Hipermarket – kolejna bitwa o Polskę

Hipermarket – kolejna bitwa o Polskę

— Mój ojciec powtarzał mi: módl się o to, żeby twój sąsiad był bogatszy od ciebie. Wtedy będziesz z nim żył w zgodzie i nie będzie ci zazdrościł…

— I co?
— Ja się modliłem.

Chyba nie wszyscy w mojej miejscowości mieli takich ojców jak mój rozmówca, bo zawiść nie jest całkiem obca jej mieszkańcom.

Nieopodal cmentarza na trafostacji, przekazującej ludności prąd, ktoś wypisał zieloną farbą: „Nienawidzimy wszystkich”. Program nie najszlachetniejszy, ale nie ma znowu co przesadzać. Współczynnik nienawiści na jednego mieszkańca jest tu przypuszczalnie nie wyższy niż w innych rejonach kraju. Po prostu znalazł się poeta, który potrafił nazwać swoje uczucia. Co je zrodziło? Może są bezinteresowne, a może wyrosły na jakiejś krzywdzie albo zazdrości. „Toczy nas gangrena. Tu nie idzie nic zrobić, bo jeden drugiemu zazdrości” — powiedział mi Jacek, od lat wchodzący z gorącą głową we wszelkie inicjatywy społeczne. Ale to tylko część prawdy. Różne komitety społeczne — gazyfikacji, wodne czy telefonizacji — udowodniły, że ci ludzie potrafią się zorganizować i pracować dla wspólnego dobra. Każdego dnia toczy się walka między duchem wspólnotowości a pokusą zawiści, plotek, które paraliżują działania. Jak świat światem, stan posiadania bliźniego wywoływał drżenie, prowadził człowieka do grzechu, a nawet zbrodni. Nie ma się więc co dziwić, że w tych czasach, kiedy statusy majątkowe ludzi zmieniają się gwałtownie, ludzkie emocje sięgają niekiedy zenitu i nie każdy potrafi sobie z nimi poradzić. Takie są w ogóle czasy, a ja dodatkowo mieszkam w miejscowości szczególnej, leżącej na szlaku wiodącym do Europy. Przeźmierowo w gminie Tarnowo Podgórne koło Poznania jeszcze przed paru laty było zapyziałym podpoznańskim osiedlem wiejskim, a dziś… Dziś to mała metropolia. Koncentracja rzemiosła i handlu nieprawdopodobna. Na giełdę samochodowo–towarową dwa razy w tygodniu ściągają tu mieszkańcy całej Wielkopolski i nie tylko. To wszystko budzi zarówno radość, jak i lęk. Radość, bo bliżej stąd do Europy, a lęk, bo łatwiej tu sprzedać ziemię w obce ręce. Sprzedaż ziemi — powiadają malkontenci — to właśnie jedyny sukces tej gminy. Jak jest naprawdę? Rozmawiam na ten temat z miejscową opozycją, pytam radnych, pytam wójta.

Cztery nogi wójta

Waldy Dzikowski. Człowiek sukcesu. Europejczyk. Czterdziestolatek stojący na czele gminy uznawanej przez agendy badające rozwój gospodarki rynkowej za jedną z najbogatszych i najprężniejszych w Polsce. Był już wybrany najlepszym wójtem w Wielkopolsce. Na swoim plakacie wyborczym umieścił skromne hasło: „Udowodniłem, że potrafię”. Trzyma się twardo trzecią kadencję, więc — widać — ma poparcie. I żadnego kontrkandydata. Niestety, jak powiadają: „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził”. Niektórzy twierdzą, że władza samorządowa zaczęła go nudzić i teraz przepełniają go ambicje polityczne.

— Jak to jest, panie wójcie, naprawdę? Czy handlem ziemią stoimy?
— Takie głosy do mnie docierają i to mnie strasznie boli. To oczywiście nieprawda i te twierdzenia łatwo obalić, ale najpierw muszę powiedzieć, jaka jest nasza filozofia działania, na czym oparliśmy nasz sukces. Opiera się on na 4 nogach, jak stół.

Pierwsza noga to wykorzystanie naszego położenia. Jesteśmy przy trasie A2 wiodącej do Berlina i całej Europy. Ale przez lata nic z tego nie wynikało, bo gmina miała stanowić jedynie zaplecze mieszkaniowe i warzywne miasta Poznania. Ludziom w Przeźmierowie kazano się budować w niegodziwych warunkach. Pięć tysięcy osób żyło w osiedlu bez żadnej infrastruktury. Do niedawna jeszcze spijali własne szamba.

Druga noga to stworzenie dobrego planu zagospodarowania przestrzennego. W Polsce nigdy nie planowano. W sensie architektoniczno–urbanistycznym. Geodeci tylko wyznaczali teren, ale nikt nie wiedział, jak wybiec 15 lat do przodu.

Trzecia noga to infrastruktura. Jeśli nie ma sprawnego telefonu, gazu, wody czy kanalizacji, nikt niczego nie zbuduje.

I wreszcie czwarta noga, czyli czynnik ludzki. Warto wykorzystać potencjał drzemiący w ludziach. Można mieć wszystko, ale bez człowieka nic się nie zrobi.

Potrzeba nam było jeszcze tylko kapitału. Skąd go zdobyć?

Staram się być dumnym Polakiem, w każdej sytuacji. Zawsze mnie denerwowało, że kiedy jeździłem za granicę, zaglądano mi pod maskę samochodu, czy nie mam przebitego numeru. Po 90 roku stwierdziłem, że wcale nie musi tak być. Spróbowałem zbudować małą ojczyznę. Wiedząc, że jesteśmy oddaleni o kilkadziesiąt lat od zasobnych państw, chciałem stworzyć taką gminę, która pokaże Polsce, jak może być nieźle, jak, zapraszając do współpracy Niemca, Belga, Holendra i innych, można być od nich mądrzejszym. W związku z tym uważałem, że trzeba oddać ileś tam własności, swego „ja” — nie wiem czego — żeby zyskać w zamian znacznie więcej. Wprowadziliśmy zagranicznych inwestorów i odnieśliśmy sukces. Liczba bezrobotnych w gminie wynosi 0,8% i sądzę, że są to ludzie, którzy w większości wybrali bezrobocie jako model niezależnego życia.

Wróćmy do tego, że — jak niektórzy mówią — ten sukces musi być obarczony wyprzedawaniem majątku. Otóż Gmina sprzedała 8 może 10 hektarów gruntu, a kupiła do tej pory około 40. Ta reszta obrotu ziemią, dzięki któremu pojawiły się zakłady, dotyczy rolników, osób prywatnych, Akademii Rolniczej. Sprzedawali ludzie indywidualnie, to były ich decyzje. My czuwaliśmy tylko, żeby tych terenów nie nabywał ich inwestor spod lady, z brudnymi rękami. Tworząc plan zagospodarowania przestrzennego, z dziesięciu tysięcy hektarów gruntu około 400–500 przeznaczyliśmy pod działalność gospodarczą. A więc najwyżej 5%. Nie mówiliśmy, że tu ma przyjść Niemiec, Japończyk czy Amerykanin. Interes mógł robić każdy. Problem w tym, że w Polsce nikt nie ma takiego kapitału, żeby uruchomić Fabrykę M.A.N. produkującą autobusy. Z tych 500 hektarów zagospodarowanych jest może koło 200–300. I na tej ziemi mieści się 2 tys. podmiotów gospodarczych, jakie są w gminie. A ile my z tego mamy? Nasz budżet jest parę razy wyższy niż w roku 93. Mniej więcej cztero–, pięciokrotnie. Te pieniądze nie biorą się znikąd. Pochodzą na przykład z fabryki papierosów.

— No właśnie, nasza lokalna gazeta „Sąsiadka” doniosła o tym osiągnięciu prawie że w „Dniu bez papierosa”.
— Ale to jest wybór czysty: pali, kto chce. Ja sam nie palę, przestałem rok temu, dosłownie na dwa dni przed otwarciem zakładu tytoniowego. Ten zakład to była możliwość zdobycia ogromnego kapitału. Należy on do olbrzymiego koncernu, który produkuje także kawę, cukierki, itp.
— Nie uważa pan tego za brudny pieniądz? Państwo wypowiedziało wojnę papierosom, a my bijemy rekordy w ich produkcji.
— Brudny to jest pieniądz mafijny, zdobyty nieuczciwie. Pieniądz z papierosów pochodzi oczywiście z żerowania na ludzkich słabostkach, ale producent płaci podatki i państwo prawa na to pozwala. Ja im koniunktury nie napędzam. Ale tymczasem muszę z nich wydusić jak najwięcej pieniędzy dla gminy.
— Czy to samo można powiedzieć o domach uciechy, których sporo na naszym terenie?
— To jest inny problem, nie jestem ich zwolennikiem i nie chciałbym, żeby u nas powstawały, ale to jest niezależne ode mnie. Winę ponosi ustawa liberalizująca działalność gospodarczą. Otwierają salon masażu, a w rzeczywistości prowadzą inną działalność. Dodatkowo gmina umiejscowiona jest na szlakach międzynarodowych, więc popyt na te usługi, o których mówimy, jest znaczny. Nie chciałbym mieć u siebie ani tych domów, ani nawet tych pieniędzy od nich.

„Auchan” — czyli jak zrównoważyć Niemca Francuzem

Filozofia sukcesu Waldy’ego Dzikowskiego — oprócz wymienionych czterech nóg, ma jeszcze kilka „podnóg” albo dodatkowych słupków, które ubezpieczają misterną konstrukcję. Jednym z nich jest dążenie do równowagi inwestującego kapitału, bowiem każda dominacja jest destrukcyjna. Chodzi o to, aby jedna branża nie zdominowała obrazu gospodarki, ale i również o to, by nie było zbyt znacznej przewagi jakiegoś kapitału zagranicznego. Jako że gmina siedzi blisko Niemców, to przez pierwsze lata przodował inwestor niemiecki. Są oczywiście i Holendrzy, i Amerykanie, ale nie w tej liczbie co zachodni sąsiad. I oto nadarzyła się okazja, by odmienić tę sytuację. Zapragnął się u nas osiedlić marketowy potentat francuski „AUCHAN”, czyli „Oszą”, jak się u nas mówi. Rozmach projektu imponujący albo przerażający, zależy jak się na to spojrzy. W hipermarkecie, utworzonym na powierzchni 22 hektarów, znajdzie zatrudnienie około 1500 osób. Dziesięć tysięcy metrów kwadratowych właściwego „AUCHAN” otoczonych będzie galerią sklepów dzierżawionych przez Polaków. Ma to stanowić uzupełnienie dla towarów Francuzów. Przed obiektem będzie parking na 2700 samochodów. „AUCHAN” nie chce sprzedawać wyrobów wysokiej marki, ale towary dla klasy średniej. Kiedy Francuzi zbudują hipermarket, Niemcy znajdą się w mniejszości.

Racje opozycji

W tej pięknej wizji niektórzy dopatrują się jednak minusów przekreślających jej sensowność. Na pierwszym miejscu opozycjoniści wójta wymieniają interes narodowy. Superinwestycja francuska stanowi oczywiste zagrożenie dla polskich sklepikarzy czy kupców. Przyznaje to sam wójt w liście do Stowarzyszenia Kupców Rzemieślników i Przedsiębiorców, którzy, zaniepokojeni budową hipermarketu, zażądali od Gminy wyjaśnień. Moi rozmówcy, przeciwnicy inwestycji, głównie przeźmierowscy sklepikarze twierdzą, że ludzie przestaną zaopatrywać się w polskich sklepach i pognają do hipermarketu, gdzie będzie taniej. Argumenty wójta o równowadze obcokrajowców nie za bardzo ich wzruszają. „Tak czy owak my, Polacy, zostaniemy wyrobnikami cudzoziemców, nieważne Niemców czy Francuzów. Kiedy zlikwidują konkurencję, wtedy podniosą ceny” — usłyszałem od kolegi prowadzącego sklep. „Gdyby tak się stało, w co za bardzo nie wierzę, to pozostanie im konkurencja innych marketów” — odparłem. „Mylisz się. Te wszystkie markety są zawiadywane przez jedno konsorcjum, które nigdy sobie krzywdy nie zrobi”. „Skąd ty o tym wiesz?”. „Wszyscy o tym wiedzą”.

Hipermarket w mojej gminie jest nieszczęściem. Taki jest ton dyskusji z kupcami.

Po pierwsze, znawcy we Francji — stwierdził mój rozmówca mający szersze kontakty z tym krajem — określili, że aby w sąsiedztwie marketu mógł funkcjonować drobny handel, na metr kwadratowy sklepu nie może przypadać mniej niż tysiąc mieszkańców. Jeżeli ta liczba zostanie uszanowana, to i duży handel będzie miał się bardzo dobrze, i mały sobie poradzi. Niestety. W Poznaniu i jego okolicy ulokowało się około 10% wszelkich marketów w Polsce. Stąd na metr kwadratowy marketu przypada zaledwie 200 osób. Wszyscy tu ciągną, jako że Poznań niektórzy zwą Zurychem Polski, tyle tu banków.

Po drugie, stworzenie jednego stanowiska pracy w markecie powoduje utratę 6–10 miejsc pracy w drobnym handlu. Zatem argumenty wójta o nowych możliwościach zatrudnienia są bezzasadne. Nieprawdziwe są również jego dane o zasilaniu budżetu gminy z podatków od hipermarketu. Nie można tak myśleć, bo przecież jednocześnie przestaną dopływać podatki od mniejszych polskich sklepów, które padną, kiedy powstanie „AUCHAN”.

Po trzecie, oferta Francuzów o zaproszeniu polskich sprzedawców do galerii jest nierzetelna i nierealna. Na dzierżawę takiego sklepu nie jest w stanie sobie pozwolić nasz drobny kupiec. Metr kwadratowy dzierżawy — jak informował przedstawiciel „AUCHAN” — na miesiąc wynosiłby około 80 marek, plus wpłacenie kaucji w wysokości trzymiesięcznej dzierżawy. Jeżeli powierzchnia sklepu liczyłaby 80–100 metrów kwadratowych, łatwo obliczyć, że na wejściu polski kupiec musiałby wnieść około 60 tys. marek. Kogo na to stać?

Po czwarte, przedstawiciele „AUCHAN” chcą podpisać umowy na dostawy od polskich producentów. Niby to dobrze, bo mieliby zapewniony zbyt. Niestety, rodzimi producenci powinni oddawać produkty po cenach podyktowanych przez Francuza, a dodatkowo będą zobowiązani, że nie dostarczą ich innym. Polscy kupcy musieliby zatem szukać towarów jeszcze dalej, w rezultacie czego ich ceny by wzrosły, i koło się zamyka.

Przedstawiciele „AUCHAN” nie kryją, że dochód, jaki ma im przynieść wynajem galerii polskich sklepów, przez sześć lat w całości zwróci koszty inwestycji. To nie dzierżawa, ale haracz. I nie „galeria”, ale galera.

Te wątpliwości można by mnożyć. Polscy kupcy, ukazując zagrożenie swoich interesów, przedstawiają je często jako sprawę narodową, odmalowują czarną wizję handlu, gdy na powierzchni zostaną tylko markety. Ale gdybyśmy wyobrazili sobie sytuację przeciwną, czy byłaby ona lepsza? Czy polski sklepikarz ulitowałby się nad polskim klientem i sprzedawał mu towary, licząc się z jego możliwościami finansowymi? Pytani przeze mnie konsumenci raczej w to nie wierzą. Kupują bowiem towary u Polaków czasem po zawyżonej cenie. I niekiedy odpada argument, że u niego tak drogo, a w markecie tanio, bo on ma droższego dostawcę. Różnice cenowe w naszych drobnych zakładach są niekiedy ogromne. Po prostu i sami Polacy różnie żyłują swojego klienta. Czy zatem człowiek zarabiający niewiele bądź średnio ma iść kupować do polskiego sklepu tylko dlatego, bo „do Polaka”… „Czy to jakiś obowiązek patriotyczny, żeby do nich chodzić i drożej kupować? Gdyby nie czuli na sobie oddechu «Oszą», to by nas z torbami puścili. Chcieliby zarabiać jak wielcy kapitaliści, a mieć monopol jak w komunie. Nie ma tak” — mówi mi sąsiad, z którym rozmawiam o sytuacji, w jakiej znaleźli się sklepikarze.

Jak więc to jest: czy supermarkety są zmorą czy dobrodziejstwem dla Polaków? Zastanawiające jest tylko, że niektórzy sprzedawcy i przeciwnicy marketów sami jeżdżą do nich zaopatrywać swoje rodziny.

Wójt sprzedaje Polskę

Ludzie przywykli już, że na ziemi gminnej osiedlają się różni kapitaliści, ale tej inwestycji niektórzy nie wytrzymali. Kiedy stało się pewne, że hipermarket stanie, ktoś uciekł się do broni, nie wiem, czy ostatecznej, ale z pewnością obrzydliwej. Zaczął kolportować ulotkę, w której powiadamiał, że na czele gminy stoi Żyd i to należący do międzynarodowej masonerii. W ramach swej niszczycielskiej działalności wójt „sprzedaje Polskę, zezwala na budowę supermarketów i chce wykończyć wszystkich małych sklepikarzy– –Polaków”. „Za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze wójt się podli” — donosił życzliwy informator, uruchamiając klasykę gatunku. Wójt skwitował całą sprawę krótko: „W te brudy nie wchodzę. Ze mnie taki Żyd, jak z tych, co to napisali, dobrzy Polacy”.

— Czy ten market był przejawem pana ambicji, żebyśmy mieli wszystko w gminie najlepsze i największe?
— Hipermarket nigdy nie był moim marzeniem. Uważałem jednak, że na terenach należących do Akademii Rolniczej prędzej czy później powstanie centrum handlowo–usługowe obsługujące być może pół województwa, bo ma znakomite położenie. Tam nie mogłaby powstać fabryka, ale właśnie coś lekkiego, handel i usługi. Gdyby każdy samorząd w Polsce lokalizował supermarkety z taką odpowiedzialnością jak my, na peryferiach aglomeracji, nie byłoby tego paraliżowania centrum miast. Tak się dzieje na całym świecie, że hipermarkety wypychane są poza miasta. U nas samorządy miejskie zgadzają się na lokalizacje marketów w centrum, bo chcą pokazać, że obcy kapitał inwestuje pieniądze. W ten sposób powstają blaszaki albo inaczej terminale spedycyjne, które niewiele przynoszą miastu pieniędzy, za to zajmują mnóstwo miejsca na parkingi. My sobie na taką rozrzutność terenu możemy pozwolić, bo inaczej się liczy jego wartość i ilość poza miastem. Wiadomo, że hipermarkety muszą przyjść, ale trzeba je tak zlokalizować, żeby były jak najmniej niebezpieczne dla rodzimego handlu. W mieście domy towarowe powinny mieć charakter kamieniczek zatopionych w zieleni, żeby człowiek kupując, spacerował, podziwiał, odpoczywał.

— Zrobił pan wszystko, co mógł, żeby jak najlepiej wyznaczyć warunki dla funkcjonowania hipermarketu, a i tak oskarżyli pana o zamach na polskie kupiectwo. Od paszkwilu odcinają się nawet ludzie z „opozycji”, tym niemniej same twierdzenia dotyczące wyniszczania rodzimego handlu podtrzymuje więcej osób.

— Problem marketu trzeba widzieć w całości spraw i interesów ludności. Interes kupców nie jest w końcu jedynym. Wspomniałem już na wstępie o niektórych korzyściach, jakie z marketu będzie miała nasza społeczność. Trzeba dodać, że na samym wejściu „AUCHAN” dał gminie jednorazowo 20 milionów złotych. Półtora miliona pochłonie co prawda podłączenie ich do infrastruktury, ale reszta z tej kwoty jest przeznaczona na inwestycje, jak kanalizacja czy drogi, z których wszyscy korzystają. A poza tym boli mnie zarzut wykańczania polskich kupców. Przecież to ja jestem jednym z głównych animatorów tego, co się zdarzyło w Przeźmierowie — wybudowania pasażu handlowo–usługowego, który jest wizytówką tej miejscowości.

Oszonowcy, pasażowcy, straganiarze

— Przychodzili do mnie ludzie — kontynuuje wójt — którzy handlowali w budkach na placu naprzeciw kościoła. Warunki były uciążliwe i dla nich, i dla kupujących. Stanowiło to nie najlepszą wizytówkę dla Przeźmierowa. Przez lata szukaliśmy dobrego rozwiązania. Co począć z tym placem i stojącymi przy nim kioskami. Najłatwiej byłoby zrobić przetarg na ten hektar gruntu. Dostać za niego ze cztery miliony złotych, skasować pieniądze, które by zasiliły kasę gminną. Sprowadzilibyśmy bogatego inwestora zainteresowanego handlem i mielibyśmy spokój. Tymczasem my daliśmy ten teren na 25 lat w dzierżawę ludziom, którzy sprzedawali w tamtych budkach. Na pięć lat w bezpłatną, za to że ci ludzie je opuszczą i zlikwidują. Powstał piękny pasaż. Za chwilę zobaczy pan przed nim parking za 400 czy 500 tys. złotych, zrobiony dzięki Samorządowi. Krótko mówiąc, grupie polskich kupców zostały stworzone wybitne warunki do handlu. A mówiąc ściślej, pomogliśmy tym przedsiębiorczym ludziom zrealizować inwestycje ich życia. Teraz los leży w ich ręku. Pewien kupiec powiedział mi ostatnio, że w Polsce trudność nie polega na braku kapitału, ale na kłótniach i waśniach między sprzedawcami. Największym problemem było, żeby ci sklepikarze dotrwali do końca budowy tego obiektu. Teraz nie jest im łatwo, ale to są konsekwencje ich wyborów. Jeżeli w pasażu powstały praktycznie cztery sklepy spożywcze, to sytuacja jest dość trudna. Można by przecież utworzyć jeden, dwa punkty tej samej branży, a resztę lokali wynająć. Kiedy spłaciłoby się budynek, wtedy łatwiej byłoby poszybować. Bardzo ciekawą inicjatywą handlową jest na przykład sieć sklepów „Chata Polska”, która za cel postawiła sobie integrację rozdrobnionego rodzimego handlu, by móc konkurować z zachodnimi marketami. Ale to są już indywidualne decyzje handlowców, a nie zarządzenia Gminy. Ja się nie mieszam w ich sprawy.
— Przed pasażem stoją tzw. straganiarze. Ludzie powiadają, że pasażowcy patrzą na nich krzywo, bo im odbierają klientów. Za stragany płaci się niewiele, więc sprzedający na nich mogą sobie pozwolić na niższe ceny. Chodziły nawet słuchy, że stragany mają zlikwidować.
— Nic o takich planach nie słyszałem. Stragany stanowią nieodzowną część europejskich ryneczków. Gdyby ktoś przyszedł z propozycją ich usunięcia, spotkałby się z wielkim zdziwieniem i oburzeniem. Popieram każdy rodzaj uczciwego handlu.

Dotarłem na koniec do prezesa spółki „Pasaż”, Piotra Muszkiety. Pytam go, czy pasażowcy boją się „AUCHAN”.

— Lęk przed konkurencją jest czymś naturalnym. Każdy powiada co prawda, że jest za konkurencją, ale byle ona go osobiście nie dotyczyła. Ja nie walczę z projektem hipermarketu, bo to walka z wiatrakami. Wiadomo, że to się nie odstanie. Próbujemy się jednak do tej konkurencji jak najlepiej przygotować. Stworzyliśmy „Pasaż”, z powodu którego duma nas rozpiera. Moim marzeniem jest dołożyć jeszcze obok pierzeję, w której ulokowalibyśmy różnego typu usługi. Wtedy powstałoby prawdziwe centrum handlowo–przemysłowe z ryneczkiem. Jestem przekonany, że po pierwszym zachłyśnięciu się „AUCHAN” ludzie przyszliby do nas. Mieliby szansę kompleksowego załatwienia swoich spraw i jednocześnie przebywaliby w swojskiej, kameralnej atmosferze. Są, niestety, przeszkody, ale wierzę, że je pokonamy.— Czy aby się przeciwstawić zachodnim konkurentom, kupcy w pasażu nie powinni się zjednoczyć?
— Ma pan z pewnością na myśli istnienie w pasażu czterech sklepów spożywczych. Otóż zapewniam pana, że każdy z nich ma rację bytu. Każdy z nich ma swoją specyfikę i każdy zwiększył obroty w stosunku do tego, kiedy handlowano w budkach. Ci ludzie czują się zwycięzcami. Oni nie chcieli zaczynać od tworzenia jednego sklepu typu market i wrzucania do wspólnego worka. Każdy z nich ma inną filozofię działania i metody sprzedaży. Prędzej czy później doszłoby do utarczek. Życie pokaże, kto z nich da sobie radę. Jeżeli ktoś będzie przesadzał z cenami, sam się wyeliminuje.
— Krąży nad wami widmo „AUCHAN”, a drugiej strony macie u boku stragany, które podobno was denerwują, bo odbierają klientów?
— To jest nieporozumienie. Ja w straganach nie widzę żadnego zagrożenia. Tak jest na całym świecie, że koło większego powstają takie brodawki. Powiem wręcz, że one nam pomagają. Przyciągają klientów. Ludzie pójdą w te miejsca kupować, gdzie jest kilka punktów tej samej branży, gdzie jest obfitość towarów, bo mogą porównać, wybierać. Te głosy, które pan słyszał o próbach ich usunięcia, to pewnie biorą się stąd, że ktoś źle zrozumiał nasze narzekania, że stragany postawiono w złym miejscu. Właśnie tam, gdzie my walczymy, żeby powstała pierzeja usługowa.

Katolik musi umieć wybierać

— Panie wójcie, jest pan katolikiem. Hipermarket, który niebawem zostanie otwarty, zwiększy liczbę zakupów dokonywanych także w niedzielę.
— Ja nie robię zakupów w niedzielę. Czynię to wraz z żoną w sobotę albo w piątek po południu.
— Uruchamia pan grzeszne przedsięwzięcia i odwołuje się do dojrzałości ludzi, żeby dobrze z nich korzystali. Na przykład sprowadza pan fabrykę papierosów, sam uprzednio rzuciwszy palenie. Z agencjami towarzyskimi, jak ustaliliśmy, to inna sprawa. Nie ma pan na to wpływu…
— Po pierwsze, nie wiem do końca, czy Francuzi będą handlowali w niedzielę. Włosi na przykład, którzy są u nas w gminie, nie pracują w święta. Mają swoją etykę ekonomiczną. Oni nie handlują, ale niektórzy na to psioczą, bo chętnie wzięliby rodzinkę i — po kościele albo przed — w ramach rozrywki pojechali na zakupy czy pooglądać towary, wstąpić do przylegających punktów gastronomicznych. Ja tego nie lubię, nie znoszę tłoku. Zabieram rodzinę i jadę na grzyby albo na ryby. Nie chcę przez to nikomu narzucać sposobu bycia. Stajemy się społeczeństwem nowoczesnym, a to wymaga od nas umiejętności wyboru. Ustawy i dekrety nie zdejmą z nas tego obowiązku.

Jeden z radnych powiedział mi, że najbardziej obawia się tej tandetnej rozrywki i kultury, która zostanie ulokowana przy centrum handlowym. Stworzenie takiego modelu spędzania czasu będzie zatruwać młode pokolenie. Elity społeczeństwa w dni świąteczne będą szukały godziwego wypoczynku, z dala od cywilizacji albo będą korzystały z bardziej wyszukanych dóbr kultury. Niedzielne zakupy będą się coraz bardziej stawały rozrywką dla mas. W niektórych wypadkach nie tylko rozrywką, ale i życiową koniecznością. Cały tydzień człowiek goni, żeby związać koniec z końcem. To niedziela zostanie podzielona między kościół a supermarket. W najlepszym wypadku.

Zostawiwszy na boku te wątpliwości natury moralnej, ekonomista zapyta, czy ta gmina miała inny wybór, jak wpuścić do nas europejski kapitał i wykorzystać szansę, jaką dawało miejsce i czas przemian. Jeden z radnych w tonie filozoficznym odpowiedział mi: „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Gdybyśmy na początku lat 90 nie wykorzystali swojej szansy i nie wpuścili kapitału, moglibyśmy sobie do dziś stawiać te pytania, jeżdżąc w odrapanych autobusach, handlując w budkach i topiąc się w ściekach, z którymi nie wiadomo by było, co zrobić. Wtedy prawdziwi Polacy i katolicy wyciągnęliby inne armaty. Ta droga, którą idziemy, ma swoje zakręty, ale ja innej nie widzę”.

Hipermarket – kolejna bitwa o Polskę
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...