Czekając na lato

Czekając na lato

Jedność Kościoła nie powinna być jedynie abstrakcyjną ideą, ludzie nie potrzebują kolejnego elementu rzeczywistości wirtualnej. Tu, w Taizé przemawia do nich ogromna ludzka różnorodność, a jednocześnie wspólnota, której mogą dotknąć.

– Czym się zajmuję? W naszym Kościele święcimy kobiety na księży i ja jestem jedną z nich… – mówi Britta, z którą zmywam naczynia. Starsza już, uśmiechnięta Norweżka przyjechała tu z całą rodziną, m.in. z młodszą siostrą, która również jest panią pastor w norweskim narodowym Kościele protestanckim. W Taizé należą one do barwnej mozaiki chrześcijan z całego świata, od lat przyjeżdżających do tej francuskiej wsi.

Puls Kościoła

Ogromna większość z ok. 4 tys. osób goszczących tu na przełomie lipca i sierpnia to młodzież (15–29 lat), chociaż przybywają także starsi, niektórzy z rodzinami. Sporo jest duchownych, choć niełatwo ich zauważyć, bo prawie zawsze chodzą w świeckich strojach. Kilku biskupów anglikańskich, pastorzy, kapłani prawosławni. Księży katolickich najłatwiej spotkać na sprawowanej przez nich porannej Mszy św. – jest ich ponad 30, w tym 3 biskupów.

Kiedy zbieramy się razem z braćmi z Taizé na modlitwie, mam poczucie, że w tym miejscu można szczególnie wyraźnie doświadczyć żywego Kościoła, wyczuć jego tętno. Patrzymy razem w stronę ołtarza i Krzyża. Słuchamy Ewangelii. O Christe Domine Jesu – wyznajemy Jego imię. Spokojny wielogłosowy śpiew i milczenie.

Mijają dwa lata od śmierci brata Rogera zabitego w czasie wieczornej modlitwy przez chorą psychicznie kobietę. Bracia są często pytani, co się zmieniło po jego śmierci. – Jesteśmy wdzięczni, że brat Roger przygotował swoje odejście. Mówił o nim, wiele lat wcześniej wskazał swojego następcę – opowiada brat Emil, Kanadyjczyk. – Mimo dramatycznych o koliczności śmierci założyciela wspólnota weszła w nowy etap z wielkim pokojem i wolnością. Brat Alois, obecny przeor wspólnoty dodaje: – Bardzo nas cieszy, że młodzi nadal do nas przyjeżdżają, i to nawet liczniej niż przedtem. Staje się coraz bardziej widoczne, że brat Roger nie skupiał na sobie, ale jak Jan Chrzciciel – chciał ukazać obecność Boga.

Co tydzień brat Alois spotyka się w kościele ze wszystkimi gośćmi i krótko zabiera głos. Jego słowa są tłumaczone na kilkadziesiąt języków, przedstawicielom każdej narodowości dzieci rozdają kwiaty. Symbol rozbrajająco prosty, ale przy takiej różnorodności potrzeba prostych znaków.

W czasie obiadu z braćmi przy długim stole ustawionym na powietrzu brat Alois podaje mikrofon niektórym z zaproszonych gości. Tym razem jest to Reinhart Hauke, katolicki biskup pomocniczy Erfurtu. – W mojej diecezji – mówi bp Hauke – wielu ludzi nie wie, co zrobić, kiedy ktoś umrze, chcą, żeby jakiś urzędnik zajął się pogrzebem. Zdarzają się pochówki anonimowe, kiedy nie ma nawet tabliczki z imieniem. Myślę, że to jest koniec kultury. W naszych stronach wielu ludzi pytanych: „Jesteś katolikiem czy ewangelikiem?” odpowiada: „Nie, ja jestem normalny…”.

