Umierać po ludzku

Umierać po ludzku

Można mieć tylko nadzieję, że nie znikną tak staroświeckie umiejętności lekarzy, jak nawiązywanie kontaktu z chorym człowiekiem, empatia, czerpanie z własnego doświadczenia, przenikliwość oraz intuicja.

W dyskusji o eutanazji jak zaklęcia pojawiają się wciąż te same stwierdzenia: cywilizacja śmierci, liberalizm, konsumpcjonizm, odrzucenie etyki chrześcijańskiej, sekularyzacja, ateistyczny humanizm. Może warto przy okazji tej dyskusji spojrzeć na stosunek do śmierci w naszej cywilizacji poprzez pryzmat relacji pacjent — lekarz, człowiek — technika. Trudno będzie te problemy od siebie oddzielić, tak samo jak trudno patrzeć na śmierć jako na zjawisko wyłącznie biologiczne.

Człowiek — śmierć

Historia ludzkiej śmierci zaczyna się wraz z pierwszymi pochówkami rytualnymi, czyli około 70 tys. lat temu, kiedy swoich przodków zaczęli grzebać neandertalczycy. Groby przyozdabiali czaszkami zwierząt, starannie ułożonymi kamieniami oraz roślinami sadzonymi na mogiłach. Te groby są pierwszymi świadectwami wiary w życie pozagrobowe, wiary w to, że człowiek istnieje nie tylko jako organizm biologiczny, że jest też coś poza czysto fizjologicznym trwaniem.

Niezwykłość śmierci ma swoje korzenie w osobistym doświadczaniu jej przez każdego człowieka. Obserwując świat, wiemy, że musimy umrzeć. Wiemy też o naszych narodzinach, skoro istniejemy. Jednak fakt narodzin — równie ważny jak śmierci — znamy jedynie z relacji bliskich, a ze śmiercią przyjdzie nam się zetknąć najprawdopodobniej całkowicie świadomie. Być może dlatego napawa nas takim lękiem. Być może dlatego boimy się, ponieważ przez całe życie nie stanęliśmy nigdy przed rozwiązaniem tak ostatecznym i nieodwracalnym. Tu należałoby zadać pytanie, czy boimy się bardziej nieuchronności śmierci, czy może jej niespodziewanego nadejścia?

Luis–Vincent Thomas opisuje w swoim artykule „Doświadczenie śmierci: jego granice i rzeczywistość” ludzkie postawy wobec własnego umierania. Stwierdza, że niektórzy ludzie starają się swoje ostatnie chwile przeżyć jak najpełniej i właściwie mało istotne jest, czy czynią to z pobudek religijnych, czy z czystej ciekawości. Przytacza on świadectwo chorego, któremu lekarze przedłużali ostatnie chwile życia wbrew jego woli. W momencie odzyskania świadomości odmówił on przyjęcia środków uśmierzających ból, stwierdzając: „Nikt nie pozbawi mnie mojej śmierci”. Postawa ta była bardzo podobna do żądania Buffeta, by zgilotynowano go twarzą zwróconą ku górze, tak by mógł widzieć spadające ostrze. Chociaż przedstawione przypadki są drastyczne, to ukazują w sposób niezwykle wyraźny pragnienie w pełni świadomego doświadczenia ostatnich chwil życia.

Co zrobić, kiedy wiadomo, że do przeżycia został już tylko jakiś czas przewidziany przez lekarzy, kiedy ma się przed sobą pewność śmierci odsuniętej w niedaleką przyszłość oraz pełną świadomość przybliżania się do niej? Chory na raka bohater filmu Akiro Kurosawy Żyć początkowo stara się wprawić w stan zamroczenia, potem zaś odkrywa pustkę swojego istnienia. „To żywy trup” — stwierdza ktoś z jego otoczenia. Od tego momentu mężczyzna podejmuje dzieło swojego życia — przekształca nieurodzajny zakątek w park dla dzieci. W jednym z wywiadów Kurosawa powiedział: „Czasami zastanawiam się nad śmiercią i niepokojem napawa mnie myśl, że mógłbym odejść, mając do zrobienia jeszcze tyle rzeczy w moim życiu. Mam wrażenie, iż przeżyłem bardzo mało, i to mnie boli”.

W doświadczeniu śmierci nie ma żadnego „po”, a jeśli jest, nie potrafimy go doświadczyć tak, jak doświadczamy życia czy nawet agonii. Dlatego tak ważny jest sposób umierania, zarówno miejsce, jak i stan, w którym przyjdzie człowiekowi zmierzyć się z tym ostatecznym oraz najbardziej osobistym doznaniem.

W ciągu niespełna stu lat nastąpiła znacząca zmiana w sposobie umierania. Społeczeństwo europejskie najpierw zinstytucjonalizowało i zmedykalizowało narodziny, by później to samo uczynić ze śmiercią. Śmierć przestała być wydarzeniem społecznym w takim stopniu jak na początku wieku. Wydana w 1910 roku powieść R. M. Rilkego Malte. Pamiętnik Malte Lauridiusa Brigge’a zawiera opis śmierci dziadka tytułowego bohatera, starego szambelana Krzysztofa Detlefa Brigge’a. Ogarnia ona całą jego pańską naturę, określa życie całej rodziny, domu i okolicy na pełne 10 tygodni. Jego śmierć była wielkim wydarzeniem społecznym — przychodziła w otoczeniu najbliższych, we własnym domu, umierający otrzymywał wsparcie sakramentami udzielanymi przez Kościół czuwający nad rytualnym przebiegiem tego wydarzenia, do którego należała zarówno sama śmierć, jak i oprawa nabożeństwa żałobnego, kondukt, pogrzeb, stypa oraz żałoba noszona przez rodzinę. Umieranie było nie tylko ostatnim doświadczeniem zmarłego, ale też, co dzisiaj wydaje się zaskakujące, jego ostatnim działaniem. Porządkował on swoje interesy, wypowiadał ostatnią wolę mogącą zmienić strukturę rodziny. Taka śmierć wpisywała się w kontekst społeczny otwarciem testamentu i dziedziczeniem.

Taka śmierć dzisiaj to rzadkość. Jak wykazują badania, w Niemczech ponad 60% ludzi umiera w szpitalu, a jeśli uwzględni się zgony na ulicy, w domach starców, domach opieki społecznej oraz różnego rodzaju wypadkach, okaże się, że tylko około 10% ludzi umiera we własnym domu. P. Aričs w swojej książce Człowiek i śmierć opisał upadek społecznego wzorca śmierci. Ukazał indywidualizację i uwewnętrznienie żałoby oraz zanik rytuałów żałobnych. Śmierć przeniesiono do szpitala, pogrzeby powierzono wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom, samo zaś umieranie i opłakiwanie zmarłego zaczęto postrzegać jako coś niesmacznego, co należy wyeliminować z codziennego życia.

Pacjent — lekarz

Przywłaszczenie sobie śmierci przez medycynę ma podobne przyczyny jak przywłaszczenie narodzin: szczupłość rodziny, brak rodzin wielopokoleniowych, niemożność zapewnienia odpowiedniej opieki w domu.

Dzisiaj wydaje się nam oczywiste, że większość umierających to starcy, chociaż jest to złudzenie wywołane punktem widzenia. Jest tak tylko w krajach wysoko rozwiniętych. W skali światowej ciągle częściej umierają dzieci.

Na zmiany w postrzeganiu śmierci wpłynęło również zorientowanie współczesnej medycyny nie na leczenie pacjenta, lecz choroby. To właśnie choroba jest dzisiaj najczęstszą przyczyną zgonów, co więcej, nawet starość jest dzisiaj traktowana jak choroba, którą usiłuje się wyleczyć.

Skoro zaś leczeniu podlega choroba, a nie pacjent, istotnym problemem staje się kontakt chorego z lekarzem oraz to, w jaki sposób prowadzona jest terapia. Współczesna medycyna to wysoko zaawansowana wiedza i technologia. Tradycyjne metody zdobywania informacji o chorobie tracą znaczenie w klinikach. Na pierwsze miejsce wysunęły się dwie sprawy: zwalczenie choroby (czyli oddzielenie jej od pacjenta, co daje możliwość wygłaszania twierdzeń o udanej operacji, podczas której pacjent zmarł) oraz używanie wszelkich najnowszych osiągnięć techniki medycznej do jej przezwyciężenia.

Wydawałoby się, że nie ma w takim postępowaniu nic nagannego, ale należałoby spytać, czy ten sposób podejścia do choroby, do cierpienia człowieka, nie odbiera pacjentowi jego podmiotowości, nie pozbawia go godności, i czy pacjent poddawany przeróżnym badaniom, których znaczenia najczęściej nie rozumie, ma szansę na nawiązanie kontaktu z lekarzem, by pozbyć się lub chociaż odczuć złagodzenie lęku przed bólem czy śmiercią? Gdzie jest lekarz i kim jest, jeśli od pacjenta oddzielają go maszyny, za pomocą których zdobywa on informacje o chorobie, minimalizując bezpośredni kontakt z chorym oczekującym nie tylko bezbłędnego przeprowadzenia leczenia, ale również wsparcia emocjonalnego?

Niezaprzeczalnie rozwój techniki i wykorzystywanie jej w lecznictwie daje niesamowitą liczbę obiektywnych danych o chorobie i wpływa na wydłużanie się ludzkiego życia. Jednak technologia dająca tę wiedzę niesie ze sobą również nieoczekiwane konsekwencje. N. Postman w swojej książce Technopol. Triumf techniki nad kulturą przytacza zastanawiające dane pochodzące z USA. Okazuje się, że około 80 tys. ludzi zapada co roku na raka z powodu prześwietleń rentgenowskich. Ocenia się, że w jednym pokoleniu Amerykanów spowodują one 2,34 mln chorób nowotworowych. Już w roku 1974 senat amerykański zlecił badania, które wykazały, że przeprowadzono niepotrzebnie 2,4 mln operacji. Spowodowały one 11,9 tys. zgonów i kosztowały 3,9 mld dolarów. Wiemy również, że mimo stosowania zaawansowanych technologii medycznych Stany Zjednoczone lokują się dopiero na 14. miejscu na świecie pod względem przeżywalności noworodków.

Przeglądając dane statystyczne, przejdźmy do Europy. We Francji niepotrzebnie cierpi ok. 9 mln osób, czyli prawie co druga odczuwająca ból z powodu choroby. Ocenia się, że w Polsce nieuzasadnione cierpienia znosi prawie 70% chorych. Jednocześnie anestezjolodzy zapewniają, że w zasadzie nie ma bólu, którego medycyna nie mogłaby zlikwidować. Musi być jednak spełniony jeden warunek — lekarz i pacjent muszą pozostawać w bliskim kontakcie i komunikować się ze sobą. Lekarz nie może być tylko wykwalifikowanym technikiem posługującym się coraz bardziej skomplikowanymi narzędziami, potrafiącym odczytywać dane dostarczane przez aparaturę medyczną. Można mieć tylko nadzieję, że nie znikną tak staroświeckie umiejętności lekarza jak nawiązywanie kontaktu z chorym człowiekiem, a nie jedynie z jego chorobą, empatia, czerpanie z własnego doświadczenia, przenikliwość oraz intuicja. Pacjent nie jest zepsutą maszyną, wymagającą naprawy przez inne maszyny. Trudno dzisiaj uwierzyć, ale medycyna była kiedyś uważana za sztukę.

Człowiek — technika — czas śmierci

Nowe technologie medyczne wpłynęły też na zmianę definicji momentu śmierci. Zanim poznano zjawisko śmierci klinicznej, za moment zgonu uznawano ustanie oddechu i akcji serca. Następnie zaczęto ten moment określać czasem śmierci mózgowej. Czas śmierci jednocześnie przedłużył się i podzielił na mniejsze odcinki: wspomnianą już śmierć mózgową, śmierć tkanek, śmierć na poziomie komórkowym. Dzisiaj możliwe jest również manipulowanie długością śmierci.

