Hipokryzja
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jeszcze bardziej niepokojące jest powolne zanikanie w naszej kulturze innego głęboko biblijnego znaczenia hipokryzji jako samozakłamania albo samozaślepienia. Ewangelia mówi bowiem, że hipokryta nie musi być przebiegłym graczem, wystarczy przestać badać i wychowywać własne sumienie.

Rację miał Chesterton, mówiąc, że herezje to chrześcijańskie prawdy, które zwariowały. We współczesnej kulturze nie ominęło to również radykalnego w chrześcijaństwie sprzeciwu wobec hipokryzji. Zarzut hipokryzji niesłychanie często pojawia się dziś w publicznej debacie. Mianem „hipokrytów” określa się polityków, którzy robią coś innego, niż mówią. „Hipokryzją” nazywa się prawo, które chroni dzieci poczęte – ponieważ zakazuje czegoś, co i tak dokonuje się po kryjomu. Wreszcie Kościół stał się ulubionym przykładem „hipokryty”, wszak od dwóch tysięcy lat głosi zasady, które również od dwóch tysięcy lat niezmiennie są łamane. Co to wszystko ma jeszcze wspólnego z ewangelicznym znaczeniem tego słowa?

Gdy konfrontuje się rozumienie hipokryzji, które – jakby powiedział Hildebrand – „wisi w powietrzu”, a więc jej popularne rozumienie z ewangelicznym oryginałem, nie sposób nie dostrzec karykaturalnego zachwiania proporcji. Wyobraźmy sobie kogoś, komu drogi jest chrześcijański ideał czystości i stara się go publicznie bronić. Zdarzają się mu jednak upadki. Co mu powie biblijny krytyk hipokryzji? „Jeśli nie chcesz się narazić na oskarżenie o hipokryzję, staraj się ze wszystkich sił wypełniać to, co głosisz. Zwracaj też uwagę na to, w jaki sposób głosisz swój ideał, by słuchacze nie pomyśleli, że dajesz siebie za wzór innym”. Współczesny krytyk hipokryzji powie: „Nie bądź hipokrytą. Nie głoś zasad, których nie potrafisz wypełnić”. Różnica jest zasadnicza. Sens biblijnego ostrzeżenia przed hipokryzją, które z zasady służy obronie zasad Ewangelii przed kompromitacją spowodowaną ludzką słabością, jest dziś rozumiany odwrotnie. Zdaje mi się, że wielu chrześcijan ulega wpływom tej niebiblijnej wizji hipokryzji. Skutek może być opłakany. Zaczniemy przykrawać Ewangelię do ciasnej miary naszej słabości, zamiast głosić Dobrą Nowinę w jej integralnej formie jako ratunek dla naszej słabości.

Jeszcze bardziej niepokojące jest powolne zanikanie w naszej kulturze innego głęboko biblijnego znaczenia hipokryzji jako samozakłamania albo samozaślepienia. Ewangelia mówi bowiem, że hipokryta nie musi być przebiegłym graczem, wystarczy przestać badać i wychowywać własne sumienie. O tym właśnie rodzaju hipokryzji traktuje ten tekst.

Udawanie

Greckie słowo hypokrisia związane jest ze starożytnym teatrem. „Hipokrytą” nazywano aktora, który odgrywał jakąś rolę na scenie. Kostium i maski, którymi zasłaniał twarz, miały wytworzyć w widzu poczucie uczestniczenia w czymś rzeczywistym, dając mu najgłębsze tego złudzenie (stąd nasza obłuda). Przed publicznością miał stanąć sam Agamemnon w postaci łudząco do niego podobnego aktora. Źródłowo sens hipokryzji jest więc nietrudny do zidentyfikowania. Liczy się w niej dobre odgrywanie roli, a więc wywoływanie złudzenia. Słowem, wzbudzić poczucie nierzeczywistości jest najżywotniejszym celem hipokryty.

Owo właściwe hipokryzji produkowanie nierealności stało się najważniejszym przedmiotem krytyki Chrystusa i jedną z najistotniejszych treści Ewangelii. Trochę na marginesie warto zaznaczyć, że to chrześcijaństwu zawdzięczamy wprowadzenie tak radykalnego sprzeciwu wobec hipokryzji w krwiobieg religijnej kultury europejskiej. W pobożności greckiej, skupionej na poruszaniu przede wszystkim sfery uczuciowej człowieka oraz troszczącej się o ład polis i całego kosmosu, w rzymskiej zrytualizowanej religijności, trudno było dostrzec groźbę obłudnej pobożności, rozdzielającej serce i usta, sumienie i prawdę. U Arystotelesa, Platona i większości greckich pisarzy negatywna moralna ocena hipokryzji jest nieobecna. Zgoła inaczej przedstawia się sprawa w pismach Nowego Testamentu i u Ojców Kościoła, gdzie potępienie dwulicowości jest wszechobecne.

Co zatem jest istotą krytyki hipokryzji w nauczaniu Chrystusa? Metafora teatru jest tu ogromnie przydatna. Trzymając się jej, zapytajmy, w jakich przedstawieniach grają hipokryci, co jest treścią udawania?

Udawać można wszystko, nawet kogoś gorszego, niż się jest w rzeczywistości. Udaje się pobożność, sprawiedliwość, miłosierdzie, hojność, dobroć, sumienność, pobożność (Mt 23; Mk 7,1–13). Wszystko to, co jest prawdziwą wartością, co budzi podziw i szacunek, może zostać sprowadzone do przedstawienia. Szczególnie łakomie patrzy hipokryta na te wartości, które z natury są trudne do zdobycia i jako „dobro trudne”domagają się cierpliwego wysiłku. Hipokryzja mówi człowiekowi: „Możesz to wszystko mieć bardzo szybko i bez wysiłku, po prostu zacznij grać”. Na przykład zbudowanie jakiejś wspólnoty ludzkiej na prawdzie jest zadaniem bardzo trudnym, wymagającym czasu i wielkiej energii, co innego w wypadku wspólnoty opartej na hipokryzji. Taka powstaje zadziwiająco szybko, by później równie szybko się rozpaść, pozostawiając jej twórców w pustce, która odsłania ich prawdziwe intencje. Hipokryzja nie zadowala się wartościami poślednimi, ale mierzy wysoko, w to, co najtrudniejsze do zdobycia.

Warto też zwrócić uwagę na szczególny stosunek hipokryty do cnoty czy wartości, której posiadanie udaje. Jeśli jest on obdarzony jakimś stopniem samoświadomości swojego udawania i potrafi ocenić, że tylko gra cnotliwego, a nie jest nim w rzeczywistości, owa samoświadomość staje się najczęściej zarzewiem ognia zazdrości wobec prawdziwych posiadaczy cnót. Siła tego uczucia może być ogromna, niejednokrotnie prowadzi hipokrytę do niemoralnych, czasem nawet agresywnych zachowań. Z całą pewnością jednym z powodów zamordowania Chrystusa była zazdrość Jego przeciwników o wyjątkowy charakter Jego związku z Ojcem, o Jego absolutną świętość, która zestawiona z ich udawaniem była nie do zniesienia. Hipokryta jest więc w sytuacji tragicznej. Ma przeczucie prawdziwego dobra, ale udawanie pozbawia go dostępu do niego. Św. Tomasz z Akwinu precyzyjnie zwrócił uwagę na owo napięcie między przeczuciem prawdziwej cnoty a jej udawaniem:

Hipokryta udający, że ma jakąś cnotę, nie zmierza do jej rzeczywistego posiadania, nie stara się, aby naprawdę ją zdobyć, lecz tylko, aby na pozór wyglądało, że ją posiada. […] Hipokryta udaje również, że spełnia cnotliwe uczynki, ale chodzi mu nie o akty cnót, lecz o to, aby posłużyć się nimi, jako narzędziem i znakami cnoty nieposiadanej.

Hipokryci są aktorami, a więc czymś naturalnym dla nich jest poszukiwanie sceny. Chrystus atakuje ostentacyjne praktykowanie jałmużny, modlitwy i postu (Mt 6,2–6.16–18). Mówi:

Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie (Mt 6,6).

Słowa te w uszach hipokryty brzmią jak wyrok. Jego działania mają pozostać niewidoczne dla świata, a to dla niego tragedia. Dlatego w pogoni za dogodną dla swojego przedstawienia sceną hipokryta będzie się obchodził z innymi bez najmniejszych skrupułów moralnych. Zresztą, hipokryci często nie przepadają za sobą – są wszak konkurentami do obsady ważnych ról społecznych. Rzecz jasna, konsekwencją niepohamowanej miłości do występowania jest pragnienie oklasków i podziwu. Jezus mówi o hipokrytach:

Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę (Mt 6,2).

Hipokryci mają słuch i wzrok absolutny. Bezbłędnie wyczuwają nastrój publiczności. Nie zrobią nic, by popsuć widzom przedstawienie. Dlatego nigdy nie ryzykują powiedzenia czegoś, co będzie sprzeczne z przekonaniami większości, a szczególnie silniejszych jednostek. Hipokryta bardzo szybko zmienia kostium. Robi to tak sprawnie, że czasami trudno uchwycić jego najgłębsze „ja”. Gdy patrzy się na niego, odnosi się wrażenie wewnętrznej płynności, nietrwałości zasad, które przy dokładniejszym oglądzie okazują się najczęściej wypadkową poglądów opinii większości.

Wydaje się, że Chrystusowy niesłychanie ostry atak na hipokryzję jest przede wszystkim sprzeciwem wobec tego wewnętrznego rozmycia. Hipokryta bowiem pozbawiony jest zdolności wchodzenia w autentyczne związki z innymi. Z fałszywego „ja” nie zbuduje się żadnego wartościowego i trwałego „my”. Hipokryta, jeśli się nie nawróci, nie pozna nigdy smaku przyjaźni z Bogiem. Gdzieś tu ma swoje korzenie gniew Jezusa na hipokryzję. Chrystus chce pomóc hipokrycie przemienić się i nawiązać niekłamaną relację z Bogiem. Hipokryta myśli bowiem, że jest zdolny „zaczarować” Boga, manipulować Nim, uważa Boga za jednego z wielu widzów jego spektaklu. Chrystus nie pozostawia złudzeń:

Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głoszone będzie na dachach (Mt 10,26–27).

Metafora kwasu jest niezwykle nośna. Udawanie jest zaraźliwe i powoli, jak kwas, przedostaje się z najgłębszych pokładów człowieka do najgłębszych pokładów wspólnoty. Jeśli hipokryta jest silną osobowością, może narzucić innym tak pociągającą nierealność, że staną się oni bezradni w obliczu jakiejkolwiek rzeczywistej sytuacji. Wspólnotowe udawanie daje poczucie realizowania jakiegoś dobra bez jego prawdziwej obecności. W końcu zbiorową fikcję bierze się za prawdę, a każdy przejaw krytyki – za wyraz godnego pożałowania dziwactwa. Jak napisał Newman, nie sposób długo oszukiwać innych, by nie zacząć w pewnym momencie oszukiwać samego siebie.

Ślepota

Napisałem o udawaniu jako istocie hipokryzji, nie powiedziałem jednak nic o relacji tego udawania do intencji człowieka albo, mówiąc prościej, o samoświadomości hipokryty. W tym miejscu ewangeliczna wizja hipokryzji wprowadza element prawie niezrozumiały dla współczesnego czytelnika wychowanego w duchu pełnej autonomii sumienia. Otóż Chrystus mówi o ślepocie hipokryty, za którą ponosi on odpowiedzialność i która prowadzi go i innych do zguby. Jezus gromi faryzeuszy:

Zostawcie ich! To są ślepi przewodnicy ślepych. Jeśli zaś ślepy ślepego prowadzi, obaj w dół wpadną (Mt 15,14).

Jest w tym, rzecz jasna, coś, co sprzeciwia się naszej intuicji moralnej. Hipokrytę kojarzymy przede wszystkim z kimś, kto udaje, mając w tym jakiś ukryty cel – grającego kogoś innego, niż jest, zupełnie świadomie, utożsamiamy z kimś, kto z pełną premedytacją zmierza do wykorzystania innych i zdobycia czegoś dla siebie. W najpierwotniejszej intuicji jest on rodzajem szpiega, który wykrada coś dobrego i ważnego innym, prowadząc dobrze zamaskowane podwójne życie. Jest to obraz kogoś, kto genialnie oszukuje innych, pozostając jedynym nieoszukanym. Oczywiście, takie rozumienie hipokryzji jest prawdziwe i zdarzają się tego rodzaju ludzie. Jednak to nie jest jeszcze cała prawda o hipokryzji, gdyż istnieje znacznie głębszy jej poziom. Wspomina o tym kardynał Newman w jednym ze swoich kazań:

Oto właśnie jest hipokryzja – nie po prostu oszukiwać innych, mając cały czas świadomość tego, że się ich oszukuje, ale oszukiwać siebie i innych jednocześnie, pragnąc ich pochwał za swoje wyznanie wiary, bez poznania, że kocha się bardziej ich pochwały, a nie te pochodzące od Boga, i że wyznaje się daleko więcej, niż się wypełnia.

