Pani ambasadorowa
fot. tabitha turner / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 votes
Wyczyść

To było w środku lata. Dzień był słoneczny. Zziajany biegłem do czekającej na mnie młodzieży. Nagle zaczepiła mnie elegancka, starsza pani i grasejując, spytała: „Ksiądz Góra, Góra?”. „Góra, Góra” odpowiedziałem, przedrzeźniając ją. Pragnąłem jak najszybciej pozbyć się tej pani, ale ona powiedziała, że uratowałem jej małżeństwo, ponieważ słyszała moją audycję w Radiu Wolna Europa na temat wierności polskich kobiet towarzyszących mężom po powstaniu na zesłanie i dodała, że do końca życia będzie mi wdzięczna za to, co dla niej zrobiłem. Chcąc się pani pozbyć, powiedziałem, że przecież niczego dla niej nie zrobiłem, ona jednak zapewniła mnie, że zawsze mogę na nią liczyć. Wymieniliśmy telefony. Szybko jej numer zgubiłem.

Wiosną 1992 roku gmina Zakliczyn nad Dunajcem podarowała mi Jamną, czyli dom, górę i las. Ojcowie w klasztorze powiedzieli wtedy, że wdepnąłem w gówno i że lepiej będzie, jeśli się zajmę duszpasterstwem w Poznaniu. Kiedy Kapituła prowincjalna odmówiła przyjęcia darowizny, w nocy z 24 na 25 marca (Święto Zwiastowania), będąc na krawędzi wyczerpania, napisałem list do Matki Bożej i świętego Jacka z prośbą o ratunek. Nazajutrz zadzwonił telefon. Dzwoniła pani ambasadorowa z Teheranu, twierdząc, że miała bezsenną noc, podczas której naszła ją świadomość, że ja potrzebuję pomocy i że to ona powinna mi jej udzielić.

Naturalnie, że przyznałem się do swojej bezsiły w kwestii przejęcia darowizny. Pani ambasadorowa, kalecząc nasz polski język, powiedziała, że tylko głupi nie bierze ziemi i że natychmiast wysyła mi 1000 dolarów na przyjęcie tej darowizny. W krótkim czasie rada klasztoru pod tak zwanym natchnieniem Ducha Świętego przyjęła darowiznę zgodnie z prawem, według którego nabywający zakonnik nabywa zawsze dla klasztoru, w którym aktualnie przebywa. Tak oto, dzięki pani ambasadorowej Duszpasterstwo Akademickie w Poznaniu stało się właścicielem posiadłości na Jamnej. Tak powstała jamneńska respublica dominicana regio exteritorialis. Pani ambasadorowa wielokrotnie przybywała na Jamną, odwiedzała nas w Poznaniu, gościła w Warszawie. Zawsze pełna entuzjazmu dla naszych poczynań.

Pamiętam pierwszy wspólny wyjazd na Jamną. Ambasadorowa myślała, że to jakiś kurort ta Jamna. Ale szybko wyszła z szoku i ochłonęła. Natychmiast się ogarnęła i zabrała do sprzątania. Wiadro, szmata, proszek, rękawice i już szorowała klapy wychodka. Potem kolejno: kuchnia, gary, materace do spania… Nasze panienki potrzebowały trochę czasu, aby zapytać: „Może my byśmy też pomogły?”.

Upodobała sobie moją służbę. Pewnego dnia powiedziała mi, że gdyby się dowiedziała, że zamierzam porzucić służbę Bożą, to naśle na mnie Ukraińca z wiertarką, aby przewiercił mi kolana, żebym był wierny pierwszemu wyborowi i pierwszej miłości, to jest powołaniu. Czuła się za mnie i moje powołanie odpowiedzialna.

Kiedyś młody artysta urządził wystawę w dużej sali naszego duszpasterstwa. Była to wystawa grafiki dość odważnej, ilustrującej zazwyczaj przyodziane fragmenty ciała kobiecego. Artysta pobiegł do pani ambasadorowej z prośbą, aby i ona rzuciła okiem na jego awangardowe prace i doceniła wydarzenie. Pani ambasadorowa, zachowując kamienną twarz, poprosiła o nożyczki i bez pytania zaczęła obcinać sznurki, na których były zawieszone grafiki. Na pytanie, dlaczego to robi, odpowiedziała: Pan możesz robić sobie to wszędzie, ale nie tutaj. Ojciec Góra na coś takiego patrzył nie będzie. Nikt nie ośmielił się sprzeciwić.

Pani ambasadorowa była wielką smakoszką i mistrzynią kuchni francuskiej. Posiadała kwalifikacje i odznaczenia na poziomie Cordon Bleu. Lubiła jedzenie i znała się na nim. Opowiadała, że stale się z tego spowiada, że tak lubi jeść, że jadłaby nawet kamienie, dobrze przyprawione. Raz nawet pytała nuncjusza, kiedy się grzeszy obżarstwem. Nuncjusz miał odpowiedzieć: „Jak pani straci przytomność”. „Ojcze, ja nigdy nie straciłam przytomności, jedząc, więc chyba w tej materii nie grzeszę”.

Od czasu do czasu kazała mężowi, ambasadorowi Argentyny w Teheranie, a później w Warszawie, płacić daninę na rzecz Jamnej, którą bardzo pokochała. Przemowy do męża były krótkie: „Norberto! Całe życie mnie kiwałeś, oszukiwałeś, ale Matki Bożej na Jamnej i ojca Góry nie będziesz kiwał. Pieniądze na stół!”. Pani ambasadorowa była wizjonerką. Lubiła marzyć o przyszłości. Cieszyła się każdym krokiem w kierunku normalizacji stosunków społecznych w Polsce. Znała wiele wybitnych i ważnych osobistości. Cieszyła się moją pracą wśród młodzieży, chętnie uczestniczyła w spotkaniach. Lubiła usiąść z papierosem w ręce i marzyć, co by tu jeszcze można zrobić albo poprawić.

Zmarła w Argentynie. Jej prochy wróciły do Wielkopolski, do Lusowa, gdzie pochowałem je w rodzinnym grobie, a na Jamnej pozostał pokój dedykowany pani ambasadorowej Wandzie Plucińskiej-Auge, obywatelce Argentyny, z urodzenia i z serca Polce, dobrodziejce Jamnej.

Pani ambasadorowa
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze