Ja dziewczynka jestem człowiek

Ja dziewczynka jestem człowiek

Oferta specjalna -25%

Dwa grosze. O Bogu bliskim

0 opinie
Wyczyść

Motyl i skafander, reż. Julian Schnabel, wyst. Mathieu Amalric, Emmanuelle Seigner, Francja/Stany Zjednoczone 2007

„Karta o człowieku jest bardzo prosta. Stwierdza ona dobrze znane Krysi prawdy w formie sądów przeczących. Brzmi ona tak: Ja dziewczynka nie jestem kwiat. Ja dziewczynka nie jestem owoc. Ja dziewczynka nie jestem warzywo. Ja dziewczynka nie jestem drzewo”. W końcu „Ja dziewczynka nie jestem zwierzę. Ja dziewczynka jestem człowiek”. To fragment lekcji o świecie głuchociemnej Krysi Hryszkiewicz, otwierający zbiór wspomnień o podwarszawskim zakładzie w Laskach. Nieustająco pouczająca lektura przenosząca w inny horyzont myślenia. Nieco poza tyranizującą nas „osobowość społeczną”, z dręczącym pytaniem, o to, kim jestem w oczach innych ludzi, co o mnie pomyślą, czym jeszcze powinienem się wykazać, co zrobić dla uznania. Jak pisze Gabriel Marcel: „w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do różnicy między tym, co się ma, a tym, czym się jest”.

Otóż tak właśnie. To, co mamy, możemy pokazać i nazwać. A to, czym jesteśmy, jakoś temu opisowi się wymyka. Możemy, na przykład, posiadać przedmioty, funkcje, zalety czy wady, wpływy i władzę. Więcej, może się wydawać, że sferę naszego istnienia stanowi nasza działalność, bo to właśnie działalność ujawnia, kim człowiek jest. Ale przecież w ostatecznym rozrachunku i ona zmierza ku rubryce „mieć”, a posiadanie staje się zazwyczaj jej główną inspiracją. Czy zmienia się to kiedyś? Tak, choćby wtedy, gdy zaczynamy działać w imię czegoś lub kogoś. Albo bardziej dramatycznie, wtedy, gdy doświadczamy kruchości i zawodności życia w zderzeniu z rzeczywistością, która lekce sobie waży nasze dobre pomysły na samych siebie. Tak jak w tym filmie…

JeanDominique Bauby był francuskim dziennikarzem, redaktorem magazynu „Elle”. To możemy przeczytać na stronie Wikipedii. W wyniku wylewu zapadł na tzw. syndrom zamknięcia i został zupełnie sparaliżowany. Mógł jedynie odrobinę poruszać głową, chrząkać i mrugać lewym okiem (prawe zaszyto mu z powodu wysokiego prawdopodobieństwa zapalenia spojówki). Pozostając w tym stanie, napisał książkę. Pomagająca mu kobieta, wysłana z wydawnictwa, z którym podpisał kontrakt (jeszcze przed chorobą), recytowała specjalny alfabet (litery są w nim ułożone w kolejności od najczęściej używanych w słowach do najrzadziej używanych), a on mrugał okiem, kiedy wypowiedziała żądaną literę, po czym rozpoczynała alfabet od nowa. W ten sposób, litera po literze, stworzył całą książkę. Umarł 10 dni po jej wydaniu. Powiemy, temat niemal z góry skazany na sentymentalne i kiczowate potraktowanie, bo historii o chorych i terapeutach, chorobach i zwycięstwach nad nimi oglądaliśmy na ekranie mnóstwo. Tu dotyka ona nowego wymiaru, może właśnie przez namacalne świadectwo zapisu choroby „od wewnątrz”. Opowieść o dramatycznym zawężeniu skali życiowych doznań, pokazana kamerą „ukrytą” w jedynym zdrowym oku JeanaDominique’a, porusza sprawy, co do których pytania są zawsze te same, a odpowiedzi jednakowo trudne: rodzina, wiara, kruchość życia.

Choćby zaskakująca bezpośredniość zdania napisanego w chwili zdarzenia, które jak pisze Emily Dickinson, „druzgocze najpotężniejsze serca”. Słyszymy: „Kiedy byłem zdrowy, nie żyłem naprawdę. Kiedy stałem się motylem uwięzionym w skafandrze, narodziłem się ponownie jako ja”. Skąd zaskoczenie? Może stąd, powiedzą egzystencjaliści, że na co dzień zapominamy o istnieniu śmierci i cierpienia, staramy się od nich uchylać i egzorcyzmować ból ze świata. Maskujemy nieuchronne elementy życia, co czyni z tych sytuacji mało znaczące momenty rzeczywistości, na które reagujemy wyłącznie w kluczu naszych doraźnych interesów, tego co można dla siebie „wygrać” poprzez takie, a nie inne zachowanie. „Zachowujesz się w życiu jak w tłoku: dostajesz się do największego kłębowiska, patrzysz, jakby tu zostać przez innych wypchnięty do góry, tak że mógłbyś się na nich oprzeć, a jeśli już jesteś na górze, starasz się, aby Ci było jak najwygodniej; podobnie też pozwalasz unosić się przez życie. Z chwilą gdy tłoku już nie ma, całe zdarzenie się kończy, a Ty stajesz ponownie na rogu ulicy i czekasz”. To Søren Kierkegaard, jeden z prekursorów egzystencjalizmu. Drżenie i lęk towarzyszący filozofii i literaturze opisującej upadki bytu, wstrząsające podstawami naszego „ja”, są ciągle aktualne. Ciągle pytają, jak „odważnie być”, jak uczynić z nas tych, którzy potrafią przekroczyć swoją samotność, bezsilność, zagubienie, także swoje cierpienie. Na przekór temu, że czasem może wydawać się, iż żyć nie mamy już prawa i że „przystojniej byłoby już nie żyć” (Miłosz), i że doświadczenie życiowe podpowiada, iż rzucenie w świat ma zabarwienie tragiczne. Pierwsze słowa, które w swoim alfabecie „wypowiada” bohater, brzmią właśnie tak: „chciałbym umrzeć”. „Takich głosów powinniśmy usłyszeć jeszcze setki tysięcy od ludzi, którzy są w szpitalach psychiatrycznych, przywiązywani do łóżek, od ludzi opuszczonych, dla których jest coraz mniej miejsca w społeczeństwie”, przypominam słowa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, wypowiedziane przy okazji niedawnej dyskusji o eutanazji, którą wywołał głośny list sparaliżowanego mężczyzny proszącego o odłączenie od respiratora. I zanim powiedział, że doszedł do ściany i odbił się od niej, był także motylem uwięzionym w skafandrze.

Bez poetyckich wzlotów. Tak w filmie, jak i w życiu nie ma recepty na obejście bólu, a nawet jakiegoś ćwiczenia na to, jak spojrzeć śmierci w oczy. Pozostaje raczej stare chrześcijańskie przeświadczenie, zamknięte w zdaniu, że „żeby żyć, trzeba umrzeć”. Profesor Andrzej Szczeklik, na co dzień zanurzony w chemii, mikrobiologii i genetyce, pisze, że tak pojmowane śmierć i umieranie miało dawniej coś z osobliwej sztuki – sztuki umierania. To pozwalało szerzej i zwyczajniej mówić o agonii i śmierci, choć wcale nie znaczyło, że była ona przez to spokojniejsza. Czy przypadkiem nie trzeba do takiej sztuki powrócić? W końcu to ten świat i jego dramatyczne nierzadko relacje są dla nas codzienną szansą dotknięcia sensu naszego istnienia. Ktoś pozwala się w nich znaleźć i poznać, a dzieje się to nie „obok” rzeczy, zjawisk, ludzi, ich wzajemnego pokomplikowania, ale właśnie „poprzez”. Tak jak w filmie, przez przyjaźń z drugim człowiekiem, rodzinę, ojcostwo. Te relacje dają wgląd w namacalny wzrost ludzkiego serca, gdzie to, co jest tylko zwykłą zasadą, przybiera postać konkretu. Obyśmy mogli kiedyś doświadczyć, podobnie jak w końcowych kadrach filmu, stopienia w całość skruszonych lodowców, symbolu rozbitych części osobowości, zwycięstwa ludzkiego ducha. Obyśmy mogli potwierdzić, że „zawsze ważny jest człowiek i jego zwykła dobroć, jego intencje i to, żeby był coraz prostszy i zdrowszy, i większy, przez świadomość swojej małości, swojej biedy, swoich klęsk, swojego błota”. Te słowa Matki Róży Czackiej są proste, zawstydzająco proste, trzeźwe, a jednak pełne pogody. Jak ten film.

Ja dziewczynka jestem człowiek
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu, autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, aut...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze