Kiedy umrę

Kiedy umrę

Szanowny Lwie,

Nastała mokra, zimna jesień. Ksiądz Staś robił wszystko, żeby nie poddać się chorobie. Siła ducha nie może jednak wystarczyć, kiedy potrzebne są lekarstwa, a tych tu brakowało, trzeba było jeździć po nie aż do Krakowa. Tymczasem ksiądz wkładał długi kożuch, zawiązywał na szyi gruby szal, na głowie umieszczał barankową czapkę z uszami i zasiadał na niskim stołku blisko trzaskającego wesoło pod płytą ognia. Ogień rozpalała wcześnie rano jego matka, kiedy my dosypialiśmy jeszcze pod ciężkimi pierzynami w dusznym alkierzyku. Potem już cały dzień aż do zmroku przesuwała na kuchni wysokie, żeliwne garnki, kładła na otwarty ogień patelnie, patelenki, rynki, rynienki z pokrywką lub bez, pilnowała garnuszków z uszkiem odsuniętych niebezpiecznie na sam skraj rozgrzanej płyty. Szyby w niskim oknie zawlekały się mgłą, kiedy odcedzała kartofle. Wycierałem je rękawem swetra i znów patrzyłem na świat. Źle uszczelnione okno przepuszczało nieco przyjemnego chłodu, który zaraz za moimi plecami rozpuszczały rozgrzane kafle z niezdarnym rysunkiem maków zastygłych w zielonej glazurze niczym ważka w bursztynie.

I tak mijał tydzień za tygodniem. Cieszył mnie ten bezruch przerywany tylko wołaniem matki, bo właśnie przygotowała śniadanie, podała obiad, odgrzała na kolację kawałek mięsa z rosołu. A i między posiłkami stawiała przed księdzem Stasiem treściwe zupki, wywary, buliony, przeciery. Nie chciał tego jeść wstrząsany malaryczną gorączką, ale matce wcale to nie przeszkadzało. Cieszyła się samą jego obecnością. Wrócił do niej po 20 latach misjonarskiej poniewierki. Wrócił, a ona wiedziała, że już nigdy stąd nie wyjedzie. Znów należał do niej, cały. Nie musiała się już z nikim dzielić, nie musiała go żegnać, czekać na niego, okłamywać się, że przecież kiedyś wróci, sam przecież jej zapowiedział, że nie wróci, bo misjonarze nie wracali, umierali zawsze w swojej nowej ojczyźnie. Ale on wrócił. Chory, zniszczony i postarzały, to prawda, ale wystarczyło, że znalazła go zwiniętego w kłębek na ciasnej kozetce i ucinającego sobie właśnie popołudniową drzemkę – a już obrazy z przeszłości potrafiły zawładnąć nią tak mocno, że widziała w nim znów małego Stasia, którego należy okryć szorstkim kocem. Jego sutanna, brewiarz, nieznane jej słowa, których używał czasami podczas posiłków, onieśmielały ją.

Nie znaczy to wcale, Szanowny Lwie, że nie cieszyła się z jego kapłańskiej służby. Tak, była bardzo dumna ze swojego syna, lecz również przerażała ją ta bliskość z Panem Bogiem, to dotykanie Jego Ciała i Krwi rękami, które ona pamiętała jako zawsze nieco za duże w stosunku do całej postaci – to były jej ręce, po niej odziedziczone, ręce stworzone do zmywania garnków, zabijania kur, drapania się i bezmyślnego dłubania w nosie.

Czy jednak ten lęk, całkiem, zdawałoby się, naturalny, nie był dla niej usprawiedliwieniem jej matczynej zaborczości? Lęk rzadko daje się ubrać w słowa, lecz ona wyrażała ten swój niezwykle prosto i dosadnie, kiedy załamywała ręce i mówiła do księdza Stasia z lekką przyganą: „No i po co się pchać tak wysoko, po co myśleć tak daleko, wyjeżdżać tak daleko!?”. Nie, Szanowny Lwie, nie była ona jak matka synów Zebedeusza. Wolała, żeby był przy niej, na zawsze, za wszelką cenę.

Oceny wystawiane w imieniu Stwórcy

Gorzej było z księdzem, ten nie radził sobie wcale z nową sytuacją. Ksiądz Staś zmarkotniał i śniła mu się szkoła.

– Pewnie profesor Brożek, którego nazywaliśmy „Bożkiem”, nie byłby ze mnie zadowolony – mówił zaraz po przebudzeniu – bo cóż, właściwie wszystko zapomniałem. „Ocena niedostateczna. Proszę się nie bronić, proszę zachować minimum godności”. No i powiedz mi, Karomenya, jak długo potrafią trwać oceny? Te dobre i te złe?

One są,według mnie. Są. Złe wiszą gdzieś w kosmosie, jak uczniowskie ciasne kurtki w szatni, do odebrania na sądzie ostatecznym, biedne szaty godowe… A te wszystkie noty cum laude? Te są niczym belki podtrzymujące dach świata. Choć nie można wymazać ani jednych, ani drugich, kradnąc lekcyjny dziennik, bo wszystko się na łeb zawali, cały świat! A jednak jestem wdzięczny Brożkowi, choć nie rozumiał, że tak naprawdę wiedzy moralnej nie da się przekazać drogą argumentacji i przykładów ze starożytności, nie, Karomenya, ja jestem wdzięczny temu belfrowi za obudzenie we mnie poczucia winy. Wystarczyło, że przyznałem się przed sobą, że się nie nauczyłem.

Mogłem się wyśmiewać z Brożka, przedrzeźniać go, nawet nim pogardzać, bo przecież nie był ostoją starożytnych cnót – to jego dyskretne sprawdzanie języka w kieszonkowym lusterku, skacowany wygląd każdego poniedziałku… kapiące od brylantyny rzadkie włosy. Wtedy zrozumiałem, że oceny, które wystawiał nam, były niezależne od niego, coś jak ecclesia suplet. On je wystawiał w imieniu Stwórcy.

Ksiądz Staś miał umrzeć na malarię w pierwszym tygodniu po Nowym Roku 1914, a mieliśmy początek listopada 1913 roku. Podaję Ci te daty, Szanowny Lwie, bo szukam pomocy i choćby cząstkowego zrozumienia tych ostatnich chwil księdza. Obserwowałem go bacznie i wiedziałem, że z tego rodzaju malarii się nie wychodzi, pewnie i on o tym wiedział, a jednak zachowywał się tak, jakby nadchodząca śmierć nie była dla niego najważniejszym wydarzeniem… Końcem? Początkiem? Zdaniem sprawy? Powrotem? Żeby choć raz powiedział w zamyśleniu: „No, jak to będzie, kiedy mnie nie będzie, Karomenya?”. Ale nie! On wikłał się bez końca w jakieś stare szkolne historie, a pamiętał je doskonale, nie opuścił żadnego nazwiska, nie zaniedbał nigdy kontekstu sytuacji, nawet tak błahego, jak wysokość słońca na niebie, kształt chmur, ceny jajek i mleka, kolor garnituru profesora greki i łaciny Brożka.

– I tego poniedziałku zawezwał mnie z czytanką do katedry, zawsze tak robił, najoczywiściej, żeby sprawdzić, czy pod łacińskim tekstem nie ma polskiej ściągawki – ksiądz Staś kiwał się na taborecie jak uczniak, bez apetytu grzebiąc łyżką w zupce, która według matki miała mu już jutro przywrócić zdrowie. Matka nie odstępowała go na krok. Teraz też stała nad nim, powtarzając rytmicznie zaklęcia swojej domowej litanii: „No jedz, jedz, nie mów tyle, już ja wiem, jak ci dogodzić. Nie huśtaj się tak, bo upadniesz, słyszysz?”. Nie słyszał, bo stał właśnie z czytanką przed profesorem Brożkiem.

– Ale tym razem zrezygnował z Cycerona i rzucił tylko od niechcenia jedno zdanko – pułapkę: „Mea mater, mea pater, flilius tuus lupus est. No, na co czeka, niech przetłumaczy panom studentom!”. Zacząłem wolno, z udawanym wysiłkiem, bo Brożek nie lubił, gdy komuś zbyt łatwo przychodziła łacina. Ze zmarszczonym czołem, pomagając sobie rękami, dzielnie zaliczałem kolejne barykady słówek. „Moja matko, mój ojcze, twój syn jest wilkiem…”. „Tak, moja matko, twój syn jest nie tylko wilkiem, on jest idiotą! – wściekł się Brożek – idiotą, który zaraz dostanie wilczy bilet! Z taką łaciną to się pan nawet na organistę nie nadajesz! Przecież pan widzisz, że stoi jak wół: mea pater! Zaliż ojciec jest rodzaju męskiego, a?”. Długo jeszcze tak pastwił się nade mną, klasa ryczała ze śmiechu, najbardziej ten zdrajca Nowicki… – ksiądz podniósł do góry łyżkę, jakby chciał ściąć Nowickiego – i pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno go broniłem.

– No i co znaczyło to zdanie, proszę księdza?

– Zdanie? A tak, przepraszam, zdanie było krzykiem rozpaczy i wykładało się tak: „Biegnij matko, biegnij ojcze, bo twojego syna pożera wilk!”. Na grece znów, która we wtorek była ostatnią godziną, rozbieraliśmy Dialogi Platona. Kapało z sufitu nudą i pachniało nam już obiadem. Brożek królował na katedrze i zdawał się nie dostrzegać naszych dyskretnych przygotowań do wyjścia. „Filozofia jest ponad czasem, panowie studenci, ponad dzwonkiem woźnego Prosowskiego – perorował Brożek – no, niech tu podejdzie z dzienniczkiem”. I wskazał na mnie. „Jak pan zinterpretujesz nieśmiertelne słowa umierającego Sokratesa: Krytonie, winien jestem koguta Asklepiosowi?”. Kim jest tu Sokrates? Kim Kryton? Kim Asklepios? Kim kogut?” – skandował wyraźnie ubawiony, rozpierając się wygodnie w wąskim, drewnianym foteliku niczym w loży. – To może, panie profesorze, ja zacznę od końca – próbowałem zyskać na czasie – otóż kogut, jak wiemy, w starożytności greckiej, był… już zwierzęciem … udomowionym, służącym oczywiście, w przede wszystkim i nade wszystko, że się tak wyrażę, do budzenia polis… Brożek otworzył szeroko usta i tak zamarł. A nam zdawało się, że Bóg wreszcie wysłuchał naszych gorących próśb zanoszonych od wielu lat i oto trafił go szlag z jasnego nieba. „Ale jak to było powiedziane? – mamrotał – Do…do…budzenia polis? Kogut zwierzę udomowione? – wciąż nie dowierzał i przecierał oczy, jakby co dopiero zbudzony z głębokiego snu. – Pan sądzisz, że kogut… ja po raz pierwszy słyszę podobną interpretację… ja zabraniam, nie pozwalam” – jego głos nabierał rozpędu, klasa huczała, a ja miałem serdecznie dosyć tego przedstawienia. „A niech się to już wszystko skończy!” – zawołałem i zaraz przeraziłem się swojej śmiałości. W klasie zapadła grobowa cisza, słychać ją było – jakby ktoś na kryształowych kieliszkach wygrywał marsz żałobny Szopena. Czekaliśmy na najgorsze. „Brawo! Brawo! – zakrzyknął niespodziewanie Brożek i jak młodzieniec zeskoczył z katedry. – Wyśmienicie! Moje uznanie i gratulacje! To właśnie miał na myśli mistrz Sokrates! A jednak moja praca nie poszła na marne! Oczywiście, że nie poszła! To właśnie miał na myśli umierający Sokrates: oto kończy się choroba zwana życiem!”. I tak oto, przez przypadek, stałem się ulubieńcem profesora Brożka.