Wspólnota, której można dotknąć

Wspólnota w Taizé, od początku swego istnienia bardzo świadomie ekumeniczna, nadal żyje „wychylona” ku jedności chrześcijan. Niewiele tu dziś dyskusji teologicznych (bo i większość gości nie ma teologicznego przygotowania), jest za to wspólna modlitwa i budowanie zaufania. Bliskość emocjonalna wyprzedza doktrynalną. Jan XXIII nazwał Taizé „małą wiosną”. Wydaje się jednak, że do lata wciąż daleko.

– Trzydzieści, czterdzieści lat temu ekumenizm budził większy entuzjazm i większe nadzieje – mówi brat Emil. – Dziś niektórzy nie mają w ogóle poczucia, że widzialna jedność Kościoła jest czymś bardzo ważnym. Dla pierwszych wierzących w Chrystusa największym znakiem Zmartwychwstania była wspólnota chrześcijańska – różnorodna, kochająca, przebaczająca. Dowodziła ona, że Bóg stworzył coś nowego. Kiedy istnieją podziały, ludzie nie widzą już tej „nowości”, podziały przecież są wszędzie. To osłabia czytelność Ewangelii. Oczywiście jedność nie oznacza uniformizacji – potrzebna jest różnorodność, ale także widzialna komunia. Jedność Kościoła nie powinna być jedynie abstrakcyjną ideą. Ludzie, zwłaszcza młodzi, nie potrzebują kolejnego elementu „rzeczywistości wirtualnej”. Tu, w Taizé przemawia do nich ogromna ludzka różnorodność, a jednocześnie wspólnota, której mogą dotknąć.

Wieczorem rozmawiam z prawosławnym księdzem z Rumunii. – To prawda – mówi ks. Joan – że cerkiew rumuńska jest przychylniej nastawiona do ekumenizmu niż inne. Pisałem pracę magisterską o ekumenicznym dokumencie z Limy, który mówi o chrzcie, Eucharystii i posługiwaniu duchowym. Wiązano z nim duże nadzieje. To smutne, że dążenie do jedności chrześcijan trochę utknęło w miejscu. Ale co niemożliwe u ludzi, możliwe jest dla Boga. On nie przestał działać.

Kiedy wyłączam dyktafon, rozmowa staje się swobodniejsza, wokół nas zbiera się kilka przysłuchujących się osób. Pojawiają się wspólne regionalne tematy – nauka religii w szkole, Cerkiew rosyjska, uwikłanie Kościołów we współpracę z komunistami. Rumuni gratulują mi, że w polskim Kościele udało się poruszyć sprawę współpracy ze służbami specjalnymi, dopytują o szczegóły. Rozmowa przeciąga się prawie do północy, żegnamy się bardzo przyjaźnie, ks. Joan daje mi w prezencie swój krzyż. – Pragnienie jedności jest w samym sercu naszej wiary – mówi brat Alois. – Nie można oddzielić wiary w Chrystusa od pragnienia jedności. To piękne, że w Polsce doszło już jakiś czas temu do wzajemnego uznania ważności chrztu między różnymi Kościołami.

Kurom urosną zęby

Jestem zdziwiony, że wielu niekatolików, z którymi rozmawiam, słyszało o niedawnym dokumencie Kongregacji Nauki Wiary i mówi o nim z pewnym żalem. Najdosadniej ujmuje rzecz Uve, niemiecki mechanik, z którym mieszkam w tym samym baraku: – My, chrześcijanie – mówi – i tak jesteśmy w Niemczech pod ścianą, a papież nam jeszcze takie rzeczy robi.

Dokument, o którym mowa: Odpowiedzi na pytania dotyczące niektórych aspektów nauki o Kościele, przypomina m.in., że wspólnoty protestanckie nie są Kościołami w ścisłym znaczeniu tego słowa, ponieważ nie ma w nich sukcesji apostolskiej i związanego z nią sakramentalnego kapłaństwa, a co za tym idzie, nie jest zachowana w pełni tajemnica Eucharystii. Ponadto podaje ścisłą interpretację słów soboru watykańskiego II, że Kościół Chrystusowy „trwa w Kościele katolickim”.

Pastor Britta, którą poznałem pierwszego dnia, pyta:

– Czy w waszym Kościele zaczniecie kiedyś wyświęcać kobiety na księży?
– Myślę, że to tylko kwestia czasu – odpowiada ks. Richard z Anglii.
– Tak? A ja słyszałam w Norwegii, jak pewien dominikanin twierdził, że to zupełnie niemożliwe i że prędzej „kurom urosną zęby” – żartuje.

Odwiedzam ją i jej siostrę w Aumegny, sąsiedniej wsi, gdzie wraz z rodziną wynajmują dom. Poznaję ich mężów i córki, rozmawiamy o Polsce i Norwegii. Dziwię się, że w protestanckich wspólnotach, w których pracują obie panie, istnieje modlitwa za zmarłych. – Ludzie bardzo ją cenią – mówi Barbro, młodsza z obu sióstr – chociaż jest to u nas dość kontrowersyjne. Potem zostaję wypytany o Kaczyńskich. Przy okazji ujawniają się nasze rozbieżne poglądy na ekonomię…

– Czy Chrystus nie był komunistą? – pyta Barbro.
– Może raczej komunitarianinem? – żartuję pojednawczo.
– Mamo – włącza się Invil, jedna z córek – nie mów, że Chrystus był komunistą komuś, kto żył w komunizmie.
– To nie był prawdziwy komunizm – Barbro jest nieustępliwa, ale widać, że spiera się bez przekonania.

Znowu robi się późno. Przy pożegnaniu Karl, mąż Britty, wręcza mi niedużą figurkę. – Kupiłem ją dla siebie w Lyonie – mówi – ale chciałbym ci ją dać w prezencie. To Michał Archanioł. Jest mi bardzo bliski, zwłaszcza kiedy jest przedstawiany, jak walczy z szatanem… Byłem kiedyś uzależniony od heroiny i udało mi się z tego wyjść.

Widzę go potem rano, jak podchodzi do komunii. W czasie modlitwy porannej rozdawana jest Eucharystia ze sprawowanej wcześniej Mszy św., komunia z protestanckiej Wieczerzy Pańskiej i błogosławiony chleb. W tym momencie widać, że jeszcze nie ma między nami pełnej jedności. Bracia wyjaśniają wcześniej całą sytuację. Większość osób przyjmuje Eucharystię. „Gościnność eucharystyczna” jest tu interpretowana szeroko. Czy zbyt szeroko?

Doświadczenie ciszy

W czasie wieczornej modlitwy siedzę na podłodze obok starszego dominikanina z Holandii. – To jest przyszłość – mówi do mnie o. Ian cicho, wskazując setki młodych ludzi wokół, i uśmiecha się niemal tkliwie.

Fenomenem Taizé niemal od początku istnienia było to, że przyciągało do siebie młodzież. Podczas „soboru młodych” w 1974 roku w namiotach wokół wzgórza zamieszkało ok. 40 tys. ludzi. Motywacja, którą kierują się przyjeżdżający, jest rozmaita. Są tacy, którzy co roku czekają aż przyjdzie lato, żeby móc tu wrócić. Niekiedy zostają na dłużej i pomagają braciom ze wspólnoty.

– Tu często myślę, co jest ważne w życiu, mogę odpocząć i znaleźć spokój – mówi Johanna z Niemiec.
– Jestem liderem stuosobowej chrześcijańskiej wspólnoty studenckiej. Przyjechałem tu, żeby zostać odnowiony przez Ducha Świętego – opowiada Michael z Chin.

Na pytanie, co w czasie pobytu było najcenniejsze, często padają podobne odpowiedzi – przyjaźń, jedność, pokój, harmonia życia. I doświadczenie ciszy.

