Ewangelia według św. Jana
Nie wiem dokładnie, kiedy po raz pierwszy dostrzegłam podobieństwo. Niespodziewanie mignęła mi przed oczami, w lustrze, kiedy czesałam włosy. Byłam wtedy tuż przed trzydziestką. Nagle zobaczyłam ją w sobie. W zmrużeniu oczu, w uniesionych kącikach ust zapowiadających uśmiech. Przedziwne – pomyślałam, że nigdy wcześniej nie poczułam odwrotnie, nie zobaczyłam siebie w niej równie wyraźnie. Nie dorastałam, starając się upodobnić do mamy, nie człapałam w przedpokoju w jej pantoflach, nie podkradałam broszek ani szminek. Nikt mi też nie mówił: „Jesteś jak skóra zdjęta z mamy” albo „Wykapana mama!”. Tylko głosy miałyśmy niemal identyczne, więc gdy odbierałam telefon, jej przyjaciółki po drugiej stronie słuchawki od razu zaczynały trajkotać o nieznanych mi sprawach.
Dorastając, wszystkie wysiłki wkładałam oczywiście w to, by się odróżnić – czułam się sobą o tyle, o ile zdołałam być inna. Od mamy przede wszystkim, ale kryła się za tym wiara, że można być odrębną w ogóle. Nie wystarczało mi bycie unikatową partykułą wszechświata, chciałam zostać samorodną cząstką, która w niczym nie przypomina żadnego innego istnienia. Uśmiecham się dziś do tej ambicji „samostworzenia“, posiadania boskiej mocy, która uwalniałaby mnie od wdzięczności. A dokładniej – tego szczególnego wymiaru wdzięczności, dla którego nie da się znaleźć odpowiednich słów ani gestów. Nie da się nijak zrównoważyć daru życia. Nijak uwolnić od pamięci o własnym początku. Jakimś rodzajem dziękczynienia jest danie życia komuś innemu – własnemu dziecku, ale przypomina to list wysłany do innego adresata. Kogoś, w kim zostawiło się już cząstkę siebie w sposób, w jaki nie można jej było oddać mamie czy tacie. To biologiczne ukierunkowanie ludzkiego życia w przyszłość, brak kanału zwrotnego dla tożsamości i pamięci, jest jedną z najgenialniejszych reguł świata. Pozbawia wielu dylematów, nakazuje odradzać się w innych.
Ten rodzaj podobieństwa, który coraz silniej odczuwam, nie rzuca się w oczy. Nie mam pewności, czy jest ono widoczne dla kogokolwiek poza mną. Przypomina przenikanie. Dwie nałożone na siebie klisze, jak z pięknych prac Zuzanny Janin, która sfotografowała twarze i sylwetki kilku pokoleń kobiet ze swej rodziny, a następnie nałożyła je tak, że postaci i portrety niemal się ze sobą pokrywały. Kim jestem ja? Czy istnieję bez niej? I bez jej matki, prababki? Ile kobiet mieści się we mnie? Do kogo należy gest, którym przecieram powieki? Czy to moja dłoń lekko głaszcze psi kark?
Ostatnio najczęściej „spotykam się” z mamą w dłoniach. Wyciągam je przed siebie, rozcapierzam palce. Pamiętam je – to one oklepywały mnie, gdy miałam jedyne w dzieciństwie zapalenie płuc, to one cierpliwie oskubywały mandarynki z maleńkich białych włókien, one kręciły kogel-mogel. A teraz to ja przewracam nimi strony w książkach, ja spiłowuję ten sam kształt paznokci. Kiedy jej dłonie stały się moimi? Czy rosły razem ze mną przez cały ten czas? Czemu właśnie teraz je rozpoznaję? Mam tyle lat, ile mama z moich najwcześniejszych wspomnień. Spotykamy się w zakrzywieniu czasu, w zaułkach metafizyki istnienia – pierwszych drobnych zmarszczkach, które już oswoiłam.
Najbardziej lubię te chwile, w których czuję, że robię jej miny. Ona też tak patrzy. Ona też tak podnosi brwi, jakby całą twarz szykowała do uśmiechu. Towarzyszy mi, jakbyśmy nigdy się nie rozstawały, jakby mieszkała tuż pod moją skórą.
Zadziwiające, jak łagodnie się ze mnie wyłania, a ja się z nią zespalam. Niezauważenie, gdzieś po drodze, zawarłam z nią przymierze. Teraz już idziemy razem.
Chciałabym wiedzieć, kim jeszcze jestem. O swoich babciach wiem zbyt mało, by wysupłać je z tajemnicy. Ich życie znam tylko z rozsypanych kawałeczków cudzych opowieści, skrawków dziecięcych wspomnień, kilku zdjęć. Nie wystarczy, by zlokalizować ich cząstki, płynące w mojej krwi. Dojrzewam do zadawania pytań, wytrwałego zbierania niepoznanych jeszcze fragmentów ich historii. Na każdy odnaleziony chucham, wkładam do puzderka pamięci. Wierzę, że pewnego dnia będą jak puzzle wpadające we właściwe miejsce, pomogą mi szukać najważniejszej odpowiedzi.
Niedawno dostrzegłam jej przebłysk także w mojej małej bratanicy. W zawstydzeniu, z którym spuściła powieki i odwróciła lekko głowę, by zaraz znów zadziornie zerknąć. Poczułam się raźniej. Z mojej klatki piersiowej ku dziewczynce wysunęła się cienka, niewidzialna nić. Połączyła mnie z jej drobną sylwetką, chwilowo obleczoną w falbaniastą spódniczkę baleriny. Wymieniłyśmy się tym samym uśmiechem, który moja mama otrzymała przed laty. Od kogo?
Oceń