Ślepota hipokryty polega więc na tym, że jest on wewnętrznie przekonany o słuszności i sprawiedliwości swojej intencji, gdy w rzeczywistości zupełnie inne siły rządzą jego wyborami. Nie szuka on jednak prawdy o sobie, tkwi w samooszustwie. W głębi serca jest przekonany, że jego zewnętrzne zachowanie, wyznawane innym wartości, trafnie odzwierciedlają prawdę jego wnętrza, podczas gdy w rzeczywistości jego prawdziwe motywy zepchnięte głęboko do podświadomości przez samooszustwo są zupełnie inne. Hipokryzja w tym znaczeniu jest więc jakiegoś rodzaju zawinioną niewiedzą na temat własnych rzeczywistych intencji. Myślę na przykład, że motywem jakiegoś mojego czynu jest współczucie, okazuję więc współczucie tak, by znak zewnętrzny adekwatnie odbijał moje wewnętrzne nastawienie. Wcale jednak nie chroni mnie to przed niebezpieczeństwem popadnięcia w hipokryzję w opisanym przez Newmana znaczeniu – mogę przecież tkwić w kłamstwie co do intencji. Jeśli zaś rzeczywiście błędnie widzę moje intencje, to również wyrażenie ich na zewnątrz będzie nieprawdziwe. Choć będę najszczerzej przekonany, że źródłem mojego czynu jest właśnie współczucie, ci, którzy będą mnie obserwować, jasno dostrzegą, jak spod maski mojego „współczucia” wyziera egocentryzm i pycha. Dochodzimy więc do punktu, w którym to, co zewnętrzne, nie odzwierciedla wnętrza, a dzieje się to wszystko nie ze złej woli, ale z woli ślepej. Napoleon – człowiek całe życie walczący o władzę i prestiż – zdziwił się ponoć niezmiernie, gdy ktoś na wyspie św. Heleny zarzucił mu, że jest ambitny. Powiedział: „Jeśli tak, to jest to u mnie równie nieświadome, jak krążenie krwi w żyłach”.

Oczyść mnie z błędów przede mną ukrytych (Ps 19,13).

Ten rodzaj hipokryzji jest dziś dla nas bardzo trudny do zrozumienia. O ile bowiem chętnie powołujemy się na sumienie i konieczność postępowania zgodnie z jego głosem, o tyle wolimy nie myśleć o naszej głębokiej skłonności do hipokryzji, którą nosimy w sobie my wszyscy, wygnańcy z Raju. Józef Ratzinger opisał zdarzenie, które uświadomiło mu z całą jasnością, że koncepcja, w której człowiek osiąga usprawiedliwienie przed Bogiem przez wierność swojemu błędnemu sumieniu, jest nie do przyjęcia w często dziś przedstawianej formie. Otóż jeden z jego uniwersyteckich kolegów dowodził, że jeśli czyny Hitlera i jego współpracowników były zgodne z ich sumieniem, a więc byli przekonani, że mordując Żydów, postępują w porządku, to nie powinni byli działać inaczej, możemy się więc spodziewać, że poszli do nieba za wierność samym sobie. Rozumowanie to charakteryzuje się żelazną konsekwencją, ale nie trzeba być Ratzingerem, by rozpoznać fałsz napędzający tę myśl. Tym, co oskarży tych ludzi, będzie właśnie ta potworna, mroczna pewność, z jaką działali. Ich sędzią będzie ich milczące wobec zła sumienie, a nie diaboliczna autentyczność. Przypomnę tu słowa św. Pawła:

Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią (1 Kor 4,4).

W pewnym momencie, zupełnie bezszelestnie, w zbiorowej świadomości wierność własnemu sumieniu zaczęła być traktowana jako równoznaczna z usprawiedliwieniem w oczach Bożych. Bóg ma obowiązek usprawiedliwić nas, skoro my sami usprawiedliwiliśmy siebie. Dołączyło się jeszcze do tego nie do końca trafne rozumienie chrześcijańskiego starożytnego przekonania, że człowiek powinien zawsze iść za głosem własnego sumienia. Ale przecież Kościół nigdy nie głosił, że ten, kto idzie za głosem swojego sumienia, na pewno jest przez Boga usprawiedliwiony. Błędne sumienie czyni sytuację człowieka tragiczną w najmocniejszym tego słowa znaczeniu. Musi on iść za głosem sumienia, bo nie powinien robić niczego wbrew niemu, ale równocześnie wierność temu sumieniu w żadnym razie nie upewnia go o jego zbawieniu. Dlatego też wierność własnemu sumieniu może mnie prowadzić wprost do zguby i zatracenia, a ja będę miał głębokie poczucie wewnętrznej autentyczności i pogodzenia z samym sobą. Być wiernym sobie nie zawsze oznacza być wiernym Bogu. Jedynie Bóg może wiedzieć, w jakim stopniu błędne sumienie konkretnego człowieka było spowodowane jego winą, zaniedbaniem i samozaślepieniem. Gdyby wierność własnemu sumieniu za każdym razem miała nas zbawiać, to po co byłby nam Chrystus?

Samooszukujący się chrześcijanin jest wielkim, nieświadomym sprzymierzeńcem przeciwników Ewangelii, ale także przeszkodą dla szczerze poszukujących prawdy. Co bowiem nie jest jasne dla hipokryty, jest jasne dla wszystkich wokół niego, także dla stojących z daleka od Boga. Jeśli hipokryta jest na przykład wewnętrznie przekonany o tym, że głosi Chrystusa z miłości do Niego, a wszyscy, którzy go otaczają, widzą jak na dłoni jego rzeczywiste intencje, z reguły prozaiczne i przyziemne, wtedy powiedzą: „Gadaj zdrów. Jesteś jednym z nas i twoje myśli i pragnienia są takie jak nasze. W tym nie ma nic, co mogłoby nas poruszyć”. Zacytuję jeszcze jeden fragment z kazania Newmana:

Oczy wszystkich są szeroko otwarte na niego, podczas gdy jego własne ciągle zamknięte, niewidzące jego samego. Świat patrzy głęboko w niego, wykrywa, a wykrywając, tryumfuje – widzi jego niskie motywy, światowe plany i sztuczki, gdy on sam mało ich świadom, nie wie tego, co jasne jest dla wszystkich, którzy go widzą. Dlatego też będzie wyznawał najwyższe zasady i przekonania, podczas gdy zły człowiek będzie nim gardził, a pogardzając nim, będzie obrażał prawdziwą religię.

Kiedy udawanie ma sens

Kilka dopowiedzeń wydaje mi się koniecznych. Gdybym kiedyś stanął przed takim oto wyborem: żyć w krainie hipokrytów czy w Cynicji, czyli krainie cyników, bez wahania wybrałbym tę pierwszą. Można by co prawda rzec, że w Cynicji nikt nie udaje i żyją tam ludzie, którzy robią dokładnie to, co mówią, wszak mówią, że nie ma Dobra i Prawdy, i są doskonale autentyczni w swoim postępowaniu. Hipokryci zaś udają, że znają Prawdę i czynią Dobro, ale przynajmniej wiedzą, że Prawda i Dobro istnieją, i naprawdę wolę to drugie. Czasem dziś przedstawia nam się cynizm jako postawę bardziej autentyczną od hipokryzji. Być może tak jest, ale nie zmienia to faktu, że cynizm jest bez porównania straszniejszą chorobą niż hipokryzja. Najczęściej zresztą jest efektem nieleczonej hipokryzji.

Ważniejsze jest co innego. Istnieje bowiem przynajmniej jeden rodzaj udawania, który może nam oddać dużą przysługę w życiu wewnętrznym. Otóż znam spowiednika, który penitentowi z wątpliwościami dotyczącymi wiary daje mniej więcej taką radę: „Umówmy się, że spróbujesz przez najbliższe dwa tygodnie żyć tak, jakbyś był człowiekiem wierzącym. Zapomnij o swoich wątpliwościach i udawaj wierzącego ze wszystkimi tego moralnymi konsekwencjami, i zobaczymy, co z tego wyniknie”. O tym typie udawania świetnie pisał C.S. Lewis. Powołuje się na bajkę o człowieku, który musiał nosić maskę, by ukryć swoją zniszczoną twarz. Wyglądał w niej bez porównania lepiej niż w rzeczywistości. Po wielu latach zdecydował się ją zdjąć i ze zdumieniem zobaczył, że jego twarz upodobniła się do maski. Może się zdarzyć tak, że przez wiele lat w jakiejś nieświadomości wewnętrznej, bez jasnej znajomości naszych motywów służymy Dobru albo jego wyobrażeniu. Przychodzi nagle taki moment, że odkrywamy nasze udawanie, ale równocześnie Dobro staje się głęboko nasze, przyjęte i pokochane. A wtedy niejasne przeczucie Dobra staje się Jego posiadaniem. Takie właśnie udawanie nie jest hipokryzją, i to w jej najgorszym świadomym wydaniu. Wypływa ono bowiem z pragnienia osiągnięcia prawdziwego Dobra, za którym się tęskni, hipokryta zaś tylko Go „używa” i wykorzystuje Je.

Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał” (Mk 10,51).

Hipokryzja
Mateusz Przanowski OP

urodzony w 1974 r. – dominikanin, doktor teologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Domi...