Nauczyciel czy uczeń?

Nauczyciel czy uczeń?

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Fałszywa jest alternatywa, że albo człowiek jest ślepo posłusznym, lojalnym urzędnikiem Kościoła, albo jest wolny i odpowiedzialny, kieruje się własnym sumieniem i postępuje w sposób godny człowieczeństwa.

W pierwszym lub drugim roku kapłaństwa, na początku lat 80. byłem na wakacjach w mojej parafii we Władysławowie. W czasie jednej z nieformalnych rozmów duszpasterskich młody student medycyny z Warszawy zadał mi pytanie, czy korzystając na wczasach ze stołówki, może jeść w piątek mięso. Wtedy w Polsce obowiązywał post piątkowy, ale wielu ludzi w szpitalach, sanatoriach, na wczasach właśnie w piątek dostawało dwa plasterki kiełbasy, salcesonu czy kotleta mielonego, których nie było w pozostałe dni tygodnia. Powstał dylemat moralny i Ksiądz Prymas wydał dekret, w którym zgodził się, by ludzie korzystający ze zbiorowego żywienia byli z piątkowego postu zwolnieni. Była zatem litera prawa, która określała sprawę jednoznacznie. Pomyślałem wówczas, że mogę z tym człowiekiem nawiązać dialog przekraczający ramy prostej odpowiedzi. Zwróciłem mu uwagę, że istnieje pewne napięcie między pytaniem, które on mi stawia: „Czy wolno w świetle przepisów prawa w piątek spożyć mięso?”, a pytaniem, które jest kluczowe w Ewangelii, jeśli chodzi o moralność: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”. Pierwsze pytanie jest pytaniem o prawo, drugie jest pytaniem o wolność ludzkiego działania. Pierwsze jest pytaniem o minimalne granice postępowania, które nie są jeszcze przekroczeniem prawa Bożego czy kościelnego, a drugie jest pytaniem o doskonałość. Zapytałem go, czy zdaje sobie sprawę z tego, jakie jest znaczenie postu, czy jest w stanie podjąć samodzielną decyzję, gdy zdaje sobie sprawę, że taka jednodniowa wstrzemięźliwość od dóbr konsumpcyjnych nie spowoduje uszczerbku na jego zdrowiu. Na co ten młody człowiek odpowiedział: „Proszę księdza, oczywiście wiem, że to w niczym nie zmieni mojego stanu zdrowia, wiem, jaki jest sens postu, jestem członkiem Oazy, Jezus jest moim Panem, moim Bogiem, moim Zbawcą. Ja to wszystko wiem, ale mam pytanie, czy wolno mi zjeść to mięso, czy nie wolno?”. Zrezygnowany odpowiedziałem, że wolno.

Od legalizmu do sfery sumienia

Ta banalna scena dowodzi, że ludzie, szukając odpowiedzi na proste kwestie moralne, posługują się kategorią prawa moralnego i chcą uzyskać jasną, kategoryczną odpowiedź. Wówczas jednak istnieje ryzyko tego, co, mówiąc językiem sformalizowanym, można nazwać negatywizmem, legalizmem, kazuizmem, minimalizmem moralnym. Negatywizmem, bo patrzymy w kategoriach: co wolno mi jeszcze zrobić, żeby nie zgrzeszyć. Legalizmem, bo pytamy o kategorie prawa. Kazuizmem, bo rozpatrujemy poszczególne kazusy. Wreszcie minimalizmem, bo pytamy o minimum naszego postępowania. Reforma II soboru watykańskiego, która była powrotem do ewangelicznych źródeł chrześcijaństwa, przypomniała, że moralność jest maksymalistyczna, jest nastawieniem na wzniosłość powołania wiernych w Chrystusie, jest moralnością biblijną i chrystocentryczną. W dekrecie o formacji kapłańskiej sobór zapisał, że udoskonalony wykład teologii moralnej powinien ukazywać wzniosłość powołania wiernych w Chrystusie i ich zbawcze owoce przynoszone za zbawienie świata. W okresie soboru i po nim dokonało się – przynajmniej w teorii, bo nie zawsze w praktyce i mentalności konkretnego człowieka – przejście od legalizmu do sfery sumienia. Tak jak dawniej byliśmy w okowach prawa moralnego, często ślepo mu posłuszni, tak dzisiaj w różnych manifestach teologicznomoralnych kierujemy się zdecydowanie w stronę odpowiedzialności sumienia.

Sumienie jest dziś kategorią mocno akcentowaną, zarówno w nauce soborowej, jak i w nauczaniu teologów. Rodzi się jednak pytanie o kształt sumienia, o jego charakter, a także o to, czy sumienie proklamowane w imię współczesnego liberalizmu i kultury wolności, nie zostało przeakcentowane, oderwane od tradycyjnego spojrzenia, które kształtowało się w jego relacji do prawa moralnego. Jak powinna wyglądać relacja sumienia do prawa? Czy sumienie jest rzeczywiście zupełnie bezstronnym i samodzielnym nauczycielem postępowania moralnego człowieka, czy też jest pewnego rodzaju uczniem uczącym się z prawa moralnego zasad postępowania i przekazującym człowiekowi zasady w konkretnych sytuacjach?

Priorytet wolności sumienia

Próbując podjąć te zagadnienia, chciałbym odwołać się do tekstu, który inspiruje do różnego rodzaju przemyśleń, bo jest niejednoznaczny. Chodzi o zdanie kardynała Newmana z listu do księcia Norfolku. Konwertyta z anglikanizmu napisał: „Gdybym miał, co zresztą mało prawdopodobne, wznieść toast za religię, piłbym go za papieża, ale najpierw za sumienie, a dopiero potem za papieża”. Wydaje się, że Newman stawia tutaj wolność sumienia ponad autorytetem papieskim, szerzej ponad Urzędem Nauczycielskim Kościoła. Kontekst tego zdania jest tworzony przez opozycję między autorytetem, utożsamionym przez papieża, a niezawisłością sumienia. Wydaje się, że Newman opowiada się za sumieniem, a przeciwko Magisterium Kościoła. Taka interpretacja wydaje się dzisiaj szczególnie przemawiająca, akceptowalna dla nas, chrześcijan, którzy mamy często swoje prywatne zdanie w kwestiach moralnych. Wystarczy przywołać chociażby niektóre odpryski współczesnych dyskusji na temat zapłodnienia in vitro. Bardzo często konfrontuje się oficjalne, skostniałe stanowisko Kościoła z rzekomo powszechną opinią sumień odpowiedzialnych katolików, pokazując, że opinia Kościoła jest niejednoznaczna. Prof. Stanisław Obirek w jednej z gazet twierdził, że większość chrześcijan nie godzi się z lojalnymi urzędnikami Kościoła, którymi są biskupi, i przemawia w kwestii in vitro własnym głosem. Ta sytuacja pokazuje, że napięcie między sumieniem a autorytetem jest dzisiaj, po pierwsze, aktualne, a po drugie, sugeruje, że trzeba opowiedzieć się za sumieniem kosztem autorytetu, instytucji, urzędu nauczycielskiego.

Prawda: zwornik autorytetu i sumienia

Kiedy sięgniemy do Newmana, odczytując całość jego wypowiedzi, a nie tylko wyrwany fragment, zauważymy, że istnieje w jego liście pojęcie, które pośredniczy między autorytetem a sumieniem. Tym pojęciem jest prawda. Jeżeli Newman wypowiada dobitnie twierdzenie o centralnej roli sumienia, to jest ono zrozumiałe jedynie w związku z fundamentalną pozycją prawdy. Newman twierdzi, że należy być posłusznym poznanej prawdzie bardziej niż własnym upodobaniom, nawet jeśli czyni się to wbrew uczuciom, wbrew więzom przyjaźni, nawet wbrew więzom wspólnej drogi. Co jest ciekawe u Newmana i co się wywodzi z tradycji św. Tomasza z Akwinu, to pierwszeństwo prawdy przed dobrocią. Trzeba jednak dla jasności wprowadzić rozróżnienie, dla Tomasza bowiem dobro ontyczne jest podstawą wszystkiego, a Newman pokazuje pierwszeństwo prawdy przed dobrocią rozumianą nie tyle ontycznie, ile psychologicznie. Chodzi o pierwszeństwo prawdy przed powierzchowną ugodowością, przed sytuacją, w której człowiek godzi się na dobrobyt, sukces, publiczne poważanie, aprobatę opinii publicznej. Newman mówi, że dopuszczalny jest oczywiście dobrostan ludzkiego życia, ale jeżeli występuje on w konflikcie, w opozycji do prawdy, należy wtedy opowiedzieć się za tą ostatnią.

Centralna pozycja prawdy wiążącej sumienie wbrew dobrostanowi, wbrew konkretnym warunkom ludzkiego życia jest kwestią, która występuje w nauczaniu Karola Wojtyły i Jana Pawła II. Oto mój ulubiony fragment poematu Karola Wojtyły Myśląc Ojczyzna: „Historia warstwą wydarzeń powleka zmagania sumień. / W warstwie tej drgają zwycięstwa i upadki. / Historia ich nie pokrywa, lecz uwydatnia… / Czyż może historia popłynąć przeciw prądowi sumień?”. Wydaje mi się, że Papież cytował ten swój poemat w Polsce przynajmniej trzykrotnie. W 1979 roku powiedział, że mieliśmy przypadki, kiedy historia płynęła przeciwko prądowi sumień, że człowiek próbował osiągnąć pewien dobrostan swojego życia, ale za cenę sumienia. Papież dodał pytanie: „Za jaką cenę może? I czy warto, żeby historia płynęła przeciw prądowi sumień?”. Centralna rola prawdy jest dzisiaj szczególnie ważna, a śmiałbym twierdzić, że jest ważniejsza dzisiaj niż w czasach Newmana, ponieważ pojęcie prawdy zostało w nowożytności zarzucone i zastąpione pojęciem sukcesu.

Duch postępu czy duch prawdy

Warto tutaj poczynić dygresję. W tym roku będziemy obchodzili 40 rocznicę encykliki Humanae vitae Pawła VI, która wywołuje poważne kontrowersje teologiczne. Pozornie dotyczy ona kwestii prokreacji, aktu małżeńskiego, zakazu antykoncepcji. Trudno podejrzewać, żeby przez 40 lat poważni teologowie, filozofowie, hierarchowie, a także ludzie niezwiązani z Kościołem kłócili się o żele, spirale i pigułki. Nie w tym jest rzecz! Kiedy Paweł VI pisał encyklikę Humanae vitae, świat żył w duchu soborowym i wydawało się, że cała instytucja Kościoła oddana soborowemu aggiornamento będzie się dostosowywała do ducha postępu. Postęp w roku 1968 wyznaczała rewolucja obyczajowa, która była swoistą syntezą heglowskiej wizji dziejów i freudowskiej wizji człowieka, czyli człowieka zredukowanego do libido. W odczuciu wielu ludzi Kościół miał się poddać tak rozumianemu postępowi. Wbrew tym oczekiwaniom Paweł VI opowiedział się za duchem prawdy. Na tym polega wielkość tej encykliki i sedno sporu, który od 40 lat się toczy w Kościele i wokół niego. Czy Kościół ma być wierny duchowi postępu – tak chce wielu tzw. progresistów, zwolenników Kościoła otwartego, czy Kościół ma być wierny duchowi prawdy? Mówiąc kolokwialnie, łatwo jest dziś robić karierę teologiczną, gdy człowiek opowie się za duchem postępu. Gdybym jako teolog moralista próbował przekonywać do in vitro, twierdząc, że jest to wielka szansa dla wielu niepłodnych par, dobrodziejstwo współczesnej medycyny, przejaw panowania współczesnego człowieka nad światem, uszczęśliwianie, sukces, to stałbym się bohaterem newsa medialnego, który zapewniłby mi popularność. Problem jednak w tym, że niezależnie od lojalności czy nielojalności wobec Kościoła uważam, że z czysto racjonalnego i personalistycznego punktu widzenia, ze względu na godność osoby ludzkiej, naprawdę nie można aktu sztucznego zapłodnienia uznać za godziwy, nie można akceptować stwierdzenia, że jest to leczenie niepłodności, bo tak, jak ludzie wchodzą do klinik niepłodni, tak wychodzą z niej niepłodni.

