Lekiem na słabnącą wiarę jest komunia

Lekiem na słabnącą wiarę jest komunia

Wiele w życiu wycierpiałem z powodu głupich, zmęczonych, otępiałych, a nawet złych księży: wiem jednak o sobie wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że nie powinienem z takich przyczyn opuszczać Kościoła.

Mówisz jednak o „podupadającej wierze”. (…) W ostatecznym rozrachunku wiara jest aktem woli, napędzanym miłością. Naszą miłość może ochłodzić, a wolę nadszarpnąć widok wad, szaleństwa, a nawet grzechów Kościoła i jego duchownych, ale nie sądzę, żeby ktoś, kto raz zyskał wiarę, porzucał ją z tych powodów (a już z pewnością nie ktoś mający jakąkolwiek wiedzę historyczną). „Zgorszenie” co najwyżej wywołuje pokusę – jak nieprzyzwoitość wywołuje pożądanie, którego nie stwarza, lecz budzi. Jest to wygodne, ponieważ odwraca naszą uwagę od nas samych i naszych win, pozwalając nam znaleźć jakiegoś kozła ofiarnego. (…) Stale tkwi w nas pokusa „niewiary” (która w istocie oznacza odrzucenie naszego Pana i Jego twierdzeń). Jakaś nasza cząstka pragnie znaleźć dla niej usprawiedliwienie poza nami samymi. Im silniejsza jest ta wewnętrzna pokusa, tym łatwiej i mocniej „gorszą” nas inni. Sądzę, że jestem równie uwrażliwiony co Ty (lub jakikolwiek inny chrześcijanin) na „gorszące” postępki zarówno duchownych, jak i świeckich. Wiele w życiu wycierpiałem z powodu głupich, zmęczonych, otępiałych, a nawet złych księży: wiem jednak o sobie wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że nie powinienem z takich przyczyn opuszczać Kościoła (co dla mnie oznaczałoby wypowiedzenie posłuszeństwa Panu); powinienem go opuścić z powodu utraty wiary (…). Powinienem wyprzeć się Przenajświętszego Sakramentu, to jest nazwać Pana oszustem, mówiąc Mu to prosto w oczy.

Jeśli jest On oszustem, a Ewangelie są szalbierstwem – to znaczy poplątanymi opowieściami obłąkanego megalomana (co jest jedyną alternatywą) – to oczywiście widowisko wystawiane przez Kościół (…) w przeszłości oraz obecnie byłoby po prostu dowodem gigantycznego oszustwa. Jeśli tak jednak nie jest, to widowisko owo stanowi, niestety, jedynie to, czego należało się spodziewać: zaczęło się przed pierwszą Wielkanocą i wcale nie dotyczy wiary – poza tym, że możemy i powinniśmy być głęboko zasmuceni. Powinniśmy jednak rozpaczać w imieniu naszego Pana i dla Niego, wiążąc się z gorszycielami, a nie ze świętymi, bez zawodzenia, że nie możemy „znieść” Judasza Iszkarioty czy nawet niedorzecznego i tchórzliwego Szymona Piotra, lub też głupich kobiet, jak matka Jakuba, usiłujących wywierać presję na swoich synów.

Trzeba fantastycznej woli niewiary, by sądzić, że Jezus tak naprawdę nigdy się „nie wydarzył”, a jeszcze większej jej dawki, by sądzić, że nie wypowiedział słów zapisanych jako Jego. Słów niemożliwych do „wymyślenia” przez nikogo na świecie w owych czasach: takich jak „pierwej niż Abraham się stał, Jam jest” (J 8). „Kto Mnie widzi, widzi i Ojca” (J 14); albo ustanowienie Przenajświętszego Sakramentu w Ewangelii wg św. Jana, rozdział 6: „Kto pożywa ciało moje, i pije krew moją, ma żywot wieczny”. Musimy zatem albo wierzyć w Niego i w to, co powiedział, i przyjąć tego konsekwencje, albo odrzucić to i też przyjąć tego konsekwencje. Bardzo trudno mi uwierzyć, by ktokolwiek, kto choć raz przyjął komunię z przynajmniej właściwą intencją, mógł odrzucić Go, nie mając przy tym ogromnego poczucia winy. (Jakkolwiek tylko On zna każdą duszę i jej sytuację).

Jedynym lekiem na słabnącą wiarę jest komunia. Choć niezmiennie jest samym sobą, doskonały, pełny i nietknięty, Przenajświętszy Sakrament nie działa całkowicie i raz na zawsze dla nikogo z nas. Podobnie jak akt Wiary, musi być ciągły i wzrastać przez praktykowanie. Częstość przynosi najlepsze efekty. Siedem razy w tygodniu jest bardziej pokrzepiające niż siedem razy z przerwami. (…)

Mnie samego przekonuje prymat Piotrowy, a i rozejrzenie się po świecie nie pozostawia wiele wątpliwości, który z Kościołów (jeśli chrześcijaństwo jest prawdziwe) to Kościół Prawdziwy, umierająca, lecz żywa, przekupna, lecz święta, samoreformująca się i powtórnie powstająca świątynia Ducha. Dla mnie jednak ten Kościół, którego uznaną głową na ziemi jest papież, ma najwyższą zasługę w tym, że zawsze bronił (i wciąż to robi) Przenajświętszego Sakramentu, oddaje mu wielką cześć i umieszcza go (co wyraźnie było intencją Chrystusa) na głównym miejscu. „Paś baranki moje” – było Jego ostatnim poleceniem dla św. Piotra; a ponieważ Jego słowa zawsze należało przede wszystkim rozumieć dosłownie, przypuszczam, że odnosiły się one przede wszystkim do Chleba Życia. To przeciwko temu została skierowana zachodnioeuropejska rewolta (czy też reformacja) – przeciwko „bluźnierczej bajce Mszy” – a wiara była zaledwie fałszywym tropem. Moim zdaniem, największą reformę naszych czasów przeprowadził św. Pius X, przewyższając wszystko, choć też ogromnie potrzebne, co później osiągnął sobór.

Tekst listu do syna Michała z 1 listopada 1963 roku pochodzi z książki Josepha Pearce’a Tolkien. Człowiek i mit, która ukazała się w Wydawnictwie Zysk i Ska, Poznań 2001, przeł. Joanna Kokot, s. 188–189.

Lekiem na słabnącą wiarę jest komunia
J. R. R. Tolkien

(ur. 3 stycznia 1892 r. w Bloemfontein, RPA – zm. 2 września 1973 r. w Bournemouth, Wielka Brytania) – John Ronald Reuel Tolkien, CBE, brytyjski pisarz, poeta, profesor filologii klasycznej i literatury staroangielskiej na Uniwersytecie Oksfordzkim, uczestnik I wojny światow...