanie zweryfikować pamiętnikarskich relacji, pojechać do urzędu czy kościoła w Równem i przejrzeć ksiąg parafialnych, bo ich po prostu już nie ma. Bohaterka tej książki zapamiętała jedynie, że był to ciepły i zgodny dom. Jan Lubczyk trudnił się ogrodnictwem, mama była krawcową. Marzyli o emigracji do Ameryki Południowej. W sierpniu 1939 r. zaczęli się nawet pakować. Jednak marzenie o innym i lepszym życiu z dnia na dzień runęło jak domek z kart. Jan został zmobilizowany do wojska i zginął w pierwszych dniach wojny. „Pamiętam pogrzeb, wielu ludzi i pocieszającą mnie obcą, przygarbioną staruszkę. Zabrakło czułych objęć matki. Rozpacz pozbawiła ją woli życia. Zmarła wkrótce potem” – wspomina po latach Anna Walentynowicz1.

Później nastąpiła kolejna tragedia. 17 września 1939 r. Związek Sowiecki napadł na Polskę. Sowieci zaaresztowali grupę dorastających chłopców, w tym również starszego brata Ani – Andrzeja. Zaginął na zawsze. Świat dziesięcioletniej Ani legł w gruzach w przeciągu kilku tygodni. Została sierotą. „Niewiele z tamtego czasu pamiętam, miałam przecież ledwie dziesięć lat, ale gdy mama umarła, nie chciałam już nigdzie iść, tylko położyć się przy niej i tak zostać. Przyszli wtedy nasi sąsiedzi, przywieźli trumnę, matkę pochowali, a mnie zabrali ze sobą, żeby nakarmić i odchować – wspomina. – Wszystko stało się tak nagle, że do dziś trudno mi w to uwierzyć. I nie wiem, co się stało z domem, warzywnikiem i z ogrodem, w którym było przecież tyle owocowych drzew”2.

Po latach uznała, że owej adopcji od samego początku przyświecał utylitarny cel – chęć posiadania darmowej służącej. „Pracowałam od wczesnego świtu do nocy, spragniona snu i chwili odpoczynku, zawsze głodna, nierzadko bita. A powód zawsze można było znaleźć. Krowa wywróciła wiadro z mlekiem, gdy z przemęczenia zasnęłam na chwilę przy dojeniu. Lanie. Znowu lanie. Bito mnie za zniszczenie starych grabi, które pękły mi w rękach podczas pracy w ogródku, za wypowiedziane nieopatrznie marzenia o wakacjach”3.

Już po „wyzwoleniu” opiekunowie Ani zdecydowali osiedlić się w okolicach Gdańska. Sprzyjała temu polityka komunistów, którzy propagowali osadnictwo na tzw. Ziemiach Zachodnich i Północnych: Rodzina osiadła w Rudnikach pod Gdańskiem. Jednak zmiana miejsca zamieszkania nie wpłynęła na poprawę losu Anny. Wciąż bita, ciągle niedożywiona, poniżana, spędzająca święta Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia w oborze ze zwierzętami, poznała smak odrzucenia i wykluczenia. „Chciałam odejść z tego domu, ale nie miałam dość odwagi. Wybiegałam w pole i płakałam z twarzą w trawie”. Miała myśli samobójcze: „Przygotowałam porcję sody kaustycznej, której było wówczas w każdym domu pod dostatkiem – służyła do wyrobu mydła. Znałam jej żrące działanie. Niesioną do ust łyżkę wytrącił mi z ręki młodszy syn gospodarzy. – Ty głuptasie, nie zabijesz się, tylko poparzysz sobie przełyk – usłyszałam. I znów to uczucie straszliwej bezradności. Nie potrafię umrzeć, nie potrafię żyć”4. Piekło dzieciństwa skończyło się w szesnastym roku życia, kiedy zdecydowała się na ucieczkę. „Podałam obiad na stół i powiedziałam: odchodzę. I wyszłam z domu”5.

Spawaczka

Po złożeniu podania o pracę, podpisaniu oświadczenia o obowiązku zachowania tajemnicy służbowej i badaniach lekarskich w dniu 8 listopada 1950 r. Annie Lubczyk nadano numer ewidencyjny 13 334 i wręczono kartę zgłoszenia do pracy w Stoczni Gdańskiej. Skierowano ją na trzymiesięczny kurs spawalniczy. W lutym 1951 r. ukończyła kurs i została przeszeregowana z ucznia na spawacza. Zyskała bardzo dobre opinie, które były podstawą kolejnych awansów. „Dobrze spawa, pracowita, pracy nie opuszcza, zasługuje na podwyższenie grupy” – napisał przełożony Anny Lubczyk jesienią 1951 r.

Początkowo czuła się w stoczni nieco samotna. Brakowało jej kontaktów z ludźmi, których tak bardzo potrzebowała i szukała. Pragnęła być aktywna społecznie. Kiedy w styczniu 1951 r. dowiedziała się o istnieniu zakładowej struktury Związku Młodzieży Polskiej, postanowiła wstąpić w szeregi tej organizacji. Łącznie w całym województwie gdańskim do ZMP należały 50 263 osoby zorganizowane w 2 414 kołach. Większość członków nie przejmowała się jednak zbytnio organizacją. Bojkotowano organizowane przez aktyw spotkania, narady i ideologiczne szkolenia. Tłumaczono, że są one po prostu nudne i nie mają jakiegokolwiek wpływu na poprawę sytuacji bytowej. Lubczyk nie wiedziała o tym wszystkim i dawała wiarę hasłom głoszonym przez ZMP.

Wzorowa postawa „Hanki Proletariuszki” sprawiła, że w lipcu 1951 r. wytypowano ją na Festiwal Młodych Bojowników o Pokój w Berlinie. W dniu 5 sierpnia 1951 r. zjechała do Berlina młodzież z 90 krajów. Dwa miliony delegatów, a wśród nich Anna Lubczyk ze Stoczni Gdańskiej. Jeden z uczestników zjazdu, działacz ZMP i początkujący reportażysta Ryszard Kapuściński, relacjonował: „Przed FriedrichstadtPalast czerwony neon rozprasza mrok berlińskiej nocy. Tu odbywają się międzynarodowe występy zespołów artystycznych. Grupy delegatów zdążają do teatru. Sala jak wszystkie inne w Berlinie – jak ulice, domy i place – bogato, różnorodnie, barwnie udekorowana. Gdy przebrzmiały ostatnie dźwięki hymnu, na scenę posypały się naręcza kwiatów. „Stalin, Stalin, Stalin” – skanduje widownia, skandują artyści”6.

Dopiero w Berlinie Anna Lubczyk zdała sobie sprawę, w czym tak naprawdę tkwi. Obłuda, chamstwo, złośliwość, zazdrość i wzajemna nienawiść to cechy, które zaczęły się jej kojarzyć z ZMP. A do tego bolszewicka dyscyplina i zamordyzm, które tak bardzo dały o sobie znać po ucieczce jednego z członków polskiej delegacji. Niszczenie osobowości przypominało jej najgorsze obrazy z dzieciństwa po stracie rodziców. „Na podwórku odbył się karny apel, były wrzaski i groźby, brakowało tylko psów i esesmańskich czap. Groźna sytuacja. Dostaliśmy nowe wytyczne, przypomniano nam o obowiązkach wobec ludowej ojczyzny, opiekunowie nie omieszkali też udzielić nam ostrej reprymendy na wypadek, gdyby jeszcze komuś zachciało się ucieczek. O tym, co się zdarzyło, zabroniono wspominać. – Nic nie widzieliście i o niczym nie wiecie – to wszystko, co nam powiedzieli. Potem przyszła grupowa, kazała iść do sal, przekręciła w zamku klucz i tak siedzieliśmy zamknięci jak w więzieniu aż do wieczora”. Okazało się wkrótce, że uciekały kolejne osoby, a delegacja wróciła do Polski zdziesiątkowana. Po ośmiu miesiącach członkostwa postanowiła opuścić ZMP.

Poświęciła się pracy w stoczni. Pracowała w systemie akordowym. Nie przerażała jej zbytnio codzienna monotonia – o piątej rano pobudka, o szóstej przy stanowisku pracy w kombinezonie, z palnikiem, w okularach i masce. Po roku pracy wyrabiała 420 godzin w miesiącu, przez co zarabiała około 3200 zł, czyli równowartość trzech miesięcznych pensji. Wyrabiała 270 procent normy! We współzawodnictwie plasowała się na pierwszym miejscu, była przodowniczką, „człowiekiem dobrej roboty”, wzorem dla innych pracowników. Ale im więcej znaczyła w brygadzie spawaczek, tym więcej zaczęła rozumieć. Zauważyła, że w całej tej komunistycznej zabawie we współzawodnictwo chodzi tak właściwie o wyzysk, którego ofiarami są przede wszystkim kobiety traktowane pogardliwie przez dyrekcję i część męskiej załogi. Dlatego zaangażowała się wówczas w działalność komisji socjalno-bytowej i wstąpiła do Ligi Kobiet, by bronić siebie i inne kobiety przed niesprawiedliwością.

W 1950 r. zakochała się w koledze z pracy. Planowali wspólną przyszłość. Kiedy Anna zaszła w ciążę, Ryszard zaczął jej unikać. Nadużywał alkoholu i spotykał się z inną dziewczyną. Trauma zdrady i odrzucenia. Ratowała ją jakoś praca, do której chodziła mimo ciąży. Dopiero kiedy minął ósmy miesiąc, poszła na zwolnienie lekarskie. Tamte chwile w przejmujący sposób opisała w swoich pamiętnikach: „Postanowiłam wówczas, że wychowam dziecko sama, w miłości do ludzi i Ojczyzny. Niczego już od siebie nie potrzebuję. Trudna to była decyzja. W tamtych czasach, na początku lat pięćdziesiątych, panna z dzieckiem musiała mieć wiele sił i odwagi. Nie zastanawiałam się nad możliwością usunięcia ciąży. Uważam, że człowiek, który raz zawiódł – kiedyś, pomimo obietnic i przysiąg – zrobi to znowu, czasem w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego unikam takich ludzi i dlatego wtedy, ponad czterdzieści lat temu, nie zdecydowałam się na małżeństwo z człowiekiem, który obiecywał poprawę. Wolałam być sama z dzieckiem, niż skazywać się na życie z partnerem, który tak nie pasował do wymarzonego modelu kochającej się, uczciwej rodziny.

Nie ukrywałam swojego położenia przed znajomymi. Z ulgą przyjmowałam ich reakcje. Podtrzymywali mnie na duchu wierzący i niewierzący, pomogła mi długa rozmowa z księdzem i Lubow Orłowa. Wielka rosyjska aktorka w filmie Grzesznicy bez winy zagrała rolę dziewczyny takiej jak ja. Bohaterka filmu postanawia wychować syna sama i żyć tak, by nigdy nie musiał się wstydzić, że nosi panieńskie nazwisko matki. Wyszłam z kina silniejsza, bardziej pewna słuszności swojej decyzji. Poszłam na spacer nad morze, chyba spowiadałam się falom. Przestrzeń, spokojne niebo i ciche morze sprawiły, że poczułam się bliżej Stwórcy. W dzieciństwie, w domu rodzinnym, umiałam się modlić i chodziłam do kościoła. Potem, u obcych ludzi, zapomniałam chyba, że istnieje Bóg. Katorżnicza praca w dzień powszedni i w niedzielę, brak jakiegokolwiek kontaktu z innymi ludźmi – czy można się dziwić, że żyłam tak jakoś obok wiary? Teraz już miałam odwagę, by zwrócić się do Boga. Weszłam do kościoła. Tam – długa rozmowa z księdzem, który najpierw mnie groźnie zbeształ, a potem powiedział: – Nie martw się. Poniosłaś wiele ofiar i wiele przecierpiałaś, urodzisz zdrowe dziecko. Do takich jak ty Matka Boża biegnie w jednym pantofelku. Oddaj się Jej w opiekę. Zaczynałam kochać to moje nienarodzone. We wrześniu 1952 r. przyszedł na świat mój syn. Pojawił się w moim życiu maleńki, bezradny, i miał tylko mnie7.

Niepokorna przodowniczka

Będąc wzorowym pracownikiem, w 1953 r. otrzymała Srebrny Krzyż Zasługi i została nawet matką chrzestną statku. W strukturze związkowej i oczach załogi miała wysoką pozycję. Odważnie zwracała uwagę na niesprawiedliwy sposób dysponowania funduszem socjalnym, kasą zapomogową i pożyczkową. Upominała się o należytą higienę i bezpieczeństwo pracy. Krytykowała nawet kierownictwo zakładu i zakładowych sekretarzy PZPR. Nie zdawała sobie sprawy, że może być to dla niej groźne. Jesienią 1953 r. postanowiono uciszyć niepokorną spawaczkę. Po raz pierwszy w życiu zetknęła się z bezpieką: „I nagle zaczęły się kłopoty. Tego dnia, jak zwykle o 7.00, zaprowadziłam dziecko do żłobka i biegnę na wydział. Podchodzi do mnie mistrz Tobolski. – Był telefon. Masz iść do UB. Poczułam, że blednę. – Nie martw się, jesteśmy z tobą. Powiedz tylko, co zrobić z dzieckiem, gdybyś nie wróciła. Zapytałam, czy myśli, że to chodzi o wczorajszą naradę, ale nie wiedział. Ja byłam jednak pewna, że to o to chodzi. Na tej naradzie krytykowałam sekretarza partii.

Komórka UB mieściła się w stoczni. Pamiętam metalowe drzwi, magnetyczny zamek, żołnierza w małym okienku. Naprzeciw mnie stoi wygolony cywil. – Niech pani siada, imię, nazwisko. No i co, koleżanko Lubczyk, wiemy, że słuchacie Wolnej Europy, że są u was Księgi Jehowy… – Panu chyba chodzi o wczorajszą naradę… – Od zadawania pytań jestem ja! Wstaje i wychodzi. Skrzypią przenikliwie jego buty. Siedzę długo sama. Nagle wchodzi dwóch młodych ludzi, szarpią mnie, jeden chwyta za kolano, drugi ciągnie za włosy. Opuszczam głowę. Bierze mnie pod brodę, żebym patrzyła im w oczy. Chwytam stojący na biurku kałamarz, chcę rzucić nim pomiędzy te złe, nieludzkie oczy, moje palce zaciskają się tak mocno na grubym szkle, aż sinieją paznokcie, ale myślę o swoim dziecku i opuszczam rękę. Wyszli, a po chwili zjawił się bezszelestnie tamten. Zatrzymania powtarzały się wielokrotnie w różnej formie. Bałam się o dziecko. Zwróciłam się do Zakładowego Komitetu Partii: – Dlaczego mnie zatrzymują? Skąd te szykany? Dlaczego tracę czas i zarobek? Na dodatek, jak na ironię, ciągle byłam tą robotnicą uśmiechającą się do świata z gazet i plakatów. Pisano o mnie, dawano młodzieży za przykład: „Oto kobieta pracująca ofiarnie dla Ojczyzny”. W Komitecie kiwali głowami i mówili: – Jest z was dobry człowiek, ale niestety mówi przez was wróg. I namawiali mnie, żebym wstąpiła do partii. Nie chciałam”. „W Boga wierzę” – odpowiedziała nagabującym. „Zapisz się, awansujesz – powiedzieli. – A do kościoła możesz dalej po cichu chodzić”. Anna Lubczyk do PZPR nie wstąpiła, co partyjnym propagandystom nie przeszkadzało, by przedstawić ją jako przodownicę ofiarującą swoją pracę właśnie partii.

Szczęśliwa miłość

W 1964 r. Anna chciała ułożyć sobie jakoś życie osobiste. Jej wybrankiem był młodszy o trzy lata Kazimierz Walentynowicz – ślusarz z tego samego wydziału stoczni. Znali się prawie dziesięć lat, lubili, choć nie myśleli o ślubie. Jednak Anna obawiała się, że związek z dzieciatą kobietą okaże się dla Kazimierza tylko kłopotem. Do małżeństwa z Kazimierzem ostatecznie przekonała Annę przyszła teściowa. „Byłam bardzo szczęśliwa – wspominała Anna Walentynowicz. – Pracowaliśmy razem, opiekowaliśmy się synem, marzyliśmy o własnym domku z ogrodem, o samochodzie”.

Radość pierwszego okresu małżeństwa przerwała po roku informacja o poważnej chorobie Anny, „zaczęto podejrzewać, że spawacze są chorzy na żelazicę. Lekarz dawał mi najwyżej pięć lat życia. Uczyniłam rachunek sumienia, co ja po sobie zostawię, co w życiu zrobiłam. Powiedziałam mężowi: – Jak umrę, weź sobie przyzwoitą kobietę. Tak będzie lepiej”. Anna zdecydowała się na operację, po której przez pół roku przebywała na zwolnieniu lekarskim. Po powrocie zażądała przeniesienia do lżejszej pracy – na suwnicę.

Krótko po Grudniu ’70 zachorował poważnie jej mąż. Lekarze zdiagnozowali u niego nowotwór. Zmarł w październiku 1971 r. Po siedmiu latach i czternastu dniach małżeństwa Anna znów została sama. Sama wykonała dla niego nagrobny krzyż. Zespawała go z solidnego żelaza i pomalowała. Symbolem tej wyjątkowej miłości pozostała na zawsze obrączka, której Anna Walentynowicz nigdy z palca nie zdjęła.

W Wolnych Związkach Zawodowych

W końcu maja 1978 r. Anna Walentynowicz postanowiła wstąpić w szeregi antykomunistycznych wolnych związkowców. O WZZ Wybrzeża dowiedziała się z Radia Wolna Europa. W połowie czerwca trafiła pod adres przekazany jej przez Krystynę Dzikowską. Poszła ze składką na działalność WZZ. Miała przy sobie 610 zł, które zebrała z kolegami w stoczni. Okazało się, że dom przy ulicy Poznańskiej w Gdańsku-Oliwie należy do Kazimierza Szołocha – jednego z przywódców Grudnia ’70 w Gdańsku, już wówczas zaangażowanego w działalność Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i WZZ. „Dzień dobry. Nazywam się Anna Walentynowicz. – Ciii… – ktoś, chyba Andrzej Gwiazda, kładzie palec na ustach – tutaj jest podsłuch! Strasznie się speszyłam. I tak byłam pełna kompleksów. Na tym pierwszym spotkaniu poznałam Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Alinę Pienkowską, Edwina Myszka. Oczywiście był i Bogdan Borusewicz, i chyba Krzysztof Wyszkowski. Byłam oszołomiona. Nie zadawali mi pytań. Oni wiedzieli, kim jestem. Moje użeranie się w stoczni nie było dla nich tajemnicą”8.

Na WZZ Walentynowicz podświadomie czekała od lat. Ojcowie założyciele WZZ Wybrzeża – Andrzej Gwiazda, Antoni Sokołowski i Krzysztof Wyszkowski w Deklaracji Założycielskiej z 29 kwietnia 1978 r. napisali m.in.: „Szeroka demokratyzacja jest dzisiaj absolutną koniecznością. Społeczeństwo musi wywalczyć sobie prawo do demokratycznego kierowania swoim państwem. Wszystkie jego warstwy muszą zdobyć możliwość samoorganizacji oraz tworzenia instytucji społecznych rzetelnie realizujących ich prawa. Tylko autentyczne związki i stowarzyszenia społeczne mogą uratować państwo, bo tylko poprzez demokratyzację droga prowadzi do scalenia interesów i woli obywatela z interesem i siłą państwa”.

Z punktu widzenia SB Anna Walentynowicz była tym groźniejsza, że znała Grudzień ’70 z autopsji, była jego ważnym uczestnikiem, dlatego SB dokonywała u niej rewizji i tymczasowo aresztowała ją prewencyjnie, zarówno w 1978, jak i 1979 r. Formalny powód był zawsze taki sam: w swoim mieszkaniu organizuje spotkania robotników z działaczami WZZ, „posiada zakonspirowaną składnicę materiałów antysocjalistycznych”, a poza tym „sugestywnie wpływa na współpracowników, starając się ich pozyskać do działalności antysocjalistycznej”. W 1979 r. bezpieka wpadła na bardziej oryginalny pomysł, by ograniczyć aktywność Anny Walentynowicz w przededniu rocznicy Grudnia ’70, a przy okazji skompromitować ją w oczach sąsiadów i pracowników stoczni.

W listopadzie 1979 r. niejaki Jan Zielonka, technik samochodowy, zadenuncjował Annę Walentynowicz jako złodziejkę… wypalonych zniczy cmentarnych. Doniósł na milicję, że na cmentarzu Srebrzysko w Gdańsku zauważył nieznaną sobie kobietę, która „zatrzymała się przy drewnianym pojemniku na śmieci”, a potem „szukała czegoś w kupie śmieci znajdujących się koło grobu”. „Jej zachowanie zwróciło moją uwagę i zainteresowałem się, co ta kobieta zamierza zrobić. Dlatego też podszedłem bliżej w jej kierunku. Zauważyłem, że kobieta ta, przechodząc między grobami, zatrzymywała się co kilka kroków, zabierając z nagrobków puste naczynia po zniczach. Zabierane z grobów naczynia po zniczach wkładała do torby, którą miała przy sobie” – zeznał w prokuraturze Zielonka. Incydent ten na zawsze utkwił w pamięci naszej bohaterki: „Pomyślałam, że byłoby pięknie, gdyby w dniu 16 grudnia wychodzący z pracy stoczniowcy ustawiali przy bramie nr 2 płonące znicze. Aby było ich jak najwięcej – zbierałam na cmentarzu naczynia po wypalonych zniczach, w domu napełniałam je woskiem i w stoczni rozdawałam ludziom. Milicja złapała mnie na cmentarzu. Zostałam zawieziona na komendę i tam odbyła się upokarzająca rewizja osobista. Siedząc w celi, słyszałam, jak milicjant i milicjantka rozmawiają o prywatnym jachcie kolegi. Postanowili, że oni też kupią sobie taki jacht. Następnego dnia rano zawieziono mnie na rewizję do mieszkania. Towarzyszyło mi dwunastu milicjantów. Przy okazji poinformowali sąsiadów, że zostałam złapana na cmentarzu, gdzie rabowałam groby. Czy naprawdę byli tak naiwni i myśleli, że ktoś im uwierzy? Po rewizji wiozą mnie z powrotem do więzienia i na przesłuchanie. Wiedziałam, że najlepiej jest milczeć, tak robili zatrzymywani koledzy. Ale ja miałam jakiś cień nadziei, że a nuż uda się któregoś przekonać. Może nie wiedzą, że źle czynią, może nie rozumieją? Uznali to za moją słabość i proponowali współpracę. A za nią wysoką pensję, wyjazd za granicę… Wiedzieli, że opiekuję się chorymi, więc oświadczyli triumfalnie, że mogą mi załatwić protekcję w Komitecie Opieki Społecznej. – Tam będzie pani mogła drogo sprzedawać swoje usługi. Sprzedawać? Początkowo nie rozumiałam, o co chodzi. – Przecież ja tego nie robię dla pieniędzy. – To dlaczego pani to robi? Wyglądali na szczerze zdziwionych. Wkrótce znudziła im się łagodność i zaczęli być brutalni. – Możemy panią zgnoić. Czego pani właściwie chce? Ludzie panią wyśmieją. – To pozwólcie mi mówić do ludzi, zobaczymy. Nie przyjęli mojej propozycji. Puszczono mnie w końcu i wtedy dowiedziałam się, że brano na rozmowy wielu stoczniowców i opowiadano im, że handluję alkoholem i jestem tolerowana przez milicję tylko z litości”.

„Po tym pierwszym aresztowaniu pobiegłam z płaczem do Gwiazdów: – Ja chyba muszę zrezygnować z działalności. Nie umiem z nimi rozmawiać, są tacy podstępni i brutalni. Ja jestem taka dumna z tego, że jestem z wami, a muszę to ukrywać, żeby komuś nie zaszkodzić. Andrzej położył mi dłoń na ramieniu: – Skoro cię aresztują, to znaczy, że oni się ciebie boją. A jeśli obawiasz się, że możesz powiedzieć za dużo – nie mów wcale. Andrzej – jak zawsze – krótko i spokojnie umiał rozwiać moje wątpliwości. Już się nie bałam. Zaciskałam zęby i wiedziałam, że wytrzymam, że kiedyś musi się to skończyć”9. Wróciła do pracy i dalej robiła swoje. Namawiała stoczniowców do wzięcia udziału w manifestacji 18 grudnia 1978 r.

Sierpień 1980

Po 30 latach ciężkiej pracy, w przededniu emerytury, Anna Walentynowicz została zwolniona: „9 sierpnia, kiedy poszłam do stoczni po wypłatę, rzuciło się na mnie czterech strażników. Wykręcili mi ręce, skaleczyli mnie. Zobaczyli krew i przestraszyli się. Wciągnięto mnie do nyski i tak triumfalnie pojechałam do kadr. Urzędniczka przekazała mi pensję ze słowami: – Nie wygrasz, to walka z wiatrakami. Szłam ulicami Gdańska z pochyloną głową, czułam się jak zbity pies – zupełnie załamana. Słyszałam własne słowa sprzed wielu lat: »nikt nigdy nie będzie miał powodu, żeby zwolnić mnie z pracy«. A teraz 52 artykuł! Wyrzucono mnie więc za sabotaż, pijaństwo, kradzieże. I jak teraz żyć bez stoczni? To koniec. Poszłam do Gwiazdy, było tam kilku znajomych. – No, chłopcy, teraz będziecie musieli działać beze mnie. Mnie już nie ma”.

W Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża nikt nie zamierzał bezczynnie przyglądać się krzywdzie Walentynowicz. Już przeniesienie jej na inny wydział w stoczni traktowano bardzo poważnie, tym bardziej wyrzucenie z pracy musiało spotkać się z jakąś reakcją przyjaciół. „Powiedziałem im, że jeśli nie obronimy Walentynowicz, oni będą następni” – wspomina Bogdan Borusewicz swoją rozmowę z młodymi działaczami WZZ ze stoczni. „My z WZZ dobrze wiedzieliśmy, że nie uda nam się obronić przed państwem totalitarnym, jeżeli pozwolimy szykanować pojedyncze osoby. Broniliśmy więc każdego” – mówiła Alina Pienkowska. „WZZ-y automatycznie uruchomiły wypróbowaną procedurę – ulotka w obronie Pani Ani – wspomina Andrzej Gwiazda. – Chodziło o znaną, zasłużoną działaczkę, zwolnienie jej było wyjątkową bezczelnością, więc podjęliśmy próbę wywołania strajku w jej obronie. Decyzję o strajku podejmuje załoga, ale instrukcja, jak strajkować – podpięta do ulotki – była oczywistą sugestią. Ulotki podpisane przez działaczy WZZ-ów były masowo kolportowane na terenie całego Trójmiasta. Mieliśmy nadzieję, że jeśli Stocznia Gdańska zacznie strajk, to przynajmniej w jeszcze kilku zakładach uda się wywołać strajk solidarnościowy”10. Ludzie WZZ kolportowali tę ulotkę na terenie całego Trójmiasta. Sprawą Walentynowicz zainteresował się także KSS KOR, który przekazał na Zachód protest do Międzynarodowej Organizacji Pracy. Na efekty tych działań nie trzeba było długo czekać.

Postulaty

Pierwsze postulaty strajkujących składały się jedynie z trzech żądań wymalowanych na kilku dyktach: „powrotu do pracy Anny Walentynowicz”, „podwyżki płac o 1000 zł” i „dodatku drożyźnianego”. Dopiero później lista żądań została wydłużona. Jeszcze 14 sierpnia, po wyłonieniu reprezentacji strajkującej załogi, stanęło na pięciu postulatach: przywrócenia do pracy Walentynowicz i Wałęsy, wzniesienia pomnika Ofiar Grudnia ’70, podwyżki płac o 2 tys. zł, zrównania zasiłków rodzinnych z rodzinami milicyjnymi, gwarancji bezpieczeństwa dla uczestników strajku. Później żądano także m.in. powrotu do pracy w stoczni Andrzeja Kołodzieja, uwolnienia więźniów politycznych, likwidacji sklepów komercyjnych i poprawy w zaopatrzeniu. 16 sierpnia około godziny 13.30 Klemens Gniech podpisał gwarancję, że każdy pracownik otrzyma 1500 zł podwyżki. Jednocześnie I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Tadeusz Fiszbach udzielił gwarancji, że żaden ze strajkujących robotników nie będzie represjonowany. Komitet Strajkowy przegłosował zakończenie strajku. Dokładnie o 14.17 tę decyzję ogłosił publicznie Wałęsa. Wstając od stołu w sali BHP, zwrócił się do stoczniowców przez radiowęzeł: „Czy wszyscy mnie słyszą? Dajcie znać oklaskami [brawa]. Czy nikt nie będzie miał żalu i pretensji do mnie, jeśli ogłoszę, że strajk skończyliśmy? Czy mnie słychać? Czy kończyć? [brawa]. Stoczniowcy, delegaci i Komitet Strajkowy uważają, że mamy, co chcieliśmy. Dziękuję wam za wytrwanie. Nadszedł moment zakończenia zmagań”11.

Zwycięstwo

Ludzie rozeszli się, zdjęli kombinezony i powoli szykowali się do wyjścia. Niemal w tym samym czasie dyrektor stoczni dziękował za spokój, porządek i dbanie o majątek stoczni. Żegnając się z reprezentacją strajkujących i stoczniowcami, mówił przez megafon: „Spotkamy się w poniedziałek wypoczęci i spróbujemy odrobić zaległości. Zrobię wszystko, żeby było zaopatrzenie, żeby była dobra praca”12. Zebrał oklaski. W tym momencie ktoś zaintonował hymn narodowy. Wałęsa śpiewał przez megafon. W tym czasie, zaniepokojony sytuacją w Stoczni Gdańskiej Andrzej Gwiazda, pobiegł do swojego zakładu pracy – „Elmoru”, by poinformować załogę, że mimo „zdrady” stoczniowców należy kontynuować strajk. „Po drodze – mówi Gwiazda – mijaliśmy grupki robotników stojących ze zwieszonymi głowami, z kaskami w rękach, ponieważ Wałęsa śpiewał hymn państwowy. Śpiewał sam, nieudolnie, nikt się nie przyłączył. Była to dramatyczna chwila, ale nie było czasu do stracenia. Musieliśmy bardzo szybko zorganizować porozumienie strajkujących zakładów, ponieważ bez oparcia w Stoczni, zatrudniającej kilkanaście tysięcy pracowników, każdy zakład osobno nie stanowił większej siły. W »Elmorze« wszyscy już wiedzieli, co się stało, ponieważ pierwszego dnia strajku elektrycy podłączyli się do sieci nagłaśniającej Stocznię i można było na bieżąco słuchać obrad w sali BHP”13. Sytuacja rzeczywiście wyglądała dramatycznie. Wydawało się, że strajk w stoczni jest nie do uratowania. Komuniści triumfowali. Zadowolony Gniech wrócił do swojego biura, wykręcił numer telefonu do ministra przemysłu maszynowego Aleksandra Kopcia i z satysfakcją zaraportował: „Wszystko poszło, jak się umawialiśmy… Tak… Skończony… Podpisaliśmy… Gładko… W poniedziałek przychodzą do pracy”14. W tym czasie ktoś z tłumu przed budynkiem sali BHP zawołał: „Komitet Strajkowy »Lenina« zdradził ideały robotnicze!”. Inni próbowali protestować. Przede wszystkim delegaci strajkujących zakładów pracy.

W tym czasie Henryka Krzywonos krzyczała w stronę Wałęsy: „Sprzedaliście nas! Teraz wszystkie małe zakłady jak pluskwy wyduszą!”15. W swoich wspomnieniach Droga nadziei Lech Wałęsa przytacza relację jednego z robotników (Leona Stobieckiego), z którą nawet nie próbuje polemizować: „Wałęsa wstaje od stołu. Ogłasza przez mikrofon zakończenie strajku, podchodzi do drzwi, unosząc w górę zaciśniętą pięść, mówi do kolegów z WZZ: Zwyciężyliśmy! – Ci zaś zupełnie inaczej to widzą. Stałem ze Zdzichem Złotkowskim w głównych drzwiach wyjściowych z sali BHP na duży hall, gdzie jest szatnia. Kiedy było podpisywane porozumienie przy środkowym stole (były trzy rzędy stołów, cała grupa WZZ-ów i dyrekcji mieściła się w jednym rzędzie), sala była w połowie pusta. Lechu, widząc mnie i Zdzicha, podnosi ręce i mówi: – Zwyciężyłem. – A ja mówię: – Ch… żeś zwyciężył. Ty żeś przegrał. Zobacz, co się robi na terenie Stoczni, masz pocięte kable, nagłośnienie jest porąbane siekierami, na murach wypisują tobie zdrajca, szpicel i cię opluwają. A jak wyjedziesz za bramę, to cię ukamienują. – Lecha zamurowało i pyta: – Jezus, co ja zrobiłem? – A Zdzichu mu powiedział: – Co żeś zrobił, wszystkich nas sprzedałeś. Obroniłeś tylko siebie, twoją podwyżkę 1500 złotych. – A on mówi: – Co ja mam teraz zrobić? – Prawdziwy strajk w obronie małych zakładów, które dały ci poparcie, które stanęły w twojej obronie. – Lech wtedy mówi: – To pomóżcie”16.

„Dlaczego to zrobił? Dlaczego zmarnował ogromną szansę, jaką był zgodny protest szesnastotysięcznej załogi stoczni i setek popierających nas zakładów pracy z całej Polski?” – zastanawiała się Anna Walentynowicz. „Z nadzieją patrzył na nas cały kraj, patrzył świat, a my? Co osiągnęliśmy? Dwie przywrócone do pracy osoby i parę złotych do kieszeni. Co z Wolnymi Związkami Zawodowymi? Kiedy Andrzej Kołodziej – jeszcze przed poddaniem strajku – przypomniał Wałęsie, że stoi całe Trójmiasto, że jest okazja, żeby zalegalizować WZZ, ten zachrypiał: – Czego chcecie? Dyrektor więcej załatwił, niż żądaliśmy”17.

„Pamiętam do dziś ten widok: tysięcy ludzi na moście wychodzących ze stoczni – relacjonowała przed laty Pienkowska. – Wymusiłam na strażnikach zamknięcie bramy i zaczęłam mówić, że strajk przy drugiej bramie został przedłużony i nawoływałam do solidarności z kolegami. To poskutkowało – tłum cofnął się od wyjścia. Oczywiście znalazło się trzech panów z teczkami pod pachą krzyczących »Wychodzimy!«, ale zostali wykopani za bramę”18. Później obie działaczki WZZ rozbiegły się do poszczególnych bram stoczniowych, ale tam sytuacja była w miarę opanowana. Walentynowicz dobiegła do bramy nr 1, wychodzącej na Stare Miasto. Tam spotkała zdezorientowanego Wałęsę, szarpnęła go za rękaw, chciała przemówić. Stanęła na akumulatorowym wózku i przemówiła do robotników. Oznajmiła, że właśnie proklamowano strajk solidarnościowy.

Porozumienie z 31 sierpnia 1980 r. okupione zostało pewnym kompromisem. Zrezygnowano z nazwy Wolne Związki Zawodowe na rzecz niezależnych i samorządnych związków zawodowych. Sygnatariusze Porozumienia Gdańskiego 31 sierpnia 1980 r., w tym również Anna Walentynowicz, dokonali poważnego wyłomu w całym sowieckim imperium. Zakwestionowali kierowniczą rolę PZPR w państwie. W pewnym sensie w jeszcze bardziej skuteczny sposób zrealizowali testament robotników z Grudnia ’70, którzy spalili w Gdańsku siedzibę PZPR. Jednak rezygnując z frontalnego starcia z systemem, nie mogąc oficjalnie artykułować swoich celów – niepodległości i demokracji, przyjęli kompromisową drogę „porozumienia” z komunistami.

Bardzo zmęczona, ale i szczęśliwa Anna Walentynowicz mogła wreszcie wrócić do swojego małego mieszkanka w Gdańsku-Wrzeszczu. Ostatnia opuszczała stocznię: „Koniec strajku. Wałęsa wsiada do samochodu księdza Jankowskiego. Ludzie niosą samochód. Ja wychodziłam ze stoczni ostatnia. Tak po kobiecemu czułam się odpowiedzialna za to, co zostało, za te ryzy papieru, materace, koce. Przecież trzeba to wszystko gdzieś przewieźć, zabezpieczyć. Towarzyszy mi jak zwykle Alinka. Idziemy do dyrektora. Ten dzwoni: – Natychmiast wóz do dyspozycji pani Walentynowicz. Na jak długo? Na tak długo, jak to będzie konieczne. A więc jednak coś się stało. To już nie jest ten sam świat. Wóz dyrektora do mojej dyspozycji i to moje nazwisko w jego ustach wypowiedziane w szacunkiem, a nie jak przekleństwo. Zabieram z bramy dwa portrety papieża i jeden nieduży obraz Matki Boskiej, który potem zaniosłam do MKZ-u. Jest godzina 21. Pada deszcz”19.Wielki Strajk dobiegł końca. „Już nie trzeba się bać” – westchnęła Anna Walentynowicz. Czuła się tak, jakby ukończyła pewien etap drogi. Miała pełne prawo powiedzieć później: „Byłam kroplą, która przepełniła kielich goryczy. Ale nie tylko ja nią byłam, moje bohaterstwo polegało na tym, że po prostu wytrzymałam, nie oddałam tego walkowerem. A mogłam znieść to wszystko tylko dzięki temu, że powstały Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża i grupa ludzi pomogła mi przetrwać”.

Czas rozejścia

3 października 1980 r. „Solidarność” zorganizowała ogólnopolski strajk ostrzegawczy przeciwko niewypełnianiu treści Porozumień Sierpniowych. Walentynowicz zaangażowała się w organizację protestu. „Godzinny strajk stał się wielkim przeżyciem, był manifestacją naszej solidarności, po raz pierwszy mogliśmy się zobaczyć i policzyć. Niestety, mniej więcej od tego czasu narasta mój konflikt z Wałęsą. To jest już na całego”20. W tym czasie Wałęsa coraz bardziej oddalał się od dawnych przyjaciół, których postrzegał jak groźnych konkurentów. Zdaniem Kuronia Wałęsa zgodził się na strajk pod presją manifestacji zorganizowanej przez Walentynowicz. „Ania spędziła stoczniowców, oni stanęli pod oknami i wymusili to na nim, Wałęsa zdanie zmienił. Od tego momentu zaczęła się taka zawiść Lecha do Ani” – oceniał Kuroń21. „Ania Walentynowicz znalazła się na pierwszej linii ataków Wałęsy – pisze Joanna Duda-Gwiazda. – Nie tylko dlatego, że była ważnym, niezależnym działaczem. Wałęsa w eliminację pani Ani mocno zaangażował się osobiście, ponieważ po strajku była ona bardzo popularna i kiedy pojawiała się na spotkaniach, zbierała większe oklaski niż Wałęsa. Tego Wódz nie mógł ścierpieć”22.

Do kolejnego pogorszenia w relacjach Anny Walentynowicz z Lechem Wałęsą doszło w grudniu 1980 r. Sprawa dotyczyła charakteru pomnika upamiętniającego masakrę w Grudniu ’70, a w zasadzie jego oficjalnej nazwy i próby dopisania do listy ofiar także nazwisk poległych milicjantów. „Kiedy dowiedziałam się, że wbrew uchwale gdańskiego MKZ-u pomnik ma zmienić nazwę z pomnika Poległych Stoczniowców na pomnik Pojednania, to o mało nie dostałam ataku serca. Pojednania? Z kim? Uważam, że nie wolno żyć w nienawiści, ale by się jednać i godzić, musi być najpierw oddana sprawiedliwość pokrzywdzonym. Wyrażałam głośno swoje oburzenie. Wtedy po raz pierwszy próbował mnie usunąć”23.

Niepytana o zgodę, razem z Bogdanem Felskim i Markiem Mikołajczukiem, w dniu 10 grudnia 1981 r. wprosiła się na spotkanie robocze członków Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Poległych Stoczniowców z wojewodą gdańskim Jerzym Kołodziejskim. Walentynowicz mówiła: „Żadnego milicjanta na tablicy, bo będzie zamalowywane. Żadnego pojednania. Nie czas na to. To ma być Pomnik Poległych Stoczniowców. Nie będziemy stawiali pomnika mordercom. Pomnik ten stawiamy za 20 milionów zł. A Pomnik Pojednania postawimy, jak przyjdzie na to czas, za 40 milionów zł. Wieńce składać powinni przedstawiciele KOR, ROPCiO, RMP. Organizacje te winny także przemawiać, gdyż oni narażając się, doprowadzili do tego, oni mają właśnie prawo. Jeśli to nie zostanie załatwione, to spokoju nie będzie”. Tego samego dnia o całej sprawie dowiedział się Lech Wałęsa. Podczas spotkania u wojewody Walentynowicz zapowiedziała rzekomo organizację strajku w Stoczni Gdańskiej w dniu odsłonięcia pomnika ofiar Grudnia ’70.

Wałęsa próbował wymóc na Walentynowicz odejście z władz Związku: „Obrażał mnie, narażał na upokorzenia, lekceważył – sądził, że nie wytrzymam. Może się rozpłaczę, załamię, trzasnę drzwiami. Wyjdę i już nie wrócę jak wielu innych. Nie docenił mnie. Urażona ambicja własna nie przesłaniała mi świadomości, że liczą na mnie ludzie, których miałam reprezentować”. „Wyrzucę. Zniszczę panią. Mam takie możliwości” – miał grozić Wałęsa24.

Walentynowicz osiągnęła swój cel. „Serwis Informacyjny MKZ NSZZ Solidarność Gdańsk” 9 grudnia 1980 r. poinformował, że dzięki interwencji Anny Walentynowicz „nazwa pomnika w ostatecznej wersji brzmi: pomnik Poległych Stoczniowców”. Na pomniku Poległych Stoczniowców nie wyryto nazwisk milicjantów, którzy zginęli w walce podczas pacyfikacji robotniczego buntu w 1970 r. Zapłaciła za to kolejnym upokorzeniem. Ona, matka „Solidarności”, nie otrzymała zaproszenia umożliwiającego złożenie kwiatów pod pomnikiem. Wspominała później z goryczą: „Uroczystość się odbyła. Pod pomnikiem Poległych Stoczniowców spotkały się wszystkie zaproszone delegacje. Pełne pojednanie: przewodniczący Wałęsa obok sekretarza Fiszbacha. Msza święta, w czasie której nie mogłam nawet przystąpić do Komunii. Zabrakło dla mnie miejsca pod pomnikiem. Nie miałam przepustki i nie przedarłam się przez utworzony przez stoczniowców kordon. Znów nie mogłam złożyć kwiatów. Jeszcze przed rokiem uniemożliwiło mi to SB. Komu zawdzięczam to w 1980 roku? W roku powstania i triumfu Solidarności”25?

Gorycz upokorzenia i swoje krzywdy ofiarowała Panu Bogu. Mówiła o tym z przejęciem na spotkaniu w Gorzowie Wielkopolskim w czerwcu 1981 r. Jej przemówienie zarejestrowała na taśmie bezpieka: „Jedynym moim argumentem i to, co mnie trzyma, to jest obrazek Jezusa, który zawsze noszę przy sobie w portmonetce. Kiedy ją używam, otwieram i mówię: Boże, uczyń moją twarz nieczułą na oszczerstwa. Jeżeli ten człowiek potrafił znieść wszystkie obelgi, pluto na niego, bito go, policzkowano, a on powiedział: jeśli mówię nieprawdę, to mi udowodnij, a jeśli nie, to dlaczego mnie bijesz?. Zawisnął na krzyżu najniewinniejszy z niewinnych. Ja dawno powinnam już nie żyć. Złośliwy rak. Ja miałam 5 lat życia przed sobą. Ale jeżeli Bóg mi darował życie, obdarzył mnie zdrowiem, coś się chyba musi przeze mnie dokonać. I dlatego jestem nieczuła na te obelgi. Nazwano mnie rogatą, niepoprawną duszą, ale muszę dać świadectwo, że jestem filtrem, przez który przejdzie wszelkie chamstwo. Ktoś na moim miejscu załamałby się, wycofałby się. A ja jestem uodporniona. Bo wiadomo, resort dawał mi pogróżki. Najpierw chciano mnie przekupić, a potem grożono: pani wie, że może być nieszczęśliwy wypadek. Odpowiedziałam, że moje życie jest niewiele warte, a moja śmierć cholernie wam zaszkodzi.

Są to fragmenty książki, „Anna Solidarność” Sławomira Cenckiewicza, która ukazała się w Zysk i S-ka Wydawnictwo. Tytuły rozdziałów pochodzą od redakcji.

1 A. Walentynowicz, A. Baszanowska, Cień przyszłości, Kraków 2005, s. 21.
2 T. Jastrun, Życie Anny Walentynowicz, Warszawa 1985, s. 5.
3 A. Walentynowicz, A. Baszanowska, dz. cyt., s. 23.
4 Tamże., s. 25.
5 T. Jastrun, dz.cyt., s. 8.
6 A. Domosławski, Kapuściński non-fiction, Warszawa 2009, s. 92.
7 A. Walentynowicz, A. Baszanowska, dz, cyt., s. 35–37.
8 Tamże, s. 57–58.
9 Tamże, s.92.
10 Gwiazdozbiór w „Solidarności”. Joanna i Andrzej Gwiazdowie w rozmowie z T. Okraską, Łódź 2009, s. 132.
11 W. Giełżyński, L. Stefański, Sierpień 80, Warszawa 1981, s. 44.
12 Tamże, s. 44.
13 Gwiazdozbiór w „Solidarności”, s. 142.
14 M. Mońko, Strajk, „Odra” 2005, nr 7–8, s. 4.
15 W. Giełżyński, L. Stefański, dz. cyt. s. 45.
16 L. Wałęsa, Droga nadziei, Kraków 1990, s. 133.
17 A. Walentynowicz, A. Baszanowska, dz. cyt., s. 89.
18 K. Madoń-Miztner, Dni Solidarności, „Karta” nr 30, s. 18.
19 T. Jastrun, dz. cyt., s. 35.
20 Tamże, s. 37.
21 P. Rabiej, Kto się boi Anny Walentynowicz, maszynopis w zbiorach rodziny Anny Walentynowicz, s. 170.
22 Gwiazdozbiór w „Solidarności”…, s. 180.
23 T. Jastrun, dz. cyt., s. 38.
24 A. Walentynowicz, A. Baszanowska, dz. cyt., s. 113.
25 Tamże, s. 113.

„Anna Solidarność”
Sławomir Cenckiewicz

urodzony 20 lipca 1971 r. w Gdyni – polski historyk czasów najnowszych, doktor habilitowany nauk humanistycznych, przewodniczący Komisji Likwidacyjnej WSI, publicysta, od 2016 r. dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego, w skład którego...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze