Triduum Paschalne. Przewodnik
Już w XVII wieku uświadomiono sobie, że ani katolicyzm, ani protestantyzm nie zostaną pokonane. Ale pogodzono się z tym dużo później. Dopiero Sobór Watykański II uznał, że protestanci są naszymi braćmi w wierze, odłączonymi, ale braćmi.
Włodzimierz Bogaczyk: Proszę sobie wyobrazić, że przenosi się ojciec do Wittenbergi z roku 1517. Przyłączyłby się ojciec do protestantów czy pozostał katolikiem?
Ireneusz Wysokiński OP: Hm… Mam nadzieję, że nie odłączyłbym się od Kościoła katolickiego. Wśród dominikanów byli jednak zwolennicy Lutra. Jeden z nich, Marcin Bucer, został nawet przywódcą reformacji.
Ale najbardziej szczera odpowiedź brzmi: Nie wiem. Dla wielu ówczesnych chrześcijan, którzy zapoznali się z nauczaniem Marcina Lutra, wiele jego tez brzmiało atrakcyjnie.
Dlaczego?
Bo na początku XVI wieku Niemcy były jak beczka prochu. Te napięcia miały dwustuletnie korzenie. Narastała niechęć wobec kurii rzymskiej, spowodowana nadmiernymi obciążeniami fiskalnymi Kościoła niemieckiego. Sejm Rzeszy wielokrotnie przedkładał papiestwu skargi, tak zwane Gravamina nationis germanicae, które niestety zostały zlekceważone.
Do tego trzeba dołożyć wiele nadużyć w życiu kleru i ogromny niepokój ludzi, którzy nie mieli pewności, czy będą zbawieni. W Europie czekano na reformę Kościoła. Czekano na zmiany, a te nie następowały. Oczekiwano innej religijności.
Jakiej?
Opartej na Piśmie Świętym. Było to związane z wynalezieniem w połowie XV wieku druku i dostępnością Biblii także w językach narodowych. W wielu miejscach wierni gromadzili się, by czytać Pismo i o nim rozmawiać. Ale to nie było duszpasterstwo. To były raczej inicjatywy świeckich humanistów. Kościół tych potrzeb nie zaspokajał.
I wtedy Luter przybił swoje tezy na drzwiach kościoła w Wittenberdze.
Niektórzy historycy mają wątpliwości co do tego, czy naprawdę je przybił, gdyż źródłem tej informacji był współpracownik Lutra, Filip Melanchton, którego tam wtedy nie było i który powiedział o tym kilkadziesiąt lat później.
Pewne jest to, że Luter wysłał swój list z zastrzeżeniami wobec nadużyć związanych z odpustami do przynajmniej dwóch biskupów i pewnej liczby teologów. Napisał go po łacinie, jednak szybko list przetłumaczono na język niemiecki i masowo kolportowano. To pokazuje, jak wielka była potrzeba rozmawiania na te tematy.
Czy można powiedzieć, że w sprawie odpustów Luter miał rację?
Na pewno było wiele nadużyć. Podam przykład. Żył w tym czasie w Niemczech Albrecht Hohenzollern – arystokrata, dwudziestoparoletni młody człowiek bez powołania kapłańskiego, który został arcybiskupem, a później także kardynałem. Miał dwa biskupstwa, w Halberstadt i w Magdeburgu. Na więcej nie pozwalało ówczesne prawo kanoniczne. Ale kapituła w Moguncji wpadła na pomysł, żeby go wybrać arcybiskupem także w tej diecezji. Dlaczego? Z powodów finansowych. Żeby to nowy arcybiskup z własnej kieszeni zapłacił annaty, czyli obowiązkowe daniny przekazywane do Rzymu. A były to ogromne sumy.
Albrecht bardzo chciał tego arcybiskupstwa, ale nie miał czym zapłacić. I tu zaczyna się koszmar. Koszmar, bo słowo skandal nie wystarcza. Niemieccy bankierzy Fuggerowie udzielili mu kredytu.
