Fascynujące ćwierć wieku 1973-1998

Fascynujące ćwierć wieku 1973-1998

25 lat, które minęły od ukazania się pierwszego numeru miesięcznika „W drodze”, to lata pod wieloma względami w naszej historii najnowszej decydujące o spełnieniu testamentu Polski walczącej i politycznej emigracji, odzyskaniu wolności i już przez to samo fascynujące. Jest wiele powodów, dla których ten okres należy uznać za wyjątkowy, szczególny. Minione ćwierć wieku to czas, w którym pojawiła się coraz bardziej powszechna opozycja wobec systemu komunistycznego.

Jest to fenomen, który jeszcze w latach sześćdziesiątych, nie mówiąc o pięćdziesiątych wydawał się nieziszczalnym marzeniem, czymś niemożliwym z samej natury komunizmu, faktem, na który sprawujący dyktatorską władzę sowieccy mianowańcy nie zgodzą się nigdy, albowiem musi to prędzej czy później oznaczać dla nich utratę władzy, a być może jeszcze poważniejsze kłopoty. Co też istotnie się stało. W następstwie działania demokratycznej, antykomunistycznej opozycji wykreowany został ruch społeczny i związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, a następnie miała miejsce ostateczna dekompozycja i upadek dyktatury, co symbolizowane jest w przemianach roku 1989, chociaż z uwagi na powolny i ciągły charakter tego procesu bardzo trudno o wskazanie przełomowej, symbolicznej daty oznaczającej powstanie niepodległej, demokratycznej Polski.

Historia jest procesem ciągłym i chociaż zdanie to nie wygląda odkrywczo, to jednak przy okazji tego rodzaju rozważań warto je być może przypomnieć. Poszczególne procesy i zdarzenia wzajemnie się zazębiają, wynikają jedne z drugich i każda próba wyodrębniania poszczególnych okresów, dat granicznych, tworzenie jakichkolwiek klasyfikacji jest obarczona błędem subiektywizmu. Tak samo jak kategorie systematyczne w przyrodzie istnieją jedynie w podręcznikach (albowiem faktycznie mamy do czynienia wyłącznie z osobnikami), są wyrazem i efektem ludzkiego dążenia do porządkowania zjawisk, tak również w przypadku wyodrębniania okresów historycznych mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Dodatkowo obarczonym trudnością z zastosowaniem w miarę jednoznacznych kryteriów.

Już samo zestawienie dat 1973-1998 ma w moim przypadku charakter symboliczny, chociaż jest ono w znacznym sensie przypadkowe i związane z rozpoczęciem ukazywania się katolickiego miesięcznika. W roku 1973 przebywałem w więzieniu w Barczewie, w celi sąsiadującej z celą Ericha Kocha, gauleitera Prus Wschodnich i Ukrainy, zbrodniarza hitlerowskiego, którego brutalna i bezmyślna polityka przyczyniła się w istotnym stopniu do klęski Hitlera na wschodzie. Aresztowany w roku 1970, zostałem w roku 1971 roku skazany na 7 lat więzienia za próbę obalenia ustroju socjalistycznego siłą, z czego w więzieniu przebywałem 4 lata i 3 miesiące.

Rok 1973 był to szczytowy okres gierkowskiej stabilizacji, tak zwanego małego cudu gospodarczego. Podobnie jak rok poprzedni i następny, lata przygnębiająco ponure, przede wszystkim poprzez brak jakiegokolwiek widocznego oporu społecznego wobec komunizmu. To, co było charakterystyczne dla tego okresu, a w każdym razie za charakterystyczne mogło uchodzić, to pogoń za rzucanymi przez komunistów ochłapami w postaci talonów, paszportów, lodówek i drobnych materialnych korzyści. Wszystko wydawało się wskazywać na to, że komunizm jest jedyną możliwą rzeczywistością, a jego niewielka liberalizacja i rezygnacja z najbardziej brutalnych, odrażających form represji i kłamstwa, zresztą w jakimś stopniu już mająca po 1956 roku miejsce, stanowi kres możliwości i jedyny realny cel działania. Po raz kolejny zdawały się powracać w naszej historii słynne słowa cara Aleksandra II wypowiedziane do delegacji polskiej szlachty — „żadnych marzeń panowie, żadnych marzeń”.

W roku 1973, odliczając niekończące się dni więzienia, rozstawałem się z marzeniami o niepodległości Polski, wolnych wyborach, zniesieniu cenzury, oddzieleniu ekonomii od ideologii, podróżach po całym świecie z polskim paszportem i polskimi wymienialnymi pieniędzmi — jak przed wojną. Byłem przekonany i wskazywało na to wszystko, w sposób szczególnie ostry na skutek więziennej perspektywy, że nie będę znał innej Polski, niż Polska Ludowa, że nie doczekam wyzwolenia, że bohaterskie zrywy powstańcze w Poznaniu w 1956 roku, w Budapeszcie w tym samym roku, w Pradze w 1968 i na polskim Wybrzeżu w 1970 roku, to cały opór wobec komunizmu. To wszystko, nic więcej już się nie stanie. Oni wygrali, zniszczyli, spacyfikowali, ogłupili i przekupili swoich ewentualnych przeciwników i teraz będą już kraść i kłamać swobodnie i spokojnie, długo, bardzo długo, a w każdym razie dłużej niż moje i jeszcze następne pokolenie.

Rok 1998 jest rokiem, w którym wszystkie w zasadzie moje marzenia i pragnienia, przynajmniej z tamtej perspektywy oglądane, zostały spełnione. Polska jest w pełni wolna, niepodległa, demokratyczna. Tak bardzo, że aż czasami wydawać się może, że za bardzo. To stało się w taki sposób, że wielu ludzi tego być może nawet nie zauważyło, a w każdym razie nie do końca sobie uświadomiło. Jest to sytuacja pod pewnymi względami podobna do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Gdy czyta się pamiętniki, zapiski pochodzące z tamtej epoki, często uderza niedostrzeganie procesu upadku i rozkładu imperium rzymskiego, powstawania nowych narodów, zmierzchu rzymskich prowincji i tworzenia się narodów chrześcijańskiej Europy. Czytając i słuchając współczesnych polityków i publicystów, co ciekawe, częściej prawicowych niż lewicowych, można odnieść wrażenie, że Polskę dotknęła jakaś ciężka klęska. Dziwaczne pomysły powoływania różnych komitetów „ratowania narodu polskiego”, „ratowania” czy „odbudowywania” Polski są przejawem niedostrzegania albo ignorowania rzeczywistości, smutnym pomnikiem zaślepienia, fanatyzmu, własnych urazów, fobii, głupoty, krótkowzroczności, branych za rzeczywistość. Polsce nie zagraża ani dziś, ani w dającej się przewidzieć przyszłości, nic, przynajmniej jeśli chodzi o zagrożenia zewnętrzne. Od czasów Unii Lubelskiej nie było sytuacji, w której nasze położenie zewnętrzne było tak dobre. W dodatku przesądzona jest już przynależność Polski do NATO. Oznacza to, że siły zbrojne najpotężniejszego mocarstwa, Stanów Zjednoczonych, są zobowiązane do obrony naszej niepodległości i naszych granic. Tak jeszcze nigdy nie było w całej historii Polski, zwykle natomiast nasze siły zbrojne występowały w obronie innych. Warto pamiętać, że NATO skutecznie zagwarantowało pokój na świecie, i to dzięki sojuszowi NATO powstrzymana została ekspansja komunizmu. Sam komunizm upadł, wprawdzie pod ciężarem własnej niewydolności, ale determinacja Stanów Zjednoczonych do obrony wolności w ogromnym stopniu ten upadek przyspieszyła.

Rok 1998 to nie tylko kolejny dziewiąty już rok wolnej, niepodległej Polski, to także kolejny rok istnienia niepodległej Litwy, Łotwy, Estonii, Ukrainy i także Białorusi, mimo przykrego faktu, że rządy w niej z woli znacznej części narodu białoruskiego sprawuje polityk wyraźnie tej niepodległości niegodny. Stało się to, co wydawało się niemożliwe, a w każdym razie niemożliwe bez połączonej z hekatombą ofiar wojny — rozpad Związku Sowieckiego i powstanie niepodległych państw, z których większość była już kiedyś w przeszłości niepodległa. Stało się to w sposób całkowicie pokojowy, nie było żadnych ofiar, nawet przysłowiowa szyba nie została wybita. Na listopadowy cud z 1918 roku wskrzeszenia Polski po 123 latach zaborów i niewoli składała się walka pięciu pokoleń: kilka powstań zbrojnych, dwie rewolucje, legiony, konspiracje, bardzo wiele walki, cierpienia i pracy organicznej; to wszystko, co tworzyło dramatyczną historię podzielonego narodu, dobijającego się o własne państwo wobec głuchego sumienia Europy. Ale ostateczne odbudowanie państwa było możliwe dopiero na skutek wojny światowej, jednoczesnej klęski trzech mocarstw zaborczych. Natomiast przekreślenie przeklętego dziedzictwa Jałty dokonało się w sposób odmienny.

Można oczywiście formułować zarzuty na temat znanych błędów popełnionych podczas negocjacji okrągłego stołu. Zarzuty w znacznym stopniu uzasadnione. Konsekwencją tego, że w Polsce, podobnie zresztą jak w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej nie dokonała się antykomunistyczna rewolucja, jest silna pozycja postkomunistów. Nie zmienia to jednak faktu zasadniczego — żyjemy we własnym wolnym państwie. Tak jak w 1918 roku zburzony został w efekcie I wojny światowej porządek wiedeński, tak w roku 1989 przezwyciężony został w sposób pokojowy porządek jałtański. W roku 1918 stawaliśmy wobec wyzwań przede wszystkim zewnętrznych, zagrożeń granic i samej niepodległości, niebezpieczeństw wynikających z przejściowości sytuacji, w której dwa wielkie mocarstwa Rosja i Niemcy wyłączone były z decydującego wpływu na losy Europy. W roku 1989, jak i obecnie stajemy natomiast przede wszystkim wobec wyzwań o charakterze wewnętrznym. Od mniej więcej 300 lat z krótką, biorąc pod uwagę perspektywę historyczną, przerwą — 20 lat II Rzeczypospolitej — losy Polski w niewielkim tylko stopniu zależały od suwerennych decyzji podejmowanych w Warszawie. Obecnie znowu za losy Polski tylko my sami ponosimy odpowiedzialność. Wyzwania, jakie niesie koniec wieku XX i rozpoczynający się już niedługo wiek XXI mają, moim zdaniem, przede wszystkim ekonomiczny charakter. Są mimo wszystko łatwiejsze niż wyzwania, wobec których stanęła skrwawiona w I wojnie generacja, która odbudowała i na lat 20 zabezpieczyła niepodległość.

Obserwując zmagania polityków II Rzeczypospolitej, pragnących uchronić nasz kraj w sytuacji narastającego zagrożenia ze strony III Rzeszy i Związku Sowieckiego, a zwłaszcza patrząc z perspektywy dzisiejszej wiedzy na wysiłki rządu emigracyjnego, usiłującego ocalić niepodległość Polski, oddanej decyzją Roosevelta i Churchilla w Teheranie i Jałcie Stalinowi, można jedynie podziękować Bogu za to, że uwolnił naszą generację od takich nieszczęść. Wówczas nie było dla Polski dobrych rozwiązań ani decyzji, a spory i wzajemne oskarżenia polityków miały w sobie wiele z „potępieńczych swarów” Adama Mickiewicza, gdy wydawało się, że nie ma ratunku, a wszystkie wiadomości z kraju potwierdzały jedynie najczarniejsze opinie i przepowiednie. Dziś dobre rozwiązania istnieją, a raczej potrzeba wiele wysiłku i złej woli, aby z nich nie skorzystać. Na ogół przy każdej dyskusji na temat wyzwań, przed jakimi stoimy, podaje się integrację naszego kraju i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej ze strukturami Unii Europejskiej. To prawda, ale wydaje mi się, że wyzwaniem ważniejszym jest przezwyciężenie dziedzictwa Polski Ludowej, ostateczne przezwyciężenie komunizmu. Komunizm obok przemocy niesie bowiem ze sobą bankructwo duchowe, degradację ekonomiczną i społeczną, nietolerancję, kłamstwo, podłość, cynizm i demagogię, wynikające z moralnego upadku. System ten, wyrosły z negacji chrześcijaństwa, mający u swoich najgłębszych podstaw ludzką pychę, był wielokrotnie opisywany jedynie w kategoriach państwa policyjnego, totalitaryzmu politycznego. To zrozumiałe, albowiem ta forma komunizmu była najokrutniejsza, prowadziła do wojen, egzekucji, terroru, w efekcie którego śmierć poniosło wiele milionów ludzi. Ogromne cierpienia i zniszczenia były przede wszystkim udziałem Polski. Ale po 45 latach panowania tego systemu okazało się, jak naiwne były oczekiwania, że wszystkie problemy rozwiążą się same, że wystarczy samo tylko przejęcie przez polityków wywodzących się z tradycji demokratycznej władzy z rąk niezdolnych już do jej utrzymania komunistów, a wszystkie problemy zostaną rozwiązane. Polska, podobnie zresztą jak inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, jest zagrożona przez groźbę recydywy komunizmu, przez możliwość powrotu do władzy dawnej komunistycznej nomenklatury. W latach 1993-97 taki powrót miał już miejsce i z najwyższym trudem prawicy udało się pokonać partie PRL-owskiej nomenklatury w wyborach parlamentarnych we wrześniu 1997 roku. Ale zwycięstwo to niczego na trwałe nie przesądza. Lata 1993-97 rządów postkomunistów to lata całkowicie zmarnowane, nie przeprowadzono żadnych koniecznych reform, a sprawujący władzę zajmowali się jedynie dzieleniem stanowisk, korzyści i przywilejów, traktując Polskę jako obiekt partyjnej eksploatacji. Jak rzadko kiedy okazało się, że dla nomenklatury każda, zarówno Polska Ludowa, jak i III Rzeczypospolita, jest przede wszystkim dla partii, że istotą zarówno komunizmu, jak i postkomunizmu jest to, że partia ma państwo. Po 45 latach niszczenia kultury politycznej, jak również każdej innej kultury, bardzo wiele obyczajów, zachowań, praktyk, charakterystycznych dla czasów PRL przeniknęło do III Rzeczypospolitej. Do tego doszły negatywne zjawiska typowe dla społeczeństwa liberalnego. W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, gdy półoficjalną ideologią staje się cynizm, korupcja stanowi zagrożenie dla klasy politycznej, przestępczość jest plagą społeczną większą chyba niż bezrobocie. Reformy gospodarcze chociaż imponujące, na skutek zapóźnień we wszystkich dziedzinach życia, nie nadążają za społecznymi oczekiwaniami. Stwarza to dogodne warunki dla najróżniejszych demagogów, żerujących na tych rozczarowaniach i obszarach biedy. Wytrenowani w cynizmie i demagogii postkomuści bez najmniejszych skrupułów wykorzystują w swojej propagandzie trudności i problemy, za których istnienie sami ponoszą odpowiedzialność, ale dysponując wpływami w środkach przekazu są w stanie dość skutecznie manipulować nastrojami opinii publicznej. W takiej atmosferze możliwe jest w Polsce prawie wszystko. Sojusz dawnych opozycjonistów jak np. Kazimierza Świtonia z kryminalistami i ubekami, cyniczne wykorzystywanie uczuć i symboli religijnych do walki z autorytetem Prymasa Polski i Episkopatu, co zresztą z większym lub mniejszym powodzeniem robili przez 45 lata komuniści. Rozbijanie jedności AWS, będącego dziś i w dającej się przewidzieć przyszłości jedyną realną alternatywą rządów SLD i rekomunizacji Polski, przez ludzi zasłaniających katolicyzmem własne chore ambicje oraz pychę. Pojawianie się na scenie politycznej ugrupowań samymi nazwami (Partia Przyjaciół Piwa, Partia X), postaciami i wypowiedziami liderów (UPR, Blok dla Polski) albo deklaracjami programowymi (Partia Emerytów i Rencistów, KPN-OP), kompromitujących demokrację. Każde wybory prezydenckie są w naszym kraju festiwalem kabaretowych postaci, pragnących powtórzyć sukces Stana Tymińskiego i przy okazji uświadamiających nam wszystkim stosunkowo wysokie koszty demokracji. Wydaje mi się, że najlepszą odpowiedzią w obszarze politycznym jest jedność prawicy w Akcji Wyborczej Solidarność, odrzucenie wszelkich pomysłów o możliwości zawarcia tzw. historycznego kompromisu, czyli uznanie postkomunistów za partnera w procesie reformowania państwa, a nie ugrupowania wywodzącego się z obcej Polsce tradycji, obciążonego piętnem kolaboracji i narodowej zdrady.

Ale podkreślam, wymienione wyżej, znane zresztą i wielokrotnie w różnych miejscach wymieniane wyzwania i zagrożenia, są niczym w porównaniu do wyzwań, przed jakimi stały generacje poprzednie, którym nie było dane doczekać spełnienia snów o wolnej, niepodległej, demokratycznej Polsce. Z drugiej strony jest zrozumiałe, że dla ludzi wkraczających dziś w dorosłe życie, nasze doświadczenia z totalitaryzmem nie mówią nic lub mówią bardzo niewiele. Tak zwana pierwsza Solidarność i stan wojenny są dla nich egzotyką, a to, że nie ma wszędzie portretów Lenina i nie muszą oglądać w telewizji twarzy członków Biura Politycznego KC PZPR, przypominających policyjne listy gończe, jest oczywistością mniej więcej taką samą, jak dla mnie fakt, że w Polsce nie rządzi urzędujący na Wawelu (Burgu), generalny gubernator Hans Frank ze swoimi gubernatorami, doktorem Buhlerem i doktorem Fischerem. Doświadczenia pokoleń są przekazywane w ograniczonym jedynie stopniu. Każde pokolenie staje w obliczu własnych problemów, wydających się najważniejszymi i decydującymi.

Lata 1973-1998 to czas wspaniałego triumfu wolności i prawdy w życiu publicznym. Na ten triumf składały się oczywiście cierpienia, walka i praca lat poprzednich, ale tak jak przesypywanie się ziarenek piasku w klepsydrze dopiero po pewnym czasie przynosi widoczny efekt, tak samo trzeba było wielu lat, aby wysiłek bardzo wielu doprowadził do wolności, która wybuchła w roku 1989, przekraczając, moim zdaniem, wszelkie oczekiwania. Ukazujący się w tych latach katolicki miesięcznik „W drodze” także w jakimś stopniu przyczynił się do triumfu wolności, przede wszystkim poprzez głoszenie prawdy i ukazywanie związku pomiędzy problematyką społeczną a moralnością. Ten wybuch wolności w Polsce doprowadził w szybkim czasie do wyzwolenia innych narodów Europy Środkowo-Wschodniej, stworzył nową sytuację na świecie. To w znacznym stopniu dzięki nam wielkie pokłady ludzkiej energii mogą być uruchamiane dla budowania, pomyślności i pokoju na całym świecie, a nie zamrażane wobec konieczności obrony wolności przed komunizmem. I może patrząc właśnie z nieco odleglejszej perspektywy widać wyraźnie, że to ostatecznie tak samo, jak losami pojedynczych ludzi, tylko Bóg włada losami narodów.

Fascynujące ćwierć wieku 1973-1998
Stefan Niesiołowski

urodzony 4 lutego 1944 r. w Kałęczewie – polski polityk, profesor entomologii, nauczyciel akademicki, publicysta, senator RP, członek PO. Autor między innymi książek Wysoki brzeg (opowiadania więzienne), Niemi...