Po prostu Ojciec…

Po prostu Ojciec…

Bez Niego nie byłbym sobą. Czegoś by mi brakowało. Nie smakowałbym nawet samemu sobie. Byłbym jak obiad bez soli i pieprzu. Przecież to już od dwudziestu lat mamy swojego Papieża. Od dwudziestu lat na najwyższym urzędzie na świecie zasiada Polak, ukazując nas wszystkich, którzy pochodzimy z Jego narodu, całemu światu i samemu Panu Bogu. Ukazując również nam nas samych. Naszą godność i powołanie.

Za dwie sprawy pragnę Mu dzisiaj podziękować. Sprawy, które stały się treścią mojego życia. Jego solą i światłem.

Pierwsza — to przywrócił siłę i wagę naszym słowom. Nauczył nas mówić na nowo po polsku. Zaczął mówić po polsku tak, jak nikt wtedy nie mówił, a jak wielu przeczuwało, że trzeba byłoby mówić. Kiedy zaczął przemawiać, myśmy się z tymi słowami utożsamiali. To było coś takiego, jakbyśmy nigdy wcześniej nie słyszeli polskiej mowy. Ona w jego ustach stawała się odkryciem. Wszyscy przecież mówiliśmy po polsku. Od dzieciństwa mówiliśmy po polsku, w szkole, w domu, na ulicy, w radio i telewizji. Ale przecież to nie było to. Był to czas, kiedy podstawowe słowa wcale nie musiały znaczyć tego, co znaczyły. Myśmy myśleli i mówili między liniami, w domyśle bywało więcej niż na papierze czy na falach radiowych. To były mikroskopijne odległości, fałsze i zakłamania. Staliśmy się mistrzami żonglerki słowami, domysłów i żartów, ale równocześnie staliśmy się ofiarami tej niebezpiecznej zabawy. Myśmy podejrzewali, że można by inaczej, ale nikt nie wiedział, jak to robić. Czy to w ogóle możliwe. Nieliczni poeci i arystokraci ducha mówili do siebie innym językiem. Ale na taką skalę i tak jasno i dobitnie nikt nie odważył się aż dotąd używać języka polskiego.

I nagle On. Od pierwszych słów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” Nic z wyświechtanego banału. Ale nieprawdopodobna świeżość. Odkrycie. I dziwisz się jakbyś to słyszał po raz pierwszy. On jakby wskrzeszał nasze słowa, wskrzeszał naszą mowę — która na naszych oczach zmartwychwstawała. Przemówienia z pierwszej i następnych pielgrzymek tak natchnione i prorockie uskrzydlają do dziś. Są natchnieniem. Sięgają niebios. Mowa nasza dostaje skrzydeł w jego ustach. Nikt tyle dla niej nie zrobił. Uratował nasz język. Toteż kiedy piszę do Niego list i zaczynam: Kochany Ojcze Święty…, to jestem przekonany, że te właśnie użyte przeze mnie słowa to właśnie znaczą i wyrażają, że jest dla mnie naprawdę i Ojcem, i Kochanym.

A może trzeba by cofnąć się jeszcze dalej, do Księgi Rodzaju, ażeby zaczerpnąć wzoru z tego, jak Adam w Raju nadawał nazwę każdemu stworzeniu. Tak samo i On nadawał nazwy tym nowym stworzeniom, nazywał je po imieniu i egzorcyzmował lub błogosławił. Od dzieciństwa mówiłem po polsku, ale spotkanie z Jego słowem to było tak, jakbym się uczył polskiej mowy od początku. Radość odnajdywania nie podejrzewanych treści w słowach, które nagle ożywały, stawały się piękne i mocne, nośne i brzmiące. Te słowa były jak stągwie dotychczas wypełnione wodą, a pod Jego działaniem stawały się wypełnione winem z Galilejskiej Kany.

Radość odnajdywania i odkrywania poszczególnych słów oraz całych wyrażeń jest nieporównywalna z niczym. Za ukazanie mi tego świata słowa, słowa, które karmi, upaja, ożywia i umacnia, jestem Mu wdzięczny tak, jak rodzicom, którzy nauczyli mnie mówić.

Istnieje jeszcze jedna sprawa życiowa, którą Mu zawdzięczam. Zbyt młodego kapłana posłano do duszpasterstwa. Posłano bez przygotowania, znienacka. Inne miałem plany i zamysły. Duszpasterstwo młodzieży. Posłano mnie na front. Ale nie dano mi karabinu. Pewnego dnia stanąłem oko w oko z młodzieżą, która mnie otoczyła i nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Jaki ma być scenariusz naszych rozmów i spotkań. Kim mam być dla nich, a oni dla mnie. Zbyt dużo i zbyt ładnych dziewcząt stanęło w jednej chwili przy mnie. Zacząłem się odsuwać. Na płaszczyźnie partnerskiej czułem się nieswojo. Klepnąłem jedną z dziewczyn w ramię i walnąłem: mów mi po imieniu, będziemy tutaj robić duszpasterstwo. A ona na to: „kolegów to ja mam w klasie, musisz być dla nas ojcem”. Nie wiedziałem w ogóle, co to znaczy. Jak się to je i z czym. Co to znaczy, że ja mam być dla nich ojcem? Czy ja kogo urodziłem? Zacząłem uciekać przed tym słowem, tytułem, rzeczywistością.

I nagle On i Jego tekst: Promieniowanie ojcostwa. Pamiętam, jak to było. Wskazał mi go Marek Skwarnicki. Był w trakcie przygotowywania zbiorowego wydania dzieł Karola Wojtyły. Powiedział mi o nim, że dwie redaktorki odrzuciły go, bo był on ich zdaniem zbyt freudowski. Rzuciłem się na ten tekst, wiedziony jakąś intuicją. Nie rozumiałem go, ale nie mogłem też porzucić. Towarzyszył mi, aż wreszcie stał się wielkim odkryciem. Największym. Górną granicą człowieczeństwa w człowieku jest rodzicielstwo, ojcostwo. Nie mogę uciekać przed wielkością wpisaną we mnie przez Boga. To jest to, to jest rozwiązanie. To ustanawia dystans między mną a ludźmi. To ustanawia odległość między mną a ślicznymi dziewczynami. Ojciec. Nie może nigdy zagrażać własnym dzieciom. Może być jeszcze bliżej, bo kocha bezinteresownie i pragnie dobra dogłębnie i wszechstronnie rozumianego. Skończyła się szamotanina. Zaczęło się dojrzewanie. Największa przygoda mojego życia: bycie ojcem nie swoich dzieci. Dzieliłem się tym odkryciem ze wszystkimi. Dokądkolwiek pojechałem. Jakiekolwiek głosiłem rekolekcje, nauki, konferencje. Wydawało mi się, że uchwyciłem coś bardzo ważnego, istotnego. Coś, co jest najwłaściwszym słowem dla rzeczywistości, która w moim życiu stała się głównym nurtem.

Pojechałem kiedyś do Rzymu i opowiadałem Ojcu Świętemu o tej przygodzie i o odkryciu tego tekstu. O tym, jak ten tekst nazywał mi rzeczywistość, w którą mnie wepchnięto. Opowiadałem o pięknych dziewczynach i chłopakach, którzy przychodzą do naszego duszpasterstwa, o tym, jak jesteśmy razem. I o tym, jak jestem skrępowany, kiedy stają zbyt blisko, bo na płaszczyźnie partnerskiej oni mnie, a ja im zagrażamy sobie wzajemnie. Ale na płaszczyźnie rodzicielskiej trudno, aby ojciec zagrażał swojemu dziecku, chyba że jakiś wyrodny. Ojciec Święty uśmiechnął się i pobłogosławił. Powiedział też: to był również i mój problem, kiedy byłem bardzo młody.

Te dwie sprawy stały się pieczęcią mojego życia i mojego kapłaństwa. Przyłożenie tej pieczęci nastąpiło w bazylice Watykańskiej podczas spotkania z kapłanami, kiedy pod kopułą Michała Anioła Jan Paweł II krzyknął do wypełnionej po brzegi kapłanami bazyliki: — Światu potrzeba kapłanów — i podnosząc głos o oktawę dramatycznie wielkim głosem zawołał: — bo światu potrzeba Chrystusa!

To wyznanie składam dzisiaj u stóp Ojca Świętego jako wyraz wdzięczności za darowane mi słowo i pokazaną mi drogę.

Nigdy dotąd w dziejach Następca Piotra nie myślał i nie mówił naszym językiem. On przecież modli się i myśli po polsku. I dlatego jest mi tak bliski.

Od pierwszego z Nim spotkania przed laty aż po ostatnie, odbyte całkiem niedawno, każde wypowiedziane lub napisane w moim kierunku słowo, przesuwa horyzont mojego myślenia i działania do przodu. Nie pozwalając się zatrzymać. Tak powstawały kolejno: Hermanice, Jamna, a ostatnio Lednica. Wszystkie wsparte Jego błogosławieństwem. Jestem zatem Jego niewypłacalnym dłużnikiem.

Po prostu Ojciec…
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...