Kiedy Albrecht został mianowany przez Stolicę Apostolską komisarzem odpustowym, chciał jak najszybciej spłacić kredyt, więc uruchomił w swoich trzech diecezjach na olbrzymią skalę duszpasterstwo odpustowe. W ten sposób odpusty, które są użyczeniem zasług nabytych przez Chrystusa, zostały potraktowane jako zabezpieczenie pożyczki.
Z dzisiejszej perspektywy trudno to zrozumieć. Podobnie jak dziwny może się wydawać graniczący z pogaństwem nadmierny kult relikwii. Relikwia świętego w oczach wiernych miała wtedy większe znaczenie niż Najświętszy Sakrament.
To był rzeczywiście problem. Kult relikwii, pielgrzymki, odpusty zaciemniły znaczenie sakramentów, środków wiary, które są zbawczym działaniem Chrystusa w Kościele.
A relikwie często postrzegano w kategoriach magicznych.
Na zasadzie amuletu?
Często tak, chociaż nie można tego generalizować. Sobór Trydencki pozostawił relikwie. Ale wcześniej brakowało duszpasterstwa sakramentów. Ludzie wiedzieli, że to coś ważnego, ale nie rozumieli dlaczego. Nie tylko prości ludzie, także wielcy intelektualiści, tacy jak Erazm z Rotterdamu.
Który miał zostać kardynałem, tylko nie przyjął tej godności.
Papież Paweł III chciał go mieć w gronie współpracowników przygotowujących sobór. Erazm wymówił się podeszłym wiekiem i złym stanem zdrowia. Ten wielki myśliciel był przedmiotem podziwu nie tylko władców i elit intelektualnych, lecz także papieży. Leon X poczytywał sobie za zaszczyt napisanie przedmowy do przygotowanej przez Erazma greckiej edycji Nowego Testamentu. Ciekawe jednak, że nawet papieże, nie mówiąc już o biskupach, nie doceniali niebezpieczeństwa, jakie Erazm stanowił dla kształtowania postaw wiary i myślenia o Kościele. Swój program odnowy teologii oparł na walce z teologią scholastyczną i z pobożnością opartą na ceremoniach zewnętrznych. Ale wśród tych ceremonii w jednym rzędzie stawiał nie tylko odpusty, okazywanie czci relikwiom i nabożeństwa, ale także mszę świętą. To, co dla Kościoła tak cenne – sakramenty – nie miało dla niego większej wartości. Nie odnajdywał się w życiu sakramentalnym.
Umarł wierny swoim zasadom, bez spowiedzi i komunii świętej. To pokazuje, jaka wówczas była dezorientacja w hierarchii środków zbawienia, w tym, co jest ważne w pobożności, a co jest mnie istotne. Pielgrzymka czy odpust nie są konieczne, a Eucharystia jest. Wtedy tego nie rozumiano.
Francuski historyk Jean Delumeau pisze, że ówczesna Europa była w dużej mierze pogańska.
Ma sporo racji. Z drugiej jednak strony Europa właśnie wtedy się chrystianizuje. Kończy się budowa sieci parafialnej, Kościół instytucjonalny ogarnia całe społeczeństwo.
Istniała pobożność ludowa, były liczne bractwa. Ale nie było duszpasterstwa, które by wyjaśniało wiarę. Społeczeństwo było instytucjonalnie schrystianizowane i kompletnie niezewangelizowane. I może dlatego reformacja miała tak gwałtowny przebieg.
Czy musiało do niej dojść?
Musiało dojść do reformy Kościoła. Ona wisiała w powietrzu.
Mogło się to zdarzyć 20 czy 30 lat wcześniej, bo sytuacja końca XV wieku nie różniła się niczym od tej z 1517 roku. Poza jednym – wtedy zaprotestował Marcin Luter, człowiek o wielkiej sile charakteru i ogromnych zdolnościach kaznodziejskich, wybitna osobowość.
Był wtedy mnichem.
Żył w klasztorze augustianów. Do zakonu wstąpił w bardzo młodym wieku, zdecydował się nagle, w czasie burzy złożył obietnicę, że jeśli przeżyje, zostanie zakonnikiem. Ślub wypełnił, ale to chyba nie było dojrzałe powołanie. Niespełna dwa lata później został już wyświęcony.
W klasztorze czuł się źle. Próbował sprostać zakonnym wymaganiom, ale miał poczucie, że nie potrafi. Nic mu nie pomagało, nawet spowiedź. Czuł, że nie spełnia wymagań Boga. A obraz Boga, który sobie stworzył, to Bóg-despota, władca absolutny, wobec którego człowiek stoi bezradny.
Ówczesna teologia nie dawała mu właściwej odpowiedzi. W powszechnej świadomości wiernych nie było jeszcze wtedy rozróżnienia między grzechem a pokusą. Luter je ze sobą utożsamiał. Tyle się modlił, spowiadał, pokutował, a nie doznawał ukojenia i był przekonany, że trwa w grzechu, dlatego że ciągle doświadczał pokus. Dopiero Sobór Trydencki jasno rozróżnił grzech i pokusę, która jest następstwem grzechu pierworodnego, ale sama grzechem nie jest.
Luter tego rozróżnienia nie znał i stąd jego udręki. Zinterpretował na nowo fragment Listu do Rzymian św. Pawła: „W niej bowiem [w Ewangelii] objawia się sprawiedliwość Boża, która od wiary wychodzi i ku wierze prowadzi, jak jest napisane: a sprawiedliwy z wiary żyć będzie”.
Stąd się wzięła luterańska zasada sola fides (jedynie wiara). Usprawiedliwienie następuje przez wiarę. I tylko przez nią. Czyny ludzkie – wszelkie czyny, nawet dobre, nie mają znaczenia. Nasza natura, według Lutra, jest tak naznaczona po grzechu pierworodnym, że nie jest w stanie zrobić niczego dobrego. Kiedy doszedł do tego wniosku, jak sam pisał, doznał ulgi.
To chyba nie było zgodne z nauką katolicką?
Podkreślenie znaczenia wiary było bardzo słuszne. Ale stwierdzenie, że współdziałanie z Bożą łaską poprzez nasze czyny jest bez znaczenia, było już błędem.
Luter był człowiekiem wiary, pokładał ogromną ufność w Bogu. I trzeba przyznać, że to on uratował nasze podejście do Chrystusa jako do Zbawiciela. Bo u Erazma z Rotterdamu Chrystus jest tylko nauczycielem, który mówi nam, jak dobrze i pięknie żyć.
Lutrowi zawdzięczamy też zmianę w podejściu do lektury Biblii.
Byłbym ostrożny w formułowaniu tezy, że Kościół w średniowieczu był przeciwny czytaniu Pisma Świętego. Kościół nie promował tej drogi dla szerokiego grona wiernych. Powiem coś przewrotnego – tak naprawdę reformacja ograniczyła te ruchy w Kościele katolickim.
Jak to?
Ona je w jakimś sensie zawłaszczyła. Ewangelicy położyli na to taki nacisk, że wzbudziło to nieufność strony katolickiej i doszło do zahamowania tego istniejącego w niektórych diecezjach ruchu. Na kilkaset lat.
To rzeczywiście przewrotna teza. Ale niezależnie od przyczyn, rezultat był taki, że protestanci czytali Pismo Święte o wiele częściej niż katolicy.
Scholastyka późnośredniowieczna bardzo zaciemniła obraz Pisma Świętego. Ludzie znali je tylko z kazań, które głosili księża uformowani przez scholastyczne komentarze. Ta teologia oderwała się od życia. Wchodziła w analizy, które dla zwykłego człowieka były kompletnie niezrozumiałe. Nie mówiono o Piśmie Świętym jako o bezpośrednim źródle wiary.
Właśnie w kontrze do tej rzeczywistości pojawiła się protestancka zasada sola Scriptura (tylko Pismo). Dla Lutra jedynym źródłem wiary było Pismo Święte i Duch Święty, który pomaga nam je zrozumieć. Nie ma Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Choć w praktyce okazało się, że luteranie bardzo szybko zaczęli tworzyć własne urzędy nauczycielskie. Podobnie zresztą jak zwolennicy Zwingliego czy Kalwina, bo protestantyzm szybko zaczął się dzielić.
Czy po wystąpieniu Lutra można było jeszcze uratować jedność Kościoła?
W 1517 roku ani biskupi niemieccy, ani papież nie docenili wagi tego, co się stało. I nie zareagowali z właściwym zaangażowaniem. A żeby nie dopuścić do podziału, należało działać szybko. Luter na początku był nastawiony na dialog i chciał zainteresować swoimi tezami przede wszystkim biskupów. Ci mu w ogóle nie odpowiedzieli, tylko zadenuncjowali go do Rzymu. Nie było żadnej rozmowy z Lutrem.
Leon X, który w chwili wyboru na papieża nie miał święceń prezbiteratu, był człowiekiem, któremu Luter zwyczajnie przeszkadzał w codziennej pracy i rozrywkach – oglądaniu przedstawień teatralnych, biesiadach i rozmowach z humanistami. Ponieważ nie interesowały go „kłótnie mnichów”, rozkazał generałowi augustianów, by zrobił z tym porządek. Lutra to tylko rozdrażniło.
Rok po wystąpieniu rozpoczął się proces Lutra. Czy nie lepsza byłaby wcześniejsza rozmowa, to inna sprawa. Jeśli jednak już proces wytoczono, to należało go poważnie przeprowadzić. Nie stało się tak jednak z przyczyn politycznych, bo dla papieża od spraw Kościoła ważniejsze było choćby otoczenie Państwa Kościelnego przez Habsburgów. A ponieważ przeciwnik Habsburgów, książę elektor saski Fryderyk Mądry, wspierał Lutra, to papież zawiesił proces na dwa lata, dając Lutrowi wolną rękę i mimowolnie wspierając reformację w kluczowym momencie.
Czy można powiedzieć, że za reformację odpowiadają grzeszni papieże?
Z pewnością. Podobnie jak grzeszni biskupi i kapłani. Musimy pamiętać, że w średniowieczu wpływ na życie Kościoła mieli nie tylko duchowni, lecz także władcy, uniwersytety, władze miast. Ale oczywiście odpowiedzialność papieży była kluczowa.
Z jednym wyjątkiem – Hadriana VI, Holendra, wcześniejszego biskupa w Hiszpanii. Został papieżem w 1522 roku. Chciał zreformować Kościół, ale trafił na opór rzymskiej kurii. Kierował Kościołem tylko dwa lata.
Jego delegat na Sejm Rzeszy przeprosił za winy Kościoła. W papieskiej instrukcji były słowa:
Powinieneś także powiedzieć, że my otwarcie wyznajemy, że Bóg dopuścił do prześladowania swego Kościoła z powodu grzechów ludzi, a zwłaszcza grzechów księży i prałatów. My wiemy także, że w samej Stolicy Apostolskiej już od wielu lat występuje wiele obrzydliwych zjawisk: Nadużycia w sprawach duchownych, naruszenia przykazań. Dlatego nie należy się dziwić, że choroba przeszczepia się z głowy na członki, z papieży na prałatów. My wszyscy prałaci i kapłani zboczyliśmy z drogi prawa i od dłuższego czasu nie było nikogo, kto by czynił dobro. Dlatego powinieneś przyrzec w naszym imieniu, że my wszyscy pragniemy poświęcić wiele trudu, aby najpierw został naprawiony dwór rzymski, z którego może to wszystko zło wzięło początek.
W tym czasie sprawy między dwoma obozami już się tak zaogniły, że nie przyjęto tego wspaniałego wyznania winy a zarazem prośby o przebaczenie. Ani Luter, ani jego obóz. Odniesiono się do papieża strasznie szyderczo, że to antychryst, który się przyznał.
Do tych słów możemy się dziś odwoływać. To był piękny gest ze strony Kościoła katolickiego. I nie można obciążać tylko protestantów, bo postawa papieża spotkała się z dezaprobatą, jeśli nie wręcz z pogardą, także w kurii rzymskiej.
To nie był czas Franciszka w Kościele.
Jeśli było aż tak źle, to czy bez reformacji Kościół katolicki by przetrwał?
Są takie teorie, że bez Lutra nie byłoby reform Soboru Trydenckiego.
Ale reforma Kościoła zaczęła się dużo wcześniej, tyle że nie objęła wszystkich diecezji. Byli wybitni biskupi we Włoszech, zreformowano praktycznie cały Kościół w Hiszpanii, reformowano zakony. Te wszystkie strumyki połączyły się w jedną rzekę dopiero, kiedy Paweł III zwołał sobór.
Czyli to Trydent uratował Kościół?
On uratował katolickość Kościoła. Bo choć Luter początkowo walczył z nadużyciami w Kościele, to później on sam i cały obóz luterański zapędzili się w tej walce i zerwał z katolicką tradycją Kościoła.
Sobór zajął się wszystkimi tematami, które poruszyła reformacja. Po bardzo długiej, często gorącej dyskusji udzielił na nie katolickiej odpowiedzi. To było ogromne osiągnięcie.
Na tym soborze podjęto decyzje nie tylko teologiczne.
To prawda, dokonano też reformy hierarchii kościelnej. Biskupów zobowiązano do przebywania na terenie swoich diecezji. Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać dziwne, ale wcześniej bywali w nich rzadko, traktując je tylko jako źródło dochodów. Od tego czasu musieli wizytować parafie, organizować synody i, co chyba najważniejsze, dbać o wykształcenie kleru.
To wtedy ukształtował się model kapłana pobożnego, dobrze wykształconego, a także oddzielonego od ludzi świeckich poprzez strój duchowny.
W 1563 roku, kiedy sobór się skończył, naprzeciw siebie stały już dwie instytucje: Kościół katolicki na czele z papiestwem i Kościoły protestanckie. Obie strony początkowo wierzyły, że pokonają przeciwnika. Kiedy zrozumiano, że tak się nie stanie?
Już w XVII wieku uświadomiono sobie, że ani katolicyzm, ani protestantyzm nie zostaną pokonane. Ale pogodzono się z tym dużo później. Tak naprawdę to dopiero Sobór Watykański II uznał, że protestanci są naszymi braćmi w wierze, odłączonymi, ale braćmi.
W 2017 roku obchodzić będziemy 500-lecie reformacji. Jest powód do świętowania?
Pytanie, co świętujemy. Bracia ewangelicy świętują początek wielkiej reformy Kościoła. My, katolicy, rozumiemy ich punkt widzenia, ale dla nas jest to jednak rozbicie Kościoła i odejście od jego katolickich założeń.
Podczas mojego 15-letniego pobytu na Węgrzech w Debreczynie często miałem okazję rozmawiać, a nawet współpracować z kalwinistami. Byłem pod wrażeniem ich otwartości oraz zainteresowania katolickim wyjaśnieniem spornych punktów w wierze. Współpracowaliśmy w duszpasterstwie akademickim, w szpitalach i ośrodkach opiekuńczych, gdzie mogłem się wiele nauczyć od pastorek i pastorów dobrze przygotowanych do swoich zadań i wykonujących je bardzo profesjonalnie.
Dlatego myślę, że rok 2017 jest wspólnym zadaniem dla ewangelików i katolików. Jest nim z jednej strony poszukiwanie prawdy w ocenie wydarzeń sprzed 500 lat, z drugiej zaś dążenie do jedności Kościoła. Bowiem za jego rozbicie ponoszą odpowiedzialność obie strony. Razem świętować będziemy mogli przywrócenie tej jedności. Oby jak najprędzej.
Oceń