Jak to jest – myślałem, kątem oka zerkając na księdza Stasia – jak to jest, że do końca rządzi nim jakaś zajadła pamięć, że z dna jego serca wypływają na powierzchnię małostkowe gniewy, jakieś złe, dziś już nic nieznaczące oceny, złośliwi koledzy, znęcający się nad uczniami nauczyciele – najoczywiściej od dawna nieżywi. Być może, rozgrzebuje te sprawy, żeby zaznać podobnej ulgi co Sokrates, może chce nam powiedzieć – z takich momentów i z tylko takich było utkane moje życie, a teraz kończy się ono… kończy się ona… choroba zwana życiem. A jeśli jest całkiem odwrotnie? A jeśli w taki oto sposób głosi on pochwałę życia i wierzy, że jest tylko życie?! Że nie ma rzeczy nieważnych, drugorzędnych i przemijających? A jeśli życie go fascynuje i on, wiecznie nienasycony, namiętnie zaangażowany i pamiętliwy uważa pytanie: „co będzie, kiedy mnie nie będzie?”, za głupie i wydumane, bo przecież wierzy, ba, wie, że będzie zawsze, będzie żył, żył w czyśćcu, żył w niebie, bo przecież one istnieją i ta świadomość zmusza go do bycia nie obserwatorem, lecz uczestnikiem, człowiekiem po prostu, tylko człowiekiem, niosącym w sobie niczym skarb „golusieńkie istnienie”? Wiedziałem, że przyjmując tę ostatnią interpretację, zastawiam na siebie pułapkę, bo ja byłem obserwatorem. Choćby i tu, w zarumienionej od gorąca kuchni z widokiem na krzywe trotuary, ludzi idących gdzieś w pilnej sprawie, turkocące wózki i hałasujące ciężkie platformy wyładowane beczkami piwa. Zdawało się tu, że życie płynie poza mną, a ja się na to chętnie zgadzałem pogrążony w jakimś przyjemnym półśnie, znieruchomiały, zastygły, prawie nieobecny. Tak mogłoby być zawsze – myślałem sobie rozleniwiony ciepłem. A może tak wygląda właśnie piekło?

Nie tak to miało być!

Budziłem się, kiedy ksiądz na nowo rozpoczynał swoje pełne namiętności rozrachunki z życiem.

– Nie tak to miało być! – powtarzał – nie tak!
– No a jak? – wtrącała się matka.
– No tak – odpowiadał z przekonaniem ksiądz Staś i robił porządki na stole. Ustawiał w szeregu talerze, kładł między nimi widelce, które miały oznaczać zamknięcie kolejnego etapu. Tu dzieciństwo, tu szkoła i profesor Brożek, potem wyjazd do Compiegne – do brata matki, seminarium misjonarzy i wyjazd do Afryki, znów Paryż, znów dom. – Nie tak miało być – buntował się, bo nie mógł poradzić sobie z domem, matką i tymi wszystkimi ludźmi, którzy z oddali wydawali mu się piękni i dobrzy, jak nikt na świecie. Teraz był wśród nich, ale ci wcale go nie słuchali. To znaczy słuchali, ale z jakąś źle maskowaną wyższością zaprawioną odrobiną pobłażliwości. On zaś był przekonany, że ich rozumie, że znalazł cudowną formułę na wszystko, co nosił w sobie, co nazywał doświadczeniem, życiem, które domagało się świadectwa. Oni zaś podejrzewali, że coś jest z nim nie w porządku, gdy trzęsąc się z zimna, w tej śmiesznej, błazeńskiej uszatej czapie i kożuchu oświadczał im mocnym głosem proroka: „W każdej chwili należy być gotowym do zmiany swojego życia i rozpoczęcia go w całkiem innym miejscu!”.

