Zbombardowany budynek
fot. Julia Rekamie / UNSPLASH

Mam wrażenie, że Rosjanie chcieli osiągnąć ten efekt: zastraszona, zmęczona ludność cywilna zacznie naciskać na władze, żeby zakończyć tę wojnę za jakąkolwiek cenę. Jeśli taki był cel, to plan się nie powiódł. Ukraińcy stali się jeszcze bardziej zacięci, bardziej zdeterminowani.

Rozmawiają Bartosz Cichocki, Jarosław Krawiec OP i Włodzimierz Bogaczyk

Rozmawiamy w 39. dniu rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Kijów był przez te dni bombardowany, ostrzeliwany rakietami, w mieście działały rosyjskie bojówki. Wojskom agresora niemal się udało otoczyć miasto. Nie żałujecie panowie, że zostaliście?

Jarosław Krawiec OP: Nie, nie żałuję. Choć pod wpływem szoku, gdy wojna się zaczęła, różne myśli przechodziły mi przez głowę. Ale od początku czułem, że powinienem tutaj być, że tu jest moje miejsce. Nie mogłem zostawić klasztoru w Kijowie i Ukrainy i wyjechać do bezpiecznej Polski.

Bartosz Cichocki: Ja też nie miałem i nie mam do tej pory żadnych wątpliwości, że to była dobra decyzja. Tyle nam się udało połączyć ze sobą osób i instytucji ze strony ukraińskiej, które miały swoje potrzeby, z tymi ze strony polskiej, które mogły na te potrzeby odpowiedzieć. Codziennie się przekonuję, że ta praca ma sens i służy konkretnym osobom i instytucjom po stronie ukraińskiej, ale też służy Polsce, bo przecież wszyscy doskonale wiemy, że jeśli próba siłowego odwrócenia światowego porządku ustanowionego po zimnej wojnie i rozpadzie Związku Radzieckiego nie zostanie odparta na Ukrainie, to polskie bezpieczeństwo, polska gospodarka, polska suwerenność na tym również stracą.

Oczywiście doskwiera mi rozłąka z żoną i z dziećmi, ale mam poczucie udziału w wydarzeniach historycznych, które wymagają pisania na nowo podręczników historii. I o tym się młodzież, studenci, dyplomaci będą kiedyś uczyć.

A jak Ukraińcy odebrali to, że pan został?

BC: Bardzo boleśnie odbierali ewakuację innych ambasad, niektórych jeszcze przed wybuchem wojny, innych w pierwszych dniach inwazji. Traktowali to jako porzucenie ich i brak wiary w zwycięstwo. Tym bardziej doceniają tych, którzy pozostali. My oczywiście jesteśmy w zupełnie innej sytuacji, reprezentujemy państwo sąsiednie. Przez naszą granicę na początku wojny przechodziło każdego dnia po kilkadziesiąt tysięcy osób, a setki ciężarówek przyjeżdżały z pomocą. Było więc oczywiste, że polscy dyplomaci tutaj zostaną. Pamiętajmy też, że w ostrzeliwanym Lwowie cały czas działa nasz konsulat generalny, który ma bardzo dużo pracy.

JK: W dzień wybuchu wojny jedna z osób związanych z dominikanami na Ukrainie napisała do mnie SMS: Ojcze, zostajesz czy wyjeżdżasz? Ja odpowiedziałem: Zostaję. W odpowiedzi dostałem kciuk podniesiony w górę. To pytanie było dla mnie takim symbolicznym wyrażeniem nadziei na solidarność, że my jednak w tym nieszczęściu wojny z tymi ludźmi pozostaniemy.

To pytanie całkiem serio: Czujecie się bohaterami w związku z tym, że zostaliście? Bo przecież mogliście zginąć.

BC: Za bohaterstwo uważam falę solidarności i pomocy w Polsce. W czasie, gdy zło pokazuje swoje najgorsze oblicze, człowiek ma okazję spotkać zupełnie wyjątkowych ludzi. Do nich zaliczam oczywiście księży, zakonników, którzy mogli wyjechać, a zostali. Ja jestem urzędnikiem państwowym, nikt mnie nie zmusza do pozostania tutaj, ale to jest inna sytuacja.<

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2022, nr 05, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść