Katolicyzm funduje się na wierności

Katolicyzm funduje się na wierności

Wierność jest trwaniem bez względu na okoliczności przy wybranych niegdyś wartościach. W sytuacji, w której brakuje uniesień, poetyki uczuć, olśnienia oczywistością Bożych tajemnic, zatrzymuje przy tym, co już poznane, przeżyte, pamiętane.

Śledząc dyskusję na temat kolejnych przypadków głośnych odejść księży ze stanu duchownego, można ulec mylnemu wrażeniu, że podejmujący takie ryzyko odnoszą sukces. Różnie definiowany jest zysk, który związany jest z ich decyzją. Niekiedy mówi się o tym, że ich wiara stała się dojrzalsza, mocniejsza, bardziej świadoma. Kiedy indziej akcentuje się, że ich decyzja poparta jest głęboką refleksją, dzięki której odkryli prawdziwą interpretację Ewangelii. W jeszcze innym ujęciu podkreśla się, że odejście było spowodowane fatalną sytuacją w Kościele, ewidentnymi nadużyciami władzy, w końcu anachronicznym systemem, w związku z czym nie pozostawało im nic innego, jak tylko wyzwolić się spod niego. Nie opuszcza mnie jednak przeczucie, że opisywane komentarze świadczą o niepokojącym podobieństwie między odchodzącymi a komentatorami, którzy – choć pod urokiem odchodzących – pozostają jeszcze w ramach Kościoła. Proponuję przyjrzeć się odejściom księży z innego, pomijanego w znanych mi głosach w dyskusji, punktu widzenia.

Wierność Jezusa

Katolicyzm funduje się na wierności. To zdanie wbrew pozorom nie jest banalne. W tej perspektywie można analizować losy Kościoła od samego początku, a więc od wcielenia Jezusa Chrystusa. Nieco przeszkadza w takim podejściu mylne rozpoznanie Jego osoby. Zbyt często wyjaśnienie ludzkich czynów, działań i sytuacji, w których się znajdował Jezus, zamyka się stwierdzeniem: „Zrobił tak, bo był Bogiem”. Owszem, ale postępował tak, a nie inaczej, ponieważ był człowiekiem. Wnikliwa analiza tekstów Ewangelii, taka, w której szuka się odpowiedzi na pytanie „Jakim człowiekiem był Chrystus?”, pozwala lepiej zrozumieć Jego osobowość, ludzki rozwój, poznanie, dostrzec cechy charakteru 1.

By nieco rozjaśnić tę kwestię, przytoczę kilka przykładów. Ewangelia Jana, opisując chrzest Jezusa w Jordanie, przedstawia Chrzciciela, który swoim działaniem prowokuje Jezusa, by podjął misję. Po chrzcie – u Łukasza – czytamy opis kuszeń na pustyni. Jezus – można się domyślać – słyszy wciąż słowa znad Jordanu: „To jest mój Syn umiłowany”. Kuszenia są wymierzone w różne aspekty synostwa, które przeżywa Jezus. Dlate go są prawdziwymi pokusami, a nie komiksową walką między superbohaterem i jego złośliwym, ale jakże mało skutecznym przeciwnikiem. Również inne działania Jezusa i towarzyszące im cuda często zdradzają emocje, przemyślenia i decyzje, które Chrystus przeżywa. A przeżywa je przecież po ludzku.

W pryzmacie decyzji księży odchodzących od swojego powołania trzeba spojrzeć na wyjątkowo dramatyczny opis walki Jezusa w Ogrójcu. Nie ma wątpliwości, że tamtej nocy nie widzimy herosa, który bez lęku i zastrzeżeń godzi się na śmierć. Przeciwnie, scenografią tego wydarzenia są strach, rezygnacja, brak poczucia sensu, wątpliwości, opuszczenie, w końcu także przeczucie bezowocnej męki 2. Trudno przypuszczać, że Jezus, Człowiek, zgodził się na tak straszliwe dopełnienie misji – teraz niejasnej i niepewnej – powodowany czymś więcej niż wiernością wobec wcześniejszych doświadczeń i na mocy tych doświadczeń, dzięki którym wcześniej rozpoznał, kim jest i jaki jest Jego Ojciec. W pobożnościowej nowomowie usłyszymy, że to miłość skłoniła Go do tej decyzji. Bardziej zapaleni kaznodzieje dodadzą, że miłość do człowieka… Szczerze wątpię, czy w sytuacji, gdy zbliża się rozjuszona zgraja z kijami i mieczami, człowiek o zdrowych zmysłach przeżywa górnolotne uniesienia miłości do gatunku, którego przedstawiciele właśnie idą go zabić. Ewangeliści pokazują, że decyzja zapadła tylko i wyłącznie w relacji do Ojca. Była zaprzeczeniem naturalnych pasji, które kłębiły się wokół Jezusa i w Nim. Oczywiście, nie sądzę, by mógł podjąć tę decyzję bez wcześniej właściwie przeżytej miłości do Boga i ludzi. Był to fundament, na podstawie którego teraz może zdobyć się na wierność wcześniej rozpoznanej woli Ojca. Zbytnie przesładzanie ewangelicznego obrazu niepotrzebnie go zaciemnia. Chrystus zdobywa się na wierność. Dzięki niej po synowsku ulega boskiej woli. Uczył się jej od momentu chrztu w Jordanie.

Sir Tomasz More

Powyższe sugestie mogą się wydać za słabo uargumentowane, a sytuacja, na którą się powołuję, zbyt lakonicznie opisana, by wyciągać z niej wnioski. W historii Kościoła znajdziemy wiele przykładów lepiej udokumentowanych. Powołam się na mój ulubiony. W pierwszej połowie XVI wieku w królestwie Anglii, które właśnie wypowiedziało posłuszeństwo papieżowi, w społeczeństwie, które niemal w całości podpisało akt supremacji, znalazła się garstka szaleńców, którzy woleli wybrać śmierć przez powieszenie niż sprzeniewierzenie się namiestnikowi Chrystusa.

Zawsze znajdzie się grupa fanatycznych wyznawców, którzy w swoim zacietrzewieniu wolą epatować gorliwością niż rozsądkiem i poczuciem dobrego smaku. Szkopuł polega jednak na tym, że wśród angielskich „fanatyków” znalazł się wybitny intelektualista, człowiek otwarty na współczesne prądy myślowe – Tomasz More, uprzednio Wielki Kanclerz JKM, przyjaciel Erazma z Rotterdamu, filozof, humanista. Sir More w czasie, gdy zanosiło się na odstępstwo króla od Kościoła, usunął się z dworu, zdał urząd i czekał na – nieuchronny, jego zdaniem – rozwój wypadków.

Gdy został wezwany do podpisania aktu supremacyjnego, odmówił i tylko raz przedstawił swoje racje. Następnie, wobec oskarżycieli, a także przyjaciół i rodziny trwał w milczeniu. Nie przekonywał tłumu wasali i niepoczytalnego króla. Uznał, a jego więzienne pisma są najlepszym dowodem tego, że najlepiej będzie, jeśli pozostanie wierny. Nie chciał wchodzić w polemikę, przekonywać i być przekonywanym, odmawiał przyjęcia pomocy, nie godził się na obłudne propozycje. Tym, co nim powodowało, była wierność. Tomasz More – zanim został stracony – wyznał, że nie ma żalu do swojego króla, że nie tylko mu przebacza, ale modli się o jego zbawienie. Przykłady można mnożyć, ale ich sens pozostaje podobny. Nieliczni wierni wśród odstępców sprawiają, że Kościół trwa na „wyschniętej ziemi”, by doprowadzić do jej zbawienia.

Wierność Objawieniu i doktrynie

Nie tylko święci dowodzą, że wierność spaja Kościół i pozwala mu wypełniać misję. Gdy się przyglądamy doktrynalnemu aspektowi życia Kościoła, zdumiewa nas, jak fundamentalną wartością jest wierność. Spory teologiczne, dysputy i kontrowersje rozwiązywano dzięki wierności objawieniu – Pismu i tradycji. Odwaga ojców Kościoła, ale również współczesnych teologów katolickich polegała częstokroć nie na tworzeniu nowatorskich ujęć, rewolucyjnych koncepcji, ale na wierności doktrynie. Na wierze w to, że Objawienie jest właśnie objawieniem. Tym, co należy zrozumieć, pojąć, tłumaczyć, a nie konstruować, wymyślać, modyfikować. Na wierności tradycyjnemu nauczaniu Kościoła opiera się rozwój teologii katolickiej. Nieraz w historii Kościoła zdarzało się, że popularniejsze były odstępstwa niż wyznawane prawdy wiary. Trwanie przy tym, co objawione i podane do wierzenia, budowało depozyt, którego ceną jest zbawienie. Cyryl Jerozolimski, Atanazy, Augustyn i setki innych, którym nie można odmówić geniuszu teologicznego, przede wszystkim wiernie strzegli tego, co zostało im przekazane. Przez własną wierność tworzyli społeczność, której trwałość, choć krucha, sięga przez wieki.

Nauka kościelna, a więc interpretacja Objawienia, traci swój właściwy sens, jeśli neguje się jej zbawczy charakter. Wówczas również Kościół, jako powiernik łaski, nie ma większego – poza społecznym i socjologicznym – sensu. Wierność nauczaniu jest zasadą trwałości Kościoła. Jeszcze bardziej poruszający jest fakt, że wierność współczesnych potwierdza sensowność życia tych, którzy byli przed nimi. Z jednej strony wierność w Kościele ocala zarówno depozyt, jak i poprzednich depozytariuszy wiary. Z drugiej zaś dzięki wierności dowodzimy, że należymy do społeczności tych samych ludzi, którzy poprzedzali nas we wierze, którzy przelali za nią krew, w końcu tych, którzy znali Jezusa i o Jego życiu nam opowiedzieli.

Bez względu na okoliczności

Czym wobec tego jest wierność? Może należało to pytanie zadać o wiele wcześniej. Nie sposób opisać tego fenomenu w kilku słowach. Zwrócę uwagę tylko na jeden fakt. Zazwyczaj, poza nauczaniem o małżeństwie, pomija się ten temat. Zastępuje się go innymi – nie zawsze adekwatnymi. Często wierność myli się z takimi cnotami, jak miłość i wiara. Sprawa wierności nabiera jaskrawych barw z chwilą, gdy obserwujemy jej zaprzeczenie. Mąż wracający od kochanki nie pozostawia wątpliwości w kwestii tego, czym wierność jest. Jest taką formą trwania przy wartościach, którą charakteryzuje niezmienność stosunku do nich bez względu na aktualne okoliczności. W pewnym sensie jest wzięciem w nawias tego, co się wydarza, co się z nami dzieje, i wyborem tego, co pamiętamy, a co niegdyś wybraliśmy, na co się zdecydowaliśmy.

Skoro wierność nie sprowadza się do innych cnót, jaka jest wobec tego jej rola w przeżywaniu wiary czy miłości? Powtórzmy – wierność jest trwaniem bez względu na okoliczności przy wybranych niegdyś wartościach. Takie zdanie brzmi bardzo nieprzyjemnie. Zasadniczo jest w złym tonie. Zdaje się, że podaje w wątpliwość rozwój, refleksję, doświadczenie. Cóż, wspomniany mąż też nie czuje się komfortowo, spotykając swoją żonę, której ślubował to, co ślubował. Nie trzeba się od razu zrażać czy przestraszać. Aby zrozumieć wierność, ważny jest przedmiot, którego ona dotyczy. To on usprawiedliwia upór, zmaganie, niezmienność. Gdy tym przedmiotem jest kochana osoba, wierność nabiera pogodniejszego charakteru.

Wiara, miłość to cnoty rozwijające się w bogatej dynamice. Nie zawsze stać nas na gest miłości w kryzysie małżeństwa, nie zawsze łatwo jest się modlić z wiarą. W takich sytuacjach z trudem, choć autentycznie można się zdobyć na wysiłek działania opartego wyłącznie na pamięci i zaufaniu sobie sprzed lat. W sytuacji, w której brakuje uniesień, poetyki uczuć, olśnienia oczywistością Bożych tajemnic, wierność zatrzymuje przy tym, co już poznane, przeżyte, pamiętane. Ostatni raz odwołam się do tego, nieszczęśliwego skądinąd, męża. W chwili, gdy się decydował wybrać sypialnię kochanki, a nie swoje własne łóżko, działał wbrew realnemu światu swoich zobowiązań, miłości żony, historii swojego życia i swoich decyzji. Wierność żonie w przeciwieństwie do zauroczenia kochanką kazałaby mu być tym, kim był kiedyś. Więzy narzucone przez wierność nadają spójność osobowości, wzmacniają wybraną i kształtowaną tożsamość.

Bóg stwarza księdza

Czas najwyższy wrócić od małżonków do księży, którzy powodowani takimi czy innymi motywami porzucają obraną drogę. Chciałbym zwrócić uwagę na stratę, jaką ponoszą. Należy się domyślać, że poniższy wywód przyjmie taki bieg: niewierni podjętym zobowiązaniom zranili w jakiś sposób swoją, często budowaną latami, tożsamość. Sprawa jest jednak o wiele bardziej złożona. Jej osią jest pytanie o to, co kształtuje tożsamość księdza. Nie pytamy o tego lub innego księdza, ale generalnie o duchownych, którzy przyjmują święcenia kapłańskie. Obiektywna rzeczywistość święceń, ich znaczenie i moc została udzielona każdemu z nich. Święcenia to nie jest kwestia jedynie decyzji, podjęcia zobowiązań, zgody na taką a nie inną formę spędzania czasu. Przede wszystkim jest to łaska aktywnie udzielona przez Boga. Spróbujmy się przebić przez teologiczny żargon poprzedniego zdania.

Pan jest zaangażowany w to, co się dokonuje w sakramencie. Zawsze osobiście w nim działa. Fakt święceń nie jest jakąś formą rytuału, w której Kościół próbuje dotrzeć do boskich tajemnic. To Bóg, w sakramencie stwarza księdza. Słowo „stwarza” o tyle jest odpowiednie, o ile rzeczywiście przez sakrament dokonuje się coś radykalnie nowego, coś z niczego, uczynione boską mocą. To nie formacja w seminarium, pobożność czy jakaś naturalna jakość kandydata sprawiają, że jest kapłanem. Staje się nim wyłącznie przez boską ingerencję. Sakrament daje Kowalskiemu to, że jest kapłanem. W pewnym (ale niemetaforycznym) sensie przestaje być Kowalskim, a staje się kapłanem. Od tej chwili to jest jego podstawowa tożsamość. Zbawczy charakter, który został w nim wyciśnięty. Zaangażowanie Boga jest tak daleko posunięte, że On sam upodabnia kandydatów do swojego Syna w Jego profilu kapłańskim, proroczym i królewskim. To nie są błahe sprawy. Gdyby takie były, można by podchodzić do nich bez lęku. Dramatyczność sytuacji wzmaga jeszcze fakt, że Bóg nie zamierza nigdy zmazać tego, co stworzył. Dokładnie tak, jak w stworzeniu świata, którego nigdy nie odwołał. Przecież tak, jak powstał, tak mógłby przestać trwać. Po cichu, bez fajerwerków, nawet nie zauważylibyśmy zmiany. Przeciwnie, Bóg będzie się angażował, by świat ocalać.

Istotne jest, by zrozumieć i uznać, kim jest kapłan dla Kościoła. Skoro został obiektywnie upodobniony do Jezusa, to owo podobieństwo rozciąga się również na jego obiektywny stosunek do Kościoła. (Inną sprawą jest to, w jakim stopniu on sam pozwala, by podobieństwo to było widoczne). O Chrystusie Nowy Testament mówi kilkakrotnie jako o Oblubieńcu Kościoła. Od chwili sakramentu święceń Kościół może oczekiwać od kapłana, by będzie traktowany przez niego jak oblubienica. To archaiczne słowa, ale ich sens jest jasny: Kościół może się spodziewać po księdzu, że ten będzie zabiegał o niego tak, jak zabiega się o wybrankę serca. Że związek, w jaki wszedł z Kościołem, traktować będzie jako małżeństwo. Naturalna więc jest gorycz, poczucie zawodu, rozczarowanie, smutek i lęk, który budzi się w Kościele, gdy odchodzi ksiądz.

Powody odejść są różne i różna jest ich jakość moralna. Niemniej, każde z nich dzieje się w relacji do Boga i do Kościoła. Jest taki typ odejść, które ośmieliłbym się nazwać perfidnymi. To takie sytuacje, w których dla usprawiedliwienia własnej słabości wiary, małości, egoizmu kapłanmąż tłumaczy żonieKościołowi, że dojrzał do tego, by żyć samodzielnie, że przejrzał na oczy, wzniósł się na nowy poziom poznania i nareszcie ją właściwie ocenił – nie jest warta wierności. Teraz widzi wszystko inaczej, a przecież wiadomo, że nic się nie zmieniło. Zmienił się jedynie punkt widzenia danego księdza. Kryzys, kochanka, słabość przyćmiły jasność widzenia. Skąd ma o tym wiedzieć, skoro nie było go stać na wierność? Nie na wiarę, miłość, heroizm, ale na trwanie. Wiedziałby, że nic nie uległo zmianie, gdyby dotarł do końca tej drogi. Przeciwnie, usprawiedliwiając odejście, uderza bezpośrednio w spoiwo Kościoła – wierność.

Bez względu na powód i sposób przeżywania odejścia ze stanu duchownego każdy z odchodzących musi zintegrować w sobie teraz odrzucone, a wcześniej podjęte wybory. Decyzja odejścia jest przekreśleniem – przynajmniej w znacznej części – uzyskanej dzięki święceniom tożsamości. Kształtowanie nowej odbywa się już w trakcie kryzysu prowadzącego do odejścia oraz po nim. Nowa tożsamość powstaje pod presją kryzysu. Sposób, w jaki jest uzasadniana, świadczy o prawdziwej duchowej sylwetce odchodzącego. Zawsze jednak będzie wymagała uzasadnienia. Siła używanych argumentów będzie musiała oprzeć się nie tyle poczuciu winy, ile faktom, które zostały zanegowane. Czy jest coś, co oprze się realności tożsamości kapłańskiej? Owszem, często można uciec pod wiatę wątpliwości czy niewiary. Dla tych jednak, którzy nie zanegowali w sobie nowego stworzenia powstałego dzięki sakramentowi, drogą nadziei są uznanie słabości i pokuta. Dla nich też zawsze istnieje możliwość powrotu.

Krzywda, której doznaje Kościół

Na koniec trzeba zadać sobie pytanie: a co jeśli odejście księdza nie wywołuje w nas większego wzruszenia? Czy wówczas w jakiś sposób, pod względem duchowym, nie jesteśmy wspólnikami w tej decyzji? To śliski grunt, po którym lepiej się nie poruszać nierozważnie. Daleki jestem od zachęcania, by stawiać byłych duchownych pod pręgierzem oskarżeń oraz by tropić w sobie wmawiane im złe czyny, słabości itp. Sedno sprawy zawiera się w podobieństwie rozumienia Kościoła, Ewangelii, a w końcu własnej relacji z Chrystusem. Są to rzeczywistości ze sobą połączone, bo należące do wspólnej domeny. Pytanie, które należałoby postawić, dotyczy rozpoznanej wartości tych świętych spraw. Czy faktycznie są aż tak cenne i bliskie, jak skłonni bylibyśmy przyznać w spontanicznym odruchu? Czy fakt, że krzywda, której doznaje Kościół, nie dotyka nas do żywego, nie jest znakiem tego, że nas też nie byłoby stać na wierność? W takim razie, czy wartość zbawienia jest tym, co przekona nas do przetrwania kryzysu? Czy ją znamy? W odpowiedzi na te i podobne pytania tkwi ślad tworzywa, z jakiego zbudowaliśmy własną tożsamość. Czy rzeczywiście tym tworzywem jest Chrystus? Może lepiej nie odpowiadać pochopnie, a zamiast tego z namysłem, ale szczerze.
 

1 Szczególnie cenne są teksty egzegetyczne Marii Szamot. Najnowsza książka autorki traktuje o Chrystusie, Bogu i Człowieku. Chcę widzieć Jezusa, WAM 2007. 
2 Inspiracją do takiego odczytania agonii jest chociażby Dialog świętej Katarzyny ze Sieny.

Katolicyzm funduje się na wierności
Tomasz Grabowski OP

urodzony w 1978 r. – dominikanin, czyli kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, od września 2016 r. prezes Wydawnictwa Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, członek Rady Prowincji. W latach 2005-2010 dyrektor...