Dwie lektury „Wyznań”

Dwie lektury „Wyznań”

Drogi Jacku,

Niewątpliwie Tobie zawdzięczam chęć przeczytania św. Augustyna. Nie była to inspiracja bezpośrednia, lecz jakoś Twój podziw dla osoby świętego zadziałał w tym właśnie kierunku. Były i inne motywy mojego zainteresowania. Zainteresowanie Grażyny i moje Abelardem, jej fascynacja tą osobą i jego wkładem w zmianę epoki. Było wreszcie, co tu ukrywać, przekonanie, że nie powinienem już więcej czytać drugorzędnych autorów, których można sobie darować, że trzeba zabrać się (nie wiadomo zresztą, po co) do łatania dziur w moim wykształceniu.

Czego szukałem w Wyznaniach? Nie mogę jasno sobie tego uświadomić, lecz miało to jakiś związek z próbą zrozumienia Średniowiecza, zarówno jego fascynacji zagadnieniami teologicznymi, jak i jego ograniczeń. Wiedziałem od dłuższego już czasu, że poglądy na Średniowiecze (można rzec odrodzeniowe czy oświeceniowe poglądy na ten okres), na których się wychowałem, nie są trafne. Przekonał mnie o tym już dawno Huizinga, przyczynił się do tego Le Goff i, później, Gilson.

Niewątpliwie pozostałem racjonalistą w tym mianowicie sensie, że interesują mnie spawy, które dają się rozumowo poznać i wyjaśnić, że mam niechęć do rozważania spraw owianych tajemnicą jakiegokolwiek typu. Jestem jednak racjonalistą łagodnym: nie twierdzę bynajmniej, że poznamy wszystko i sądzę (za Newtonem), że wciąż stoimy i stać będziemy przed morzem rzeczy niepoznanych, co zaiste powinno skłaniać nas, mimo wszelkich osiągnięć nauki, do skromności. Nie dziw jednak, że takie moje nastawienie skłoniło mnie do szukania w książce stanowiska św. Augustyna do nauki.

To, czego szukałem, nie ma jednak większego znaczenia. Ważniejsze jest to, czy naprawdę coś z tej lektury wyniosłem. Mam nieodparte wrażenie, że udało mi się tylko część zrozumieć, że osoba wierząca wyniesie z tej książki o wiele więcej, że jej wiara będzie pomocna w zrozumieniu tekstu, bodaj nawet jego większości. Myślę jednak i że ja coś wyniosłem i o tym chcę tu powiedzieć.

Pierwsza uderzająca mnie cecha to logika, którą Augustyn się posługuje. Już pierwsze zdania pokazują tę logikę. Pyta Augustyn, czy można wzywać Pana, zanim się Go pozna; i jak poznać, gdy się nie wierzy. Rozwiązanie dylematu, nie w sensie logicznym jednak, znajduje Augustyn w stwierdzeniu, że ci, co szukają, znajdą Boga.

Ta sprawa, centralna, jak się wydaje, dla całej książki, pojawia się znowu przy rozważaniach o pamięci. „Gdzie Ty, Panie, trwasz w mej pamięci? Gdzie w niej przebywasz? (…) Ale gdzie ja Ciebie niegdyś znalazłem w taki sposób, że zdołałem Cię poznać? Bo zanim Cię poznałem, jeszcze nie było Ciebie w mojej pamięci” (X,25).

Podobna logika (nieco przewrotna w dzisiejszym rozumieniu) dotyczy kolejnych kwestii, m.in. tej, czy można wzywać Pana, skoro jest On wszędzie, napełnia wszystko, jest niepodzielny i wszechobecny. I pytanie nad wszystkimi górujące: „Czymże więc jesteś, Boże mój?” Pytania są zadane nieraz ostro i z pełną logiką; odpowiedzi zaś odwołują się natychmiast do uczuć, do emocji. Przyznaję, że to raczej logika pytań niż logika odpowiedzi mnie zainteresowała.

Innym przykładem Augustyńskiej logiki (dialektyki) są jego rozważania o istniejących rzeczach (VII,11), które „ani nie istnieją w sposób zupełny, ani nie można rzec, żeby w sposób zupełny nie istniały”. Rzeczy, które ulegają zepsuciu są dobre. Gdyby były najwyższymi dobrami, nie ulegałyby zepsuciu; zarazem nie mogłyby się zepsuć, gdyby w ogóle dobre nie były. Pozbawienie rzeczy wszelkiego dobra prowadzić musi do tego, że w ogóle przestaną istnieć, jako że wówczas nie mogłyby ulec dalszemu zepsuciu, a więc byłyby lepsze niż uprzednio; niedorzeczne jest jednak stwierdzenie, że rzeczy stają się lepsze, jeśli utraciły wszelkie dobro. Wniosek stąd niespodziewany, lecz całkowicie mieszczący się w ramach tej logiki, że wszystko, co istnieje, jest dobre. „Brakuje rozsądku ludziom, którym się cokolwiek nie podoba w Twoim stworzeniu” (VII,14).

Rozważania prowadzą Augustyna do psychologii. Jest pewny, że poprzez rzeczy stworzone można poznać sprawy boskie; że ponad obserwacjami o rzeczach zmiennych „istnieje nigdy się nie zmieniająca, prawdziwa wieczność prawdy” (VII,17). Dusza poznaje świat materialny poprzez zmysły, przekazujące dane o rzeczach zewnętrznych. Tę zdolność mają również zwierzęta. „Dalej bowiem jest zdolność rozumowania”, poddająca osądowi fakty, poddane przez zmysły.

Choć ta zdolność jest również zmienna, ma ona jednak pewność, że to, co niezmienne, jest lepsze od tego, co zmienne. „I oto w chwili wstrząsającego widzenia” św. Augustyn pojął, że „poprzez rzeczy stworzone [poznaje] — niewidzialne sprawy Twoje” (VII,17).

Specjalnie gorący, wręcz poetycki pean poświęcony jest pamięci. Augustyn zastanawia się nad rodzajem umieszczonych w niej rzeczy. Są to nie tylko ślady utrwalone poprzez odczucia zmysłowe, lecz również „niezliczone zasady i prawa liczb i wymiarów” oraz uczucia. Tu znowu daje o sobie znać logika augustyńska, gdy rozważa zapomnienie: „Lecz czymże jest zapomnienie, jeśli nie brakiem pamięci? Jakże więc pojawia się ono w taki sposób, że mogę je wspominać, skoro wtedy, gdy ono się pojawia, nie mogę wspominać?” Biedny Augustyn woła w związku z tymi rozważaniami: „Kto zdoła pojąć, jak to naprawdę jest? Ciężko się trudzę, o Panie, na tym polu, którym ja sam dla siebie jestem” (X,16). Myślę, że w stanie zalążkowym spotykamy się tu (czy po raz pierwszy?) z paradoksem Fregego.

Równie fascynującą jak pamięć jest dla św. Augustyna sprawa czasu. „Czymże jest czas?” — pyta i odpowiedź na to zajmuje mu kilkadziesiąt stron. Rozumie, że istnieje (to słowo było wówczas jednoznaczne!) tylko czas teraźniejszy, przeszłość i przyszłość istnieją inaczej (w innym sensie). Lecz gdzie istnieją? Tego — powiada Augustyn — jeszcze nie umiem dociec (XI,18). Stwierdza, że mierzymy czas, choć nie można mierzyć czasu przeszłego, którego już nie ma, ani przyszłego, którego jeszcze nie ma. Dochodzi do wniosku, że czas mierzymy w umyśle, że w istocie mierzy się wrażenia, które w nim pozostały. Jest to więc psychologiczna wersja czasu, nie zaś fizyczna, której chyba nie sposób było wówczas sformułować.

W rozważaniach na temat aktu stworzenia, któremu poświęcona jest znaczna część Księgi Dwunastej, św. Augustyn twierdzi, że przed aktem stworzenia czasu nie było, że dla Boga czasu, czegoś przemijającego, a więc niedoskonałego, w ogóle nie ma. Słowa o dniach stworzenia trzeba więc interpretować jako przenośnię, a w Biblii znalazły się one dla udostępnienia tych spraw śmiertelnikom.

Parę fragmentów Wyznań poświęconych jest stosunkowi do wiedzy i nie jest dla mnie w pełni jasne, jakie Augustyn zajmował stanowisko. Po omówieniu pokus związanych z doznawaniem przyjemności zmysłowych, kolejną pokusą, oddalającą ludzi od Boga, jest jego zdaniem „zaspokajanie próżnej, nie uzasadnionej ciekawości, okrytej — niby płaszczem — mianem wiedzy” (X,35). Jest to pęd „do poznawania takich tajemnic natury, które nie dotyczą naszego życia; wiedza ta nie przynosi żadnego pożytku, ludzie chcą ją zdobywać tylko dla niej samej”.

Wydaje się, że Świętemu chodzi tu zarówno o naukę, jak i o wiedzę tajemną, skoro pisze, że „mnie nie pociągają widowiska teatralne ani też nie dbam o to, by znać układy gwiazd. Nigdy nie pragnąłem wypytywać umarłych” (X,35); potem zaś pisze o obserwacji zjawisk przyrodniczych. Wyraźnie negatywny jest jego stosunek do astrologów i horoskopów.

Ostrzega on za apostołem Pawłem (III,4), by nie dać się zwieść i wziąć do niewoli przez filozofię oraz przez czcze urojenia oparte na żywiołach tego świata, nie zaś na Chrystusie.

Wspomina o nabytych przez ludzi umiejętnościach przewidywania zaćmień, a zarazem posądza ich o bezbożną pychę, ponieważ „w nienasyconej ciekawości penetrują jak ryby; w rozkoszach tyją jak bydło na łące”, nie bacząc na to, że od Pana dostali zdolności badania spraw. Nazbyt troszczą się — chyba na tym polega myśl świętego — o rzeczy śmiertelne, zbyt mało o rzeczy prowadzące do życia wiecznego (V,3).

Nauce katolickiej przyznaje Augustyn większą skromność i rzetelność niż myśli manichejskiej, ponieważ domaga się ona, by niektóre rzeczy przyjmować na wiarę dlatego, że dowód nie byłby dla wszystkich zrozumiały lub że jest w ogóle niemożliwy. Manichejczycy zaś śmieją się z ludzi przyjmujących cokolwiek na wiarę, przyrzekają wiedzę naukową, lecz naprawdę niczego nie uzasadniają (VI,5). Przyjmowanie wielu rzeczy na wiarę jest koniecznością życiową (VI,5). Zarazem Augustyn jest zniechęcony do Manesa i manichejczyków tym, że głoszą rzeczy „niezgodne z zasadami matematyki i ze wszystkimi moimi własnymi obserwacjami” (V,3).

Nie mniej interesujące niż to, o czym św. Augustyn pisze, jest to, co przemilcza. Nie ma w jego dziele (piszę tylko o Wyznaniach) zainteresowania sprawami społecznymi, stosunkami ludzkimi, w tym również niewolnictwem, którego nie kwestionuje. Nie ma niczego merytorycznego o nauce. Rozważania na temat wiedzy są czysto spekulatywne, nie powiązane z wiedzą jego czasów. Wszystkie rozważania są ponadczasowe, abstrakcyjne. Czy na tym polegało Średniowiecze? Czy rozważania teologiczne — takie jak u św. Augustyna — wyparły zainteresowanie innymi kwestiami? Czy, wreszcie, w ramach rozważań teologicznych ten styl uwielbienia Boga stał się, wzorem świętego Augustyna, dominujący?

Niewątpliwie Wyznania są wielką książką i to dlatego, że, jak mówi św. Augustyn, „mądrość i głupota podobne są do pokarmów: jedna do pożywnego, druga do szkodliwego. I jedno i drugie można ubierać w słowa ozdobne albo szare, jak też podawać na wytwornych talerzach albo glinianych miskach” (V,6). To zaś, co pisze, jest mądre i nawet podane w sposób wytworny.

Rozumiem, Jacku, że czytasz Świętego zupełnie inaczej: interesuje Cię chyba właśnie to, co ma on do powiedzenia o sprawach tajemniczych, wiecznych, niezmiennych. Mam nadzieję, że mojego odczytania, laickiego i krytycznego, nie pojmiesz jako obrazoburstwa.

Ryszard Herczyński

* * *

Kochany Ryszardzie!

Bardzo dla mnie pouczające są Twoje zapiski na marginesie lektury Wyznań świętego Augustyna. Ponieważ z mojej strony zapowiada się na list religijny, zacznę od uwagi raczej świeckiej. Mianowicie chciałbym wtrącić swoje trzy grosze na temat stosunku Biskupa Hippony do nauki. Często zarzuca się Augustynowi, że jego krytyczny stosunek do ciekawości nastawionej na poznawanie świata stworzonego (jako że najważniejsze jest poznanie Boga!) opóźnił rozwój przyrodoznawstwa.

Otóż wielki historyk nauki, Pierre Duhem, broni Augustyna przed tym zarzutem. Zwraca on uwagę na wspaniały rozwój astronomii w starożytnej Grecji, przy jednoczesnym braku nawet zaczątków fizyki jako nauki opartej na badaniach empirycznych i używającej języka matematyki. Wynikało to, zdaniem Duhema, z religijnych przeświadczeń starożytnych Greków, którzy ciałom niebieskim przypisywali naturę boską i sądzili, że właśnie dlatego przy ich badaniu da się tak świetnie stosować matematykę — również boską, jak byli o tym głęboko przeświadczeni. Ten pogląd zablokował wyobraźnię starożytnych na samą nawet możliwość poważniejszego zastosowania matematyki przy badaniach zwyczajnej rzeczywistości ziemskiej.

Zdaniem Duhema, to nie przypadek, że dopiero w kręgu kultury chrześcijańskiej fizyka i w ogóle przyrodoznawstwo rozwinęło się na miarę nieporównywalną z rozwojem tych nauk w żadnej innej cywilizacji. Mianowicie chrześcijaństwo, po wielu wiekach głoszenia prawdy, że Bóg stworzył wszystko, co istnieje — dosłownie wszystko, również słońce, księżyc i gwiazdy — rozbiło w końcu to pogańskie przeświadczenie, jakoby ciała niebieskie stanowiły sferę boską, w rezultacie czego wprowadzenie matematyki do badań również, jak to kiedyś nazywano, „sfery podksiężycowej” było już tylko kwestią czasu.

Święty Augustyn żył w czasach — był to przecież przełom IV i V wieku — kiedy przeświadczenie o boskości „sfery nadksiężycowej” było jeszcze w mentalności powszechnej głęboko zakorzenione. Toteż przez swoje kąśliwe uwagi na temat ciekawości astronomów (właśnie astronomów!) Augustyn na pewno przyłożył swojego młota do rozbicia tej mentalności. Ale zarazem budował autentyczną hierarchię wartości. Nie piętnował przecież badań świata stworzonego przez Boga. Piętnował pychę ludzi, których takie badania oddalają od Boga.

Przewidując na długo przed czasem zaćmienie księżyca czy słońca — wyraża Augustyn ten zarzut w formie modlitwy — „popadają ci ludzie w bezbożną pychę, w cień oddzielający ich od światła Twego. Na tak długi czas naprzód przewidują zaćmienie słońca, a swojego aktualnego zaćmienia nie dostrzegają. Nie potrafią bowiem pobożnie zastanowić się nad tym, skąd mają zdolność do badania owych zjawisk. A nawet wtedy, gdy odkrywają, że Ty ich stworzyłeś, nie oddają się dobrowolnie w Twoje ręce, abyś strzegł tego, co stworzyłeś, ani nie zabijają siebie takich, jakimi siebie uczynili [tzn. nie zabijają w sobie «starego człowieka»], w ofierze dla Ciebie” (5,3).

Ale list Twój, Kochany Ryszardzie — świadectwo Twojego pełnego jednocześnie dobrej woli i mądrej ciekawości wgłębiania się w Wyznania — postawił przede mną przede wszystkim pytanie, czym dla mnie jest to dzieło, co w nim jest dla mnie szczególnie ważne. Otóż nie mam wątpliwości, że najważniejsze dla mnie w Wyznaniach są te jego karty, które bezpośrednio dotyczą drogi ich autora do Boga. I o tym chcę tu przede wszystkim napisać.

Zwracasz, Ryszardzie, uwagę na podniesiony przez Augustyna paradoks zawarty w samym pragnieniu szukania Boga: „czy można wzywać Pana, zanim się Go pozna; i jak poznać, gdy się nie wierzy?” Święty Tomasz z Akwinu, podejmując ten paradoks, zwraca uwagę na to, że jakieś wstępne przeczucie Boga zawiera się w naturalnym dla człowieka pragnieniu szczęścia, jakkolwiek przeczucie to może być do tego stopnia nieokreślone, że człowiek może rozpoznać Boga w swoich bogactwach albo w rozpuście (Suma teologiczna, 1 q.2 a.1 ad 1).

Co do Augustyna, nie miał on problemów z tym paradoksem w swojej drodze do Boga. Sformułował go dopiero po swym nawróceniu (10,26) — ażeby pokazać inny paradoks, raczej psychologiczny niż logiczny. Mianowicie nawrócenie odczuwał on jako uwieńczenie swojego długiego i mozolnego, pełnego błędów i potknięć poszukiwania Boga. Kiedy zaś Boga odnalazł, zorientował się, że od samego początku to raczej Bóg jego poszukiwał, jego zaś, Augustyna, poszukiwania polegały częstokroć na uciekaniu od Boga.

Dlatego zaś w trakcie swoich poszukiwań Augustyn nie odczuwał owego, wskazanego przez Ciebie paradoksu, bo atmosfera, w której żył, pełna była różnych wstępnych — autentycznych i nie autentycznych — pojęć o Bogu. To mu do jego poszukiwań wystarczyło. A mówiąc nawiasem, to mu również ogromnie jego drogę wydłużyło, zwłaszcza że natknął się na atrakcyjne wówczas dla siebie manichejskie pojęcia o jakimś Bogu, nie mającym nic wspólnego z materią i brzydzącym się wszystkim, co materialne.

Co tu dużo mówić, dla człowieka moralnie nie uporządkowanego, jakim wówczas był Augustyn, bardzo wygodny był ten Bóg manichejczyków: „Ciągle trwałem w mniemaniu, że to nie my grzeszymy, lecz grzeszy w nas jakaś obca nam natura. Dogodne było dla mej pychy to przekonanie, że nie ciąży na mnie żadna wina i że wtedy, gdy coś złego uczyniłem, nie muszę się z tego spowiadać — prosząc, abyś uzdrowił duszę moją, bom zgrzeszył przeciw Tobie. Wolałem ją usprawiedliwiać, a oskarżać coś innego, co było ze mną, a mną nie było. W rzeczywistości to wszystko należało całkowicie do mnie i tylko moja bezbożność dokonywała takiego podziału i przeciwstawiała jedną część mego «ja» drugiej części. Grzech mój był tym trudniejszy do uleczenia, że nie uważałem siebie za grzesznika” (5,10).

Manicheizm zawalił się jednak w duszy Augustyna pod ciężarem pytań, jakie doktryna ta nasuwała Augustynowi, a na które nie umieli mu odpowiedzieć nawet najwybitniejsi jej propagatorzy (5,6-7). Jednak od zniechęcenia do manicheizmu bardzo jeszcze daleko było Augustynowi do chrześcijaństwa. Zwłaszcza że wcale nie było tak, żeby pytania ostateczne były dla niego przedmiotem największej jego troski. Mnóstwo energii zjadało mu robienie kariery zawodowej oraz bogate życie towarzyskie.

Jednym z przełomów stało się dla niego przypadkowe spotkanie z pijanym żebrakiem. Było to akurat w dniu, kiedy spotkał go zaszczyt wygłoszenia mowy na przywitanie cesarza, który przyjechał właśnie do Mediolanu. „Obdarty żebrak musiał się dopiero co dobrze najeść i napić, bo śmiał się i żartował” (6,6). Augustyn uświadomił sobie wówczas bezsens jego życia, ale uświadomił sobie przede wszystkim, że jego własne życie jest bez porównania bardziej bezsensowne. Uświadomił sobie mianowicie, iż żyje w stanie duchowej nietrzeźwości, nietrzeźwości permanentnej: „On przez jedną noc miał wytrzeźwieć z pijaństwa. A ja z moim pijaństwem położyłem się spać i z nim się zbudziłem — i z nim się znowu miałem położyć, i z nim wstać… I to przez ile dni!” (6,6).

Ów żebrak nie był jedynym człowiekiem, który całkiem przypadkowo zaważył istotnie na drodze Augustyna. Na krótko przed swoją niespodziewaną śmiercią poruszył go bardzo Nebrydiusz, jego kolega, do niedawna podobnie jak on daleki od chrześcijaństwa. Kiedy zachorował, „udzielono mu chrztu w stanie nieprzytomności. Ja nie przywiązywałem do tego żadnej wagi, zakładając, że dusza jego zachowa raczej to, czego się ode mnie nauczyła, niż to, czego dokonano na ciele człowieka nieprzytomnego. Stało się jednak zupełnie inaczej. Wstąpiło w niego nowe życie i [chwilowo] ozdrowiał. Przy pierwszej sposobności — a było to zaraz, gdy mógł już mówić, bo nie odstępowałem od niego, tak bardzo byliśmy obaj do siebie przywiązani — próbowałem żartobliwie zagadnąć go o chrzest, myśląc, że i on będzie się z tego wyśmiewał, bo ochrzczono go, gdy zupełnie nie był zdolny ani do myślenia, ani do odczuwania. Jemu jednak już powiedziano o tym, że został ochrzczony. Teraz spojrzał na mnie ze zgrozą jak na wroga. I z niespodziewaną, cudownie nabytą pewnością siebie ostrzegł mnie, że jeśli chcę pozostać jego przyjacielem, nigdy mi nie wolno mówić do niego takich rzeczy” (4,4).

Anonimowy żebrak oraz Nebrydiusz poniekąd przypadkowo przyczynili się do tego, że Augustyn zwrócił się ku chrześcijaństwu. Dwie inne osoby odegrały w jego nawróceniu rolę całkiem nieprzypadkową. Swoją matką i jej cierpieniem z powodu jego duchowego zagubienia Augustyn się nie przejmował. Przynajmniej tak mu się wówczas wydawało. Monika była prostą kobietą i na jej religijne zaangażowanie Augustyn patrzył z pobłażaniem i poczuciem wyższości. Kiedyś, gdy opowiedziała mu swój sen, w którym otrzymała obietnicę, że on będzie tam, gdzie ona, Augustyn próbował jej wmawiać, że to ona porzuci kiedyś chrześcijaństwo i że to w ten sposób zbliżą się do siebie duchowo (3,11). Trudno jednak mieć wątpliwości co do tego, że modlitwy matki robiły swoje, i to chyba również na płaszczyźnie czysto ludzkiej.

Drugą osobą, która istotnie przyczyniła się do tego, że Augustyn chrześcijaństwem zainteresował się poważnie, był święty Ambroży. Ten świetnie wykształcony i obyty w świecie arystokrata, który dla służby Kościołowi zrezygnował z świetnej kariery, przebiegającej na najwyższych szczeblach administracji cesarstwa, umiał zainteresować wiarą chrześcijańską nawet najbardziej wykształcone i najbardziej wybredne umysły. Augustyn do końca życia uważał go za swojego duchowego ojca, który go doprowadził do wiary.

Jednak jako słuchacz kazań Ambrożego Augustyn od wiary był wciąż daleko. Bo cóż z tego, że pod wpływem tych kazań zaczął się fascynować wiarą chrześcijańską? Nawet najwspanialsze kazania nikogo nie nawrócą. Ówczesny stan swojego ducha Augustyn wyraził w formie modlitwy: „Oto Twój czar porywał mnie ku Tobie, a niebawem odrywała mnie od Ciebie moja własna siła ciężkości i znowu spadałem ku rzeczom tego świata, płacząc. Owa siła ciężkości to były nawyki cielesne. Ale pamięć o Tobie nie gasła we mnie ani też w żadnej mierze nie wątpiłem, że właśnie do Ciebie powinienem przylgnąć. Tylko jeszcze nie byłem do tego zdolny” (7,17).

Dopiero teraz zaczął Augustyn rozumieć, jak bardzo potrzebuje Chrystusa i Jego łaski (7,18). Wtedy również zaczęło dochodzić do jego świadomości, czym jest Kościół. Pośrednio stało się to pod wpływem nawrócenia pewnego, niezwykle wówczas sławnego intelektualisty: „Stary Wiktoryn był człowiekiem niepospolicie uczonym. Znał do głębi wszystkie sztuki wyzwolone. Ileż dzieł filozoficznych przestudiował, ocenił i skomentował. Był nauczycielem wielu znakomitych senatorów; i z wdzięczności za pracę profesorską, którą synowie tego świata uważają za ogromnie ważną, uczczono go wystawieniem jego posągu na Forum Romanum. Aż do starości Wiktoryn był czcicielem bożków” (8,2).

Otóż kiedy Wiktoryn zbliżył się do chrześcijaństwa, za nic nie mógł zrozumieć, dlaczego aby być chrześcijaninem, trzeba należeć do Kościoła i korzystać ze znajdujących się w Kościele źródeł łaski. Augustyn wiedział o tym od sędziwego kapłana, Symplicjana, który był duchowym ojcem samego świętego Ambrożego: „Symplicjan opowiadał mi, że Wiktoryn zarówno Pismo Święte, jak i inne księgi chrześcijańskie pilnie czytał i rozważał. I nieraz mówił do Symplicjana, jeszcze nie publicznie, ale prywatnie, na osobności: «Wiedz, że już ze mnie chrześcijanin». A na to Symplicjan: «Nie uwierzę w to ani cię nie uznam za chrześcijanina, póki cię nie zobaczę w kościele Chrystusa». A tamten śmiał się z przyjaciela, mówiąc: «Więc to mury czynią ludzi chrześcijanami?»” (8,2).

Łaska Boża przełamała jednak opory sławnego intelektualisty i nie tylko zrozumiał potrzebę sakramentów Kościoła, ale wręcz zaczęło zależeć mu na tym, żeby ze swoją wiarą nie kryć się po kątach. „Prezbiterzy, jak opowiadał mi Symplicjan, proponowali Wiktorynowi, aby złożył wyznanie wiary prywatnie, jak według zwyczaju pozwalano niektórym ludziom, jeśli publiczna ceremonia mogłaby im się wydać kłopotliwa. Lecz Wiktoryn swemu ocaleniu w wierze wolał dać świadectwo wobec całej rzeszy wiernych. (…) Kiedy wszedł na podwyższenie, jakaż radość ogarnęła wszystkich, którzy go znali! A kto go nie znał?!”

Teraz Augustyn doszedł do tego punktu, który kiedyś tak trudno było przekroczyć Wiktorynowi: czuł się chrześcijaninem, a przecież chrześcijaninem nie był. Okazuje się, że można uznać prawdę chrześcijańskiego światopoglądu i wciąż być daleko od wiary. „Nie mogłem się już usprawiedliwiać tym, że nie widzę jasno prawdy. (…) Bo prawdę teraz widziałem już zupełnie jasno” (8,5). Swoją ówczesną sytuację porównuje Augustyn do człowieka śpiącego, który czuje przez sen, że najwyższa pora już wstawać, ale jemu w łóżku dobrze i chciałby pospać jeszcze przynajmniej przez chwilę.

„Zatrzymałem się na samym progu, aby zaczerpnąć oddechu — przejmująco przedstawia ówczesny stan swojego ducha. — I znowu próbowałem przekroczyć próg — już byłem trochę bliższy celu, i jeszcze bliższy, już niemal tego dotykałem, już niemal ujmowałem w dłonie… Ale nie mogłem dosięgnąć, nie mogłem dotknąć, ująć. Ciągle odwlekałem ten moment, w którym miałem umrzeć dla śmierci, a dla życia żyć zacząć. Większą miało we mnie moc zakorzenione zło niż dobro, do którego nie przywykłem. Im bliższy był moment, w którym się miałem stać czymś innym, niż byłem, tym większą wzbudzał we mnie grozę. Lecz mnie nie cofał, nie spychał z drogi, po której szedłem — tylko unieruchamiał mnie i więził” (8,11).

I gdyby nie specjalne dotknięcie łaski, Augustyn chrześcijaninem nie zostałby zapewne nigdy. Ale tyle już razy przedstawiano sam moment tego nawrócenia — opisany pod koniec ósmej księgi Wyznań — że tutaj nie będę już go przypominał. Zresztą ludzkie spotkania z Bogiem są niepowtarzalne — po cóż więc szczególnie podkreślać akurat to spotkanie, spotkanie przecież jedno z wielu?

Ale nie powstrzymam się przed przypomnieniem wyrazów żalu, jakie zapisał Augustyn, że nie było mu dane znać Boga od dzieciństwa: „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach i tam Ciebie szukałem, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie — rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś głuchotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią — i oto dyszę pragnieniem ku Tobie. Skosztowałem — i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie — i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim” (10,27).

Rzecz jasna, kto w taki sposób spotkał się z Bogiem, tego może zadowolić tylko życie wieczne: „Kiedy do Ciebie przywrę całą moją istotą, skończy się dla mnie wszelki ból i wszelki trud. Wtedy moje życie będzie naprawdę żywe, całe napełnione Tobą” (10,28).

Kochany Ryszardzie! Tyle już razy sięgałem do Wyznań, a muszę Ci wyznać szczerze, że pierwszy raz w życiu zobaczyłem tak wyraźnie duchową drogę Augustyna. To dzięki Tobie. Bo Twój list poniekąd przymusił mnie, żebym sięgnął do tej książki jeszcze raz. Serdecznie Ci dziękuję!

Jacek Salij OP

* * *

Drogi Jacku,

„Filozofia nauki jest mostem między naukami przyrodniczymi i humanistycznymi” (Philip Frank). Ja wchodzę na most pierwszą z wymienionych dróg. Ty, uzbrojony ponadto w wiedzę teologiczną — drugą. Te mikroteksty to wynik spotkania. Każdy z nas wnosi na most swój bagaż i korzysta z dzieł wybitnych — takimi są przecież Wyznania św. Augustyna — według własnych zainteresowań i na miarę własnych umiejętności.

Zazdroszczę Ci (choć to cecha naganna), wiem bowiem, że czytasz Wyznania, mając głębszą niż ja perspektywę; wiem, że moje odczytanie jest niepełne, kalekie, dotyczące spraw dla św. Augustyna i dla Ciebie nie tak już istotnych. Wszakże zajmował się on stosunkiem między racjonalną wiedzą a Objawieniem. Ponieważ prawda jest logiczna — twierdził — nie może być między nimi sprzeczności. Są one zawsze pozorne, a wynikają z tego, że bierzemy zbyt dosłownie słowa Pisma Świętego lub nadmiernie wierzymy tezom nauki, które przecież, jak uczy doświadczenie, zmieniają się. Słowa Pisma dotyczą głównie spraw boskich i moralnych, a uwagi o świecie fizycznym mają znaczenie drugorzędne. Twierdzenia filozoficzne jawnie sprzeczne z wiarą chrześcijańską są niewątpliwie fałszywe.

Chylę głowę przed Duhemem. Jednak późniejsze prace nie potwierdzają tezy, do której popularyzacji Duhem się przyczynił, tej mianowicie, że Grecy starożytni dalecy byli od nauki empirycznej: przeczy temu np. tzw. Korpus Hipokratesa, doświadczalny dowód „materialności” powietrza, prace inżynierskie z budową (z obu stron!) tunelu, badania akustyczne pitagorejczyków. Prawda, niewiele było tam matematyki, ale, jak sądzę, nie mogło być jej ówcześnie więcej; przecież nawet wykonanie prostego mnożenia było zadaniem trudnym i zawiłym. O „zablokowaniu wyobraźni” chyba nie może być mowy.

Podejście św. Augustyna do nauki było w znacznym stopniu pochodną poglądów Platona. Za nim przyjął przecież przekonanie o istnieniu świata idealnego i prawd wiecznych. Dla św. Augustyna prawdy te istnieją w Bogu, a dla ich poznania zmysły i nawet praca rozumu nie są potrzebne. Sprawy ziemskie nie są zajęciem człowieka kulturalnego, dążącego do osiągnięcia wzniosłych celów.

Nie są to twierdzenia „popychające” przyrodoznawstwo, zajmujące się zgoła ziemskimi, prozaicznymi sprawami, a zaważyły przecież na jego rozwoju przynajmniej przez osiem wieków. Dlatego nie sądzę, że kulturze chrześcijańskiej można przypisać rozwój przyrodoznawstwa. Nie rozwinęło się ono w chrześcijaństwie wschodnim, a przyczyny jego rozwoju w katolickiej (a później również w protestanckiej) Europie są dość skomplikowane. Zastój naukowy (często nie tylko naukowy) w różnych cywilizacjach różne ma przyczyny i w każdym przypadku wymaga szczegółowego namysłu. Wydaje mi się, że Twoja uwaga zawiera tylko częściową prawdę: rola Kościoła w tworzeniu nauki i, być może, bardziej jeszcze w jej przechowywaniu i rozpowszechnianiu była do okresu Oświecenia dominująca.

Dzięki Ci, kochany Jacku, za serdeczny list. Nie żałuję, że poniekąd „przymusiłem” Cię do niego. Ciebie ponownie uwiodła duchowa droga Świętego, mnie zaś po grzebaniu się w mniej poetyckich, a uczonych książkach o historii nauki, uwiodły żmudne, wciąż ponawiane, a nigdy nie ostateczne próby zrozumienia świata przyrody. Mam nadzieję na dalsze przyjacielskie kłótnie: w nich obie spierające się strony są wygrane, przegrywających nie ma.

Ryszard Herczyński

Dwie lektury „Wyznań”
Ryszard Herczyński

czytelnik....

Dwie lektury „Wyznań”
Jacek Salij OP

urodzony 19 sierpnia 1942 r. w Budach na Wołyniu – polski prezbiter rzymskokatolicki, dominikanin, profesor nauk teologicznych, pisarz, publicysta, autor setek książek i tysięcy artykułów, przez 40 lat prowadził rubrykę Szukającym drogi w miesięczniku „W drodze”, którego naz...