Reakcje na tekst Dagmary Jaszewskiej „Z dzieckiem w ukryciu” oraz Dominiki Kurek-Chmycz „Limbus matrum”

Reakcje na tekst Dagmary Jaszewskiej „Z dzieckiem w ukryciu” oraz Dominiki Kurek-Chmycz „Limbus matrum”

W grudniowym numerze naszego miesięcznika zamieściliśmy artykuł Dagmary Jaszewskiej Z dzieckiem w ukryciu, poświęcony wychowaniu dzieci przez matki pozostające w domu oraz tekst Dominiki Kurek-Chomycz Limbus matrum, będący teologiczną refleksją o poronieniu. Niektóre z nadesłanych w odpowiedzi listów drukujemy poniżej.

Z dzieckiem w ukryciu

Dziecko to radość

Chcę się podzielić moimi refleksjami na temat macierzyństwa, do których skłonił mnie artykuł Z dzieckiem w ukryciu.

Wychowywanie dziecka to: radość, szczęście, bycie świadkiem cudów, poznawanie siebie, obdarowanie uczuciem bezwarunkowej miłości. Więcej się od dziecka dostaje, niż można dać. W byciu matką nie widzę poświęcenia. Jest trud, ale przecież w każdym naszym świadomym działaniu jest trud.

Jeśli mówimy o poświęceniu w kontekście wychowywania dziecka, to znika nam z pola widzenia radość, szczęście, które są naszym udziałem w byciu z małym człowiekiem, a zostaje trud, zmęczenie, rezygnacja i nagroda kiedyś… gdzieś. Przecież matki to nie męczennice. (…) Bycie matką nie polega na zamknięciu, życiu w zaciszu domowym i usługiwaniu, ale na byciu przewodnikiem dziecka w drodze do jego własnego świata. Fascynujące, piękne, odpowiedzialne zajęcie. Ani krzty poświęcenia.

Beata

Kiedyś było inaczej

Przeczytałam artykuł Dagmary Jaszewskiej Z dzieckiem w ukryciu i postanowiłam napisać swoje przemyślenia na ten temat, gdyż są całkowicie odmienne od zaprezentowanych przez autorkę. Na początku przedstawię się. Jestem dojrzałą kobietą, żoną i matką trzech dorosłych synów. Pracowałam zawodowo przez pierwsze 12 lat po studiach, a potem, gdy urodziły się dzieci, wybrałam dom i wychowywanie chłopców. Nie było to z mojej strony poświęcenie, ale radosna decyzja. Wydawałoby się więc, że powinnam przyznać Dagmarze Jaszewskiej, że taki model rodziny, jaki ona proponuje, jest najlepszy. Jednak sprawa jest bardziej złożona.

Muszę sięgnąć trochę do historii. Kobiety w Polsce pracowały zawodowo od setek lat. Polska przez wieki była krajem rolniczym, jeszcze do niedawna większość ludzi mieszkała na wsi. Rodziny były wielodzietne i wielopokoleniowe. Rodzice moich rówieśników mieli po 8–12 rodzeństwa, a więc było mnóstwo ciotek, wujków, kuzynów i krewnych. Dzieci, wychowując się w tak licznych rodzinach, od początku uczyły się życia w społeczności. Ponadto dużo czasu spędzały z rówieśnikami na wspólnych zabawach czy przedsięwzięciach. Kobiety, mimo tak licznego potomstwa, pracowały zawodowo. Bo jak inaczej można nazwać pracę w polu przy zasiewach, żniwach, wykopkach? Kobiety, często wspólnie z sąsiadkami, przędły len i wełnę, farbowały, szyły, dziergały swetry, szaliki, skarpety, wyciskały olej z rzepaku, produkowały masło, twaróg, doglądały drobiu, doiły krowy, uprawiały ogródki warzywne, darły pierze, wyrabiały pierzyny i poduszki… i pewnie wykonywały jeszcze wiele innych prac. A także, w wyznaczone dni w roku, musiały iść do roboty na pańskie pole. Kto wtedy zajmował się ich dziećmi? Ano starsze rodzeństwo, nastoletnie sąsiadki, kuzynki… Dopiero wieczorami rodzice byli razem z dziećmi, opowiadali im bajki czy historie z życia, modlili się wspólnie… Czy dzieci były wtedy zaniedbane, źle wychowane, nieszczęśliwe? Nie! Dzieci są szczęśliwe, gdy mają kochających rodziców, gdy w domu panuje zgoda, atmosfera wzajemnej miłości i zrozumienia. Dzieci przedwojenne nie tylko umiały zrobić wiele rzeczy, ale też od małego uczyły się społecznych zachowań.

Współczesne kobiety wiodą zupełnie inne życie, nie muszą produkować żywności ani ubrań. Mają pralki automatyczne, odkurzacze, kuchnie elektryczne, kaloryfery, ciepłą wodę w kranie… Mają też mniej dzieci; jedno, dwoje, bardzo rzadko więcej. Kobiety współczesne są wykształcone i mają potrzebę służenia społeczeństwu swoją wiedzą i umiejętnościami. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nasze życie bez kobiet nauczycielek, lekarek, ekspedientek, fryzjerek, pielęgniarek? Myślę, że nie. A czy dzieci, wychowujące się w domu bez rówieśników, jedynie w towarzystwie dorosłej osoby, często nadopiekuńczej, mogą wyrosnąć na dojrzałych, odpowiedzialnych i zaradnych ludzi? W domu dziecko nie nauczy się społecznych zachowań, a matka nie zastąpi relacji rówieśniczych. Kobieta również potrzebuje kontaktów z innymi dorosłymi osobami, chce wymienić swoje doświadczenia i poglądy, poradzić się, zwierzyć, zwyczajnie porozmawiać. W miastach, gdzie przeniosło się życie ze wsi, nie powstają parki, skwery osiedlowe, otwarte place zabaw, obiekty rekreacyjne dostępne dla okolicznych, zwykłych mieszkańców. Ludzie zamykają się wraz ze swoimi dziećmi w gettach, często za żelaznym ogrodzeniem strzeżonym przez służby ochroniarskie. Nie ma się czemu dziwić. Państwo nie zapewnia obywatelom należytego bezpieczeństwa, więc sami muszą jakoś o nie dbać. Dzieci nie mają więc kontaktu ani z rówieśnikami, ani ze starszymi, obcymi ludźmi, czyli z bliźnimi. Dopiero gdy w wieku siedmiu lat idą do szkoły, następuje zderzenie ich świata z inną, obcą rzeczywistością. Często jest to smutna konfrontacja.

Kobieta, oderwana od swojego wyuczonego zawodu, również czuje, że staje się nieprzydatna społecznie. Oczywiście finanse rodzinne też na tym cierpią, co nie jest bez znaczenia. Ponadto kobieta, która pozbawiła się pracy zawodowej, podejmując decyzję o pozostaniu w domu i wychowywaniu dzieci, często nie potrafi już żyć własnym życiem. Dzieci rosną, dojrzewają, a ona wciąż jest z nimi, z ich problemami, kontroluje, sprawdza, poucza… Poradniki dla kobiet radzą: znajdź sobie jakieś nowe zajęcie, hobby. Ale jak? Gdzie? Tyle lat spędziła w domu, poświęcając się dzieciom, a teraz stała się niepotrzebna? Ona też nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

Propozycja Dagmary Jaszewskiej jest dla mnie nie do przyjęcia. W dodatku próbuje swoje stanowisko legitymizować nauką Chrystusa. Czyż nie jest to nadużycie?

Należałoby tutaj znaleźć jakiś złoty środek. Kobiety powinny móc wrócić jak najszybciej do pracy zawodowej, a dzieci powinny mieć dobre, szczęśliwe dzieciństwo. Jak to zrobić? Na pewno nie jest to proste. Trzeba się nad tym wspólnie, poważnie zastanawiać, dyskutować, prowadzić debaty społeczne. Pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to przyjęcie takich rozwiązań, żeby matka małych dzieci nie musiała spędzać w pracy poza domem zbyt wielu godzin, żeby nie musiała zrywać dzieci zbyt wcześnie z łóżek, a także by dać matkom możliwość łagodnego powrotu do obowiązków zawodowych. A może powinny przysługiwać im dłuższe urlopy wypoczynkowe w czasie ferii i wakacji?

Jestem w tym szczęśliwym położeniu, że mam wiele zainteresowań i swoje hobby, a z racji wieku do pracy zawodowej już nie wrócę.

Lucyna Szomburg, Gdynia

List z ukrycia

Ponieważ stanęłam właśnie przed dylematem: praca zawodowa czy wychowywanie dzieci (spodziewamy się czwartego dziecka), z zainteresowaniem sięgnęłam po artykuł Dagmary Jaszewskiej. Chcę dopisać do niego kilka uwag.

(…) Autorka postuluje, aby matkę wspierała religia – a czy tego nie robi? Pamiętam swoje oburzenie sprzed kilku lat, gdy słyszałam od księży i czytałam w encyklikach o macierzyństwie jako podstawowym powołaniu kobiety. Przedstawić je atrakcyjnie? Dla mnie największym darem było poznanie „matek wielodzietnych”, owocujące szokiem, przemieniającym się później w podziw i zazdrość – choć kobiety te nie stawiały siebie na piedestale ani nie ukrywały uciążliwości codziennej krzątaniny wokół gromady dzieci. Moje znajome nie są cierpiętnicami, nie brakuje im polotu i radości, choć zwyczajnie nie mają czasu i energii, aby zadbać o swój rozwój. Nie są też niezaradne: codzienność z kilkorgiem dzieci wyzwala w matce nieprzebrane pokłady przedsiębiorczości.

Sądzę, że nie należy łagodzić obrazu macierzyństwa, ono jest utratą życia. To nigdy nie będzie łatwe. Oczywiście byłoby idealnie, gdyby udało się dopasować rzeczywistość do naszych oczekiwań, uczynić ją bardziej przyjazną; gdyby matka poświęcająca się dla dzieci dostawała co miesiąc na konto przynajmniej płacę minimalną, a na każdą rodzinę wielodzietną czekało wielopokojowe mieszkanie. Żyję jednak w świecie zgoła odmiennym. Zgoda, że świadkowie są temu światu potrzebni. Tylko że bycie świadkiem kosztuje. Czy można się poświęcić i nie poczuć bólu straty tego, co się porzuciło? Czy można śmierć przedstawić „atrakcyjnie”? Bo oddanie życia dla rodziny to śmierć – ale kto nie umrze, nie zmartwychwstanie.

Monika Kaczorowska
z wykształcenia polonistka (dr nauk hum.)
z zawodu (ostatnio) księgowa
z powołania żona i matka

Limbus matrum

Czuję się matką sześciorga dzieci

Szanowna Pani,

dziękuję za ten artykuł, który nazwał w słowach to, co ja sama czuję po trzykrotnym poronieniu i czego nie umiałam dotychczas tak jasno wyartykułować. Noszenie śmierci, własne ciało jako przestrzeń śmierci, gdy samej się nie umarło, boleśnie odczuwalny brak teologicznej interpretacji samego zdarzenia i jego skutków – to dla mnie pojęcia klucze. Jest jeszcze wiele do zrobienia w kwestiach uwrażliwienia na te sprawy zarówno księży, jak i społeczeństwa, w tym najbliższej rodziny, przyjaciół i znajomych, którzy – jak słusznie Pani zauważa – nie wiedząc, jak potraktować ten problem, udają, że nie istnieje.

Matka, która przeszła takie doświadczenie, nigdy go nie zapomina, a jednocześnie nie za bardzo ma się z kim podzielić swoimi odczuciami i potrzebami, bo nawet najbliższa jej osoba – mąż, odczuwa zupełnie co innego. Ja np. czuję się mamą sześciorga dzieci, z których troje zmarło przed narodzeniem, a ostatnie, szóste, od pięciu miesięcy, na razie szczęśliwie, fika w moim brzuchu. Tak też definiuję sama siebie – jako matkę sześciorga dzieci, podczas gdy np. mój mąż nie utożsamia się z analogiczną definicją w zakresie własnego ojcostwa. Ma do tego oczywiście pełne prawo i nigdy mnie to nie oburzało, natomiast do momentu przeczytania Pani artykułu nie potrafiłam nazwać fundamentalnej różnicy naszych doświadczeń jako matki i ojca, która to różnica bezpośrednio kształtuje percepcję naszych doświadczeń. Jeszcze raz dziękuję

Ewa Murawska-Najmiec

Możliwość pochówku

Przeczytałam ten artykuł z dużym zaciekawieniem, bo sama parę miesięcy temu straciłam dziecko (poronienie). Chciałam się podzielić jedną myślą: najważniejszą rzeczą po poronieniu było dla mnie to, że udało mi się dostać ciałko mojego maleństwa, choć początkowo lekarz nie chciał zupełnie o tym słyszeć, wyśmiał mnie w bezduszny sposób… A ja nie miałam siły o to walczyć. Pan Bóg wysłuchał jednak moich rozpaczliwych modlitw i pielęgniarka przyniosła mi je po cichu. To było dla mnie bardzo, ale to bardzo ważne, że moje dzieciątko nie wylądowało w koszu albo nie wiadomo gdzie. Choć ból był wielki, to czułam jakąś ulgę, gdy zakopywaliśmy je na cmentarzu w grobie rodzinnym. Myślę, że nie jestem wyjątkiem, że wiele kobiet chciałoby mieć taką możliwość pochówku, że jeszcze dużo musi się zmienić w tej kwestii, żeby żadna kobieta nie musiała prosić o tak oczywistą rzecz, jak możliwość pożegnania się ze swoim dzieckiem. Zwłaszcza w tak trudnej sytuacji, gdy jest przytłoczona tym doświadczeniem, załamana, pełna bólu, nie ma siły walczyć. Żeby to było oczywiste, bo ponoć nawet ma takie prawo, ale jest to traktowane jak jakaś fanaberia. A dla mnie to było i do dziś jest takie ważne, że przechodząc koło cmentarza, wspominam moje dziecko, że wiem, że tam jest koło babci i wujka, że nie wylądowało w odpadkach, bo to przecież też było ŻYCIE!

Ewelina