Sfilmowany kerygmat

Sfilmowany kerygmat

Kiedy ostatni raz, siedząc w tłumie młodych ludzi, słyszeliśmy w kinie o tym, że ktoś wierzy i kocha Chrystusa? Film o miłości czystej i nieskazitelnej jest dzisiaj zjawiskiem rzadkim. Jeśli wziąć pod uwagę, że konkretny kształt tej miłości wynika z wiary, to mamy dzieło wręcz wyjątkowe.

Quo vadis Jerzego Kawalerowicza nie ma najlepszej prasy. Zarzuca mu się wiele: że potraktował Sienkiewicza zbyt dosłownie, że zrobił typowy film kostiumowy, że jest niespójny, słaby dramatycznie, wreszcie że nie stawia wielkich pytań o zderzenie się cywilizacji i o kondycję współczesnego Kościoła. Opinia o filmie zależy przede wszystkim od tego, czego się w filmie Kawalerowicza szuka, czego się od niego oczekuje.

Antyczne love story

Rozpoczyna się niby klasycznie — jak każda miłość od pierwszego wejrzenia. Marek dostrzega Ligię, gdy ta kąpie się naga przy fontannie w domu Plaucjuszów. Myśli o niej bezustannie, ale i on nie jest jej obojętny. Uczucie jest więc odwzajemnione. W klasycznej intrydze kochankowie po upewnieniu się, że są dla siebie stworzeni, wspólnie stawiają czoło wszystkiemu, co pojawia się na ich drodze do szczęścia. W Quo vadis Winicjusz uświadamia sobie, że jego miłość ma wroga. Jest nim Bóg. To Jemu będzie musiał najpierw stawić czoła.

Od buntu do wiary

W toku akcji Marek ma okazję przyglądnąć się życiu chrześcijan i posłuchać ich słów. Co więcej, ma okazję doświadczyć na własnej skórze (i to dosłownie, bo przecież zostaje opatrzony przez lekarza Glauka) życia chrześcijan. Troska, z jaką się nim opiekują, ich dobroć, a przede wszystkim okazane przebaczenie każą mu zmienić dotychczasowe zdanie o chrześcijanach. Uświadamia sobie, iż krążące o nich plotki nie są prawdą. Wszystko to tworzy — tak to nazwijmy — bardzo dobry kontekst do jego nawrócenia. Nie to jednak stanie się głównym motywem tegoż nawrócenia.

W miłości do Ligii Marek natrafia na przeszkodę, którą jest Chrystus. Pierwotnie świadomość ta rodzi w nim bunt. Z czasem jednak u Marka Winicjusza ustąpi on przed fascynacją, a miejsce zazdrości zajmie wdzięczność. Punktem zwrotnym dla Markowego nawrócenia będzie chwila, gdy zacznie doceniać wartość czystości i nieskazitelności Ligii. Wtedy właśnie padają z jego ust te znamienne słowa: „Gdy myślę, że Ligia jest jako śnieg w górach, to miłuję ją tym bardziej; a gdy pomyślę, że jest taka przez waszą naukę, to miłuję i tę naukę, i chcę jej”.

Podczas rozmowy o filmie jeden z kapłanów stwierdził, iż przedstawione na ekranie nawrócenie Marka Winicjusza jest nieautentyczne, gdyż brakuje w nim osobistego spotkania z Chrystusem. Na pytanie, jak to spotkanie miałoby wyglądać, mój rozmówca odpowiedział, iż nie wie, co więcej — nie wie nawet, czy takie osobiste spotkanie Pana w ogóle da się w filmie pokazać.

Spytajmy, w jaki sposób dokonuje się nawrócenie. Możliwości jest wiele. Jedna z nich, to cudowne, nagłe nawrócenie będące skutkiem iluminacji czy bezpośredniej ingerencji Boga. Inny możliwy scenariusz, to nawrócenie jako skutek skomplikowanego, intelektualnego procesu, który w końcu przyprowadza do Boga jako Absolutu wyjaśniającego sens świata. Jeszcze inny, zdaje się najbardziej powszechny scenariusz, to spotkanie Boga poprzez drugiego człowieka, czyli — jak to się dzisiaj mówi — świadectwo. Proces dokonujący się w przypadku Marka jest klasycznym przykładem nawrócenia poprzez świadectwo. Dochodzi on przecież do Boga dzięki ludziom, którzy w Niego wierzą, dzięki ich postawie, a mówiąc dokładniej — dzięki Ligii. W tym procesie nie ma nic z koniunkturalizmu. Żeby nie było niejasności — Marek rozpoczyna swój marsz ku Chrystusowi dzięki Ligii, a nie dla Ligii. Nawrócenie powierzchowne, zewnętrzne nie dałoby mu siły, by znieść to, co mu zgotuje przyszłość.

Ona i on

Ta antyczna historia miłosna nie jest oczywiście pomysłem Kawalerowicza. Mamy przecież do czynienia z ekranizacją powieści. Zadaniem reżysera było takie dobranie aktorów, realizacja poszczególnych scen, prowadzenie kamery, by Sienkiewiczową fabułę uczynić przekonującą. Czy tak się stało?

Chyba tylko przez litość krytycy zgodnym chórem pominęli w swoich ocenach kreację aktorską Magdaleny Mielcarz. Niestety, filmowa Ligia potwierdziła moje przekonanie, iż ostatnio w polskim filmie od młodych aktorek niczego więcej prócz urody się nie wymaga. Ligia jest ładna, owszem, ale pięknem modelki. Może zbyt dużo wymagam, ale brak mi w tej kreacji odrobiny stanowczości, ostrości, wewnętrznej siły. Chciałoby się wręcz zapytać — co ten Marek Winicjusz w niej widział? Chyba, że — ulegając stereotypom — była to kreacja przez reżysera zamierzona, tylko czy cnota i nieskazitelność muszą być zawsze mdławe i bezbarwne?

Załóżmy, że coś jednak widział, skoro pokochał i — co więcej — dzięki tej miłości się nawrócił. Marek Winicjusz Pawła Deląga wcale nie jest drewniany — jak piszą o nim niektórzy. On po prostu gra z umiarem. I jest to umiar godny rzymskiego patrycjusza. Jest w tej postaci jakaś szlachetność, która objawia się nawet wtedy, gdy panuje nad nim namiętność. Trudno mi też zgodzić się z zarzutem, że nie dość wyraźnie ujawnia się w nim nawrócenie. Trudno przecież domagać się od niego diametralnej, wręcz charakterologicznej zmiany typowej czasem dla neofickiej gorliwości. Aktor kreujący rolę Marka musi pokazać wiele: stopniowy proces wewnętrznej przemiany, walkę z samym sobą, powolne otwieranie się na Boga. Wszystko to dokonuje się w człowieku, który — owszem — jest poganinem, ale przecież subtelnym, inteligentnym i dobrze wykształconym. Śmiem twierdzić, że Delągowi sztuka ta się udaje.

Chrześcijanie Kawalerowicza

Miłość do Ligii doprowadza Marka do chrześcijan. Czy warto do nich przystać? O obrazie chrześcijan w ostatniej ekranizacji Quo vadis? napisano wiele, z przewagą ocen negatywnych. Ciekawe jednak, iż wizji tej zarzuca się nie tyle nieprawdziwość, ile — nieatrakcyjność; że świat chrześcijański przegrywa ze światem pogańskim. Tylko dlaczego miałby wygrać? I o jaką atrakcyjność idzie? Jeśli porównywać dwa style życia, to przecież chrześcijaństwo i swą atrakcyjność, i radość, i styl życia czerpie nie z tego świata. To są dwa różne, nieporównywalne porządki. Poza tym trzeba pamiętać, iż film jest takim środkiem wyrazu, w którym bardzo trudno jest oddać przestrzeń duchową. Posługując się przede wszystkim obrazem, film przedstawia to, co zewnętrzne. Tak też stało się tutaj. Jak wyglądało wówczas codzienne życie pierwotnego Kościoła? Bliżej mu nie tyle do współczesnego Kościoła pięknych świątyń i pełnych splendoru celebracji, ile raczej do potajemnego, domowego i skromnego Kościoła współczesnych Chin ludowych.

Trzeba także pamiętać, że chrześcijanie czasów apostolskich żyli w niezwykłym napięciu eschatologicznym, żywe było przekonanie o rychłej paruzji — powtórnym przyjściu Chrystusa. (Czy legenda Quo vadis? nie jest reminiscencją tego przeświadczenia?). Ta perspektywa nadawała ich egzystencji określony styl, w którym więcej było tęsknoty za życiem przyszłym niż przywiązania do tego doczesnego. Były jednak chwile, gdy życie chrześcijan stawało się prawdziwym spectaculum. To oczywiście chwile męczeństwa. Tak też jest i w filmie. Scena, w której chrześcijanie zostają oddani na pożarcie lwom, a także płonące, żywe pochodnie w Ogrodach Nerona, to najlepsze sekwencje tego filmu. Kontrast atrakcyjności dwóch światów widać bardzo dobrze zwłaszcza w drugiej przytoczonej scenie. Reżyser doskonale skontrapunktował męczeńską śmierć chrześcijan radosnym, roztańczonym orszakiem Nerona.

W tych scenach objawi się, czym w swej istocie jest chrześcijaństwo. To wspólnota ludzi, którzy zawsze gotowi są do przebaczenia, którzy na chwilę przed okrutną śmiercią zdolni są błogosławić Boga słowami: „Dziękujemy Ci, Ojcze nasz, za życie i za wiarę”, a wobec samej śmierci stają z godnością. Przyglądając się tym scenom, trudno odegnać od siebie pytania o to, dlaczego chrześcijanie takimi są, czemu czy komu to zawdzięczają i co może być dla człowieka tak bardzo wartościowe, by być gotowym na taką cenę, jaką jest męczeńska śmierć?

Ku pokrzepieniu serc

Jeśli ktoś idzie na ten film wiedziony nadzieją zobaczenia wielkiego widowiska, to niechybnie się zawiedzie, bo rzeczywiście brak temu obrazowi epickiego rozmachu. Morze za plecami Nerona przypomina niewielkie jezioro, dekoracje rażą tekturowatością, sztuczne kwiecie na pierwszym (o zgrozo!) planie rodzi estetyczny dyskomfort, a dla filmu byłoby najlepiej, aby z panoramy płonącego Rzymu zrezygnować. Wielu też zarzuca filmowi zbytnią teatralność, skoncentrowanie się na słowie, a nie na akcji. To, co dla innych jest wadą, dla mnie staje się tego filmu zaletą. Albowiem to właśnie słowa niosą ideę tego filmu; słowa o miłości, o wierze, o Chrystusie.

I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Będę bowiem tego filmu bronił, gdyż największą jego zaletą jest to, że po prostu jest. I nie jest to wcale mało. Spytajmy się, kiedy ostatni raz, siedząc w tłumie młodych ludzi, słyszeliśmy w kinie o tym, że ktoś wierzy i kocha Chrystusa? Biorąc pod uwagę, że współczesna kinematografia celuje w opowieściach, w których uczucie (miłość?) konsumowane jest już na pierwszej randce, film o miłości czystej i nieskazitelnej jest dzisiaj zjawiskiem rzadkim. Jeśli wziąć pod uwagę, że konkretny kształt tej miłości wynika z wiary, to mamy dzieło wręcz wyjątkowe. I nieprawda, że jest to historia z przeszłości. Natura ludzka jest zasadniczo niezmienna i bez względu na zmieniające się dekoracje młodzi ludzie przeżywają wciąż te same dylematy w miłości. A że jest tak i tym razem, niech świadczy fakt żywej reakcji męskiej części widowni, gdy z ust Marka Winicjusza padają słowa: „Moja natura tego nie zniesie”, które wypowiada, myśląc oczywiście o wymaganiach, jakie stawia mu wiara.

Oglądałem ten film dwa razy. I oglądałem go nie jako widowisko, ale jako kerygmat — czyli słowo o Jezusie Chrystusie, które zdolne jest człowieka pobudzić do nawrócenia. Jest to przede wszystkim kerygmat nie wprost. Prawda, mieliśmy w tym filmie sekwencje Piotrowego nauczania o zmartwychwstaniu Pana, ale nie był to jednak film o Panu Bogu, a o ludziach, którzy są Mu wierni, którzy pozwalają Mu kształtować swoje życie. Kerygmat to nowina, która nie może pozostawiać odbiorcy w spokoju, przeciwnie — to wieść, która burzy, niepokoi, wytrąca z inercji; wieść, która konfrontuje. Uczciwie film ten oglądając, nie można uciec od konfrontacji jego przesłania z własnym życiem. Tezy o miłości czystej i w dodatku wynikającej z wiary nie należą do najpopularniejszych i pewnie wielu widzów ich nie akceptuje. Dwóch młodych mężczyzn siedzących przede mną w kinie na zakończenie filmu głośno wyraziło swoje niezadowolenie, że nie doszło — jak się wyrazili — do skonsumowania miłości.

Jednak kerygmat nie tylko niepokoi, także pociesza i daje nadzieję. To nieprawda, że dzisiaj nie prześladuje się chrześcijan. Prześladuje, tylko w o wiele przebieglejszy sposób. Poprzez społeczny ostracyzm. Niegdyś mniej lub bardziej poza społeczeństwem znajdowali się ci, którzy przekraczali moralne normy, dzisiaj jest często odwrotnie. Dzisiaj wstyd jest się przyznać młodemu człowiekowi, że nie ma za sobą seksualnych doświadczeń, a cóż powiedzieć, jeśli ten brak wypływa z religijnej motywacji? Taka osoba jest często pomawiana o nieżyciowość, ciemnogród, czasami nawet o religijny fundamentalizm.

Nie tylko Trylogię, ale i Quo vadis? napisał Henryk Sienkiewicz „ku pokrzepieniu serc”. Zdaje się jednak, że sto lat temu o wiele łatwiej było to napisać niż dzisiaj pokazać w kinie. Tym bardziej mam więc nadzieję, że także dzisiaj, tym razem filmowa ekranizacja niejedno serce pocieszy, że niejednemu sercu doda siły. Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego filmu kilka (kilkanaście? kilkaset?) osób uwierzy w to, że można, że da się i że warto kochać Boga i tą wiarą kierować się w miłości. I jest to dla mnie wystarczający argument na to, by wydać 18 milionów dolarów na film o antycznej historii miłosnej, kręcony w byle jakich czasami dekoracjach.

Sfilmowany kerygmat
Andrzej Draguła

urodzony 5 stycznia 1966 r. w Lubsku – prezbiter diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Katedry Teologii Praktycznej w Instytucie Nauk Teologicznych US, członek Komitetu Nauk...