Jakoś nie można rozstać się z Zambrzyckim

Jakoś nie można rozstać się z Zambrzyckim

Znów poznałam kogoś miłego – i to znów za pośrednictwem Czytaczy – ludzi, należących do kręgu wtajemniczonych, rozumiejących się bez słów, wymieniających namiętne informacje o książkach jak o bliskich, kochanych istotach. Mam dziwne szczęście do tych ludzi – i wciąż mnie spotykają z ich udziałem fascynujące przygody. Najnowsza dotyczy Władysława Zambrzyckiego (1891–1962), człowieka szczególnie uroczego, moim skromnym zdaniem – jednego z najlepszych polskich pisarzy, zepchniętego na ubocze za czasów PRL, lecz obecnego stale w pamięci wdzięcznych czytelników i w ich bibliotekach.

Pamiętam Naszą Panią Radosną, stojącą na półce z ulubionymi książkami mojego brata – wtedy jeszcze licealisty. Pamiętam Kwaterę Bożych Pomyleńców na nocnym stoliku pani Anny Turowiczowej. Pamiętam, jak profesor Raszewski zachwycał się Pamiętnikami Filipka. A Maria Dąbrowska, w liście do Janiny Orynżyny (19.07.1962) pisała:

Z wielką żałością zauważyłam, że nie podziękowałam p. Zambrzyckiemu za „Kwaterę Bożych Pomyleńców”, którą otrzymałam z Jego dedykacją.

Nigdy się więc już nie dowie, że jest moim ulubionym autorem, że książki jego czytam po kilka razy, uwielbiam jego lekkość, żartobliwość, życzliwy krytycyzm, uroczą fantazję, mądrość i wiedzę, podawaną z tak nieopisanym wdziękiem.

Zazdroszczę mu po prostu rodzaju talentu i chciałabym tak umieć pisać.

Tak, te książki się kocha i – jak napisała mi ostatnio młoda Czytaczka, której poleciłam W oficynie Elekta i która po skończonej lekturze natychmiast pobiegła do biblioteki po inne powieści tego autora – „jakoś nie można rozstać się z Zambrzyckim”. Żywa, miła jego myśl, urok dobroci, dyskretnie zaznaczona głębia i metafizyczny „oddech”, ciepło i wnikliwość obserwacji, bogactwo pomysłów i szczegółów, dystans i powściągliwość inteligencka, doskonały smak, skłonność do żartów, kawałów i kpinek, wciąganie czytelnika do literackiej zabawy – jakże to wabi i cieszy! Od pierwszej stronicy każdej z książek Zambrzyckiego czytelnik zostaje ogarnięty szczególną aurą osobowości tego twórcy, i nie jest to żadne złudzenie. On sam – wedle słów pani Marii Pajzderskiej, siostrzenicy pisarza – miał powiedzieć: „A po cóż mam pisać autobiografię, całe moje życie jest w moich książkach!” – i tak jest faktycznie, jeśli nie zawsze w warstwie dosłownych faktów, to na pewno w czymś głębszym i prawdziwszym niż fakty.

Czytelnicy, wdzięczni za darowany im uśmiech i radość życia, wiedzą też dobrze, że powieści Zambrzyckiego traktują w gruncie rzeczy o sprawach arcypoważnych, o kwestiach zasadniczych; widzą, że książki te pisał człowiek wielkiej wiedzy i mądrości, patriota, humanista i przenikliwy obserwator, wielbiciel życia we wszelkich jego przejawach – od kształtujących je codziennych drobiazgów po targające nim wielkie procesy historyczne. Ten obserwator jednak – co jest szczególnie pociągające – nigdy nie staje po stronie zła, nawet po to, by je oglądać i piętnować! Spogląda na nie ze strony dobrej, ocenia, lecz z dystansem, nie daje się złu wciągnąć w zwarcie i nie przyjmuje jego metod ani punktu widzenia. Wydaje się nawet, że temu złu – współczuje.

Powieść W oficynie Elerta pisał Władysław Zambrzycki w latach pięćdziesiątych, właściwie – od początku „do szuflady”. Oparta na autentycznym dokumencie (studium Ludwika Kubali Poselstwo Puszkina w Polsce), książka ta nie miała szans na ukazanie się w rządzonym przez komunistyczną cenzurę świecie PRLu. W wywiadzie prasowym Zambrzycki poinformował tylko o ukończeniu pracy nad Oficyną. „Chciał wyryć po prostu ślad bibliograficzny”pisze w posłowiu Od redakcji Przemysław Cieślak, warszawski antykwariusz, wielbiciel książek Zambrzyckiego. Maszynopis, pieczołowicie przechowany przez rodzinę autora, został ujawniony już w wolnej Polsce i pan Cieślak własnym sumptem mógł wydać niepublikowaną nigdy dotąd powieść W oficynie Elerta (wyd. Antykwariat Książek, www.cytat.pl, Warszawa, 2007).

Tym samym uruchomił ciąg nowych wydarzeń. Odezwali się inni wielbicieleCzytacze, oferując pomoc; Kwaterę Bożych Pomyleńców wznowił pan Cieślak (po raz pierwszy w jej historii – bez ingerencji cenzury) już dzięki ich mecenatowi. Nagle coś się stało – (habent sua fata libelli) – ruszyła lawina zainteresowania, dawni i całkiem nowi czytelnicy popadli w ożywienie i oto pani Maria Pajzderska może napisać z satysfakcją: „Ostatnie dwa lata są dla mnie pełne radości. Została wydana Oficyna Elerta i Kwatera Bożych Pomyleńców. Biorę żywy udział w przywracaniu pamięci o Nim”.

Lektura powieści W oficynie Elerta – luźne zapiski księgarskie z roku 1650 to czysta przyjemność, nieoczekiwanie tak wciągająca, że nie można się od niej oderwać. Warszawa z czasów Jana Kazimierza wydaje się bardzo podobna do dzisiejszej („Przeszłość jest dziś, tylko cokolwiek dalej” – przypomina pan Cieślak w posłowiu), Polska – tak jak dzisiejsza, targana kłótniami, źle rządzona i słaba, a Rosja – cóż, ona, wieczna, nie zmieniła się po prostu nigdy. Powieść, złożona z zapisków fikcyjnego literata oraz fikcyjnego księgarza istniejącej kiedyś naprawdę warszawskiej oficyny wydawniczej, skrzy się od złośliwości i aluzji, jest zabawna, mądra i pełna celnych obserwacji. Już samo kontrastowe zetknięcie dwu cywilizacji, dwu szkół dyplomacji, polskiej i rosyjskiej, nieodparcie śmieszne i ciekawe, wystarczyłoby zupełnie na materię powieści, a tu jeszcze jest mnóstwo literackiej i historycznej zabawy, bogactwo szczegółów obyczajowych, a przede wszystkim – wspaniałe poczucie odwiecznej wspólnoty ducha ludzi, zawodowo związanych ze słowem.

Od chwili wynalezienia pisma wspólnota ta musiała stać się tym, czym pozostała na przestrzeni wieków: obszarem zupełnej, prawdziwej, nieskrępowanej wolności. To dlatego tak zaciekle atakowana jest przez każdy autorytaryzm i przez każdego z jakże licznych cenzorów myśli. Żadna chyba dziedzina ludzkiej twórczości nie doznała tylu ataków i prześladowań, co ta związana ze słowem, zwłaszcza – drukowanym. Nie przypominam sobie, by cenzorzy myśli nakazywali palić partytury, obrazy, rzeźby czy filmy. Zamienianie książek w popiół i dym – symboliczna egzekucja – zdarzało się nieraz w historii i zawsze było mroczną zapowiedzią nadchodzących czasów niewoli.

W Warszawie Jana Kazimierza Rosjanie wrzucają na Rynku do ognia karty wydarte z polskich książek. Ściślej: wrzuca je w ogień zakapturzony kat. Milczący widzowie przyglądają się ponuro tej ceremonii; ktoś płacze. W powietrzu wisi nie tylko dym, ale i przeczucie nadciągającej klęski.

– Zabrania się kupować… zabrania się czytać… Kto by posiadał te książki, ma je zniszczyć… – to trębacz odczytuje proklamację królewską.

– Nie dość, że kat zhańbił książki, to jeszcze otrąbią moje imię – mówi Gorczyn, autor, stojąc na boku, podczas gdy Libicki, sekretarz kancelarii królewskiej, pieczętuje okaleczone i opakowane w płótno egzemplarze i wyjaśnia:

– Pod królewską pieczęcią pojadą do Moskwy.

Rynek wciąż milczał. Ach, pomyślałem sobie, żeby choć zaczęto złorzeczyć, żeby choć rozruch jaki wynikł. Ta cisza przypomina obrzęd pogrzebowy.

Zabawna, pogodna powieść kończy się obrazem ponurym i zapowiedzią klęski. I trudno nie myśleć z gorącym współczuciem o autorze tej książki, obdarzonym tak wyjątkowym talentem, a przez nowy ustrój zepchniętym na margines, piszącym – z pełną świadomością – do szuflady. Lecz zarazem obraz ten napawa otuchą: Władysław Zambrzycki, niezłomny optymista, wierzył w wolność. Pisał do szuflady, bo musiał być przekonany, że wolności zakazać nie można, zaś scripta manent, lub też, wedle słów Bułhakowa – „rękopisy nie płoną”.

I rzeczywiście!

Jakoś nie można rozstać się z Zambrzyckim
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....