Co mówią ci, którzy odeszli?

Co mówią ci, którzy odeszli?

Owocne może być odczytanie książek byłych księży jako spojrzenia ludzi, którzy od innej strony widzą Kościół czy zakon. Ktoś, kto rezygnuje ze wspólnoty, patrzy na nią z wyostrzoną wrażliwością, widzi jej życie wyraźniej i szybciej dostrzega negatywne aspekty.

Z odejściami zakonników po ślubach wieczystych i tych, którzy przyjęli święcenia kapłańskie, zetknąłem się w pierwszych latach mojego bycia księdzem. Wcześniej zapewne było więcej takich sytuacji, ale wiadomości na ich temat nie docierały do mnie albo dotyczyły osób, których nie znałem. Poruszenie wywoływał we mnie dopiero brak osób, które wcześniej widziałem w habicie. Były to jednak odejścia ciche. Moi bracia najczęściej wyjeżdżali z jednego klasztoru i nigdy nie docierali do następnego. Po drodze skręcali na własne ścieżki. Nie pamiętam też otwartej dyskusji na temat przyczyn, które spowodowały ich nieobecność. Najczęściej słyszałem krótkie i dosadne podsumowania, jednoznacznie zwalające na „eksów” całą odpowiedzialność za ich decyzje. Bardziej rzeczowe rozmowy toczyliśmy w małym gronie. Medialnie nagłaśniane odejścia ostatnich lat połączone z wydawaniem przez odchodzących książek i udzielaniem licznych wywiadów dały mi możliwość nowego spojrzenia na to zjawisko 1. Lekturze książek napisanych przez byłych księży i udzielonych przez nich wywiadów towarzyszyły sprzeczne odczucia.

Irytacja i szansa

Pierwszym z nich była niezgoda i sprzeciw. Byli księża w swoich wypowiedziach śmiało bowiem korzystają z prawa do uogólnień i mówienia wielkimi kwantyfikatorami. W swoich opisach często nie zauważają niuansów, nie próbują dostrzec korzeni sytuacji albo zauważyć, że obok zjawisk negatywnych istnieją również pozytywne. Wielokrotnie stosują ekstrapolację. Opisują konkretne przypadki, a wnioski z nich płynące stosują do całej rzeczywistości. Momentami, czytając wymienione pozycje, odnosiłem wrażenie, że żyjemy w innych Kościołach albo na innych planetach. W moim odczuciu to nie są książki mędrców, z których bogatego doświadczenia i wyważonej refleksji można czerpać pełnymi garściami. Sami bohaterowie są tego chyba świadomi. Na przykład Stanisław Obirek na pytanie, dlaczego zwraca uwagę tylko na niegodne postawy księży wobec komunizmu, odpowiada: „Musicie pamiętać, że to, co proponuję w tej książce, to zachęta do rozliczenia się z ciemnymi stronami Kościoła” 2. Temu założeniu jest wierny przez całą rozmowę i z trudnością przyznaje, że w Kościele istnieje coś dobrego. Tadeusz Bartoś przyjmuje często wygodną rolę krytyka: „Moją intencją jest zauważenie problemu, a nie dostarczanie szczegółowych jego rozwiązań” 3. Jeśli do tego dodamy, że rozmówcy Krzysztofa Bielawskiego, Andrzeja Brzezieckiego i Jarosława Makowskiego często bezkrytycznie podchodzą do tego, co się dzieje w świecie, nie dostrzegają w nim zagrożeń dla życia chrześcijan, to nie może dziwić, że w czytelniku budzi się sprzeciw i w wielu miejscach wzdycha: „to nie jest tak”. Nie mam zamiaru w tym tekście podejmować polemiki, więc nie będę przywoływał przykładów potwierdzających moje słowa.

Pomimo tych zastrzeżeń niejednokrotnie czułem się jednak pozytywnie zainspirowany tymi książkami, zachęcony do dalszych lektur, do stawiania sobie nowych pytań. W przypadku Tadeusza Bartosia, Macieja Bielawskiego i Stanisława Obirka mamy do czynienia z ludźmi bywałymi w świecie, lepiej wykształconymi teologicznie, bardziej oczytanymi we współczesnej literaturze filozoficznej niż większość czytelników. Wskazywane przez nich lektury i przywoływani autorzy budzą ciekawość, dają nadzieję poszerzania horyzontów oraz tego, że pomogą zrozumieć, jakimi motywami kierowali się występujący, jakie myśli legły u podstaw ich krytycznego spojrzenia na Kościół.

Czytelnik zwierzeń „eksów” staje więc przed alternatywą: albo analiza opisywanych zjawisk, uznanie, że w opiniach byłych księży jest część racji i wyciąganie z nich konsekwencji, ewentualnie szukanie argumentów przeciw, albo założenie, że mamy do czynienia ze zdrajcami, heretykami, niewierzącymi, których nie warto czytać ani słuchać, bo sami sobie winni. Osobiście nie jestem zainteresowany tą drugą możliwością.

Gdy dzieliłem się z księżmi i ludźmi świeckimi zaciekawieniem tekstami Bartosia, Bielawskiego, Obirka czy wypowiedziami zebranymi przez księdza Dzedzeja, spotykałem się raczej ze zdziwieniem. Moi rozmówcy pytali, czy może przybliżać do odkrycia prawdy spojrzenie na rzeczywistość oczami tych, dla których wydane książki są autopromocją i sposobem na odnalezienie się w nowej sytuacji. Przeciwnicy tych książek, a raczej ich autorów stwierdzali, że spojrzenie „eksów” nie może być obiektywne, bo są w sytuacji kryzysu i ich widzenie jest naznaczone subiektywizmem i brakiem dystansu. Nie sposób nie zgodzić się z tymi argumentami, jednak pomyślałem, że znacznie owocniejsze może być odczytanie przywoływanych książek jako spojrzenia ludzi, którzy od innej strony widzą Kościół czy zakon. Ktoś, kto rezygnuje ze wspólnoty, patrzy na nią z wyostrzoną wrażliwością, widzi jej życie wyraźniej i szybciej dostrzega negatywne strony. Potrafi wskazać to, co dla człowieka przekonanego o swoim powołaniu i miejscu w zakonie czy Kościele jest niezauważalne, ginie w masie doświadczeń pozytywnych. „Jeśli się wierzy w sens życia zakonnego, to optyka się zmienia i »wszystko obraca się ku dobremu«” 4 – stwierdza Stanisław Obirek.

Wsparciem dla przyjętej przeze mnie postawy było stwierdzenie o. Jacka Salija, który powiedział kiedyś podczas wykładów z eklezjologii, że każdego ataku na Kościół warto wysłuchać i go przemyśleć, ponieważ może stać się inspiracją do rachunku sumienia. Atakujący może się oczywiście wypowiadać przesadnie i w złej woli, ale rzadko się zdarza, by był zupełnie oderwany od rzeczywistości. Warto to, co mówi, oczyścić z emocji, zweryfikować, a to, co się okaże prawdą, wykorzystać ku nawróceniu. W takim duchu chciałbym podejść do książek „eksów”, nie ukrywając, że adresatem rachunku wystawionego przez odchodzących są w przede wszystkim kapłani i biskupi.

Nie będziesz nadużywał władzy przeciw podwładnemu swemu

Gdy czytałem wypowiedzi byłych księży zebrane przez ks. Piotra Dzedzeja, największe wrażenie zrobiły na mnie relacje z kontaktów księży przeżywających kryzysy czy niewierności swego powołania z przełożonymi. Wstrząsająca jest na przykład historia kapłana, który nie radził sobie w szkole, a każdy dzień katechezy był dla niego męką. Dziś opowiada, że gdy zwracał się z tym problemem do swoich przełożonych, „biskup i odpowiedzialni za katechezę w diecezji krzyczeli na mnie… Nie, nie »krzyczeli« – oni ryczeli, że nie potrafię uczyć i jestem nieudacznikiem” 5. Wielu byłych kapłanów opowiada, że początkiem drogi do wystąpienia była nieumiejętność sprostania zadaniom, które stawiał przed nimi biskup czy przełożony w zakonie. Czasami był to problem, który dałoby się rozwiązać przez właściwe rozeznanie talentów człowieka, posłanie go w miejsce, w którym będzie mógł służyć z pożytkiem dla Kościoła i samego siebie. Wywieranie presji, zmuszanie do podejmowania przerastających człowieka zadań okazywało się jednak drogą donikąd.

Czasem przełożony musi się zmagać grzechem podwładnego, z problemem, który go przerasta. To może rodzić u przełożonych pokusę ucieczki, o której mówi inny z rozmówców ks. Dzedzeja: „Gdy ludzie odpowiedzialni za coś w Kościele nie potrafią zaradzić problemowi, to udają, że go nie ma” 6. Jako przykład podaje swoją historię, gdy został ojcem dziecka i poszedł do ordynariusza. „Powiedziałem biskupowi, że mam dziecko, córkę. Prosiłem, żeby mi jakoś pomógł, a on od razu dokonał kanonicznego upomnienia z wpisaniem do akt. Kazał mi zniknąć z oczu. Podczas następnego spotkania nawrzeszczał na mnie, że sieję zgorszenie. A ja ciągle prosiłem biskupa, który powinien być mi ojcem, o radę i pomoc” 7. To ważny punkt do rachunku sumienia wszystkich przełożonych w parafiach i diecezjach, klasztorach i zakonach. Jak reagować na słabości i zaniedbania podwładnych? „Proboszcz widział, że nie ma mnie na plebanii, ale nie rozmawiał ze mną, tylko składał meldunek biskupowi, który upominał mnie jak urzędnik” 8. Zapewne niejednokrotnie postawa przełożonych jest wynikiem ich bezradności. Dlatego świadectwa tych, którzy odeszli, powinny skłaniać do zastanowienia, czy kandydat na proboszcza i biskupa, przeora i prowincjała jest człowiekiem, który potrafi rozmawiać z ludźmi, wysłuchać ich, współczuć, ale również stawiać wymagania i mobilizować do przekraczania trudności. Prawdą jest, że znakomita większość biskupów ma niewielkie doświadczenie duszpasterskie, bo rekrutuje się spośród kurialistów i wykładowców, co nie jest optymistycznym symptomem.

Czasem grzechy władzy kościelnej przybierają postać zaniedbania. Szczere przerażenie ogarnia, gdy słuchamy misjonarza pracującego w jednym z afrykańskich krajów: „Kiedy zachorowałem i leżałem pod kroplówką w ciężkim stanie – jeszcze w Angoli – to pochylony nade mną prowincjał zapytał wprost: »Kto będzie płacił za twoje leczenie?«” 9. Można oczywiście tłumaczyć sobie, że pytanie to jest zasadne, że wbrew powszechnym mitom, wielu kapłanów w krajach misyjnych żyje w bardzo skromnych warunkach, czasami głoduje, nie ma wsparcia finansowego ze strony macierzystych krajów. Można oczywiście wskazać sytuacje odwrotne, gdy jeden zakon wykładał duże sumy pieniędzy, by pospieszyć z pomocom kapłanom z innych zakonów czy diecezji. Jednak problemem, nad którym warto się zastanowić, jest ludzkie podejście do człowieka. Często traktuje się misjonarzy jak robotników, którzy tak długo są dumą zakonu czy diecezji, jak długo pracują w dalekich krajach, niczego nie chcąc od swoich polskich współbraci. Rozmawiałem z misjonarzem, który po 30 latach pracy wrócił do swojej diecezji z Brazylii, ale tu nikt go nie przyjął, bo nikt go nie pamiętał. Każdy rozsądny człowiek zapyta: „Jak to możliwe, że misjonarz w dalekiej Afryce jest zdany tylko na siebie?”. Rozmowy z kilkoma kapłanami przekonały mnie, że nie są wyjątkami sytuacje, gdy wyjeżdżający na misje dostaje krzyż misyjny i błogosławieństwo, a o resztę musi martwić się sam.

Wobec relacji zebranych przez ks. Piotra Dzedzeja nie może dziwić stwierdzenie Macieja Bielawskiego na temat odejść konkretnych księży: „Często uważałem, że nie powinni odchodzić i wewnętrznie obwiniałem o to instytucję kościelną, która wydawała mi się skostniała, głupia i bezduszna” 10.

Będziesz wolny i posłuszny

Odpowiedzią na funkcjonowanie w Kościele ludzi źle sprawujących powierzoną im władzę są ci, którzy twierdzą, że „kiedy zaczyna się odczuwać posłuszeństwo jako ograniczenie, jako eliminowanie możliwości robienia tego, czego się pragnie, staje się ono praktyką ascetyczną, która powoduje tylko rozgoryczenie i zgorzknienie” 11. Być może dlatego jedną z najczęściej przywoływanych przez odchodzących kwestii jest problem totalnej zależności od przełożonych. Przesłanie, które wynika z ich książek, mówi, że w feudalnym średniowieczu, gdy ustalała się hierarchiczna struktura Kościoła, zależność człowieka od człowieka była w świecie czymś oczywistym. Podobnej zależności w Kościele nikt nie uważał za poniżającą. W dobie emancypacji i podkreślania wolności takie podejście jest traktowane przez ludzi jako zniewolenie, jako ograniczenie człowieczeństwa. Jeśli ktoś chce przyjąć święcenia kapłańskie, musi zrezygnować ze swojej wolności, wtopić się hierarchiczną strukturę i stać się własnością instytucji.

Nie chcę w tym miejscu dyskutować, w jakim stopniu jest to wizja prawdziwa, w jakim stopniu teologiczne uzasadnienia, korzystające z prawideł życia duchowego mogą dowieść jej fałszu. Sądzę jednak, że odchodzący pokazują, jaki jest stan świadomości ludzi w świecie i jak są odbierane osoby ślubujące posłuszeństwo. Skoro życie konsekrowane ma być znakiem transcendencji, wskazywać na wymiar boski obecny w doczesności, to warto się zastanowić nad czytelnością znaku, nad tym, czy jesteśmy rzeczywiście świadectwem wyzwolenia przez Chrystusa, czy też dla świata jesteśmy znakiem zniewolenia, przykładem ucieczki od wolności i sygnałem, że konsekwencją przynależności do Kościoła jest uzależnienie, infantylizacja, że dla współczesnego człowieka jest ona pozbawiona pozytywnych treści. Niedobrze, gdy w odbiorze społecznym chrześcijanie nie są znakiem sprzeciwu, tylko śmieszności. „Obecnie tradycyjne formy posłuszeństwa zostają wystawione na szczególnie poważną próbę. Nie pomogą tutaj pobożnościowe wykładnie, potrzebna jest natomiast radykalna reforma wspomnianych zasad dyscypliny duchownych” 12.

Jeżeli celibat miałby być utrzymany

Richard Snipe, były benedyktyn, a obecnie psycholog i psychiatra stwierdza na podstawie analizy tysięcy przypadków księży, którzy trafili do niego, prosząc o pomoc psychologiczną, że połowa z nich nie zachowuje głoszonego przez Kościół celibatu 13. Nie umiem tych danych zweryfikować i nie wiem, jaki procent amerykańskich duchownych zwraca się do psychologów o pomoc, ale doświadczenie konfesjonału mówi, że nie jest to problem wyssany z palca. Każe się to zastanowić nad przyczynami tego zjawiska i wyciągnąć praktyczne wnioski dla formacji seminaryjnej oraz praktyki Kościoła. Jestem przy tym przekonany, że nie mniejszym problemem niż samo łamanie celibatu jest sygnalizowany brak umiejętności radzenia sobie z własną seksualnością. „Nie mogłem poradzić sobie z własną cielesnością – wstępując do zakonu, miałem niewiele ponad osiemnaście lat! Nikt nie potrafił mi wytłumaczyć, że to ma być krzyż – ofiara, którą mam poświęcić Bogu. Mówiono za to, że trzeba z tym jakoś walczyć, ale przełożeni nie podawali konkretnych rozwiązań, ograniczali się do »będzie dobrze, nie martw się!«” 14. W takim kontekście warto uważnie wsłuchać się w postulat sformułowany przez Macieja Bielawskiego: „Jeżeli celibat miałby być utrzymany, w seminariach i zakonach powinno prowadzić się solidne wykłady na jego temat i długofalowe przygotowanie do jego praktyki, łącznie z konsultacjami psychologicznymi” 15.

Byli księża zwracają uwagę nie tylko na bezradność w uczeniu kleryków, jak radzić sobie z własną cielesnością, ale co więcej wykazują, że nauczanie Kościoła nie potrafi sobie poradzić z rzeczywistością ludzkiej płciowości również wtedy, gdy dotyczy ona katolickich małżeństw. Z jednej strony oficjalny przekaz Magisterium traktuje cielesność jako rzeczywistość dobrą, stworzoną przez Boga i daną człowiekowi jako przestrzeń miłości, z drugiej większość katolików kojarzy seks z pokusą i grzechem 16. Korzeniem takiej postawy jest według Stanisława Obirka nauczanie św. Augustyna, który „siłą swego ogromnego autorytetu narzucił chrześcijaństwu absolutnie chorobliwe podejście do ludzkiej seksualności” 17. W takiej perspektywie odchodzący nie tylko powątpiewają, czy łączenie celibatu z duchowością jest uzasadnione. Widzą w nim także „subtelną formę kontroli ludzi i ich uzależniania od biskupów czy przełożonych zakonnych” 18 oraz pytają, czy nie byłoby sensowne, by uczynić celibat rzeczywistością nieobligatoryjną, by kandydat na księdza mógł decydować, czy chce żyć w celibacie, czy w małżeństwie. „Nic nie stoi na przeszkodzie, by święcić tzw. viros probatos, a więc tych, którzy są szanowanymi członkami wspólnot religijnych” 19. Co ciekawe, zdanie na ten temat nie jest jednoznaczne wśród księży, którzy się ożenili. Jeden z nich stwierdził w rozmowie z ks. Dzedzejem: „Gdyby zniesiono celibat, kapłaństwo by się rozmyło! Nie radzę nikomu, żeby szedł w moje ślady” 20.

Formacja przyszłych księży

Gdy krytycznie patrzymy na postawę przełożonych wobec podwładnych, trzeba zauważyć, że problem ten ma również drugą stronę. Doświadczenie bowiem uczy, że są księża, którzy nie potrafią podołać żadnemu zadaniu. Nie nadają się do katechezy, bo są nudni, nie odnajdą się w duszpasterstwie, bo boją się otwartego kontaktu z ludźmi. Są nieprzydatni w funkcjach gospodarczych, bo uciekają przed mozolną pracą. Nie nadają się do życia intelektualnego, bo brak im do tego talentów. Co robić z takimi kapłanami? Jakie mamy dla nich w Kościele propozycje pracy i zaangażowania? I kto ich dopuścił do święceń? Z jednej strony odpowiedzialnych za wychowanie kleryków musi przenikać obawa, by nie utracić współczesnego Jana Vianneya, który nie rokował, że podoła stawianym przed nim zadaniom, a z drugiej muszą pytać, czy dopuszczać do ślubów wieczystych i kapłaństwa osoby, o których z góry można powiedzieć, że ich życie będzie pasmem nieudanych zaangażowań. Czy zgoda na święcenie takiego człowieka nie jest brakiem odpowiedzialności albo nadużywaniem nadanej przez Kościół władzy święceń?

„Generalnie zasada była taka: jak nie podpadłeś i się uczyłeś, to dochodziłeś do końca. Ale to zbyt mało, by być dobrym księdzem i misjonarzem” 21 – opowiada o seminarium były ksiądz. W żargonie kleryckim istnieje powiedzenie: „byle do święceń, po święceniach to już mnie nie wyskrobią” 22. Warto niewątpliwie pytać o wymagania stawiane klerykom, o ich motywacje i zaangażowanie. „Bierny, mierny, ale wierny” nie może być kryterium dopuszczania do święceń. Warto się zastanowić, czy możliwy jest ideał: kleryk aktywny i zaangażowany, myślący i krytyczny, dojrzały psychicznie i duchowo, jednocześnie głęboko wierzący, modlący się i szukający woli Boga w swoim życiu. Pewnie niewielu takich znajdziemy w naszych nowicjatach i seminariach, bo statystyka mówi, że na tym świecie niewielu chodzi ludzi doskonałych, a Pismo Święte przekonuje: „przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu! Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych” (1 Kor 1,26). Warto jednak rysować ten ideał i ku niemu kierować, pomagać kandydatom, nowicjuszom, klerykom, braciom studentom dorastać do niego, nie wpychając ich na ścieżkę uległości, obłudy i mimikry dostosowującej się do otoczenia.

Swoboda wypowiedzi to elementarne prawo

Kolejną wartością, o którą dopominają się bracia odchodzący, jest wolność słowa. „Wszelka krytyka i myślenie odmienne od dotychczasowego uznawane są za postawę antyreligijną, szkodliwą dla Kościoła, a więc bezbożną” 23 – mówi Tadeusz Bartoś, a Stanisław Obirek dodaje: „dla mnie swoboda wypowiedzi to elementarne prawo, które Kościół gwarantuje w podstawowych dokumentach, ale nie realizuje go w życiu codziennym” 24. W tym miejscu można zapytać, czy chodzi o wszelką odmienność, czy też o absolutną wolność.

Muszę szczerze przyznać, że nie potrafię się w tym odnaleźć, zwłaszcza w sytuacji, gdy łączę posługę duszpasterską z podejmowaniem refleksji teologicznej. Jako duszpasterz uważam za swój obowiązek utwierdzanie braci w wierze, prowadzenie do spotkania z żywym Jezusem, które będzie dla nich inspiracją do pogłębiania swojego człowieczeństwa i pomocą w mierzeniu się z rzeczywistością. W tej posłudze punktem odniesienia są dla mnie Pismo Święte i Magisterium Kościoła i nie chcę zarażać ludzi własnymi wątpliwościami. Dosyć mają własnych. Jako teolog nie wyobrażam sobie, by z góry zakładać granice refleksji i określić, jak daleko mogę sięgnąć myślą, co wolno mi zakwestionować, a jakich prawd nie powinienem weryfikować. „Jak możliwe jest pogodzenie tradycyjnie rozumianego posłuszeństwa w Kościele z ludzką potrzebą wolności?” 25. Problem polega zatem na tym, że odpowiedzialność duszpasterza może się kłócić z wolnością teologa. Zatem w sytuacji dzisiejszego świata, gdzie wszelkie wartości mogą być kwestionowane, a nic nie jest już oczywiste, konieczna jest refleksja, jaką postawę przyjąć, jak łączyć obie funkcje, do których jesteśmy powołani jako kapłani. W tym kontekście wracam do zdania wyrażonego przez Tadeusza Bartosia. Czy potrafimy się różnić, czy potrafimy uznać, że ktoś, kto ma odmienne zdanie, nie jest wrogiem Kościoła czy zakonu, a postawione pytanie nie oznacza lekceważenia nauczania Kościoła?

Na pewno wielką swobodą powinna się cieszyć refleksja nad strukturą Kościoła, jego społecznym wyrazem. „Z teologicznego punktu widzenia ten wymiar widzialny Kościoła – societas – podlega ewolucji, nie jest przedmiotem dogmatu” 26. Tym większą wolność powinno mieć również nazywanie po imieniu grzechów naszej wspólnoty. Wiemy jednak z doświadczenia zakonnego i diecezjalnego, jak wrażliwi są hierarchowie na wszelkie przejawy krytyki. Opowiada jeden z rozmówców ks. Dzedzeja, który był idealnym klerykiem, a po rzymskich studiach z prawa kanonicznego został współpracownikiem ordynariusza: „Kiedyś widziałem, jak biskup potraktował jednego z księży. Później powiedziałem mu, że mi się to nie podoba. Nie minęło nawet parę dni, gdy wyleciałem z kurii i zostałem mianowany proboszczem najmniejszej parafii w diecezji. (…) Przekonałem się, że nic się nie da zmienić” 27. Pytanie, które może sobie postawić każdy chrześcijanin, dotyczy jego otwartości na krytykę. Na ile potrafimy napominającego (nawet w nie najlepszym stylu) potraktować jako szansę nawrócenia, a jak często staje się on z miejsca wrogiem, którego trzeba pokonać.

Rzecz nie dotyczy tylko biskupów i przełożonych. Stanisław Obirek, opisując swoje relacje ze środowiskiem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, stwierdza, że „Jakakolwiek debata jest nie do pomyślenia – albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. Tertium non datur” 28. Doświadczenie mówi, że tak się niestety dzieje, że w Polsce różnica poglądów w kwestiach teologicznych czy eklezjalnych przenosi się natychmiast na płaszczyznę osobistych relacji. Kiedyś widziałem zdjęcie księdza profesora Josepha Ratzingera pijącego piwo ze swoimi teologicznymi oponentami: Walterem Kasperem i Hansem Küngiem. Zastanawiam się, czy taka sytuacja byłaby możliwa w Polsce, czy przy jednym stole, w pogodnej atmosferze mogliby się spotkać zwolennicy Stanisława Obirka i ks. Czesława Bartnika.

Jednostka i wspólnota

Tadeusz Bartoś wskazuje na fakt, „że nauka Kościoła, to nauka Jezusa i trzeba ją przekazywać w duchu Jezusa. A oznacza to pierwszeństwo jednostki nad grupą”. W reakcji na to zdanie rodzi się refleksja, jak ważna w życiu Jezusa była wspólnota apostołów, jak niezbywalną rolę w przekazywaniu depozytu wiary odgrywa wspólnota ludu Bożego. Wystarczy porozmawiać z ludźmi, którzy próbują przekazywać wiarę swoim dzieciom, a spotykają się z naciskami ich rówieśników czy mass mediów. Rodzice wiedzą, jak bardzo potrzebne jest środowisko, które umożliwia rozwój wiary. Z drugiej strony widzimy, że w Kościele polskim dominują odruchy stadne. Niedawno miałem okazję porozmawiać z polskimi dominikanami pracującymi w Brukseli i Monachium. Opowiadali, jak szybko Polacy potrafią przystosować się do panujących wokół nich zwyczajów: „W Polsce chodzi się do Kościoła co niedzielę. Tu się chodzi co najwyżej raz w miesiącu”, słyszą duszpasterze od polskich katolików. Z kolei bracia pracujący w Irlandii opowiadają, że Polacy w Dublinie po raz pierwszy zadają sobie pytanie, dlaczego wierzą, i zauważają, jak łatwo do tej pory było być katolikiem. Może warto zwrócić uwagę na ten wątek życia polskiego Kościoła. Może znakiem czasu jest w naszym duszpasterstwie konieczność wychowywania do bardziej indywidualnej odpowiedzialności za swoją relację z Bogiem, „rezygnacja z bycia religią państwa, narodu, wioski czy parafii” 29. Na marginesie warto zauważyć, że odchodzący bardzo rzadko mówią o Kościele jako wspólnocie pielgrzymującego ludu. Przeważa wskazywanie na jego hierarchiczny i instytucjonalny charakter, a brakuje refleksji nad budowaniem więzi.

Jest jednak i druga strona medalu. Kościół jawi się również jako miejsce, w którym ksiądz borykający się z problemami zostaje sam. W jednym ze świadectw, które spisał ks. Dzedzej, były ksiądz mówi: „Żałuję, że nie było kogoś bliskiego, współbrata w kapłaństwie, z którym mógłbym porozmawiać szczerze. Może w tym tkwi wiele błędów naszego wychowania. (…) Ja z pewnością żyłem samotnie i choć miałem wielu kolegów, nie miałem przyjaciela, przed którym mógłbym się otworzyć” 30. Inny z księży nie potrafił przeżyć swojego zakochania w kobiecie. Pogubił się, o czym sam dziś mówi: „Błąd polegał na tym, że chciałem problem rozwiązać sam. Owszem, z pomocą Boga, do którego szczerze się modliłem, ale bez pomocy innych ludzi, którym nie chciałem powiedzieć, co dzieje się w moim życiu. To nie było dobre posunięcie” 31. To ważne wyznania, zwłaszcza w perspektywie opinii o indywidualizacji wiary i życia. Oczywiście można stwierdzić, że są one dowodem na niedojrzałość kapłanów, których wypowiedzi przytoczyłem. Nie jest moim zamiarem rozstrzygać w tym momencie, jak wyglądała ich indywidualna historia. W każdym razie wyzwaniem, które bez ustanku przed nami staje, jest z jednej strony konieczność bardziej indywidualnego przeżywania spraw wiary, z drugiej zaś umiejętność budowania wspólnoty, dojrzałych relacji między ludźmi.

Jak godzić Kościół z posiadaniem państwa

Hierarchiczność Kościoła pociąga za sobą fakt, że jedni są na uprzywilejowanej pozycji, inni na pozycji podległej. Możemy zbyć to zdanie stwierdzeniem, że przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi, a urzędy w Kościele są miejscami szczególnej służby, ale nie da się uniknąć konstatacji, jak bardzo kościelny bizantynizm zaprzecza tym pięknym ideałom. Niestety, trzeba przyznać rację Bartosiowi, gdy mówi, że traktowanie świeckich w Kościele przypomina podejście do dzieci. Mają tyle praw, na ile im się pozwoli. Nie można się nie zgodzić, że rola świeckich sprowadzona jest często do pozycji słuchacza i rzucającego na tacę. Zaangażowanie może powstać tylko przy obdarzeniu współodpowiedzialnością. Struktura centralistyczna, w której proboszcz czy przeor nie wpuszcza świeckich na swój teren, odstrasza. Nie chodzi w tym momencie o struktury, choć i nad nimi trzeba się spokojnie i poważnie zastanawiać. Znacznie bardziej boli traktowanie ludzi świeckich, a zwłaszcza kobiet. Lekceważenie, a nawet chamstwo, wyniosłość, a nawet pogarda należą do kapłańskich zaniedbań i grzechów.

Jeżeli przełożonym tak łatwo nadużywać władzy wobec powierzonych ich pieczy kapłanów, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że podobna postawa pełna pychy i poczucia wyższości będzie charakteryzowała podejście do świeckich katolików, a tym bardziej do ludzi stojących poza Kościołem. Byli księża wskazują na grupy niedocenione przez biskupów i kapłanów: laikat (szczególnie kobiety), wiernych innych Kościołów chrześcijańskich, wyznawców innych religii (szczególnie żydów) oraz ludzi niewierzących. „Kiedy na dwa tysiące lat chrześcijaństwa spojrzymy oczami innowierców, zobaczymy, jak mocno musieli oni uzasadniać swoje prawo do odmienności” 32, jak zakorzeniony był w katolickim myśleniu duch dyscypliny i konfrontacji.

Odchodzący ostro oceniają miejsce Kościoła w społeczeństwie. Zarzucają mu paternalizm, próbę narzucania ludziom swojego punktu widzenia, budowanie mentalności oblężonej twierdzy w relacjach z permisywną kulturą Zachodu. „Za skandaliczne uważam, że Kościół czy Kościoły za często przypisują sobie, teoretycznie i praktycznie, nadmierną, bo zazwyczaj jedyną władzę w zakresie określania, co (i kto) jest »z Boga«, co (i kto) jest dobre, święte czy prawdziwe” 33.

Bartoś zwraca ponadto uwagę, że „trudno się pogodzić z faktem, iż centrum religii katolickiej zorganizowane zostało przed wiekami na modłę struktury państwowej, w której papież dysponuje służbą dyplomatyczną, korzysta z przywilejów głowy państwa itd. (…) Osobiście mam trudności ze zrozumieniem, jak bez wahania godzić można Kościół z posiadaniem państwa, choćby tak okrojonego” 34. Niekoniecznie trzeba się z nim zgadzać, ale warto się zastanowić, jak daleko Kościół odszedł od ubóstwa Jezusa, którego królestwo nie jest z tego świata. Apostoł pisał, że „Przekazujemy skarb w naczyniach glinianych”. Styl podchodzenia do ludzi sprawia, że czasem można odnieść wrażenie, iż skarb przekazujemy w naczyniach żelaznych, którymi tłuczemy po głowie oponentów. Tymczasem „jeśli chcemy być Jego [Chrystusa] uczniami, to musimy się dokładniej temu przyjrzeć i postępować dokładnie tak, jak On – nie wykluczać nikogo z poczuciem wyższości, ale z każdym nawiązywać dialog” 35. Można oczywiście twierdzić, że Obirek w trosce o nienarzucanie swojego zdania innym idzie tak daleko, że rezygnuje z misyjności Kościoła, ale trzeba się zgodzić, że styl misyjny Kościoła niejednokrotnie nie przypominał stylu Jezusa, który szanując wolność człowieka, zawsze proponował, a nigdy nie narzucał swego zdania.

Zauważenie rozbieżności między ewangelicznym ideałem a praktyką musi prowadzić do następnego pytania: w jaki sposób przekazywać treści, które są istotą Ewangelii. Można w tym miejscu powiedzieć, że część społeczeństwa z habitem czy sutanną łączy pozytywne treści. Odchodzący mówią nam jednak, że nie wszyscy, że coraz więcej jest takich, którzy habit czytają jako skamienielinę, żywy jeszcze znak świata, który bezpowrotnie mija. „O Ewangelii trzeba mówić językiem zrozumiałym dla współczesnego człowieka, posługiwać się symbolami z dzisiejszego świata” 36. Nie wolno nam załamywać rąk i ronić krokodylich łez nad kondycją grzesznego świata, ale szukać takich sposobów przepowiadania, by Ewangelia była i Nowiną, i Dobrą.

O czym nie mówią odchodzący

Na koniec, szukając odpowiedzi na pytanie, co nam mówią odchodzący, zastanawiam się, czego nie ma, czego zabrakło w wypowiedziach moich byłych współbraci w kapłaństwie czy zakonie. Są bowiem pytania, które bym postawił, gdybym to ja przeprowadzał z nimi wywiad. Sam je sobie zadaję, gdy zastanawiam się nad wiernością powołaniu zakonnika i księdza, bo stanowią one wartości fundamentalne. Nie chodzi mi przy tym o wyłapywanie braków książek czy wytykanie pominięć. Zakładam, że skoro autorzy publikacji nie wspominają o czymś istotnym, rozliczając się z konsekrowanym okresem swego życia, to ów brak nie jest przypadkowy, ale wskazuje pośrednio na przyczyny ich decyzji o odejściu.

Osobiście zapytałbym na przykład odchodzących, jak rozumieją zbawienie przyniesione przez Chrystusa, na czym polega mądrość krzyża, która jest głupotą w oczach świata, czym jest dla nich wierność danemu słowu albo jak w ich życiu wygląda zapieranie się siebie. Najbardziej brakuje mi jednak opowiedzenia, jak wygląda ich modlitwa, żywy kontakt z Panem Jezusem. Jego osoba stanowi wszak fundament powołania. Jeśli mówię, że zostałem powołany, to dlatego że On mnie powołał. Święty Paweł pisał, że „jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara”. Stanisław Obirek stwierdza, że przestało go interesować bóstwo Chrystusa, a na pytanie, w co wierzy, odpowiada: „Wierzę w możliwość międzyludzkiego porozumienia. Nie kościelna formuła, nie credo określa człowieczeństwo i możliwość spotkania się, tylko coś, co jest przed religią” 37. Z kolei Tadeusz Bartoś nie stawia sprawy tak radykalnie, jak były jezuita, ale w jego wypowiedziach Jezus jawi się raczej jako mistrz duchowy, ktoś, czyje słowa „mają nie tyle dawać gotowe rozwiązania, ile – można by powiedzieć – budzić uśpionego w człowieku człowieka, rodzić refleksję, która jest drogą duchowego rozwoju” 38. Zaznacza też, że modlitwę wspólną, która jest częścią życia dominikańskiego, odbierał jako rytualną presję: „Nieważne, co robisz, nieważne, kim jesteś, jakie relacje budujesz z innymi, ważne jest tylko: być na czas na publicznych modlitwach zakonnych” 39. Nie znalazłem w Ścieżkach wolności opisu, jakie znaczenie dla jej autora miała boskość Jezusa, Jego obecność między nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata w czasie, gdy nosił habit.

Nie chciałbym jednak w łatwy sposób stwierdzać, że przyczyną odejść ludzi, których teksty analizuję, jest utrata wiary. Dla równowagi czytam fragment książki Macieja Bielawskiego, który analizując historię Karen Armstrong, młodej dziewczyny, która kierowana religijną gorliwością wstąpiła do zakonu, ale po siedmiu latach z niego odeszła, stwierdza, że „nie zawsze można być religijnym w klasztorze. To w sumie smutne świadectwo wystawione instytucjom religijnym i religiom – kto jednak nie przyzna jej racji?” 40. Może zatem najważniejszym pytaniem, jakie stawiają nam odchodzący, jest pytanie o wiarę. Czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę w duchownych, gdy przyjdzie? Wystarczy chwilę popatrzeć z zewnątrz na nasze klasztory i plebanie, by zobaczyć gnuśność w podejmowaniu obowiązków duszpasterskich, agresywny stosunek do ludzi czy odprawianie mszy w sposób nonszalancki, by stwierdzić, że coś jest nie w porządku z tymi, którzy zadeklarowali wysiłek naśladowania Chrystusa i wierność Jego Ewangelii. Jeszcze więcej możemy zobaczyć, zaglądając za klasztorną klauzurę czy drzwi plebanii albo przysłuchując się rozmowom księży. Nierzadko dużo w nich agresji i sprośnych dowcipów. Niejednego przestraszyłyby też zapewne ilości wypijanego alkoholu czy godziny spędzane przed telewizorem, zasmuciło ubóstwo, które „nie jest ubóstwem, tylko zależnością ekonomiczną w od zakonnej wspólnoty” 41, a także widok klasztornych kaplic, w których prawie nikt się nie modli. Przekonamy się wtedy, że intuicja wynikająca z historii Armstrong nie jest oderwana od rzeczywistości. Odchodzący pytają, czy domy duchownych są wspólnotami uczniów Chrystusa, zgromadzeniami gentelmanów czy co gorsze hotelami funkcjonariuszy kultu.
 

1 Przed Bogiem. Ze Stanisławem Obirkiem rozmawiają Andrzej Brzeziecki i Jarosław Makowski, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2005, s. 256. Dalej skrót SO; Ścieżki wolności. Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, Wydawnictwo Homini, Wydawnictwo Księgarnia św. Jacka, KrakówKatowice 2007, s. 250. Dalej skrót TB; Maciej Bielawski Odejścia, Wydawnictwo Homini, Kraków 2007, s. 196. Dalej skrót MB; ks. Piotr Dzedzej Porzucone sutanny. Opowieści byłych księży, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007, s. 176. Dalej skrót PD. 
2 SO, s. 16. 
3 TB, s. 46. 
4 SO, s. 195. 
5 PD, s. 40. 
6 PD, s. 50. 
7 PD, s. 48. 
8 PD, s. 69. 
9 PD, s. 29. 
10 MB, s. 13. 
11 SO, s. 203. 
12 SO, s. 190. 
13 Por. MB, s. 119–120. 
14 PD, s. 75. 
15 MB, s. 186. 
16 Por. TB, s. 196. 
17 SO, s. 183. 
18 SO, s. 191. 
19 TB, s. 209. 
20 PD, s. 72. 
21 PD, s. 24. 
22 SO, s. 36. 
23 TB, s. 103. 
24 SO, s. 224. 
25 TB, s. 102. 
26 TB, s. 52. 
27 PD, s. 82. 
28 SO, s. 26. 
29 TB, s. 81. 
30 PD, s. 28. 
31 PD, s. 125. 
32 SO, s. 145. 
33 MB, s. 181. 
34 TB, s. 44. 
35 SO, s. 154. 
36 TB, s. 43. 
37 SO, s. 228. 
38 TB, s. 126. 
39 TB, s. 94. 
40 MB, s. 45. 
41 MB, s. 69.

Co mówią ci, którzy odeszli?
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....