Dla nich był człowiekiem, który „jakoś tak się zmarnował”, i ksiądz Staś bezbłędnie to wyczuwał. Ledwie skończył jedną ze swoich afrykańskich opowieści, a już słuchacze machali ręką, jakby odganiali natrętne muchy.

– Być może tak było, bo dlaczego nie miałoby być, świat różne cuda widział, ale my księdzu opowiemy jeszcze lepszą historię! W Skaryszewie to dopiero się wydarzyło!

Jeden drugiego przekrzykiwał, ktoś z boku wołał, że to nie było tak! A gdy już skończyli, znów ktoś machał ręką i mówił: „W Opatowie to się dopiero wydarzyło!”, albo „W Sandomierzu zeszłego roku!”. Irytowało mnie ich sztuczne gadulstwo i wysilony śmiech, które były niczym niedbale sklecona dekoracja wędrownego teatru – silniejszy podmuch wiatru raz po raz obalał ją na ulicę, odsłaniając przebierających się i szykujących do następnej podróży aktorów. Nie chcieli go słuchać, Szanowny Lwie, zajęci już tylko sobą i tym, co ostatecznie miało z nimi nastąpić. Wyglądało to jak wielkie przygotowanie do snu – nie chcieli już, by ktokolwiek im w tym przeszkadzał.

– Dosyć – zdawało się, że mówią – wracamy. Wracamy, skąd przyszliśmy, na chwilę tylko. Wracamy.

Dziwny kraj dużych dzieci

Ich święta dziwiły mnie. Stawiali niezliczone światła na grobach. Nie po to, by przebłagać swoich przodków, nie po to, by wyjednać sobie ich życzliwości w obecnym życiu, ale dla samych siebie, te światła stawiali na kopczykach grobów, ale z nadzieją, że zaraz będą je zawieszać w podziemnych korytarzach i mocować je na kamiennych półkach głębokich sztolni, będą posuwać się w nich z uporem, jeśli tylko znajdą tu choćby najmniejszą szparkę, która zapewni im dostęp do świata, w którym wreszcie odpoczną. A czy ich święta Bożego Narodzenia były inne? Mnie się wydawało, że to ciąg dalszy święta ich zmarłych – jakby przymiarka do ich ostatecznego święta tam, próba generalna przed przybiciem do portu. „Byle było tylko przytulnie i bez rozczarowań!” – zdawało się, że mówią ich szopki, stajenki, które budowali z błyszczącego papieru i zielonych gałęzi. Pełno było w nich przedmiotów, których używali na co dzień, zwierząt miłych w dotyku – baranków, zajączków, kotów i piesków, były nawet żywe ptaki zamknięte w klatkach, gipsowe wielbłądy, senne woły i śpiące na stojąco osły, jak też i małe młyny z kołem obracanym przez cicho pluskający strumyk. I znów światła – czerwone, zielone i niebieskie palące się w ich miniaturowych wioskach rozłożonych na łagodnych wzgórzach nad szopką. Dziwny kraj – myślałem. Dziwny, niewinny kraj dużych dzieci. Dziwny, niebezpieczny kraj.

Zaraz po Wszystkich Świętych poproszono nas na zamek. Hrabia Ujejski był w dobrym humorze. Zastaliśmy go w zamkowej kaplicy, gdy z bibliotekarzem panem Maryjskim – obaj na kolanach – rozkładali na posadzce kartony naśladujące nagrobki.

– Czekaj pan, czekaj – posapywał Ujejski – to nie może tak być! Mówiłem, że pod liściem akantu ma się znaleźć: „Urodzona Katarzyna Raczyńska” , a dopiero potem zjechać ździebko na dół i dać: „Podstolina Owrucka, z Koćmierzowa”. Tak mówiłem czy nie mówiłem, Maryjkosiu? Podniósł się wreszcie z kolan i rozłożył na powitanie ręce.