Oczywiście nie można pokonać śmierci, ale medycyna pozwala regulować jej trwanie lub moment nadejścia w zależności od woli lekarza, pacjenta czy rodziny umierającego. Znany jest przypadek Karen Ann Quinlan, 22–letniej Amerykanki, którą personel szpitala podtrzymywał przy życiu za pomocą aparatu tlenowego oraz zastrzyków wzmacniających i antyinfekcyjnych mimo jednoznacznie postawionej diagnozy wykluczającej odzyskanie przez pacjentkę świadomości. Odłączenia pacjentki od aparatury podtrzymującej życie żądali rodzice. Ich zabiegi poparł swoim orzeczeniem sąd, lecz szpital argumentował, że nie nastąpiła śmierć mózgu. Mogła do tego doprowadzić rezygnacja ze sztucznego podtrzymywania życia, całkowicie w tym przypadku uzasadniona. W odwrotnym przypadku, kiedy następuje śmierć mózgowa, lekarze przerywają sztuczne odżywianie, osłonę przed infekcjami i pozwalają wygasnąć funkcjom wegetatywnym. Do kogo należy dzisiaj śmierć — do umierającego, szpitala, rodziny czy sądu?

Czas śmierci człowieka zależy dzisiaj często od decyzji lekarza lub od uzgodnienia między szpitalem a rodziną umierającego, często nawet między szpitalem, sądem i rodziną. Sam umierający jest zepchnięty w cień. Uznanie przez medycynę śmierci za porażkę powoduje często przysporzenie pacjentowi niepotrzebnego cierpienia zabiegami reanimacyjnymi lub innymi zabiegami medycznymi, które w ostatnich momentach ludzkiego życia jedynie na chwilę przedłużają jego trwanie.

W medycynie ujawniają się społeczne zachowania wobec śmierci — przede wszystkim lęk. Spowodowało to uczynienie ze szpitali wyalienowanych z życia społecznego miejsc umierania dla osamotnionych pacjentów. Umierający, podobnie jak bezdomni, znaleźli się dzisiaj na marginesie życia społecznego. Stało się coś zadziwiającego –– umierający znajduje się w szpitalu, ponieważ ma tam szansę na przedłużenie życia, nie będziemy się zastanawiać nad tym, czy jako osoba czy tylko jako ciało, lecz jednocześnie zostaje pozbawiony statusu pełnoprawnego członka swojej społeczności i w jakimś stopniu pozbawiony możliwości decydowania o sobie. Po prostu nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że w tych warunkach eutanazja może stać się w odczuciu pacjenta ostatnią szansą na uzyskanie utraconej podmiotowości, a co za tym idzie — godności.

 Wiemy, że umieramy, ale nikt z nas nie chce w to wierzyć i najczęściej nie dopuszczamy do siebie myśli o śmierci. Jest to postawa, mówiąc delikatnie, ambiwalentna. Możemy sobie na nią pozwolić. Jesteśmy ludźmi. Jesteśmy niezdecydowani, lękliwi, działamy często nielogicznie, powodowani emocjami. Na podobny komfort nie może sobie jednak pozwolić medycyna, której postawę wobec śmierci można nazwać schizofreniczną — śmierć co prawda jest, ale ma jej nie być, choć jest naturalnym zjawiskiem zachodzącym we wszystkich organizmach żywych. Wiele wskazuje na to, że niewiele jesteśmy mądrzejsi od naszych przodków sprzed 70 tys. lat czy od starożytnych Greków, którzy potrafili prostym stwierdzeniem: „to, co jest — jest, to czego nie ma — nie ma”, odróżnić istniejące od nieistniejącego.

Przyjęcie w Holandii ustawy o eutanazji i czynione do tego przygotowania w Belgii powinny skłonić raczej do przemyślenia stosunku wobec śmierci niż do potępiania bądź apologetyzowania tego rozwiązania prawnego. Być może niedługo znów odkryjemy, że nasi bliscy mogą umierać w domu. Pierwszy krok został uczyniony — kobieta może już rodzić w domu, może jej asystować mąż, a narodziny ponownie stały się takim wydarzeniem społecznym jak dawniej. Może warto zastanowić się nad tym, jak umierać po ludzku?

Umierać po ludzku
Cezary Bałdyga

dziennikarz....