– Ta cisza w czasie modlitw jest ciekawsza niż jakieś nudne kazanie – mówi Ania z Polski.
– Ona jest najgorsza – twierdzi Kasia, również Polka – ledwo mogłam wytrzymać.
– Przecież to tylko jakieś dziesięć minut? – dziwię się.
– Osiem. Mierzyłam.

Pytam brata Marka, jednego z trzech należących do wspólnoty Polaków, czy polskie grupy mają swoją specyfikę. – Polaków przyjeżdża zdecydowanie mniej niż w latach 90. – odpowiada – ale mają szczególną duchową wrażliwość. Brat Roger widział ją i bardzo cenił, łączyła go z Polakami nić porozumienia. Co sobotę spotykał się z nimi osobno przy kapliczce Matki Bożej Częstochowskiej. Taka wrażliwość na sprawy wiary nie jest wcale czymś oczywistym.

Sposób, w jaki bracia dzielą się swoim życiem, ma w sobie coś z mistagogii, stopniowego wprowadzania w przeżycie wiary. Brat Alois mówi: – W Taizé pragniemy powracać z młodymi do źródeł wiary, ale chcemy to czynić we wspólnocie Kościoła. Współcześnie wielu młodych poszukuje wiary osobistej i to dobrze, bo wiara powinna być czymś osobistym, ale nigdy nie przeżywanym w izolacji. Jak ogromnie ważne jest zachowanie i odkrycie na nowo wartości tradycji! Jak ważne są pielgrzymki, parafie, w których mogą się spotkać przedstawiciele różnych pokoleń. Kiedy raz utraci się kontakt z tradycją, ogromnie trudno go odbudować. Staramy się wskazywać młodym, którzy do nas przyjeżdżają, że osobista wiara i tradycja Kościoła są ze sobą głęboko powiązane. Odkryłem to w Taizé. Przyjechałem tu w latach 70., kiedy w Niemczech zaczęto dość powszechnie odrzucać tradycję w Kościele. Bracia wysłali mnie do Czechosłowacji i to było dla mnie piękne – móc spotkać młodzież, która na obozie letnim odmawiała Anioł Pański. Wiara jednostki ma zawsze swe ograniczenia, nie wystarcza w sytuacji krytycznej. Nie sięgnie zbyt daleko, jeśli nie będzie czerpać z tradycji. W sytuacji kryzysowej i w momencie cierpienia potrzeba się oprzeć na tradycji Kościoła.

Kształt życia

Kiedy popatrzeć na praktyczną stronę pobytu w Taizé, w gruncie rzeczy jest ona prosta. Trzy razy dziennie wspólna modlitwa. Jej słowa są powtarzane w różnych językach, można się spodziewać, że usłyszy się własny. W niedzielę – Eucharystia. Przed południem bracia wyjaśniają Pismo Święte. Potem jest czas na spotkania w grupach językowych. Każdy może się wypowiedzieć. Potrzebna jest również praca – pomoc w kuchni, przy sprzątaniu itp. Dla muzycznie uzdolnionych – próby śpiewu. Po południu – możliwość uczestnictwa w warsztatach: o podejmowaniu wyborów, o ikonach, o radzeniu sobie z własną agresją, o Kongo (lub jakimś innym kraju). Czasem tematy brzmią nieco egzotycznie dla polskiego ucha – jak ten o promowaniu uczciwego handlu i zrównoważonego rozwoju. Wieczorem możliwość rozmowy z braćmi ze wspólnoty. Jest też miejsce na zabawę.

Próbując ująć rzecz bardziej teoretycznie, socjolożka Danièle HervieuLéger zwraca uwagę, że wśród przyjeżdżającej młodzieży doświadczenie powszechności („tu jest cały świat”) w swoistej dialektyce spotyka się z przeżyciem najbardziej osobistego udziału („to, co myślisz i czym chcesz się podzielić, jest ważne”). Duża przestrzeń wolności ujęta jest w określone granice (np.: „sam wybierasz swoje zajęcia, ale potem masz w nich uczestniczyć”). Jedną z podstawowych zasad jest zaufanie i szacunek dla ludzkich poszukiwań („tu nikt nie odpowiada ci na pytanie, którego nie zadałeś”). Ten szacunek jest ważny, nawet jeśli niektórzy sami nie bardzo wiedzą, czego szukają. Otwarta formuła spotkań oraz konsekwentne unikanie formalizmu sprawiają, że przekrój przyjeżdżających jest różnorodny. Chociaż nawet przy tej różnorodności dziewczyna w nabitej długimi kolcami obroży intryguje. Szacunkowi dla przybysza towarzyszy równocześnie konsekwentne zaproszenie – w głąb doświadczenia chrześcijańskiego. Jest ono formułowane w delikatny sposób, a nawet w pewnym stopniu pozostaje jeszcze na progu tego, co religijne, bardziej w sferze tego, co ludzkie – jak wtedy, kiedy mowa o „pielgrzymce zaufania przez ziemię” czy o byciu „świadkiem pojednania”.

W niedzielę dla większości kończy się tygodniowy pobyt w Taizé, przyjeżdżają nowi goście. Patrzę z siostrą Rut, uczennicą Krzyża, na młodych ludzi z różnych stron świata, wypakowujących się z autobusów. – Tego się nie da „zrobić”. To musi być z Ducha Bożego.

Żółwie ninja

Sceny z życia, które można tu oglądać, mają w sobie chwilami urok ilustracji z kart utopii – grupy spacerujące w słońcu i zieleni, ludzie pogrążeni w lekturze nad strumykiem, brzmienie wielu języków, śpiew i wybuchy śmiechu przy pracy…

Rzeczywistość miewa jednak ciemniejsze strony. Słucham opowiadania Pawła, studenta z Polski, pracującego w grupie, która z charakterystyczną dla tutejszego stylu łagodnością nazywa się night welcome, a w istocie jest czymś w rodzaju nocnej służby porządkowej. – Główna część naszej pracy polega na pilnowaniu, żeby w porze ciszy nocnej rzeczywiście panowała cisza, a ludzie poszli spać. Oczywiście używamy tylko perswazji. Kiedy widzimy, że ktoś pije, zabieramy alkohol. Bywały czasem w Taizé wypadki, że trzeba było wezwać karetkę. Zwykle ludzie wykonują nasze polecenia, nawet jeśli z ociąganiem. W ostateczności wołamy brata zajmującego się utrzymaniem porządku nocą. Ostatnio była jakaś bójka, no i mieliśmy problem z grupą może trzydziestu nastoletnich Włochów i Hiszpanów. Zamaskowani i uzbrojeni w kije udawali żółwie ninja. Hałasowali i nie chcieli się rozejść. Na szczęście wszystko skończyło się bezboleśnie.

Niektórzy opowiadają, że można się tu zetknąć również z narkotykami i seksem. Jak na tłumy przewijające się przez to miejsce podobnych zdarzeń jest bardzo niewiele. Z ich powodu jednak zarzuca się czasem braciom, że pozwalają na nadużycia. Mimo to trzeba przyznać, że pobyt w Taizé jest przez gospodarzy zorganizowany w sposób, który pomaga takich sytuacji unikać.

Przypowieść o komunii

Wkrótce minie 70 lat od chwili, kiedy brat Roger przyjechał rowerem do Taizé, by tu zamieszkać. 45 lat temu poświęcono Kościół Pojednania. Dziś wspólnota liczy ok. 100 braci i nadal stara się być „przypowieścią o komunii” – bracia, starając się żyć w jedności, zachowują swoją protestancką lub katolicką przynależność kościelną.

Brat Roger pozostawił po sobie trudno uchwytny ślad. Są oczywiście pisma, lecz także coś w sposobie bycia braci i w całym życiu, jakie prowadzą. W modlitwach powracają motywy bliskie założycielowi: zaufanie, tajemnica Bożej obecności w człowieku, światło Chrystusa ukryte w ciemnościach, radość błogosławieństw.

Jan Paweł II podczas wizyty w Taizé w 1986 roku porównał tutejszą wspólnotę do źródła, przy którym „wędrowiec zatrzymuje się, zaspokaja pragnienie i rusza w dalszą drogę”. Bracia zachęcają do dzielenia się wyniesionym stąd doświadczeniem we własnych środowiskach. – Na początku dość trudno mi było wejść w życie tutaj – mówi Sylwia, dominikańska tercjarka z Argentyny – ale kiedy już weszłam, odżyło we mnie moje własne powołanie. I obraz św. Dominika – zwłaszcza myśl o jego miłosierdziu. Z tym wracam do domu.

Pytam brata Aloisa, czy da się streścić w kilku słowach charyzmat wspólnoty. Jest raczej sceptyczny. – Co jest istotne w naszym powołaniu? Iść za Chrystusem, poszukując jedności, ponieważ to ukazuje wiarygodność Ewangelii. Ale to powinno być obecne w każdym chrześcijańskim powołaniu… – mówi. Zadaję pytanie o duchowe pokrewieństwo z położonymi niedaleko Cluny i Citeaux. – Nie powiedziałbym, że jesteśmy „następcami” mnichów z Cluny czy Citeaux – odpowiada – ale to prawda, że odnajdujemy się w tradycji mniszej, zarówno katolickiej, jak i prawosławnej. Dla brata Rogera jako protestanta rozpoczęcie życia o charakterze monastycznym było wielkim krokiem naprzód. Miało to również znaczenie ekumeniczne, ponieważ życie zakonne nie istniało wśród protestantów od czasu reformacji. Decyzja, by składać śluby na całe życie, była także fundamentalna dla naszej wspólnoty i umożliwiła wszystkie inne działania.

W przeddzień wyjazdu jesteśmy świadkami „zaangażowania na całe życie” jednego z braci, co jest odpowiednikiem naszych ślubów wieczystych.

– Kochany bracie, o co prosisz?
– O miłosierdzie Boże i o wspólnotę moich braci.
– Niech Bóg doprowadzi do końca to, co w tobie rozpoczął.

Następują pytania i odpowiedzi, w których brat Tymoteusz zobowiązuje się do życia radami ewangelicznymi. Uwaga kilku tysięcy osób jest skupiona na tym uroczystym dialogu.

– Czy chcesz, rozpoznając zawsze Chrystusa w swoich braciach, czuwać nad nimi w dobrych i złych dniach, w cierpieniu i radości?
– Chcę.
– Ze względu na Chrystusa i Ewangelię jesteś więc odtąd bratem naszej wspólnoty. Niechaj ta obrączka będzie znakiem naszej wierności Panu.

Na moment zapada cisza, nagle słychać jakiś afrykański okrzyk i – wybuch radości w całym kościele. Brawa. Wszyscy wstają. Śpiew. Radość.

* * *

Jeszcze raz pytam brata Marka, jak najzwięźlej określić to powołanie. Potrząsa głową: – To trudne. Staramy się żyć zgodnie z duchem ośmiu błogosławieństw. Brat Roger wyraził to krótko trzema słowami: „radość, prostota, miłosierdzie”.

Kiedy tak dopytuję braci o istotę ich powołania, przypominają mi się słowa brata Rogera zanotowane w rozmowie z Kathryn Spink: „Poezja! Kościół powinien być poezją!”.

Nagle widzę, że tu – w jakiejś mierze – już nią jest.

Niektóre imiona bohaterów zostały zmienione.

Czekając na lato
Michał Golubiewski OP

urodzony w 1975 r. w Gdyni – dominikanin, doktor teologii, redaktor w Wydawnictwie W drodze. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w 2001 roku. Pięć lat później złożył śluby wieczyste, a w 2017 r. przyjął święcenia kapłański...