Dlaczego warto dziś pozostać w Kościele?

Dlaczego warto dziś pozostać w Kościele?

Pisarze z okresu wczesnego chrześcijaństwa przedstawiali wspólnotę wiernych, używając sprzecznych terminów, czasami nazywali ją nieskalaną, a innym razem szpetną, opisywali ją zarówno jako niewinną oblubienicę, jak i jako cudzołożną ladacznicę.

„Obecnie (w Kościele) cały porządek rzeczy został odwrócony, wszystko jest na opak” 1. To krótkie, dobitne zdanie na temat Kościoła nie jest mojego autorstwa, nie zostało też wypowiedziane przez komentatora czy też dziennikarza z Irlandii, chociaż Bóg widzi, że odbija się w nim dzisiejsza rzeczywistość. Jest to cytat z powstałego w Paryżu trzynastowiecznego tekstu autorstwa kapłana z Zakonu Dominikańskiego, później kardynała, o nazwisku Hugon Saint Cher.

„Obecnie (w Kościele) cały porządek rzeczy został odwrócony, wszystko jest na opak”. Kiedy Hugon pisał te słowa, do Dublina przyjechali pierwsi dominikanie i założyli tutaj kościół i klasztor Najświętszego Zbawiciela. Był rok 1224. Hugon, który napisał to zdanie w czasie tej samej dekady lub niedługo później, był najwyraźniej niemile zaskoczony skandalami na tle finansowym i seksualnym w Kościele europejskim, których był świadkiem. Opierając się na motywie z Pieśni nad pieśniami i porównując Kościół do rydwanu, wygłosił taki oto alarmujący manifest:

Kościół stacza się po równi pochyłej w otchłań bogactwa, rozpasania, a nawet grzechu. Koła Kościoła wyłamały się ze swojej osi. Obecnie rydwan Kościoła już nie toczy się prędko do przodu, ale w przeciwną stronę. A dlaczego? Ponieważ Jego rumaki (a więc przywódcy i kler) pędzą wstecz, ciągnąc Go za sobą 2.

Skandale kiedyś i teraz

Zapis jednego ze skandali w obrębie Kościoła, który miał miejsce pod koniec trzynastego wieku, zachował się do dziś. Ta szczególna historia, jak się z ulgą przekonacie, nie dotyczy naszych irlandzkich braci dominikanów, ale grupy Braci Mniejszych. Nie oznacza to jednakże, że dominikanie byli bez skazy… Niezależnie od tego, w którym okresie historycznym przyszło nam żyć, obojętnie czy należymy do Kościoła, czy też nie, nie ma niestety jednej tylko grupy społecznej, która miałaby monopol na skandale.

Krótkie sprawozdanie z wydarzeń dotyczących Braci Mniejszych przetrwało w kronikach klasztoru benedyktynów o nazwie Opactwo Wirgonia. Właściwie zachowały się dwie wersje tego incydentu. Poniżej przedstawiam ich pobieżną kompilację:

Rok Pański 1291. Czwarty dzień po idach czerwcowych. W Cork w Irlandii Bracia Mniejsi mają kapitułę generalną, na którą przyjeżdżają irlandzcy bracia uzbrojeni w bullę papieską. Powstała tak zażarta dysputa pomiędzy braćmi angielskimi i braćmi od św. Franciszka, że szesnastu braci zostało zamordowanych przez swoich konfratrów. Pokój przywrócono tylko dzięki interwencji oburzonych mieszczan 3.

Benedyktyński kronikarz dodaje do tego zaskakującego sprawozdania następujący drwiący komentarz: „Bulle papieskie zawsze ekscytują braci!” 4.

W komentarzu mnicha dźwięczy prawdziwie ostra drwina. Ktoś mógłby pomyśleć: „No cóż, być może powyższa opowieść to tylko fikcja, rodzaj średniowiecznej facecji?”. Jednak historia ta jest prawdopodobnie prawdziwa i dlatego jest skandalem. Przytaczam ją, ponieważ może pozwolić spojrzeć z perspektywy na pewne kościelne skandale, których sami jesteśmy niestety świadkami w ostatnich latach i miesiącach tutaj, w Irlandii. Nie istnieje jednak takie spojrzenie z dystansu na historię, które pozwoliłoby umniejszyć rangę tego, co się stało, czy też w jakikolwiek sposób ukryć przed naszymi oczyma niewiarygodne cierpienie i udrękę tych, których niewinność i zaufanie zostały naruszone. Można powiedzieć, że przynajmniej w czasie tej tragedii i podczas tych okropnych wydarzeń nikt nie utracił życia. Ale czy to prawda? Z pewnością niejedno życie zostało stracone, i to bezpowrotnie, ponieważ coś zostało odebrane małym dzieciom, tym najmłodszym, coś, co nigdy nie może im zostać przywrócone czy oddane.

Carlo Caretto, jeden z najbardziej znanych pisarzy kontemplacyjnych XX wieku, w pełni świadom mającego miejsce w Kościele skandalu, nie wahał się tak oto wyrazić swoją opinię w jednej z publikacji:

Jakże bardzo dyskusyjny jesteś, Kościele, a mimo to jak bardzo cię kocham!

Jak wiele cierpień sprowadziłeś na mnie, ile jednak ci zawdzięczam!

Chciałbym, żebyś został zniszczony, a przecież bardzo potrzebuję twej obecności.

Dałeś mi tyle zgorszeń, a pomimo to pozwoliłeś mi zrozumieć świętość.

Na świecie nie widziałem niczego bardziej nienowoczesnego,

bardziej skompromitowanego, bardziej fałszywego i nie dotykałem niczego czystszego, hojniejszego i piękniejszego.

Ile razy miałem ochotę zatrzasnąć ci przed nosem drzwi mojej duszy i ileż razy modliłem się, bym mógł umrzeć w twoich bezpiecznych ramionach.

Nie, nie mogę uwolnić się od ciebie, ponieważ jestem tobą, choć nie jestem tobą do końca.

Zresztą dokąd bym mógł pójść?
Żeby zbudować inny?
Ale mogę go zbudować tylko z tymi samymi wadami, ponieważ są to wady, które noszę w sobie. I jeśli go zbuduję, będzie to już mój Kościół, a nie Chrystusa 5.

Część z tego, co chciałbym powiedzieć, udzielając odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego warto pozostać w Kościele?”, zostało już powiedziane w tym cytacie Caretto, zostało to powiedziane z zakłopotaniem i pasją, uczciwie, z przekonaniem pełnym godnej podziwu wiary w stosunku do Kościoła.

Zdanie, które również robi wrażenie i które warto tutaj przytoczyć, to stwierdzenie Pawła VI wypowiedziane na krótko przed tym, nim został wybrany papieżem. W swoim przesłaniu wygłoszonym we Florencji w 1960 roku zauważył: „Każdy kto chce odkryć prawdziwe rysy Kościoła, musi dłużej przyglądać się jego twarzy, brudnej i często poranionej” 6. Dłużej się przyglądać. Czas dzisiejszego wieczoru jest z konieczności ograniczony. Proponuję jednak, abyśmy w ciągu najbliższej godziny przyjrzeli się, przyjrzeli się dłużej temu, co Paweł VI nazwał „prawdziwymi rysami Kościoła”. (…)

Kościół świętych i uczonych?

Niedawno otrzymałem list od przyjaciela z Dublina, w którym zadał mi następujące pytanie: „Czy to źle – napisał – że chciałbym się urodzić we wcześniejszym, bardziej religijnym okresie historycznym w Irlandii? Czy to źle, że chciałbym żyć w prawdziwie wspaniałej epoce chrześcijaństwa, zamiast żyć tak jak teraz w skorumpowanym czasie i w skorumpowanym Kościele?”.

Pytanie mojego przyjaciela nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę atmosferę, w której przyszło nam żyć. Ale życzenie w nim zawarte, tęsknota za złotym wiekiem wspólnoty kościelnej chyba nie do końca jest mądre. Czy jest to życzenie przemyślane, oparte na faktach? Irlandia z okresu wczesnego chrześcijaństwa często jest opisywana – myślę, że nie bez powodu – jako „wyspa świętych i uczonych”. Ale naiwnością byłoby wyobrażać sobie, że te dwie wzmiankowane grupy – święci i uczeni – stanowili całą populację kraju! Wówczas, tak jak i teraz, Irlandia i Kościół przyjmowały ludzi różnego pochodzenia i stanu, a wśród nich byli niewątpliwie mężczyźni i kobiety o wiele mniej święci i mądrzy niż święci i uczeni.

Jestem szczęśliwy, będąc członkiem Kościoła katolickiego i pozostając w nim między innymi dlatego, że Kościół jest nie tylko domem wielkich świętych, ale także domem słabych i upadających grzeszników. Decyduję się pozostawać dzisiaj w Kościele, ponieważ, jakkolwiek może się to wydawać zaskakujące, Kościół, który jest mi tak dobrze znany dziś, jest tym samym Kościołem, tym samym świętym zgromadzeniem, którego „poranioną” czy nawet „brudną” twarz rozpoznaję, czytając Dzieje Apostolskie i Listy św. Pawła. Wiele lat temu w skłaniającej do refleksji książce zatytułowanej Entuzjazm Ronald Knox próbował opisać realia życia we wczesnym Kościele, a w szczególności próbował przybliżyć nam życie chrześcijan z Koryntu. Tytuł, który wybrał dla drugiego rozdziału swojej książki wskazują, jaką historię zamierza opowiedzieć, ale jest on zupełnie sprzeczny z naszymi oczekiwaniami. Tytuł ten brzmi: „List Koryntian do św. Pawła”.

Przez lata przyjęło się wśród czytelników Ewangelii przekonanie, że wspólnota w Koryncie była najbardziej uduchowiona ze wszystkich wczesnych Kościołów – to także punkt widzenia do pewnego czasu reprezentowany przez samego św. Pawła. Ale wewnątrz Kościoła w Koryncie istniały od samego początku pewne niebezpieczne nurty drzemiące tuż pod powierzchnią. Te właśnie tendencje przejawiały się w formie różnego rodzaju dekadenckich i skandalicznych zachowań, a św. Paweł czuł się zobowiązany do potępienia ich i wysłania do Koryntian ostrego i napominającego listu. Biorąc pod uwagę natarczywość skarg św. Pawła, Ronald Knox pyta w pewnym momencie: „Kim u licha są ci wszyscy ludzie, którzy potrzebowali takich ostrych słów?” 7. To jest dobre pytanie. Wystarczy, że odpowiadając na nie, zacytuję kilka podtytułów Pierwszego Listu św. Pawła, które znalazłem w Biblii Jerozolimskiej. Oto one: „Podziały i skandale”, „Rozłamy w Kościele korynckim”, „Kazirodztwo w Koryncie”, „Powrót pogańskich sądów” i „Cudzołóstwo”. Oczywiście Kościół w Koryncie miał potencjał, aby stać się jednym z najbardziej niezwykłych wśród wczesnych wspólnot chrześcijańskich. Ale spoczywając wygodnie na laurach swoich prawdziwych lub wyimaginowanych osiągnięć, Kościół ten stał się wkrótce dumny, bierny i zajęty sobą. Hans Urs von Balthsaar komentuje to następująco: „Ta wspólnota, która miała wedle życzenia apostoła stać się »oblubienicą Chrystusa, będąc czysta niczym dziewica«, w ciągu jednej nocy zamieniła się w poważaną? ladacznicę!” 8.

Nierządnica i święta

Ze wszystkich wizerunków, którymi wcześni chrześcijanie opisywali świętość Kościoła, najbardziej uderzający jest chyba ten, który przedstawia Kościół jako młodą, rozpromienioną oblubienicę zaręczoną z Chrystusem. Pierwsi chrześcijanie nie byli jednak naiwni. Chociaż trzymali się kurczowo tego czystego i lśniącego wizerunku i, tym samym, byli przekonani o wewnętrznej świętości Kościoła, nie mogli zaprzeczyć temu, co się działo na ich oczach, a co świadczyło o słabości i grzeszności ich własnego życia. Do tego dochodziły także skandale dużego i mniejszego kalibru w obrębie całego Kościoła. Tak, Kościół sam w sobie był święty, ale Jego członkowie nie stanowili moralnie nienagannej wspólnoty społecznej. Byli od tego dalecy.

Świadomi tego faktu pisarze z okresu wczesnego chrześcijaństwa przedstawiali wspólnotę wiernych, używając sprzecznych terminów, czasami nazywali ją nieskalaną, a innym razem szpetną, opisywali ją zarówno jako niewinną oblubienicę, jak i jako cudzołożną ladacznicę 9, Papież Grzegorz Wielki stwierdza:

Pozwólcie Kościołowi krzyczeć: jestem czarny, ale piękny, czarny poprzez wasz osąd, a piękny poprzez promieniowanie Łaski… czarny w ocenie, piękny dzięki Łasce… czarny przeze mnie, piękny poprzez dar, czarny przez swoją przeszłość, piękny poprzez to, co mam osiągnąć w przyszłości 10.

Ta dość szokująca, ale pełna nadziei prawda o Kościele jest czymś, z czym prędzej czy później konfrontowane jest każde pokolenie wierzących, i nasze pokolenie nie jest oczywiście wyjątkiem. Caretto pisze o tym tak: „W tym zawiera się tajemnica Kościoła Chrystusa, prawdziwa, niezgłębiona tajemnica. Ma moc dać mi świętość i cały, od początku do końca, składa się z samych grzeszników, i to jakich grzeszników!” 11. (…)

Mówienie prawdy

Jak możemy reagować jako Kościół na przejawy słabości tych, którzy są pośród nas? Pewnego razu Paweł VI sam zadał sobie to pytanie: „Co mamy powiedzieć na temat wszelkiego zła, które z pewnością było w Kościele? Czy możemy temu zaprzeczyć, czy możemy lekceważyć jego powagę? Usprawiedliwić je?”. I odpowiedział: „Nie, musimy być szczerzy i spojrzeć prawdzie w oczy, szczególnie prawdzie historycznej, która może zostać oceniona najszczerzej i najbardziej obiektywnie. I nie wolno nam zmieniać tej oceny tylko dlatego, że kochamy nasz Kościół” 12.

W podobnym duchu, odnosząc się do kwestii skandalu, papież Grzegorz Wielki zauważył w szóstym wieku, że nie ma sensu kłamać czy też, jak to dziś mówimy, tuszować pewnych spraw. „Gdyby zgorszenie pojawiło się”, pisał Grzegorz Wielki, „lepiej, aby wypłynęło na światło dzienne, niż aby prawda została narażona na szwank czy była ukrywana” 13.

To stwierdzenie papieża Grzegorza jest znamienne i mądre. Niestety, rad papieża nie zawsze słuchano, co przynosiło opłakane skutki. Obecnie, we współczesnej Irlandii uważa się, że tajenie prawdy przez władze kościelne w licznych przypadkach jest zgorszeniem samym w sobie i to zgorszeniem na wielką skalę, które wywołało wielki gniew i smutek w Kościele.

Ludzie oczywiście mają pełne prawo wyrażać swoje oburzenie i słuszny gniew. Ale chciałbym powiedzieć o pewnym aspekcie skandali i sposobu reagowania na nie. Czy ludzie naprawdę służą Bogu jako aktywni członkowie Kościoła, jeśli okazuje się, że dzień po dniu „atakują Kościół, waląc w niego niczym w stary zakurzony materac?” 14. W odpowiedzi na to pytanie Hans Urs von Balthasar pisze:

Pozwólmy im uderzać, pod warunkiem że uderzą się w swoje własne piersi i przy każdym uderzeniu będą się identyfikować z atakowanym Kościołem. Jeśli odmówią, nie rozumiem, jak mogą przyznać, że są w Kościele, a nie przychodzą z zewnątrz jako Jego wrogowie 15.

Nie chodzi oczywiście o to, aby zabronić prorokowi prawa do występowania przeciwko niesprawiedliwości i przemawiania nawet z głębin wielkiego gniewu. Ale nikt nie może stanąć przed Bogiem zupełnie bez winy – o tym nie wolno nam zapominać.

Przypominam sobie w tym miejscu krótką, niezwykle prostą modlitwę ułożoną przez pewnego mnicha w czasach wczesnego Kościoła. (…) Modlitwa ta brzmi następująco:

Panie, czy tego chcę, czy nie, broń mnie, jestem prochem i pyłem, kocham grzech; ale Ty jesteś Bogiem Wszechmogącym, więc chroń mnie przede mną samym. Jeśli masz litość dla sprawiedliwych, to nie dlatego, że są sprawiedliwi, ani nie dlatego, że są czyści, ale dlatego, że są warci Twojego miłosierdzia. Okaż we mnie moc swojego miłosierdzia, ukaż we mnie swoją miłość do mężczyzn i kobiet, ponieważ biedny człowiek nie ma innej ucieczki poza Tobą16.

Do tej pory mówiłem o Kościele jako o domu grzeszników. Ale nie powiedziałem nic albo prawie nic o świętych. Prawdopodobnie nie ma w tym nic dziwnego. Obawiam się, że obecnie to grzesznicy są w centrum uwagi! (…)

Dobrym komentarzem do obecnej sytuacji w Irlandii jest następujące krótkie stwierdzenie jednego z wczesnych Ojców Kościoła: „Pojedyncze drzewo spadające w lesie powoduje więcej hałasu i zamieszania niż cały las, który rośnie w milczeniu” 17. Tak – Kościół jest od czasu do czasu, co ze smutkiem przyznają, reprezentowany przez swoich członków, którzy gwałtownie upadają i których złe uczynki w wyniku tego zamieszania przyciągają ogólną uwagę. Ale Kościół jest także tym lasem dobrych kobiet i mężczyzn, ich życia, ich uczynków niewypowiedzianych i w większości niezauważonych przez szerszy świat. Są ich niezliczone setki i tysiące, rozwijają się, w swojej własnej chwale i w własnej odwadze: cały las rośnie w milczeniu.

Źródło i chleb

Czym jest Kościół? Taki tytuł nosił krótki esej napisany przez anglikańskiego poetę T.S. Eliota w 1934 roku. Jego nawrócenie się kilka lat wcześniej na chrześcijaństwo zaskoczyło wielu współczesnych. Czyż, będąc intelektualistą, Eliot nie był świadom miernoty i korupcji istniejących w obrębie Kościoła? Dlaczego zatem zadał sobie trud wstąpienia do tak dalece niedoskonałej organizacji? Dlaczego w niej pozostał? Eliot nawet nie próbował odpowiadać na tę krytykę. Przeciwnie – pisał oto: „Organizację i administrację kościelną można krytykować, jakość i kwalifikacje mężczyzn przyjmujących święcenia pozostawiają wiele do życzenia, a tematyka kazań często jest poddawana miażdżącej krytyce, w wielu wypadkach zasłużonej” 18. Powiedzmy tu: „Amen”. Eliot jednak dodał jeszcze coś, co jest konieczne i głębokie: „Dopóki otrzymujemy w Kościele sakramenty, wypełnia On swój najważniejszy obowiązek” 19.

Na pierwszy rzut oka to stwierdzenie może wydawać się nieco przesadzone. Ale nabiera sensu, kiedy przypomnimy sobie, że przez sakramenty rozumiemy po prostu żywą obecność Chrystusa. Na mocy przedziwnej woli Bożej podstawą Kościoła jest – i tu dochodzimy do najgłębszej tajemnicy – mistyczne ciało Chrystusa. Flannery O’Connor, amerykańska pisarka katolicka, pisze następująco:

Myślę, że Kościół jest jedyną rzeczą na ziemi, dzięki której ten straszny świat, na który przychodzimy, jest znośny. Natomiast jedyną sprawą, dzięki której Kościół jest znośny, jest to, że w pewnym sensie jest on ciałem Chrystusa, którym się żywimy 20.

Kiedy w czasie Mszy świętej, w czasie sakramentu Eucharystii, słyszymy słowa: „To jest ciało moje” i „To jest krew moja”, wtedy On, nasz zmartwychwstały Brat i Pan, jest żywy i obecny wśród nas. Cudowna jest sama możliwość myślenia o Chrystusie i czynienia czegoś na Jego pamiątkę. Serce żąda jednak o wiele więcej, czegoś jeszcze wspanialszego. Nie wystarcza samo przypominanie sobie Jego obecności, tego, że kiedyś był wśród nas. Moje serce tęskni za tym, aby rozpoznać Go po łamaniu chleba, i tęskni, aby wziąć kielich, tak jak On kazał i – chociaż wiem, że nie jestem tego wart – pić krew życia i przyjąć Go całą moją istotą.

To Kościół – obym nigdy tego nie zapomniał – daje mi tę możliwość. W jakim innym miejscu na świecie odnalazłbym tę samą wiarę, tę samą znajomość prawdy, tę samą niezachwianą łaskę mądrości, aby odnowić Eucharystię?

W centrum Mszy św. pada jedno szczególne zdanie, które zawsze miało dla mnie swoisty wydźwięk. Tuż przed Przeistoczeniem, stając przed darami chleba i wina na ołtarzu, kapłan mówi: „Zaprawdę święty jesteś, Boże, źródło wszelkiej świętości”. Źródło – ten piękny obraz i wraz z nim obraz chleba są razem przywołane we fragmencie tekstu Kolumbana, irlandzkiego świętego z VI wieku, we fragmencie, który jest bez wątpienia najpiękniejszą medytacją na temat głodu duchowego w tradycji irlandzkiej i pamiętną refleksją również na temat samej Eucharystii. Święty pisze tak:

Nakłoń ku nam swe ucho… i napój nasze umysły strumieniami ze świętego Źródła, o którym teraz chcemy mówić… Ponieważ teraz żywe Źródło, Źródło życia wzywa nas do siebie i mówi: „Ktokolwiek jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije”… On to jest, który jest chlebem i źródłem, jedyny Syn, nasz Bóg Chrystus Pan, którego zawsze powinniśmy pragnąć 21.

W ostatnim fragmencie swojej medytacji Kolumban instynktownie przechodzi do modlitwy. Wzywa Bożego miłosierdzia, aby wraz z innymi „spragnionymi” mógł mieć dostęp do „strumieni źródła życia, żywej wody” 22. Pisze o tym tak: „Zawsze dawaj nam, Chryste, tę wodę, tak aby było w nas także źródło wody, która żyje i tryska ku wieczności” 23. Całe dziesięć wieków później św. Jan od Krzyża w jednym ze swoich poematów również mówi, lub raczej śpiewa, na temat źródła (fonte) i chleba. Ta fontanna, to źródło, jak mówi św. Jan, tryska w sercu wierzącego nawet w ciemności wiary. Poemat zaczyna się tak:

Znam dobrze źródło, co tryska i płynie, Choć się dobywa wśród nocy.
Wiem, gdzie swe wody ma ten zdrój kryniczny Ukryty w głębi tajemnic i wieczny, Choć się dobywa wśród nocy. 24

To jest niezwykła myśl, ale św. Jan idzie dalej i mówi, że ta niepohamowana siła i napór boskiego życia jest obecna również w chlebie Eucharystii: „ukryta przed oczyma”, jak zauważa, „w tym chlebie ma nam dać życie”.

I stąd podnosi głos, wzywa stworzenia, By się syciły w zdrojach Utajenia, Co się spełniły wśród nocy.
To jest to źródło, którego pożądam, To jest Chleb życia, który tu oglądam, Choć się dobywa wśród nocy. 25

Święci i ich zadanie

Jeden z wielu słusznych powodów, aby pozostać w Kościele w obecnym czasie, a właściwie w każdym czasie, jest taki, że Kościół to miejsce świętych, nie tylko wielkich i sławnych świętych, oficjalnie kanonizowanych, ale tych świętych, których mieliśmy przywilej poznać w naszym własnym życiu – członka naszej rodziny lub kogoś spośród naszych przyjaciół, spośród kolegów z pracy – tych wszystkich anonimowych świętych, których prawdziwa dobroć (chociaż nigdy nieuznana otwarcie i publicznie) miała wielkie znaczenie.

Święci to mężczyźni i kobiety, którzy przypominają Kościołowi, co jest Jego głównym celem. Na przykład Marcin de Porres czy Bartolomeo de Las Casas czy też Matka Teresa z Kalkuty, żeby przytoczyć kilka oczywistych przykładów – to ludzie, którym udało się, często w nadzwyczajny sposób, zwrócić uwagę Kościoła i świata na los najbiedniejszych i potrzebujących. Ale święci odgrywają także inną rolę. Chociaż ich życie promienieje różnymi dobrymi uczynkami, ci odważni i święci mężczyźni i kobiety nigdy nie pragną zwracać uwagi na siebie. Ich instynkt każe im raczej odwracać uwagę od siebie i kierować ją na źródło wszelkiej świętości. I właśnie w tym ukierunkowaniu uwagi poprzez nieprzerwane i pełne radości uwielbienie mogą spełniać najważniejsze zadanie: przypominają Kościołowi i światu o istnieniu Boga.

W tym momencie przychodzi mi na myśl pewne wydarzenie związane z Matką Teresą, które dokładnie obrazuje to, co chcę powiedzieć. Miało ono miejsce podczas poświęcenia schroniska dla ubogich staruszek, którymi opiekowały się siostry ze zgromadzenia Matki Teresy w swoim klasztorze Dono di Maria w centrum Watykanu. Papież Jan Paweł II wyznaczył miejsce na dom i klasztor kilka lat wcześniej. Słysząc jednak, że kobiety potrzebują w domu więcej przestrzeni, Jan Paweł II pozwolił poszerzyć teren tego schroniska tak, że graniczył z papieskim audytorium. Na ceremonii poświęcenia były mieszkanki domu, Matka Teresa, kilka sióstr, kilku opiekunów chorych i mała grupka księży. Miałem szczęście być tam również, ponieważ w tym czasie byłem stałym spowiednikiem sióstr.

Z Watykanu przybył arcybiskup, aby dokonać poświęcenia. Zaczął od modlitwy, a potem przed poświęceniem rozpoczął kazanie. Powiedział, że powinniśmy być wdzięczni papieżowi, po pierwsze, za jego hojny dar, a po drugie, za to, że pozwolił przydzielić więcej miejsca na budowę schroniska. Następnie arcybiskup wspomniał aktywne i osobiste zaangażowanie papieża w pracę sióstr Dono di Mariaznowu zaczął powtarzać to, co powiedział wcześniej na temat wdzięczności dla Ojca Świętego.

W tym momencie przerwał mu ktoś z pierwszego rzędu. Matka Teresa zabrała głos i wydawało mi się, że słyszę to, co mówi, ale nie mogłem w to uwierzyć. Wtedy, ze wspaniałym uśmiechem na twarzy i podnosząc palec prosto ku górze, powtórzyła swoje słowa tak, aby wszyscy ją słyszeli: „Przede wszystkim musimy dziękować Panu!”.

Myślę, że poczciwy arcybiskup doszedłby do tego również w swoim kazaniu. Ale tak właściwie do tego momentu nie wspomniał w swojej homilii ani o Bogu, ani o Jezusie Chrystusie, mówił tylko o papieżu. Wobec interwencji Matki Teresy arcybiskup wyglądał na nieco zbitego z tropu. Ale po chwili wahania, uśmiechając się do siebie, kontynuował kazanie. Natomiast Matka Teresa – ku mojemu zaskoczeniu – nadal trzymała palec wskazujący wzniesiony ku górze. W tym samym momencie obejrzała się i popatrzyła tam, gdzie stałem, i na pół szeptem, jednocześnie poważnie i żartobliwie, powiedziała: „Panu!”. Powstrzymanie się od śmiechu kosztowało mnie niemało wysiłku. W końcu, kiedy Matka Teresa opuściła palec, a kazanie poczciwego arcybiskupa ciągnęło się dalej już nieprzerwane, zauważyłem na jej twarzy figlarny grymas.

Minęła chwila. Z jednej strony był to po prostu przejaw wylewności – żartobliwy, niezaaranżowany gest możliwy dzięki zażyłości zgromadzonych osób. Ale z drugiej strony ten gest był, jak mi się wydaje, objawieniem. Ponieważ, choć był bardzo lekki w swojej wymowie, tak aby nikogo nie dotknąć, ten gest – tym, którzy go widzieli – przybliżył jedną z największych prawd wiary. Wszyscy oczywiście jesteśmy wdzięczni za różne rodzaje posługi w Kościele, w tym w szczególny sposób za Piotrowe posługiwanie papieskie. Jednak ten mały dramatyczny gest Matki Teresy przypomniał nam, że nasza wdzięczność w tym życiu musi przede wszystkim być kierowana ku Bogu, Dawcy wszelkich łask i błogosławieństw. Niezależnie od tego, jak uprzywilejowaną rolę odgrywamy w Kościele, w najlepszym razie jesteśmy tylko narzędziami Bożej łaski.

Moim zdaniem, szczególne zadanie przypominania nam o tej prawdzie spoczywa na świętych. I nikt nie mógłby tego zrobić z większą figlarnością czy też z większym wdziękiem niż Matka Teresa tamtego dnia w Watykanie 26. (…)

Łaska poczucia humoru

Jedną ze wspaniałych i prawdopodobnie dość zaskakujących cech świętych jest ich poczucie humoru. Św. Tomasz z Akwinu twierdzi, że osoba, która nie potrafi powiedzieć czegoś śmiesznego i dowcipnego, jest osobą moralnie niezdrową 27. Nie wystarczy płonąć ewangelicznym zapałem, jeśli jedyne przesłanie, jakie mamy do przekazania światu, jest ciężkie i ma negatywny wydźwięk, jeśli jest to mroczny manifest zupełnie pozbawiony lekkości. Papież Jan XXIII w swoim przemówieniu otwierającym II sobór watykański powiedział o pewnych ludziach swojej epoki, że „widzą tylko odstępstwo i upadek” 28. Jan XXIII wyjaśnia, że cierpią oni, ponieważ mają fałszywie romantyczny obraz przeszłości i „postępują tak, jak gdyby niczego się nie nauczyli od historii, która przecież jest mistrzynią życia”. Następnie papież dodał jeszcze: „Nam zaś wydaje się, że nie należy zgadzać się z tymi prorokami niedoli, którzy występują jako zwiastuni wydarzeń zawsze nieszczęśliwych i jakby zapowiadających koniec świata” 29. (…) Właściwie kiedy o tym pomyślę, zdaję sobie sprawę, że jedną z głównych przyczyn, dla których pozostaję w Kościele, jest fakt, że znajduję tutaj, od samego początku, nie tylko osoby dające świadectwo prawdy i dobra, ale także osoby o niezwykłym poczuciu humoru, kobiety i mężczyzn obdarzonych duchową lekkością, podchodzących spokojnie do wszystkich zwyczajnych i nadzwyczajnych trudności i przyjemności płynących z łaski i życia, oddanych rodziców i dziadków, ciężko pracujące, zaangażowane misjonarki, siostry pomagające chorym i księży; znajduję tu kobiety i mężczyzn zachowujących niezwykłą pogodę ducha i odwagę pomimo codziennych zmagań z wieloma wyzwaniami dla swej wiary. Są to ludzie zawsze w pewien sposób radośni, prawdziwie żyjący nadzieją. (…)

Nie chcę jednak w najmniejszym stopniu negować tego, że są w życiu chrześcijan katolików sprawy tak głębokie i istotne, że rozważając je, powinniśmy zachować powagę. Niemniej jednak bardzo mądre są słowa Johna Henry’ego Newmana na ten temat: „Bądźmy pewni, że coś jest z nami nie w porządku, jeśli zaczynamy rozumieć doktryny lepiej i wprowadzać je w życie bardziej odważnie, niż uczy nas Apokalipsa” 30.

To stwierdzenie: „wprowadzać doktryny w życie odważniej, niż mówi o tym Słowo Boże”, przypomina mi rozmowę, którą przeprowadziłem swego czasu ze wiekowym dominikańskim misjonarzem na Trynidadzie, mężczyzną i księdzem bardzo kochanym przez ludzi, mądrym i pełnym empatii. Jednak, jak sam przyznaje, kiedy przyjechał na Trynidad jako młody dwudziestosześcioletni kapłan, starał się przeprowadzać pewne sprawy z większą odwagą, niż nakazywał rozsądek, czego później żałował.

Był tak zaskoczony swoim pierwszym kontaktem z pełnymi temperamentu mieszkańcami Trynidadu, że czuł się w obowiązku wobec Boga, aby każdej prawie niedzieli głosić kazania na temat seksu i piekła. Od czasu do czasu pewna słusznej postury czarna kobieta we wspólnocie wstawała na znak cichego protestu. Stanowczość jej gestu zwykle prowadziła do tego, że nieco się uspokajał. Ale pewnej szczególnej niedzieli, choć widział już kątem oka, że ta kobieta stoi, nie ustawał w swojej tyradzie. Nagle, ku jego zdziwieniu się odezwała. Swoim pięknym trynidadzkim akcentem wykrzyknęła: „Ojczulku, ojczulku, wiemy już wszyscy, że jesteśmy grzesznikami. Powiedz nam o czymś, czego nie wiemy!”.

Potrzeba nauczania

Czego to Boży lud w dawnych czasach nie słyszał w Kościele albo co może słyszał, ale nie były dostatecznie podkreślone bądź wyjaśnione? Podejrzewam, że są to sprawy, które i my w dzisiejszych czasach musimy słyszeć wciąż na nowo.

Po pierwsze, musimy słyszeć ciągle o naturze Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego; musimy słyszeć, że największym przymiotem Boskim jest miłosierdzie i że poprzez Chrystusa Bóg pragnie nas uleczyć i wyzwolić na zawsze z jarzma grzechu i winy; musimy usłyszeć o naszej godności jako istot ludzkich, mężczyzn i kobiet stworzonych na podobieństwo Boga i odrodzonych na nowo w Chrystusie; musimy słyszeć o wiekuistej miłości Bożej, która objawiła się w męce Chrystusa i Jego śmierci; musimy słyszeć, że kiedy oblicze zła odsłania się na naszych oczach, to będzie nam dana większa łaska Boża; musimy to słyszeć nawet w najciemniejszej godzinie, kiedy nadzieja upada i nie podnosi się jak woda w źródle, ale raczej bulgocze gdzieś głęboko ukryta pod ziemią; musimy słyszeć, że jesteśmy powołani, aby dzielić z Chrystusem Jego pasję poświęcania się i troski o słabych, uwalniania więźniów i niesienia ulgi uciśnionym; musimy słyszeć, że królestwo Boże budują ludzie zarówno w Kościele, jak i poza Kościołem; i że ci, którzy nie są przeciwko nam, są z nami; musimy słyszeć, że celem Kościoła – jego zbawczą i jedyną misją – jest uobecnianie Chrystusa, naszego zmartwychwstałego Brata na tym świecie; musimy słyszeć, że Kościół założony przez Chrystusa jest stworzony dla ludzi, a nie ludzie dla niego; musimy słyszeć, dlaczego tak powinno być – dlaczego jest to przyczyną naturalnej dumy i radości – że wstajemy w niedzielę i razem odmawiamy Credo, i mówimy nie tylko: „Wierzę w Boga”, ale także „Wierzę w święty Kościół powszechny”.

Jak dotąd przedmiotem moich rozważań był szczególny powód, czy też powody, dla których ja, jako wierzący mogę stwierdzić z całą pewnością, że kocham Kościół. Podstawowe pytanie, czy zachować swoją wiarę i pozostać w Kościele, czy nie, jest najwyraźniej pytaniem, które zadaje sobie coraz więcej ludzi w dzisiejszych czasach z coraz większym zniecierpliwieniem. Udzielona niedawno przez jezuickiego teologa Waltera Burgharta, odpowiedź na to pytanie jest znamienna ze względu na szczere uznanie niedoskonałości Kościoła przy jednoczesnej zachęcie do szerokiego spojrzenia na ten problem. Dlaczego, pyta Walter Burghardt, nadal kocham Kościół pomimo jego oczywistych porażek? Oto odpowiedź, której sam udziela:

Pomimo całej katolickiej nienawiści doświadczam tutaj wspólnoty miłości. Pomimo głupiej instytucjonalizacji dostrzegam tradycję rozsądku. Pomimo jednostkowych represji oddycham tutaj powietrzem wolności. Pomimo strachu związanego z seksem odkrywam odkupienie mojego ciała. W tak nieludzkiej epoce dotykam tutaj łez współczucia. W tak ponurym i pozbawionym humoru świecie dzielę się z innymi radością i szczerym śmiechem. Pośród śmierci słyszę, jak tutaj mówi się stale o życiu. Pomimo widocznego braku obecności Boga, tutaj czuję prawdziwą obecność Chrystusa 31.

Nauka i świętość

Jako wierzący wszyscy jesteśmy pielgrzymami przyszłości. Nie oznacza to oczywiście, że powinniśmy zaczynać od zera i z powodu pewnych porażek, teraz i w przeszłości, zaplanować, jak się pozbyć bagażu przeszłości. Nie – osoby naprawdę postępowe, ci, którzy naprawdę są pielgrzymami przyszłości pośród nas – to ci, którzy żyją nie tylko tym, co jest dla nas obecnie nowe, ale również są świadomi wszystkich ukrytych skarbów wspaniałej tradycji i duchowej mądrości, to znaczy naszej własnej starej chrześcijańskiej tradycji i wszystkiego, co ma w sobie trwałe piękno, prawdę i dobro.

Jesteśmy obecni, moi przyjaciele, w tym starodawnym budynku, w tym pięknym kościele Świętego Zbawiciela. Jest to święte miejsce, z pewnością jest to miejsce modlitwy, dom Boży i nasz dom: jest to przestrzeń, którą, jak można by powiedzieć, odziedziczyliśmy z przeszłości, tak jak dziedziczy się po rodzinie dom.

Ale domy czy budynki, w których my, ludzie, mieszkamy na co dzień, nie są tylko przestrzeniami ograniczonymi cegłą i betonem, zbudowanymi z płyty lub drewna. Są także, z konieczności, domami i mieszkaniami pełnymi znaczenia, domami pełnymi wizji. Zostały zbudowane dla nas (w znaczeniu religijnym) przez naszych poprzedników w wierze, przez mężczyzn i kobiety teraz już zapomnianych, ale ciągle żywych poprzez dziedzictwo, które nam pozostawili, którzy byli świadkami i przekazicielami imponującej wizji nadziei. Byli wśród nich myśliciele i artyści, ludzie aktywnie walczący o sprawiedliwość, poeci, filozofowie i teolodzy.

Zazwyczaj, rozpatrując kwestię świętości w życiu mężczyzny czy kobiety, skupiamy się na dwóch sprawach: po pierwsze, wnętrzu czy też życiu duchowym tej osoby, jej miłości do Boga, a po drugie, widzialnej, zewnętrznej manifestacji tej miłości, dobroci i troski okazywanej ludziom w potrzebie. Ale jest taka forma miłości Boga i bliźniego – forma świętości i błogosławieństwa – która może łatwo pozostać niezauważona. Ogólnie rzecz biorąc, mamy tendencję, żeby zauważać świętość dobrego i szczerego serca, ignorując czy też nie dostrzegając tego, co można by nazwać świętością umysłu, pasję kogoś takiego, jak św. Tomasz z Akwinu, cud umysłu dotkniętego i rozbudzonego łaską, umysłu całkowicie pochłoniętego poszukiwaniem prawdy, umysłu kochającego Boga. (…)

Ale prawda, czym jest ta prawda, która jest ostateczną prawdą o Bogu i o nas samych?

To pytanie, które zadawała sobie często św. Katarzyna ze Sieny, wielka święta i mistyczka. Chociaż dobrze wiedziała, że nasze słowa są w ostatecznym rozrachunku niewystarczające, aby opisać wielkie tajemnice życia i śmierci, niewinności i zepsucia, niemniej jednak w świetle objawienia św. Katarzyna miała odwagę powiedzieć: „Jesteśmy świadomi tej odwiecznej prawdy, że zostaliśmy umiłowani, zanim zostaliśmy stworzeni. Skąd to wiemy? Ta prawda jest w nas, widzimy, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, a skłonił Go do tego płomień miłości do nas” 32.

Innym razem, zwracając się do Boga Stwórcy, św. Katarzyna woła: „O niewypowiedziana miłości, chociaż w swoim świetle widziałeś całe zło, jakie Twoje stworzenie popełni przeciwko Twojej nieskończonej dobroci, działałeś tak, jakbyś tego nie widział; zamiast tego zatrzymałeś swój wzrok wpatrzony w piękno Twojego stworzenia, w którym się zakochałeś, jakbyś był pijany lub szalony z miłości i poprzez miłość wydobyłeś z siebie swoje stworzenie i dałeś mu życie” 33. (…)

Wystarczy przeczytać ten tekst, te niezwykłe słowa, aby uświadomić sobie, jak jestem szczęśliwy i wdzięczny, że należę do Kościoła, w którym są również tacy święci, jak św. Katarzyna ze Sieny, mężczyźni i kobiety, którzy mają żywą wiedzę o Bogu i Jego miłosierdziu i mają też wiedzę na temat ludzkiego serca i jego najbardziej palących i najgłębszych potrzeb i pragnień. Święci dzięki życiu, które wiodą, stanowią niezwykłe wyzwanie dla przeciętności Kościoła. Ale oni nie są aroganckimi idealistami. Nigdy nie przyszłoby im do głowy, aby opuścić Kościół, nawet kiedy stykają się z jawną głupotą i obrzydliwym zepsuciem.

Dlaczego? Jednym z powodów jest zbawienna wiedza na temat Bożego miłosierdzia dla nich, ich własnych zmagań, ich własnej słabości. Wraz z innymi świętymi, innymi grzesznikami, nigdy nie zapominają – ani przez chwilę – o swojej własnej głębokiej potrzebie łaski Chrystusa, łaski, którą otrzymują wciąż na nowo poprzez sakramenty kościelne. To wyjaśnia, dlaczego św. Teresa, wielka mistyczka karmelitańska, kiedy nadeszła godzina jej śmierci, wyszeptała: „Dzięki Bogu, że umieram jako córka Kościoła!”.

Miłosierdzie Boże

Już dzisiejszego wieczoru, podczas tego wykładu, przytoczyłem interwencje – natchnione interwencje – przynajmniej dwóch kobiet: znanej powszechnie Teresy z Kalkuty i niezapomnianej, chociaż anonimowej kobiety z Trynidadu. Pozwólcie mi teraz zakończyć wspomnieniem innej krótkiej i zaskakującej interwencji, tym razem ze strony niezwykłej kobiety pochodzącej z bliższych okolic.

Wiele lat temu odprawiałem Msze święte w domu opieki dla osób w podeszłym wieku w Crookskling, niedaleko Tallaght. Kobiety, które tam przebywały, były naprawdę bardzo stare. Czasami, z miesiąca na miesiąc, zauważałem, że ubywało jednej lub dwóch spośród nich. Msza była zwykle odprawiania pośrodku wielkiego pokoju, przy zwykłym stole. W pomieszczeniu znajdowało się około pięćdziesięciu do sześćdziesięciu kobiet. Niektóre były bardzo czujne już od początku mszy, inne spokojnie drzemały na swoich krzesłach, kilka z nich z zadowoleniem odbywało małą pogawędkę w kącie, niezbyt świadome, że msza św. już się zaczęła.

Taka też była sytuacja pewnego szczególnego poranka, kiedy zacząłem Mszę św. Dwie lub trzy minuty później mała grupa siedząca razem w niewielkim kółku przy drzwiach ciągle gawędziła z zadowoleniem, co głęboko irytowało jedną ze starszych kobiet po mojej prawej stronie. W pewnym momencie ta starsza pani, najwyraźniej jedna z tych „czujnych” – pamiętam, że miała na imię Teresa – nagle wykrzyknęła na cały pokój: „Cicho bądźcie, cicho bądźcie, tu jest ksiądz, tu jest ksiądz!”. W tym momencie drobniutka kobieta z grupy przy drzwiach podniosła głowę i bez chwili wahania odkrzyknęła do tamtej przez pokój: „Sama bądź cicho! Gdyby nie Boże miłosierdzie, nikogo z nas by tutaj nie było!”.

Nie mogę wyobrazić sobie bardziej ciętego i głębokiego, a jednocześnie zbawiennego i wspaniałego stwierdzenia, którym mógłbym zakończyć moje słowa: „Gdyby nie miłosierdzie Boże, nikogo z nas by tu nie było!”.

przeł. Katarzyna Turska

Tekst pochodzi z „Doctrine and Life”, vol. 56, July-August, 2006, no. 6, s. 30–51.


1
 Hugon Saint Cher, Expositio super Cantica Canticorum, Rozdział I, Wenecja 1703, s. 110. 
2 Tamże. 
3 Za tę kompilację jestem wdzięczny mojemu przyjacielowi historykowi. Obie wersje tego incydentu są omawiane w: F. Cotter OFM, The Friars Minor in Ireland: From Their Arrival to 1400, Nowy Jork 1994, s. 33– 41. 
4 Jest to cytat z „kolażu”. Przekład oryginału podany w książce F. Cottera jest następujący: „Bulle papieskie są zgubne dla braci…”. Zob. The Friars Minor in Ireland, s. 34. 
5 C. Caretto, Bóg, który przychodzi, w oczekiwaniu na spotkanie, przeł. G. Niedźwiedź, Wrocław 2006, s. 181–182. 
6 Papież Paweł VI, What the Church is and What She is Not, w: The Mind of Paul VI on the Church and the World, Milwaukee 1964, s. 42. 
7 R. Knox, Enthusiasm, Oxford 1951, s. 10. 
8 Hans Urs von Balthasar, Why Remain in the Church, w: „The Furrow”, t. 23, 3 marca 1972, s. 136. (Ten artykuł ze zbioru zatytułowanego Klasterllungen, został przetłumaczony przez Augustyna Valkenburga OP). W tym samym artykule na 135 stronie Balthasar dodaje następujący cięty i niezapomniany komentarz: „W ciągu wieków grzesznicy w Kościele, czyli my wszyscy, zachowywali się mniej lub bardziej idiotycznie!”. 
9 Zob. Hans Urs von Balthasar, Expolorations in Theology (Spouse of the Word), t. 2, przeł. A.V. Littledale i A. Dru, San Francisco 1967, s. 195–197, 227. 
10 Papież Grzegorz Wielki, Cant. I,5, PL 76, cyt. za: Balthasar, Explorations in Theology, t. 2, s. 227. 
11 Caretto, s. 183. 
12 What the Church is and What She is Not, The Mind of Paul VI, s. 41. 
13 Papież Grzegorz Wielki, Homilia VII, w: Homiliae in Hiezechihelem Prophetam, red. M. Adrien, Corpus Christianorum, t. CXLII, s. 85. 
14 Hans Urs von Balthasar, Why I Remain in the Church. 
15 Tamże. 
16 Apophthegmata Patrum, Nau 582, cyt. za: S. Tugwell OP, The Way of the Preacher, Londyn 1981, s. 137–138. 
17 To wspaniałe zdanie zostało przypisane Ojcu Kościoła PseudoAngelo. Jak dotąd jednak nie udało mi się ustalić dokładnego źródła tego cytatu.  
18 T.S. Eliot, What Does the Church Stand For?, „Spectator” CLIII, 5547, 19 października 1934, s. 560. 
19 Tamże. W innym miejscu Eliot zauważa: „Nie chcę bronić ani kleru, ani biskupów, ale uważam, że osoby spoza Kościoła często mierzą ich romantyczną miarą świętości zbyt wysokiej próby. Chodzi o to, że jeśli rozpatrujemy Kościół poprzez pryzmat sakramentów, które nam daje, i jeśli uważamy, że sakramenty są ważne, to wówczas krytyka Kościoła, jego obojętności i słabości, jest nieco inna od tej, którą słyszymy od osób niezainteresowanych sakramentami”. Zob. The Church as Action, „New English Weekly” VIII, 23, 19 marca 1936, s. 451.
20 Flannery O’Connor, The Habit of Being: Letters of Flannery O’Connor, red. S. Fitzgerald, Nowy Jork 1995, s. 90. Inny pisarz, J.R.R. Tolkien, który zasłynął jako autor książki Władca pierścieni, mówiąc bezpośrednio o darze Eucharystii w liście do swojego syna, zauważa: „W ciemności mojego życia, tak bardzo przygnębiony, stawiam przed tobą jedyną rzecz wartą miłości na ziemi: Najświętszy Sakrament… Tam znajdziesz czar, godność, wierność i prawdziwą drogę dla naszej ziemskiej miłości, i… (tę) wieczną cierpliwość, której tak bardzo pragnie serce każdego człowieka ”. List 43, 6–8 marca 1941, w: The Letters of J.R.R. Tolkien, red. H. Carpentier i C. Tolkien, Londyn 1995, s. 53–54. 
21 Św. Kolumban, Kazanie 13, w: Sancti Columbani Opera, red. G.S.M. Walker, Dublin 1970, s. 117. 
22 Tamże, s. 119. 
23 Tamże. 
24 Św. Jan od Krzyża, Dzieła, Kraków 1986, przeł. B. Smyrak. 
25 Tamże. 
26 Biskupi i kler w obrębie Kościoła pełnią oczywiście nadzwyczajną funkcję. Ale, według Balthasara, „to nie daje klerowi prawa, aby budować świadomość całego Kościoła wokół stanu duchownego jako jego centrum, tak jakby to Piotr, a nie Jezus był prawdziwym centrum Kościoła”. Zob. Balthasar, Priestly Existence, w: Explorations in Theology, t. 2, s. 415. 
27 Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, II–II, q. 168, a. 4. 
28 Papież Jan XXIII, przemówienie na otwarcie soboru watykańskiego II, 11 października 1962, cyt. za: Wiadomości Diecezjalne, Katowice 31 (1963), s. 2–7. 
29 Tamże.  
30 J.H. Newman, On Preaching the Gospel, w: Lectures on the Doctrine of Justification, Westminster, MD 1966, pierwsze wydanie 1838, s. 341. 
31 W. Burghardt SJ, A Changing Church? To the Baffled and the Hurt, w: Tell the Next Generation: Homilies and Near Homilies, Nowy Jork 1980, s. 138–139. 
32 Św. Katarzyna ze Sieny, List do Papieża Urbana VI, w: Miasto Duszy. Listy o Bogu i polityce, przeł. L. Grygiel, Poznań 1988. 
33 Modlitwa IV, św. Katarzyna ze Sieny, Le Orationi, red. G. Cavallini, Rzym 1978, s. 46.

Dlaczego warto dziś pozostać w Kościele?
Paul Murray OP

urodzony 26 listopada 1947 r. w Newcastle w hrabstwie Down w Irlandii Północnej – irlandzki dominikanin, poeta, pisarz i profesor, wykładowca teologii duchowości na Angelicum. W 1966 r. wstąpił do irlandzkiej prowincji dom...