– Witam, witam zacnych gości! A my tu przy pracy, bo zarządziłem remont w krypcie wielowiejskiej, grzech tak przodków naszych zaniedbać! Ale wróćmy do żywych! Tak długo wyglądani! Ja i dzieci moje wprost doczekać się nie możemy szanownych panów, a i praca czeka, i zaproszenie na polowanie do Zwierzyńca, no przecież! – żachnął się na widok niewyraźnej miny księdza. Mówiono o Ujejskim, że to „chodząca szlachetność, patriotyzm, ofiarność autentyczna i feudalizm w stanie czystym”. Mnie się zaś wydał pełnym uroku człowiekiem przebywającym w świecie fikcji.

– A pan to będziesz uczył francuskiego Marcysię i Januszka – zwrócił się do mnie – przecież widzę: dobry i łagodny nauczyciel, im takiego teraz trzeba, choć to para diabłów wcielonych, obławę z chartami trzeba robić, żeby ich z parku do domu zagonić, ale do pana Karo… przybiegną. A dla księdza już posadkę obmyśliłem! Nie wolno w domu za piecem siedzieć, choroba minie, kropniemy zaraz jednego głębokiego, pod obraz Najświętszej Panienki Dzikowskiej się udamy i po chorobie, dobrodzieju! I co pan myślisz, jakby tak kustoszem moich afrykańskich zbiorów zostać? Trzeba to opisać porządnie, ustawić, jak się patrzy, żeby oko cieszyło i u sąsiadów zazdrość wzmagało! Od mojego powrotu z Sudanu wszystko w kufrach leży. Chce zobaczyć? – pociągnął za rękaw księżowskiej sutanny. – Mnie się lepiej nie sprzeciwiać. Chce czy nie chce zobaczyć?

Po podwieczorku zebraliśmy się do wyjścia. Przymroziło już blisko ziemi i jesienna chlapa przemieniła się pod butami w łamiące się z chrzęstem porowate szybki lodu. Ksiądz wlókł się w tym swoim długim kożuchu i przedrzeźniał głos Ujejskiego:

– „Kustoszem zbiorów was mianuję, kustoszem zbiorów…”. W jakim świecie ten człowiek żyje? – pytał ni to siebie, ni mnie. – Jakie to zbiory, Panie nasz na wysokości, kilka dziurawych skór, kilka rogów, łuki, strzały i maczugi, po co mu to? I on te zwierzęta obdzierał własnoręcznie ze skóry?! No – rozpogodził się na chwilę – może ludziom się przyda do tych ich rajskich ogrodów stawianych na święta, choć szczerze powiedziawszy, kiedy lepią w glinie lwa, tygrysa, słonia i Behemota, to i tak zawsze wychodzi im spod ręki podwórkowy burek z ludzką twarzą, ale tego już nawet hrabia Ujejski tu nie zmieni. – Westchnął. – Pozwoliliśmy sobie, Karomenya, na chwilę obmowy naszych bliźnich i ich wypchanych zwierząt, ale nie bez powodu. Uważaj, kiedy umrę, Ujejski wyprawi cię do Paryża, on tu jeden wie, gdzie Paryż, nie posyła tam co miesiąc do prania swoich koszul frakowych? Zakupi ci bilet i zaopatrzy cię, jak trzeba. Weźmiesz ze sobą moje świadectwo zgonu i oddasz ojcom na ulicy Beyeler. Nie zapomnisz?
– Nie zapomnę, proszę księdza – odpowiedziałem mechanicznie – ale jak ja mam uczyć tego francuskiego Marcysię i Januszka?
– Jak francuskiego – odparł pogrążony w myślach ksiądz Staś.

Twój Karomenya

Kiedy umrę
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...