Żyjemy w czasach, w których prawda nie jest w cenie. Gdyby dzisiaj pojawił się św. Franciszek, nie krzyczałby na ulicach, że miłość nie jest kochana, tylko że prawda nie jest ceniona. W takim świecie szczególnie trudno jest wypowiedzieć to, co głosił zarówno kardynał Newman, jak i współczesna nauka Kościoła, ta posoborowa i ta w wydaniu Jana Pawła II. Nie możemy się zgodzić na to, by w świecie pozbawionym stałych punktów odniesienia, w którym miarą postępowania wydaje się użyteczność, sumienie było miarą dla samego siebie, autorytatywnym i autorytarnym nauczycielem zasad moralnych. Na to nie ma zgody.

Sumienie habitualne i sumienie aktualne

Warto wrócić do tradycyjnej koncepcji sumienia, respektowanej zarówno przez Doktora Anielskiego i kardynała Newmana, jak i II sobór watykański i Jana Pawła II z jego przepiękną encykliką Veritatis splendor. Otóż św. Tomasz wyodrębnił w sumieniu dwa poziomy, które nazywamy z grecka synderesissyneidesis, albo inaczej sumieniem habitualnym i sumieniem aktualnym. Chciałbym je scharakteryzować, bo pomoże to we właściwym zrozumieniu sposobu funkcjonowania sumienia.

Pierwszy poziom określa się tradycyjnie mianem synderezy. Kardynał Ratzinger zaproponował kiedyś, żeby zastąpić je pojęciem anamnesis, terminem znanym z języka teologii liturgii i oznaczającym przypomnienie i uobecnienie. To pierwsza warstwa sumienia, ontologiczna, trwała, nienaruszalna. Jest rodzajem źródłowej wiedzy o dobru i złu, przypomnieniem pierwotnej wiedzy, która została nam dana. Anamneza jest wiedzą niewyartykułowaną, pewnym fenomenem, intuicją, przeświadczeniem głęboko w nas funkcjonującym, wewnętrznym sensem. Człowiek przypomina sobie to, na co anamneza wskazuje i do czego człowiek zmierza swoją istotą.

Druga warstwa, syneideza, sumienie aktualne, jest uaktualnieniem wiedzy obecnej na pierwszym poziomie, ale uaktualnieniem poddanym różnym dramatom: własnej egzystencji, doświadczeń, błędów, emocji, kontekstów społecznych i sytuacyjnych. Wszyscy mamy warstwę anamnezy taką samą, lecz przez syneidezę sąd sumienia różni się w nas ze względu na naszą edukację moralną, stan emocjonalny, intelektualny, przeżycia, których doznaliśmy, stopień wrażliwości itd.

Wróćmy jeszcze na moment do anamnezy. Ona pozwala nam zrozumieć to, co Newman miał na myśli, wznosząc toast w liście do księcia Norfolku: „Za sumienie, a potem za papieża”. Mianowicie papież nie ma prawa wymagać od wiernych posłuszeństwa normom moralnym tylko dlatego, że uważa to z jakichś względów za pożyteczne, albo dlatego, że tak ceni swój autorytet, iż stwierdza: „ja mocą urzędu nauczycielskiego wam to nakazuję”. Rolą papieża jest być przewodnikiem prowadzącym wiernych, pomagać im w drodze do anamnezy, do przypomnienia pierwotnej wiedzy o dobru i złu. Sumienie w warstwie anamnezy potrzebuje pomocy z zewnątrz, by dojść do pełnej świadomości siebie.

Dwie normy moralności: subiektywna i obiektywna

W etyce klasycznej, w teologii moralnej mówimy o dwóch normach moralności, o normie subiektywnej, którą jest sąd naszego sumienia, i o normie obiektywnej, którą jest prawo moralne. Można powiedzieć, że ideałem jest sytuacja, w której sumienie jest lektorem obiektywnego prawa moralnego, tradycyjnie utożsamianego z prawem naturalnym, odczytuje to prawo i aplikuje do naszych sytuacji życiowych. Dzisiaj często mamy problemy z taką właśnie koncepcją sumienia, ponieważ twierdzimy, że sumienie jest raczej kreatorem normy moralnej niż lektorem, że tworzy normy moralne. W ten sposób odrzucamy porządek obiektywny. Cały dramat rozgrywa się poprzez brak podporządkowania się prawdzie. Ona jest tutaj ostatecznym kryterium ustalającym relacje między sumieniem a prawem.

Pytanie o kryteria prawdy jest bardzo konkretne i zarazem niełatwe. W naszych czasach warto przede wszystkim zaufać na nowo naszemu zdrowemu rozsądkowi, naszej racjonalności, która jest wielkim darem człowieczeństwa i która naprawdę umożliwia nam poznanie prawdy. Prawda nie jest czymś wysublimowanym i wyrafinowanym do tego stopnia, że mają do niej dostęp tylko wyjątkowe umysły. Ona jest dostępna. A ponieważ jesteśmy ludźmi wierzącymi, to w sytuacjach trudnych tak, jak już radził Syrach („szukajcie mądrości w modlitwie”), warto po prostu poszukiwanie prawdy oprzeć też na sferze wiary i zaufania Bogu.

Sumienie błędne

Jeden z wybitnych teologów dominikańskich o. Servais Pinckaers, znawca św. Tomasza, bardzo pięknie opisuje taki szczególny casus sumienia, problem sumienia błędnego. Zdarza się bowiem tak, że człowiek kierując się sumieniem w dobrej wierze, postępuje źle. Co należy wówczas robić? Tradycyjna myśl teologiczna, wywodząca się od św. Tomasza podkreśla, że należy zawsze iść za głosem sumienia nawet wtedy, jeśli jest ono niepokonalnie błędne. Pinckaers tłumaczy ten problem, opierając się na myśli Tomasza, który mówił, że sumienie w warstwie anamnezy jest jakby iskrą ognia, który jednoznacznie płonie w kierunku dobra, pali się tak, żeby rozświetlać pojęcie dobra. Ta iskra, gdy styka się z materią naszej kondycji, warunków nas otaczających, staje się ogniem, który może być jednak zadymiony, przytłumiony. Chodzi o to, by nie zgasić tego ognia, bo czyniąc to, próbując go oczyścić, możemy zgasić to światło całkowicie. Należy zatem pomagać w procesie oczyszczania, dochodzenia do iskry czystej. Wielką rolę odgrywa w tym Magisterium Kościoła, Urząd Nauczycielski Kościoła, który pomaga anamnezie, by doszła do pełniejszej świadomości siebie, by odrzuciła naleciałości, które jej przeszkadzają. Taka pomoc nie stoi bynajmniej w opozycji do sumienia, ale jest mu podporządkowana, pełni funkcję akuszerską, sokratejską, ajudyczną, a więc taką, która pomaga sumieniu zrozumieć swoją istotę.

Co z błędnie ukształtowanym sumieniem?

Kiedy człowiek źle czyni, choć robi to w zgodzie z własnym sumieniem, to można odnieść się do niego w dwojaki sposób. Po pierwsze, możemy go zmusić do postępowania wbrew sumieniu, zgodnie z tym, co powszechnie się uważa za normę postępowania. To jest na przykład problem napięcia między ewangelizacją a kolonizacją po 1492 roku w krajach Ameryki Łacińskiej, czyli zmuszania ludzi, którzy żyli swoim pierwotnym wierzeniem do wiary katolickiej, nawracania na siłę. W 1992 roku był bardzo trudny moment, w którym część ludzi czciła 500–lecie ewangelizacji Ameryki Łacińskiej, a część protestowała przeciwko 500–leciu kolonizacji i łamaniu praw człowieka w Ameryce Łacińskiej. Ta metoda oczywiście powoduje, że wraz ze zduszeniem płomienia zmąconego błędem, fałszem, zakłamaniem najczęściej gasimy w ogóle iskrę sumienia. Człowiek odwołuje się wtedy raczej do fizjologii, a nie do moralności; to znaczy reaguje na bodźce, nie reaguje natomiast moralnie.

Druga metoda mówi o pedagogii sumienia, wychowaniu i cierpliwym towarzyszeniu, które jest procesem autentycznej ewangelizacji, autentycznego nawracania. Nie jest to sposób stuprocentowo skuteczny, ale jedyny na miarę godności człowieka i godności sumienia i jedyny, pod którym Kościół dzisiaj, to jest od czasu Deklaracji o wolności religijnej jednoznacznie się podpisuje.

Jak kształtować dobre sumienie?

Pomocą oprócz Magisterium Kościoła może być każdy prawdziwy autorytet. Jest to pojęcie mocno dziś dewaluowane. Autorytet nie musi wyrażać się w Magisterium Kościoła, ale może to być autorytet dobrego rodzica, dobrego nauczyciela, osoby, do której mam zaufanie i co do której jestem przekonany, że jest wzorem postępowania.

Tradycyjnym sposobem formowania dobrego sumienia jest rachunek sumienia i sakrament pokuty rozszerzony dodatkowo o kierownictwo duchowe, więc o sferę, która łączy autorytet i rewizję sumienia. Specyficzną formą kształtowania sumienia jest wrażliwość na znaki czasu. Bóg przemawia do nas jako do ludzi wierzących w otaczającej nas rzeczywistości. Pod wpływem znaków czasu dokonują się różne zdarzenia polegające na formacji sumienia. Pamiętam rozmowę z Darkiem Karłowiczem, który przyznał się, że w latach 80. XX wieku pod wpływem śmierci księdza Jerzego Popiełuszki po raz pierwszy w życiu zastanowił nad kwestią męczeństwa. Z tej refleksji zrodził się jego Arcyparadoks śmierci, jedna z najciekawszych książek w naszej literaturze filozoficznoreligijnej ostatnich dziesiątków lat, i jednocześnie rozpoczęła się jego droga formowania dojrzałego chrześcijaństwa. Myślę, że dla każdego z nas czytanie znaków czasu jest okazją do formowania sumienia.

* * *

Podsumowując dotychczasowe rozważania, chcę powiedzieć, że żyjemy w czasach, które czynią z sumienia instytucję absolutną, nie tylko autorytatywną, ale wręcz autorytarną. Często stawia się je w opozycji do Urzędu Nauczycielskiego Kościoła i sugeruje, że istnieje alternatywa: albo człowiek jest ślepo posłusznym, lojalnym urzędnikiem Kościoła, albo jest w pełni odpowiedzialny, kieruje się własnym sumieniem, postępuje w sposób wolny i godny własnego człowieczeństwa. Taka alternatywa, którą pozornie podsuwa kardynał Newman, pijąc najpierw za sumienie, potem za papieża, jest alternatywą fałszywą, bo nie uwzględnia roli prawdy. Tymczasem kluczem do rozumienia roli sumienia i roli Urzędu Nauczycielskiego Kościoła jest po prostu prawda. Nie jest ona dzisiaj w cenie, ale jest wartością centralną w ludzkim życiu, wartością, która człowieka czyni godnym. „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” – to jest zdanie, które ma fundamentalne znaczenie dla naszego życia. Sumienie jest czynnikiem powołanym do odkrywania prawdy, ale w tym odkrywaniu napotyka trudności. Z jednej strony ma możliwość dotarcia do prawdy poprzez źródłową wiedzę, przypomnienie dobra i zła, z drugiej prawda jest konfrontowana w realnych sytuacjach życiowych z wieloma czynnikami, wyraża się zaś w osądzie sumienia, który bywa bardzo różny, często naznaczony błędem, fałszem czy nawet samozakłamaniem. I dlatego istnieje ogromna rola mądrościowa, pedagogiczna Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, który pomaga sumieniu w rozpoznaniu tego, co jest autentycznie prawdziwe i dobre dla każdego z nas. Nie ma lepszego sposobu na zakończenie tej części niż wzniesienie toastu za papieża i sumienie albo za sumienie i za papieża, żeby sparafrazować słowa kardynała Newmana.

Tekst opracowano na podstawie wykładu, który odbył się przy poznańskim klasztorze dominikanów 16 stycznia 2008 roku.

Nauczyciel czy uczeń?
Paweł Bortkiewicz TChr

urodzony 8 kwietnia 1958 r. w Jeleniej Górze – polski duchowny katolicki, chrystusowiec, członek Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej, profesor nauk teologicznych specjalizujący się w zakresie teologii moralnej, etyk, autor książek i artykułów z zakresu bioetyk...