Twoja i moja racja
fot. joanna kosinska Prfs32wh / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Spowiedź

0 votes
Wyczyść

Podstawową zasadą w kłótni jest umiejętność dostrzegania perspektywy drugiego człowieka i niezakładanie z góry, że ja mam rację.

Anna Sosnowska: Często słyszymy: Trzeba się kłócić o swoje. Ale czym właściwie jest to „moje”?

Zofia Milska-Wrzosińska: Niełatwo jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Większość psychologów i psychoterapeutów zgadza się, że istnieje jakieś rdzenne ja, które jest najbardziej „nasze”, określa naszą tożsamość, więc pewnie warto się o nie kłócić czy walczyć. Jednak dość wcześnie w życiu obrastamy w rozmaite przeświadczenia na temat siebie, świata, emocji i bliskich relacji. Niekoniecznie przynależą one do tego rdzennego ja, mogą być formacją obronną – wykształciliśmy je w dzieciństwie, żeby chronić się przed trudnymi uczuciami czy doświadczeniami.

Mogłaby pani podać jakiś przykład?

Weźmy choćby siedmioletniego chłopca, który jest najstarszy z trójki rodzeństwa, jego matka bywa depresyjna (niekoniecznie w sensie klinicznym), wycofana, bezradna, a ojciec to euroemigrant, rzadko obecny w domu. Taki chłopiec dosyć szybko odczytuje przekaz, że ma być małym mężczyzną, pomocnikiem mamusi.

Czyli zostaje obarczony zadaniami dorosłego?

Tak, ma odgrywać rolę partnera swojej matki. To zjawisko nazywamy parentyfikacją – dziecko nie może być dłużej dzieckiem, zaczyna być opiekunem, a co najmniej zastępczą postacią rodzicielską. Parentyfikacja występuje często wtedy, gdy któreś z rodziców jest uzależnione od alkoholu. Ciekawą książkę Dorosłe dzieci napisała o tym prof. Katarzyna Schier.

Co się dzieje w głowie takiego chłopca?

Może czuć, że powinien być osobą wspierającą, ale również decydującą; taką, która bierze bardzo dużo odpowiedzialności, ale też rządzi i jej zdanie jest w zasadzie niepodważalne. Przy słabej matce nabiera przekonania, że mężczyzna powinien być silniejszy i dominujący. Nie ma to wiele wspólnego z rdzennym ja tego chłopca. Jak każde dziecko potrzebuje dorosłych rodziców, którzy będą się nim opiekowali i stopniowo prowadzili ku samodzielności, ale tego nie dostaje. Gdyby w wieku siedmiu lat nie musiał stać się dorosłym mężczyzną, odpowiedzialnym za rodzeństwo, a w pewien sposób i za matkę, to pewnie miałby dostęp do swoich pragnień – bliskości, opieki. Ale ponieważ nie miał szansy na ich zaspokojenie, a do tego i ojciec („Opiekuj się mamą i siostrzyczkami, synku, jesteś już duży, liczę na ciebie”), i matka („Nie płacz, syneczku, bo zaraz ja się rozpłaczę”) dawali wyraźne sygnały, że jego słabość i dziecinność nie są akceptowane, chłopiec głęboko to wyparł. W ten sposób wykształcił formację obronną i będzie o nią zaciekle walczył przez całe życie. Wyobraźmy sobie, że jako dorosły mężczyzna trafi w pracy na szefa – kobietę. Będzie z nią w ciągłym sporze, bo w jego wizji świata nie ma miejsca na silną, samodzielną kobietę, która nie potrzebuje ciągłego wsparcia. Ale czy jest to walka o „swoje”?

Co się w takim razie składa na rdzenne ja?

Źródło rdzennego ja to takie doświadczenia ludzkie, które pojawiają się bardzo wcześnie i są zakorzenione w cielesności – dziecko coś czuje fizycznie, ma emocje, wyraża je, a otoczenie na to reaguje. Kiedy niemowlę płacze, to ma szansę spotkać się z adekwatną reakcją – np. mama bierze je na ręce i mówi coś w rodzaju: No nie płacz, mamusia cię przewinie, zaraz będzie dobrze, sucho. Mały człowiek dostaje potwierdzenie, że jego doznanie psychofizyczne było słuszne: Rzeczywiście miał mokrą pieluszkę. Malutkie dziecko tych werbalnych sygnałów nie rejestruje, ale chodzi o kierunek relacji – dziecko czegoś doświadcza, to jest najbardziej „jego”, a świat mu to potwierdza swoją reakcją. Oczywiście źródłem rdzennego ja jest też wrodzone wyposażenie dziecka – np. jego temperament czy szczególna wrażliwość. Tu znowu kluczową rolę odgrywa reakcja otoczenia – czy np. żywotność niemowlęcia albo jego lęk, gdy znajduje się w centrum hałaśliwego towarzystwa, są przez rodziców dostrzegane i uwzględniane.

