Irena, dziewczyna pokoju

Irena, dziewczyna pokoju

To niebywała przyjemność spotkać kogoś takiego, jak Irena, i to na dodatek w Paryżu. Dawno w nim nie byłem, bo paryskie łąki wydały mi się już wypasione i nieświeże. Jednak wiedziony wspomnieniami wróciłem do tego miasta w poszukiwaniu idei i Ducha. A tu nagle Irena. Osobowość, niezależność, wolność sądów i opinii. Dystans do napuszonego Paryżewa. Jak dobrze iść Polami Elizejskimi z kimś, kto ma to wszystko co z prawej i lewej strony we właściwym miejscu i śpiewa na cały głos: „Chwalcie łąki umajone”.

Mocna osobowość? Z pewnością tak. Rozmowa szybka, dotycząca spraw i rzeczy najważniejszych — Boga! Pana naszego Jezusa Chrystusa! Życia wiecznego w Bogu i dzięki Bogu! Wyplątuje z głupot i ciągnie ku wyżynom. Lubię taką pomoc. Małe osobowości wplątują w drobiazgi i ciągną w dół.

Rozmawiamy o wszystkim. O Bogu, miłości, przyjaźni i rodzinie. Irenę stać na szczerość. Rozmawiamy o rodzicach, rodzeństwie, o sobie. Szukamy samych siebie, własnej tożsamości, spełnienia. Wiemy, że możliwe jest ono jedynie w Bogu. Ściślej w Chrystusie. Innego nie ma. Wszystko płynie, przemija bowiem postać tego świata. Jedno wyrażenie zapamiętuję i zabieram ze sobą. Irena, opowiadając o sobie, mówi o maleńkim kościółku, niedaleko jej mieszkania, do którego wpada oddychać Eucharystią. „Oddychać Eucharystią…”. To tak jakby usiąść przy Chrystusie i obmywać Mu nogi razem z Marią Magdaleną.

Wzniosłość rozmowy zupełnie nie przeszkadza nam skierować naszych kroków do jadłodajni. Irena z właściwym sobie respektem dla gościa zaprasza mnie do superrestauracji, w której butelka wina kosztuje kokosy. Do każdego dania inny kelner. Kucharz się naprasza, uśmiecha, podlizuje. Już nie wie, jak dogodzić swoim gościom, do którego smaku się odwołać, jak zachęcić, które dobrać wino. Od win zresztą jest ktoś inny. Zjawia się natychmiast po zamówieniu dania. Zamawiamy kaczkę i wino Dominique, jedno z tańszych, ale na cześć św. Dominika. Obsługujący się krzywi, że takie tanie. Poleca droższe, ale powodowani sympatią do dominikanów jesteśmy uparci. Co chwilę zaglądają, dolewają, donoszą, uśmiechają się, zachęcają, podsuwają. Wokoło znudzone pary. Mają wszystkiego do syta. Na twarzach bezmyślność i znużenie. Naprzeciwko nas siedzi taka para. Pani ma twarz rozkapryszoną i niedającą się niczym rozpogodzić. Długo wybierają potrawy, które i tak im nie smakują. Pan usiłuje czymś zaskoczyć, zaimponować, Pani pozostaje chmurna do końca posiłku. Na tym tle wypadamy niepoważnie, rozbawieni, rozgadani, roześmiani. Rozmowy nasze były na poziomie dań i ani na chwilę nie obniżaliśmy lotu.

Zaczynamy wiele wątków, porzucamy je, by iść dalej…

Robi się późno. Wypada kończyć. Tutaj pozwalają płacić kartą. Co za kultura. Możemy nawet nie patrzeć na pieniądze. Oszczędzają nam tego bolesnego widoku wydawania pieniędzy. Pani przy kasie — komplemenciara. Ireny płaszcz czarny z ogonem i dodatkami wzbudza małą sensację i dłuższą rozmowę. Pełna swoboda ruchów i wypowiedzi zniewala.

Wychodzimy szczęśliwi, napełnieni. Nagadaliśmy się. Niby to o głupotach, ale wszystko miało odniesienie do spraw najważniejszych, wszystko było sub specie aeternitatis. W aspekcie wieczności. Wszystko przemija. Zostają tylko owoce kontemplacji. One są wieczne. „Może lepiej mówmy o wartościach, bo to wszyscy rozumieją” — poprawia mnie Irena. Nie przeczę. Zmiany coraz częstsze, coraz szybciej świat się kręci. Coś jednak zostaje. Bóg i człowiek. Pomimo zmian.

Nie możemy się rozstać. Irena opowiada o swoim burzliwym życiu. Dużo przeżyła, a na dnie była wiara i był Bóg. Nie zawsze Go słuchała. Zawsze się z Nim liczyła. Dzielna kobieta.

Niezobowiązująco umawiamy się na jeszcze jedno spotkanie, nie mając siebie dość.

Irena odwozi mnie taksówką na koniec Paryża, gdzie przemieszkuję u państwa René, dawnych przyjaciół klasztoru i Poznania z czasów stanu wojennego. Madame Reine René organizowała i woziła do Polski konwoje humanitarne z żywnością, lekami i sprzętem. Z tym wszystkim, czego wygłodniała za peerelki Polska wtedy potrzebowała. Poznań odwdzięczył się jej honorową odznaką „Zasłużony dla miasta Poznania”. Potem ciężko chorowała. Odwiedziłem ją wtedy w szpitalu. Wyszła z tej choroby. Zawsze można było na nią liczyć. Teraz jakże cudownie spotykać się z kimś, od kogo już nic nie potrzebujemy poza tym jednym: powiedzieć mu dziękuję. Patrzeć na niego i przebywać z nim bezinteresownie, bo on kiedyś w nas inwestował. Tak, ta kobieta bezinteresownie podarowała Polsce, Poznaniowi i nam kawałek swego życia i serca. Dlaczego to robiła? Europa próbuje się dzisiaj zorganizować w jeden organizm polityczny i gospodarczy — ta kobieta czyniła to o wiele wcześniej miłością. Patrzę na nią i wzdycham sobie, czemu ty, Reine René, nie jesteś ministrem Zjednoczonej Europy. Sprawy szłyby o wiele prościej.

Po kilku dniach znowu dzwonię do Ireny i wpraszam się na kolację. Nie może mnie przyjąć, bo jest pijana ze zmęczenia. Miała koszmarny dzień. Z radością zaprasza mnie jutro na obiad.

Irena cała na czerwono, tak jak wcześniej cała na czarno. Dama. Gwiazda. Postać. Osobowość. Matrona. Dojrzała kobieta. Artystka. Za swoje poszukiwania miłości płaciła najwyższe ceny. Teraz otoczona pięciorgiem dzieci pełna jest refleksji i mądrości. Dzisiaj już dobrze wie, co jest najważniejsze, co ważne, a co zupełnie nieważne. Zatroskana o miłość i życie wie już dobrze, co koniecznie trzeba ocalić. Ze wzruszeniem zwiedzam obfite mieszkanie, salony i pokoje. Na każdym kroku ślady pobytu na wielu kontynentach i w niezliczonych krajach. Wraz z mężem i rodziną przenosiła się na coraz to inne krańce świata. Wszystko to już dla niej tylko pied–ŕ–terre.

Prowadzi mnie do maleńkiej, starej fotografii na ścianie. „To zdjęcie mojej matki, którą ojciec znał. Tylko ja mam takie zdjęcie”. Maleńkie zdjęcie to swego rodzaju punkt odniesienia na mapie jej życia. Cały czas dotąd wędrowała z mężem i rodziną. Doszła do niebywałej wprawy w przekładaniu życia na bagaż. Ileż można wsadzić do walizek. Jej życie, jak obrazy ojca Kima, pełne są kolorów. Jej obecne życie to już nie portfel, ale serce, w którym można zmieścić wszystko.

Tymczasem obiad przygotowany. Francuski. Mój Boże, przecież ja się od lat odchudzam. Gdzie jest mój rozum? Niepomny rzucam się na przysmaki i delikatesy. Wino. Ja tego przecież nie mam w domu. Aż się boję nazywać poszczególne potrawy, bo nadkwaśność atakuje mnie nawet przy pisaniu. Błogie zmęczenie i wyczerpanie. Jeszcze czeka mnie kolacja u emerytowanego generała ożenionego z Polką z dawnej emigracji.

Podczas obiadu siedzę przy Marysi. To najstarsza córka Ireny, studentka historii sztuki. Oczekuje swego dziecięcia. Po wielu rozterkach i załamaniach postanawia urodzić dziecko. Przeszła długą i dramatyczną drogę od odrzucenia swego dziecka do jego akceptacji i oczekiwania na nie. Zwycięstwo. Miło patrzeć jak dojrzewa, chociaż żal, że nie ma przy niej ojca dzieciątka, które w niej rośnie.

Idziemy do dominikanów. Ojciec Kim, malarz o sławie międzynarodowej, którego obrazy wiszą w prestiżowych miejscach i muzeach i kosztują zawrotne sumy, obiecał coś podarować na Jamną. Wzięty kolorysta maluje swoje płótna kontrastowymi kolorami i podkreśla, że ludzkie życie jest drogą. Idąc więc, zagląda ludziom w okna i maluje, co widzi. Jego abstrakcje popychają ku kontemplacji. Zmuszają, by się zatrzymać. Niewyczerpane. Wcześniej obiecał obraz na Jamną, a teraz, gdy pora coś dać, jakiś powściągliwy. Jak dobrze, że jest ze mną Irena. Dość szybko mu wytłumaczyła, że właśnie na Jamnej, w dalekiej od jego rodzinnej Korei i Paryża Polsce, obraz wypełni czekającą na niego przestrzeń. Interesująca rozmowa o sztuce. Z ogromnym obrazem zwiniętym w rulon wyszliśmy z klasztoru na ulicę.

Nagle dzwoni komórka. Irena nie może zrozumieć informacji, potem nie dowierza. Dopytuje się kilka razy. Młodsza z licznych córek Ireny informuje matkę, że Stany Zjednoczone Ameryki zostały nagle zaatakowane przez samoloty pasażerskie. Zaatakowały dwa największe wieżowce w Nowym Jorku. Stało się to przed chwilą. Jest ogromne zamieszanie i nikt jeszcze nie wie, co się stanie w najbliższym czasie. Za chwilę ktoś krzyknął, że został zbombardowany Pentagon. Zadrżeliśmy. Jestem daleko od domu. Czy już wybuchła wojna?

Szukamy mieszkania generała. Krążymy z ogromnym rulonem wokół Wyspy św. Ludwika. Wyglądamy podejrzanie. Irena cała ubrana na czerwono, ja cały na czarno. I ogromny biały rulon. Nareszcie znaleźliśmy adres. Żegnamy się. Irena śpieszy się do domu. Jak najszybciej chce być przy rodzinie. Ja jutro wracam do Polski.

W czasie kolacji u generała wszyscy siedzą przed telewizorem, w którym powtarzane są wciąż sceny ataku na wieżowce. Powoduje to jeszcze eskalację napięcia i grozy. Zrozpaczone twarze ludzi skaczących z wysokości, by uniknąć śmierci w ogniu. Co chwilę podają nowe komunikaty. Co chwilę straszne zdjęcia. Ranni, zaskoczeni, zdezorientowani. Kto śmiał zaatakować Amerykę, to przecież zamach nie tylko na nią, ale na jej symbol, na naszą zachodnią cywilizację. Zostały zaatakowane pieniądze, wojsko i władza. Dlaczego Amerykanie, najlepsi we wszystkim, tego nie przewidzieli? Jedzenie nie może przejść nam przez gardła. Rozmowa, po której tyle się spodziewaliśmy, wcale się nie klei.

Ktoś z rodziny pracował w tym budynku. Próby dodzwonienia się do Ameryki są bezskuteczne. Dwóch synów generała, też wojskowych, zostaje natychmiast zawiadomionych o postawieniu ich w stan gotowości.

Isabelle, profesor teologii powtarza po wielokroć: „To koniec, według porządku przyrodzonego, to koniec naszej cywilizacji, nie byliśmy wierni”. To atak na naszą cywilizację, na nasz system wartości. Tylko w porządku nadprzyrodzonym jest nasze ocalenie.

Jak to wszystko zrozumieć? Jak reagować? Jak się modlić?

Następnego dnia wracam do Polski. Na lotnisku wzmożone kontrole. Wiozę ze sobą ogromny rulon — obraz ojca Kima. Kolorowy jak życie Ireny. Ludzie oglądają się za mną. Czekając na lotnisku, przez cały czas wracałem myślami do Ireny, niezwykłej kobiety, której imię oznacza pokój, a która powiadomiła mnie o wojnie.

Irena, dziewczyna pokoju
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...