Dla rdzennego ja decydujące są pierwsze miesiące życia?

Sądzi się, że pierwsze lata, bo dziecko opanowuje stopniowo coraz więcej umiejętności, coraz więcej czuje, coraz bardziej reaguje, zaczyna myśleć i werbalizować. I na to wszystko otoczenie w jakiś sposób odpowiada – sprzyjająco albo nie.

Sprzyjająca reakcja ocala rdzenne ja?

Tak. Jeżeli rozwojowe wysiłki, czyli to, co młody człowiek na kolejnych etapach osiąga, spotykają się z życzliwą reakcją świata, to rdzenne ja się rozwija zgodnie ze swoim potencjałem. Natomiast jeżeli dziecko dostaje dużo sygnałów, że na to nie ma zgody i że oczekiwania bliskich są inne, to oddala się od niego.

W jaki sposób rodzice mogą komunikować dziecku swój sprzeciw?

Przez niepokój, złe samopoczucie, obojętność, złość, nawet płacz, ale wystarczy też, że rodzic wycofuje się z kontaktu. Dziecko to rejestruje i uczy się rozkładu pól lękowych swojego opiekuna. Wybitny psychoterapeuta Henry Sullivan już w latach 40. i 50. pisał o tym, że podstawowym czynnikiem wpływającym na rozwój dziecka jest niepokój przeżywany przez matkę. Teraz pewnie byśmy to ujęli szerzej, nie zrzucając całej odpowiedzialności na kobiety, i powiedzielibyśmy o niepokoju przeżywanym przez rodziców, opiekunów. Jednak Sullivan nie rozumiał tego lęku dosłownie (np. jako rodzicielskiego napadu paniki) – chodziło mu raczej o sygnał, że rodzicowi z jakimś zachowaniem czy przeżyciem dziecka jest emocjonalnie niewygodnie. Taki charakter mają słynne przekazy: „Dziewczynka nie może tak krzyczeć” czy „Duży chłopiec nigdy nie płacze”.

Czyli np. dziecko uwielbia wąchać podczas spaceru wszystkie kwiatki, rodzic się tym niecierpliwi, ono te emocje wyczuwa, więc zaczyna w pewnym momencie omijać klomby szerokim łukiem?

Jeśli dziecko ciągle dostaje sygnał, że jego ciekawość, zachwyt, zainteresowanie światem nie są przez rodzica przyjmowane, a wręcz są traktowane jako kłopotliwe, to się uczy, że nie powinny być jego częścią i należy je usunąć z obszaru ja do obszaru, który Sullivan nazwał „niedobrym ja” (wiem, że mam w sobie coś takiego, ale muszę to ukrywać) albo „nie ja” (świat odrzuca to tak bardzo, że nie chcę w ogóle tego czuć ani wiedzieć, że coś takiego we mnie jest).

Po czym można rozpoznać u dorosłego, że jego rdzenne ja zostało zachowane? Czym się tacy ludzie charakteryzują?

Zacznijmy od tego, że rdzenne ja nie może być zachowane, jeśli się nie utworzyło. Ale to nie oznacza, że sprawa jest stracona. Wiele osób w pewnym momencie życia uświadamia sobie, że jest daleko od siebie (czyli od przeczuwanego rdzennego ja) i zaczyna się sobie przyglądać: czego naprawdę chcą, co lubią, a czego nie znoszą. Nie jest łatwo przedrzeć się przez obrony, które narastały przez lata, ale w ten sposób, z wieloletnim opóźnieniem, ta struktura może się utworzyć.

Prowadzi to czasem do totalnego przemeblowania życia.

Niekiedy do dramatycznych zmian – np. 10 lat pracowałem w korporacji, a teraz będę produkować sery na Suwalszczyźnie. Ale jeśli ktoś dokonuje takiego wyboru, nie musi to oznaczać, że zbliżył się do rdzennego ja. Może uciekł od tego, co było dla niego nie do zniesienia. Nie dałby już rady dłużej wytrzymać w firmie, ale jeszcze nie odkrył, co jest naprawdę jego, więc poszedł za tym, co robią inni. Dopiero czas pokaże, na ile będzie mu to rzeczywiście odpowiadać. Natomiast osoby, którym dane było stworzyć rdzenne ja w dzieciństwie czy później, przede wszystkim mają dobry kontakt ze sobą. Jeżeli np. ktoś taki jest czymś poirytowany, to z grubsza wie, czym. Dzięki temu rzadziej dochodzi do przemieszczeń uczuć.

Na czym to przemieszczenie polega?

Ktoś jest, załóżmy, wściekły na swojego szefa i nie okaże mu tego, ale gdy wróci do domu, to urządzi nastoletniemu synowi awanturę o nieposprzątany pokój. Osoba, która ma kontakt ze swoim rdzennym ja, raczej by tego nie zrobiła.

A awanturę szefowi by zrobiła?

To zależy od sytuacji, bo oprócz rdzennego ja ma też rozwinięte struktury ego i zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich zachowań.

Ego?

Tak, ale nie w takim sensie, jaki mamy na myśli, gdy mówimy o przeroście ego. Chodzi o ego rozumiane jako struktura organizująca funkcjonowanie człowieka. Dobrze rozwinięte ego daje nam możliwość dojrzałego funkcjonowania, trafnego rozpoznawania sytuacji, przewidywania i oceny skutków naszych zachowań, wyboru sposobów ekspresji emocji. Więc jeśli ktoś spłaca kredyt, w firmie trwa właśnie restrukturyzacja, a o pracę w jego zawodzie niełatwo, zdaje sobie sprawę, że ostra konfrontacja z szefem nie jest w tym momencie najlepszym pomysłem.

Odpuszcza? A co z walką o swoje?

Nie odpuszcza, tylko adekwatnie postrzega rzeczywistość – widzi ją mniej więcej zgodnie z tym, jaka ona jest; nie wyolbrzymia niebezpieczeństwa ani go nie pomniejsza. W takiej sytuacji wystarczy tylko zarejestrować: To, co zrobił mój szef, wydaje mi się niesprawiedliwe, wzbudziło we mnie dużo złości, zastanowię się, jak to rozwiązać. Ale nie wybucham, nie atakuję go, bo zdaję sobie sprawę, że byłoby to jedynie doraźnym rozładowaniem emocji. Wiem, jakim kosztem się powstrzymuję, ale też wiem, dlaczego to robię. Natomiast w innych okolicznościach postawiłabym granice.

W jakich sytuacjach granice w obronie siebie trzeba postawić niezależnie od konsekwencji?

To jest indywidualna decyzja każdego człowieka. Byłabym ostrożna z formułowaniem generalnych wytycznych. Na przykład dla jednej kobiety prowadzenie domu i przygotowywanie mężowi codziennych wysmakowanych obiadków będzie źródłem dumy, inna taki wymóg przeżywa jako poniżającą opresję. Ale jest oczywiste, że gdy zagrożone jest nasze zdrowie lub godność, trzeba postawić granicę.

Jak dorosły człowiek, który na drodze życia zgubił swoje rdzenne ja, może je potem odnaleźć?

Człowiek powinien się przyjrzeć, czy jest zadowolony ze swojego życia. Czy częściej w życiu jest mu przyjemnie niż nieprzyjemnie, czy nie cierpi ponad miarę i czy ludzie wokół niego też czują się z nim dobrze. Jeżeli odpowiada na te pytania twierdząco, to nie musi się, teoretyzując, zastanawiać, jak dojść do swojego rdzennego ja. Tu chodzi o życie, a nie o sztukę dla sztuki.

A jeżeli czuje się źle? Albo inni czują się z nim źle?

Jeśli mamy jakieś objawy lękowe, depresyjne, somatyczne albo przeciwnie – jesteśmy agresywni, ludzie nas się boją, warto się przyjrzeć, czy żyjemy zgodnie z tym, czego chcemy; czy relacje, jakie budujemy z ludźmi, są dla nas satysfakcjonujące, służą i nam, i im. Wystarczy refleksja na tym poziomie, rdzenne ja to przecież tylko metafora.

Jak w takim razie odróżnić od rzeczy drugorzędnych to, co jest dla mnie wartością nienegocjowalną, czymś, czego chcę i będę się trzymać, w czym nie ma miejsca na kompromis?

W bliskich, sprawdzonych relacjach miejsce na kompromis powinno być zawsze. Oczywiście pytanie, na czym on ma polegać. Nie chodzi o ten słynny kompromis, gdy jedno chce spędzić wakacje nad morzem, drugie w górach, więc w rezultacie lądują w Kutnie (niczego oczywiście nie ujmując Kutnu). Na przykład para ma spór dotyczący życia seksualnego. On mówi: Zależy mi, żebyś się zgodziła na to i na to, bardzo mi tego brakuje. Ona mówi: Nie mogę tego robić, bo miałabym poczucie, że dokonuję na sobie jakiegoś nadużycia – nie chcę tego, źle mi się to kojarzy.

I co teraz?

Pytanie, co jest wartością? Oboje mówią o wartości podstawowej. Ona, że zmuszałaby swoje rdzenne ja do czegoś, czego nie chce, a on mówi, że bez tego czuje się niekochany, nieważny dla swojej żony i jego rdzenne ja jest odrzucone. Czyli mamy zderzenie czołowe.

Gdzie tu przestrzeń na kompromis?

Kompromis nie musi polegać na tym, że ona raz w roku, na urodziny męża, zrobi mu taki prezent, bo to będzie pod przymusem i on przecież dobrze o tym wie. Kompromis może oznaczać, że on będzie miał prawo mówić o tym, jak bardzo mu tej formy bliskości seksualnej brakuje, nie odgrywając się jednak na niej i nie nękając jej za to, że mu tego nie daje. Ona z kolei będzie gotowa przyjąć jego poczucie żalu i frustracji, nie czując się atakowana i obwiniana. Ponieważ jesteśmy dla siebie ważni, jesteśmy gotowi uznać uczucia i perspektywę drugiej strony. Dobrze to ujmuje koncepcja mentalizacji.

Na czym ona polega?

Z grubsza na tym, że potrafimy dostrzec z zewnątrz nasze własne procesy umysłowe (poznawcze oraz emocjonalne), co oznacza, że mamy do nich pewien dystans i nie traktujemy ich jako prawdy absolutnej: na przykład to, że czuję się urażona, nie musi oznaczać, że ktoś chciał mi celowo dokuczyć. Mentalizacji podlegają również procesy umysłowe innych ludzi – zdajemy sobie sprawę, że ktoś może jakąś sytuację odbierać inaczej niż my, choćby dlatego że – i tu wracamy do głównego wątku – jego rdzenne ja jest odmienne od naszego. Czasem parom przeżywającym konflikt sugeruje się, by opowiedziały o nim z perspektywy drugiej osoby: Czyli tobie chodzi o to…, chcesz, żebym…, boli cię, jeśli ja… Mentalizacja pomaga też dobrze się kłócić, ponieważ podstawową zasadą w kłótni jest umiejętność dostrzegania perspektywy drugiego człowieka i niezakładanie z góry, że ja mam rację. Tylko na ogół ludzie nie kłócą się po to, by się porozumieć.

Ale po to, by dać upust emocjom?

Czasem chcą rozładować złość, ale zdarza się, że muszą za wszelką cenę przeforsować swoje stanowisko, ponieważ nie mentalizują i nie są w stanie uznać, że ich widzenie sytuacji nie jest jedynym możliwym.

Gdybyśmy zaczęli praktykować mentalizację, kłótnia byłaby zbędna?

Może nie całkowicie zbędna, bo czasem nagromadzone emocje muszą znaleźć dla siebie ujście. Ale pewnie byłoby mniej treści poniżających drugą osobę, nie padałyby słowa tak raniące, że trudno odwracalne. Obie strony zachowywałyby wobec siebie podstawowe zaufanie. Osoby, które wzięły udział w tzw. Grupach Otwarcia – pięciodniowych zajęciach organizowanych od 1978 roku przez Laboratorium Psychoedukacji, mających w programie m.in. elementy treningu mentalizacji – często potem mówią, że kłócą się inaczej i nie jest to tak destrukcyjne. Ale, jak mówiłam, w niektórych sytuacjach ludzie się kłócą, żeby wygrać – niech ta druga strona wreszcie usłyszy, jak nic nie rozumie i jaka jest beznadziejna, no i niech przyzna mi rację i przeprosi.

Często bywa tak, że kłótnia „odpalona” przez jedno zdarzenie szybko zamienia się w prawdziwe „wypominki”.

Bliskie relacje – te ze współmałżonkiem, ale także zawodowe – zazwyczaj mają swoją przeszłość, coś się przedtem wydarzyło. Jeżeli to wydarzenie spowodowało u jednej z osób złość, żal czy urazę, a te emocje nie zostały omówione, zrozumiane, przyjęte przez drugą stronę i wciąż zalegają, to każda kłótnia dotycząca spraw merytorycznych będzie prędzej czy później zasilana energią stamtąd. Samo to, że rozmaite, pozornie drobne wydarzenia generują tak wiele emocji, pokazuje, że nie o to chodzi. Kiedy pary przychodzą na terapię, bardzo często mówią o panującym między nimi dużym napięciu i konfliktach. Na pytanie, co je wywołuje, odpowiadają: To są kompletne błahostki.

Te błahostki mogą się przerodzić w prawdziwą wojnę domową.

Niedawno miałam konsultację z pewną parą. Nie bardzo mogą się porozumieć, krzyczą na siebie przy dzieciach, jest im coraz trudniej, nie wiedzą, czy być ze sobą, czy nie. Ten związek składa się z silnego mężczyzny, który zarabia i łoży na dom, oraz kobiety, która w jakimś wymiarze także pracuje, ale dostaje wyraźne sygnały od męża, że ta praca nie jest specjalnie istotna, a powoduje tylko, że jej nie ma w domu. Kobieta wyjechała z dziećmi do letniego domku, gdzie trzeba było zlecić jakąś naprawę. Mąż przyjechał ich odwiedzić, pyta o tę naprawę i okazuje się, że fachowiec wziął za nią więcej, niż mąż się spodziewał. Zaczynają się o to spierać.

– Dlaczego się zgodziłaś na taką sumę?

– Bo on mi powiedział, że trzeba jeszcze zmienić dopływ gazu i transport kosztował więcej.

Na co mąż: – Z tobą jest zawsze tak samo, trwonisz pieniądze. Jakbyś zarabiała, tobyś znała wartość pieniędzy, a to, co ty zarabiasz, jest niewiele warte!

W pewnym momencie ona nie wytrzymuje i krzyczy:

– Wynoś się stąd! Marzę, żebyś już wyjechał i żebym wreszcie została sama! Wszystko zawsze psujesz!

To już nie jest kłótnia o pieniądze.

Nie, tu nie chodzi o te 150 zł, tylko o coś, co w tym małżeństwie istnieje od dawna.

Kłócą się o swoje, o siebie?

W jakimś sensie tak. Z niego wychodzi narastające poczucie krzywdy, bycia wykorzystywanym. Ona kłóci się o to, czy jest dobrą osobą, która daje w związku dużo z siebie, czy też jest pozbawiona wszelkich kompetencji, głupia i infantylna. Na tym przykładzie dobrze widać, że część kłótni powinna przebiegać w inny sposób albo czego innego dotyczyć.

Na drugim biegunie wykłócania się o swoje leży poświęcenie – wycofam się, zacisnę zęby, zrobię, jak ty chcesz albo jak mi się wydaje, że chcesz.

Zważywszy na stereotyp matki Polki, wielu ludzi ma doświadczenie z matką, która się poświęcała. Takie matki używają niekiedy malowniczych sformułowań w rodzaju: Ja sobie żyły dla was wypruwam. Weźmy święta, podczas których czasem zanika wątek religijny czy rodzinny – ważne jest tylko to, że mieszkanie trzeba pięknie przygotować i zrobić wszystkie możliwe potrawy. A potem rodzina musi to zjeść, chociaż nie ma ochoty, syn jest na diecie bezglutenowej, synowa się odchudza, wnuki nie lubią śledzia, barszczu ani karpia. I wtedy matka mówi: Ale to przecież dla was tak się narobiłam. Nie szanujecie mojej pracy.

Czasem ten sam komunikat można przekazać w bardziej subtelny sposób.

Oczywiście, niektóre matki dają to do zrozumienia nie wprost: Przepraszam, muszę się położyć, to coś z sercem, ale wy się tu dalej bawcie. Czyli: To, co zrobiłam, było bardzo wyczerpujące, może nawet i groźne dla zdrowia, zwłaszcza że nikt nie garnął się do pomocy, ale przecież to dla was; ja się dla was poświęciłam, bo sama spokojnie mogłabym przeżyć święta o chlebie i wodzie. A wy tego nie doceniacie.

To dość koszmarne. Wtedy albo ładujemy na talerz dwunaste danie, albo będziemy się musieli zmierzyć z poczuciem winy.

W codziennym życiu, w bliskich relacjach poświęcenie jest dużym ciężarem. Czasem rzeczywiście bywa tak, że ktoś z rozmaitych powodów musi, chce, powinien dawać z siebie bardzo wiele – np. rodzice dziecka niepełnosprawnego wymagającego cały czas opieki. Ale ci, którzy się na to decydują, raczej nie mówią o poświęceniu. Nie mam poczucia, żeby poświęcanie się komukolwiek służyło, dlatego jestem czujna, gdy pacjenci opowiadają o tym, jak bardzo się poświęcili.

A co z ustępstwami?

Czasem się decydujemy na pewne zachowania, na które nie mamy ochoty. Robimy to, bo drugiej stronie bardzo na tym zależy. To może być przejaw miłości. Np. żona w ogóle się nie zna na tym, co zawodowo robi mąż, ale kiedy ten opowiada jej o jakimś projekcie, to go słucha i stara się tym zainteresować. Pewnie gdyby była w kontakcie tylko ze swoją naskórkową częścią, to powiedziałaby: Dlaczego ty mi o tym opowiadasz? Przecież ani się na tym nie znam, ani to nie jest dla mnie ciekawe. Natomiast jeżeli schodzimy trochę poniżej naskórka i zbliżamy się do rdzennego ja – oraz do istoty dobrej relacji – to zdajemy sobie sprawę, że w związkach ludzie mają potrzebę podzielenia się tym, co im się przydarzyło. Na tym też polega bliskość. Dopowiadam to, ponieważ nie chciałabym, żeby z tego mojego „nie poświęcajmy się” wynikło, że mamy robić wyłącznie to, czego doraźnie chcemy.

Gdzie leży granica między poświęcaniem się a dobrym, mądrym zrezygnowaniem z siebie na rzecz budowania relacji?

Nie da się takiej granicy przeprowadzić z góry. Trzeba się przyglądać sobie. Czy rzeczywiście jest to coś bardzo wbrew mnie? Ile mnie to kosztuje? Ile mogę wytrzymać i czy warto? W imię czego? Czy są możliwe doraźne korekty?

Korekty?

Załóżmy, że źle się czuję w domu u teściów, ponieważ ciągle robią przykre uwagi pod moim adresem. Dlatego nie chcę do nich jeździć, a na tym bardzo zależy mojemu mężowi. Może więc mąż spróbowałby porozmawiać z rodzicami? Może oni będą gotowi dla dobra syna zmienić swoje zachowanie? Oczywiście nie zawsze tak się da. Niedawno konsultowałam panią, która wyszła za mąż za Azjatę. Mieszkają w Polsce, ale w jego kulturze robienie rodzicom uwag w rodzaju: Czy możecie nie palić przy dziecku? (dziecko ma kilka miesięcy), jest nie do przyjęcia, więc mąż ma ograniczone pole działania. Natomiast dla jego żony Europejki nie do przyjęcia jest dmuchanie jej dziecku w nos dymem papierosowym.

I gdzie tu wytyczyć granicę?

Granicy trzeba szukać w praktyce. Póki nie spróbujemy, nie wiemy. Nie mamy w sobie urządzenia pomiarowego, barometru, który by nam z góry sygnalizował: tyle to już będzie za dużo, a tyle jeszcze mogę. To zawsze się rozstrzyga w relacjach z ludźmi i w naszej własnej wewnętrznej odpowiedzi. O ile potrafimy ją usłyszeć.

Twoja i moja racja
Zofia Milska-Wrzosińska

urodzona w 1952 r. – psychoterapeuta i superwizor psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, jedna z czołowych postaci polskiej psychoterapii, psycholog, przedsiębiorca, autorka artykułów i książek popularyzujących tematykę psychologiczną, współzałożycielka i dyre...

Twoja i moja racja
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze