Pan Bóg obsypał nas złotymi dukatami
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Najlepiej mi zrobiło, gdy zaczęłam chodzić na spotkania z innymi mamami. Te rozmowy o pieluchach, o kupkach, o mleku, o ząbkach i kolkach. Naprawdę poczułam się mamą mojego dziecka. I to, że nie ja je urodziłam, przestało mieć dla mnie już tak wielkie znaczenie.

Na zdjęcie z pierwszej wizyty Natalia patrzy dziś z takim samym wzruszeniem, jak matki spoglądają na fotografię swojego noworodka. Ewa miała wtedy trzy miesiące. Była maleńka, drobna. Ubrana w czerwoną sukienkę. Dziś już ani Natalia, ani Rafał nie pamiętają, które z nich pierwsze powiedziało o adopcji. Zresztą to nie ma wielkiego znaczenia. Nie musieli się do tego przekonywać. Byli pewni, że adopcja jest jedyną drogą, by mogli zostać rodzicami, by stali się prawdziwą rodziną. Ale nim Ewa zamieszkała w ich domu, przeszli długą drogę, którą podąża każde bezdzietne małżeństwo.

Rodzicielskie wyobrażenia

– Zazwyczaj dzwonią do nas kobiety – mówi Wiesława Sędziak z Chrześcijańskiego Ośrodka AdopcyjnoMediacyjnego Pro Familia w Poznaniu. Telefoniczna słuchawka podczas pierwszego kontaktu daje poczucie bezpieczeństwa, anonimowości, taka rozmowa do niczego nie zobowiązuje. Służy temu, by zadać kilka wstępnych pytań, rozwiać pojawiające się już na początku wątpliwości.

Na spotkanie małżonkowie przychodzą zawsze razem. Wkraczają w rzeczywistość dla siebie zupełnie nową. W świat, który znają jedynie z opowiadań innych lub z przekazów medialnych. – Ich wyobrażenia o dzieciach, które czekają na adopcję, są przeważnie wyidealizowane, dlatego podczas tej pierwszej rozmowy próbujemy urealniać rzeczywistość – tłumaczy Wiesława Sędziak. – Przede wszystkim próbujemy poznać motywacje małżonków, przekonać się, że oboje pragną dziecka i że jest to ich wspólna decyzja. Że są gotowi zaakceptować inność drugiego człowieka, jego historię.

Bezpłodnych par z roku na rok przybywa: szacuje się, że co piąte małżeństwo w Polsce nie może mieć własnych dzieci. Niektórzy, korzystając z postępów medycyny, decydują się na inseminację czy zapłodnienie in vitro. Dla par, które głównie ze względów etycznomoralnych nie biorą takich rozwiązań pod uwagę, jedyną drogą do rodzicielstwa pozostaje adopcja. – Niestety nie każda rodzina, nawet najlepsza, ma predyspozycje do tego, by być rodziną adopcyjną – tłumaczy Wiesława Sędziak.

Adopcja to – zgodnie z definicją – przyjęcie dziecka innych rodziców i włączenie go do swojej rodziny z wszystkimi tego konsekwencjami. Jeszcze nie tak dawno była tematem tabu. Mówiło się o niej szeptem i w wielkiej tajemnicy. Dzieci adoptowane traktowane były niejednokrotnie jako gorsze. Dziś ze względu na skalę zjawiska i większą świadomość społeczną o adopcji zaczyna się mówić otwarcie. Ale nasze prawodawstwo najwyraźniej za tym nie nadąża: w ratyfikowanej przez Polskę „Konwencji o prawach dziecka” zrobiono mały wyjątek: rodzice adopcyjni nie mają obowiązku ujawniania swojemu dziecku, że nie są jego rodzicami biologicznymi. Istnieje jedynie przepis mówiący o tym, że każda dorosła osoba ma prawo wglądu w tzw. akt zupełny swojego urodzenia, w którym jest zapis o rodzicach biologicznych.

Co roku w Polsce do adopcji trafia około 2,5 tysiąca dzieci. W zdecydowanej większości są to dzieci, które nie ukończyły pierwszego roku życia.

A im rodzą się kolejne dzieci

Natalia miała 21 lat, gdy wyszła za mąż. Była jeszcze studentką, dlatego zdecydowali z Rafałem, że na dziecko powinni trochę poczekać. – Ale nie stosowaliśmy żadnej antykoncepcji, byliśmy otwarci na życie – podkreśla Rafał.

Kiedy po czterech latach dojrzeli do decyzji, że to „już”, ciąży jakoś nie było. Kolejne próby z miesiąca na miesiąc nie przynosiły żadnego rezultatu. – Po roku starań zdecydowaliśmy z mężem, że musimy skorzystać z porady lekarskiej – wspomina Natalia. Od tamtej chwili całe ich życie zaczęło się obracać wokół cyklu owulacyjnego Natalii. To lekarz wyznaczał dni, kiedy powinni, a kiedy nie powinni współżyć – na spontaniczność nie było miejsca. – Planując jakiś służbowy wyjazd, najpierw sprawdzałam w kalendarzu, czy przypadkiem nie będą to dni mojej potencjalnej płodności. Jeśli tak, to nie ruszałam się z domu ani na krok. Mieliśmy tego oboje z Rafałem serdecznie dosyć – wspomina Natalia.

W szafce zawsze miała dwa różne zestawy testów ciążowych. Gdy tylko miesiączka spóźniała się choćby o jeden dzień, w Natalii wzbierała nadzieja. Że może teraz, że może się udało. Ale testy wciąż były negatywne.

Pragnienie poczęcia dziecka było tak wielkie, że nie zawahali się nawet, gdy lekarz zaproponował im, by przez kilka miesięcy, w czasie których Rafał miał przejść kurację antybiotykową, wstrzymali się w ogóle od współżycia. Na siedem miesięcy zostali „białym małżeństwem”. Niestety i ta uliczka okazała się ślepa.

W czasie, gdy oni walczyli, znajomym rodziły się kolejne dzieci. – Cieszyłam się zawsze ich szczęściem, a jednocześnie zadawałam sobie pytanie: Dlaczego ja nie mogę być matką?

Nie zawsze rodzina zastępcza

Sprawę swojego rodzicielstwa zawierzyli Panu Bogu, w tej intencji wybrali się też na Pielgrzymkę do Ziemi Świętej. – W końcu po trzech latach starań pomyślałam sobie, że może to jest jakiś sygnał dla nas, że może Pan Bóg chce nam przez to coś powiedzieć, a my tego nie słyszymy, jesteśmy na to zamknięci – mówi Natalia. I wtedy, po namyśle pojawiła się myśl o adopcji.

Domy Dziecka pękają w szwach. W 350 placówkach na terenie całej Polski wychowuje się ponad 20 tys. dzieci. Ale tylko nieliczne z nich trafią do adopcji. Wśród wychowanków zdecydowana większość ma za sobą bolesne doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego – przede wszystkim alkoholizm jednego lub obojga rodziców. Dobrze wiedzą, co to jest przemoc fizyczna, psychiczna, niektóre doświadczyły przemocy seksualnej.

Placówka opiekuńczowychowawcza jest dla wielu z nich pierwszym miejscem, w którym mają czyste łóżko, ciepły posiłek i spokój do nauki. – Doskonale wszyscy wiemy, że dziecko powinno się wychowywać w swojej rodzinie. Tyle, że czasami ta rodzina bardzo źle funkcjonuje i nie zaspokaja podstawowych potrzeb dziecka. Jeśli tak się dzieje, trzeba je stamtąd zabrać – tłumaczy Wojciech Walczak, dyrektor Domu Dziecka przy ul. Pamiątkowej w Poznaniu. Idealnie jest, jeśli można dziecko zabrać tylko na jakiś czas, prowadząc jednocześnie terapię całej rodziny. Ale rodzina musi tego chcieć: matka czy ojciec muszą zgłosić się na leczenie, jeśli głównym ich problemem jest choroba alkoholowa. Tylko to daje cień nadziei, że sytuacja dziecka może się zmienić na lepsze.

W prowadzonej przez dyrektora Walczaka placówce od ośmiu lat działa tzw. grupa interwencyjna. Są w niej dzieci, które zostały zabrane z rodzin niewydolnych wychowawczo. – Dla takiej rodziny jest to czasami kubeł zimnej wody na głowę. Biorą się w garść, decydują na leczenie, na terapię. Są w stanie zrobić wszystko, by dziecko jak najszybciej wróciło do domu.

Każda rodzina podpisuje kontrakt z placówką, w którym zobowiązuje się m.in. do podjęcia terapii i codziennych wizyt w miejscu, gdzie przebywa ich dziecko. Mają pół roku, by zmienić coś w swoim życiu. Jeśli są efekty – dziecko wraca do domu. Jeśli nie – trzeba poszukać dla niego innej formy opieki.

Ustawa o pomocy społecznej jasno określa, kto powinien zaopiekować się dzieckiem, jeśli rodzina – z różnych powodów – tej opieki sprawować nie chce lub nie może. Na pierwszym miejscu wymienia się adopcję, dalej rodzinę zastępczą i wielodzietną rodzinę zawodową. Dom Dziecka znajduje się na miejscu ostatnim. Ale to właśnie tu trafia ostatecznie większość dzieci, które musiały opuścić swój dom i które – mimo podjętej terapii i pracy z rodziną – nadal do niego nie mogą wrócić.

Na adopcję liczyć mogą głównie maluchy do 1 roku życia i te nieco starsze – pod warunkiem, że są zdrowe, nie mają zbyt obciążonego wywiadu rodzinnego i licznego rodzeństwa. Po starsze zgłaszają się nieliczni. Alternatywą dla nich jest więc rodzina zastępcza czy wielodzietna rodzina zawodowa, w której dzieci mają funkcjonować jak w normalnej rodzinie. To właśnie taką formę opieki, gdzie kilkoro czy kilkanaścioro dzieci przebywa pod opieką „rodziców”, lansuje się ostatnio w mediach jako najlepszą i przedstawia jako alternatywę dla „złych”, zatłoczonych i bezosobowych domów dziecka. – Każda profesjonalna forma opieki rodzinnej, czy to w rodzinnym domu dziecka czy wielodzietnej rodzinie zawodowej, wydaje się lepszym rozwiązaniem niż dom dziecka. Ale nie zawsze. I nie dla każdego. Starszemu dziecku, nawet takiemu, które dźwiga ze sobą bagaż bardzo trudnych doświadczeń wyniesionych z domu, trudno czasami nawiązać więź z nowymi opiekunami i „rodzeństwem” – tłumaczy Wojciech Walczak. Jego zdaniem, podejmując decyzję o umieszczeniu dziecka w konkretniej placówce, trzeba zawsze kierować się tym, co dla niego jest w danym momencie najbardziej optymalne. – Czasami będzie to właśnie dom dziecka.

I chociaż na prawo i lewo krzyczy się coraz głośniej, że Domy Dziecka są przeżytkiem, przechowalnią czy jak niektórzy nawet mówią – więzieniem, to nie można zapominać, że rodzin zastępczych czy wielodzietnych rodzin zawodowych w Polsce wciąż brakuje i nie stoją w kolejce ludzie, którzy chcieliby je zakładać. – Dlatego nim polikwidujemy Domy Dziecka, zastanówmy się jak zapewnić opiekę dzieciom, które w nich przebywają – mówi Walczak.

Oni je przygarną

Dzieci niepełnosprawne, chore i liczne rodzeństwa, które przebywają w domach dziecka, z trudnością znajdują nową rodzinę. Jeśli więc trafią do placówki opiekuńczowychowawczej, zostaną tu prawdopodobnie na długie lata. Szansą dla nich może być właściwie już tylko adopcja zagraniczna: co roku z Polski do innych krajów wyjeżdża ok. 350–390 dzieci. Najpierw szuka się dla nich rodziny w Polsce – w poszczególnych ośrodkach adopcyjnych. Gdy to się nie uda, trafiają do krajowego rejestru dzieci czekających na adopcję. Jeśli przez około pół roku nie uda się znaleźć żadnej rodziny, można myśleć o adopcji zagranicznej.

Na Zachodzie bezdzietne małżeństwa na adopcję czekają nawet po kilka lat. Głównie dlatego, że kobiety rzadziej zachodzą w nieoczekiwaną ciążę. Jeśli się tak zdarzy, mogą liczyć na wszechstronne wsparcie materialne ze strony państwa, co niejednokrotnie pomaga w podjęciu decyzji, by ostatecznie dziecko urodzić i je wychowywać.

Bezdzietne małżeństwa, które myślą o adopcji, mogą liczyć właściwe tylko na dzieci z innych krajów. – Ich potrzeba bycia rodzicem jest tak wielka, że są skłonni przyjąć dziecko niepełnosprawne czy chore, które wymaga specjalistycznego leczenia. Sytuacja materialna pozwala im też na to, by adoptować rodzeństwo – czasami troje czy nawet czworo dzieci – tłumaczy Romana Chruszcz, szefowa poznańskiej Pro Familii.

Trzeba poczekać

Przygotowania do adopcji trwają kilka miesięcy. Spotkania odbywają się w grupie, która liczy 7–8 małżeństw. Każde spotkanie ma wyposażyć małżonków w wiedzę, która pomoże im w przyjęciu dziecka do rodziny. Są więc zajęcia poświęcone motywacjom adopcji, małżeństwu, jest mowa o fazach rozwojowych dziecka, o jego biologicznej rodzinie, o jawności adopcji. Prowadzący rozmawiają też z szykującymi się do adopcji rodzinami o budowaniu więzi. To niezwykle ważne i niezwykle trudne. – Rodzice muszą być przygotowani na to, że ich dziecko może mieć różne deficyty rozwojowe, które mogą utrudniać nawiązywanie dobrych relacji, i nam nie wolno tego przed nimi ukrywać – podkreśla Wiesława Sędziak.

W czasie przygotowań pracownicy ośrodka odwiedzają małżonków w ich domu, by się przekonać jakie warunki ma dana rodzina na przyjęcie dziecka. Ten czas małżonkowie muszą też wykorzystać na przygotowanie niezbędnej dokumentacji. Po zakończeniu zajęć i zakwalifikowaniu jako rodzina adopcyjna nie pozostaje im już nic innego jak czekać. Czekać na upragniony telefon z ośrodka adopcyjnego i na informację, że to już. Że jest dziecko. Małżonkowie muszą być jednak bardzo cierpliwi – jeśli chcą przyjąć do swojej rodziny dziecko małe – najlepiej kilkuczy kilkunastotygodniowe, wówczas muszą się liczyć z tym, że przyjdzie im czekać rok albo nawet dwa.

Nikt nam nie pogratulował

Natalia i Rafał wybrali jeden z ośrodków adopcyjnych: spodobał im się proponowany tam program przygotowania do rodzicielstwa. Nie stawiali warunków – dziewczynka, czy chłopiec. Zależało im jedynie, by dziecko, które przyjmą, było jak najmłodsze i zdrowe. – Chciałam przeżyć całe rodzicielstwo, od tych najwcześniejszych chwil – tłumaczy Natalia.

O podjętej decyzji postanowili poinformować swoich rodziców. Sposobność nadarzyła się podczas rodzinnego spotkania. – Przy stole zapanowała grobowa cisza. Miałam poczucie, jakbyśmy im powiedzieli, że ktoś z nas jest chory na raka. Nikt się nie ucieszył, nie pogratulował nam, nikt nie próbował wesprzeć nas w tej decyzji – mówi Natalia. Przeciwnie. Rodzina zareagowała dość nerwowo. Posypały się pretensje – że do tej pory nie mówili o swoich problemach z zajściem w ciążę, i dobre rady – że powinni jeszcze spróbować leczenia w różnych klinikach, najlepiej zagranicą. – Wysłuchaliśmy tego, co rodzice mieli do powiedzenia, ale nasza decyzja była nieodwołalna. My nie pytaliśmy ich o radę. My ich tylko uczciwie poinformowaliśmy, że w naszym życiu coś się wydarzy, że będziemy się przygotowywać do przyjęcia dziecka – mówi Rafał.

Od tamtej chwili temat umarł. Było im przykro, że rodzice nie pytali o zajęcia w ośrodku adopcyjnym, o dziecko, na które czekali. – Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, wszyscy się dopytują o jej samopoczucie, zdrowie. Mnie rodzice nie zapytali o to, jak ja się czuję, przygotowując się do rodzicielstwa. I to innego rodzicielstwa – mówi Natalia.

Znajomi i przyjaciele przyjęli ich pomysł entuzjastycznie. Towarzyszyli im modlitwą, pytali, dowiadywali się. Razem z nimi czekali na te „narodziny”.

Nasze dziecko

Ten dzień pamięta z najdrobniejszymi szczegółami. Był czwartek. Godzina 14. Siedziała w samochodzie na parkingu przed swoją pracą, gdy zadzwoniła komórka. Na wyświetlaczu zobaczyła napis: Ośrodek Adopcyjny. To mogło oznaczać tylko jedno. Jest dziecko. Czy mogą następnego dnia przyjechać? Mogą, mogą, mogą!

Od pierwszego spotkania do chwili powierzenia dziecka rodzinie mija zwykle kilka tygodni. W tym czasie trwa postępowanie sądowe, małżonkowie mają czas, by przygotować wszystko na przyjęcie dziecka. – Jeśli dziecko jest starsze, ten czas musi być dłuższy, by oswoiło się z nowymi opiekunami, by się ich nie bało, by mogło bezpiecznie rozstać się z tymi osobami, które do tej pory się nim zajmowały – tłumaczy Romana Chruszcz.

Adopcje starszych dzieci są trudne, gdyż proces wrastania dziecka w nowe środowisko rodzi wiele nieoczekiwanych problemów – ocenia Wiesława Sędziak. – Są rodziny, które odważnie podejmują to wyzwanie i mimo różnych trudności z miłością towarzyszą adoptowanemu dziecku. Niestety bywają też adopcje, które kończą się niepowodzeniem. Najczęściej wynika to z nałożenia się różnych trudności zarówno po stronie rodziny, jak i dziecka, które ostatecznie musi wrócić do miejsca, skąd przyszło, czyli najczęściej do placówki opiekuńczowychowawczej. Jest to dramat i dla tej rodziny, i dla dziecka – mówi Wiesława Sędziak.

Czy ja je pokocham

Z domu wyjechali wcześnie rano. Kiedy weszli do pokoju, Ewa spała. – Spojrzałam na nią i wydała mi się taka mała, bezbronna, krucha, i taka śliczna – wspomina Natalia. Było pierwsze przytulenie, pierwsze pocałunki, kołysanie na rękach. I taki błogostan. Ale nie było wielkiego poruszenia serca, miłości od pierwszego wejrzenia i pewności: to jest moje dziecko. Miłość miała przyjść później.

– To jest naturalna obawa i lęk rodziców adopcyjnych. Wiele osób, które przychodzą do ośrodka adopcyjnego, ma wątpliwość, czy będzie umiało pokochać dziecko, którego nie jest naturalnym rodzicem. Ta miłość oczywiście przychodzi, ale stopniowo, powoli z każdym dniem – tłumaczy Wiesława Sędziak.

Każda para, która decyduje się na adopcję, ma prawo odmówić przyjęcia konkretnego dziecka. Natalia i Rafał też z tego prawa mogli skorzystać. Ale gdy godzinę później zostali sami, spojrzeli sobie w oczy i już wiedzieli: Ewa będzie ich dzieckiem. Po dwóch tygodniach zamieszkała razem z nimi.

Natalia zajmowała się Ewą najtroskliwiej, jak umiała. Spędzała z nią calutkie dnie i noce. Reagowała natychmiast na każdy jej płacz, na każde poruszenie. Ale poczucie, że to jest jej dziecko, za którym tęskni, o którym myśli i bez którego nie wyobraża już sobie życia, przyszło po kilku miesiącach. – Pamiętam, że przez kilka godzin nie było mnie w domu. Gdy wróciłam, Ewa bardzo żywo zareagowała na mój widok. To był ten moment, kiedy została moją córeczką – wspomina Natalia. W stawaniu się mamą pomogły jej też spotkania z innymi mamami. Te rozmowy o pieluchach, o kupkach, o mleku, o ząbkach i kolkach. – Naprawdę poczułam się mamą mojego dziecka. I to, że nie ja je urodziłam, przestało mieć dla mnie już tak wielkie znaczenie.

Jawność adopcji

Dla większości par ujawnienie i rozmawianie z dzieckiem o adopcji, to jeden z najtrudniejszy tematów, z którymi przyjdzie im się zmierzyć. Z jednej strony obawiają się reakcji otoczenia – braku akceptacji, nieprzyjemnych uwag. Ale zdecydowanie bardziej niepokoi ich to, czy informacja o adopcji nie wpłynie źle na rozwój dziecka, czy nie wywoła w nim jakiegoś pęknięcia, rozdarcia. Boją się też, że w przyszłości ich syn czy córka zaczną szukać swoich biologicznych rodziców i w konsekwencji odrzucą ich – rodziców adopcyjnych.

Pracownicy ośrodków świadomi tych obaw i lęków, podczas prowadzonych zajęć próbują przygotować przyszłych rodziców na ten problem. – Kiedy małżonkowie pytają mnie, od kiedy należy z dzieckiem rozmawiać o adopcji, odpowiadam: od zawsze. Bo dziecko może zapytać o to w najmniej oczekiwanym momencie i trzeba iść za pytaniami dziecka, za jego gotowością – tłumaczy Wiesława Sędziak.

Natalia i Rafał są pewni, że Ewa musi się dowiedzieć, że jest dzieckiem adoptowanym, nim pójdzie do przedszkola i szkoły. I chcą z nią o tym rozmawiać tak wcześnie, jak się da. W czasie zajęć w ośrodku adopcyjnym pisali bajkę dla swojego przyszłego dziecka. Bajkę o tym, jak się odnaleźli, jak się spotkali, jak do siebie trafili. Bajkę o tym, że czasami biologiczna mama nie może wychowywać swojego dziecka i wtedy oddaje je innej mamie.

Natalia nie ukrywa: – Często myślę o kobiecie, która urodziła Ewę, i modlę się za nią. Bo przecież przez dziewięć miesięcy nosiła ją w swoim ciele, urodziła ją. Jestem jej za to wdzięczna. Choć ciągle prześladuje mnie myśl, że kiedyś zatęskni za swoim dzieckiem i zacznie go szukać. I stanie przed drzwiami naszego domu.

Historia, którą Ewa usłyszy od swoich rodziców, nie będzie smutna. – Zastanawiam się, jak jej to powiedzieć – mówi Natalia. – Nie chcę w niej zbytnio rozbudzać miłości do tamtej kobiety, ale nie zamierzam też absolutnie stawiać jej w złym świetle.

Dolina łez

Decyzja o adopcji była jednocześnie chwilą, kiedy definitywnie zakończyli leczenie. – To jest bardzo destrukcyjne doświadczenie, te niekończące się wizyty u ginekologa, te nakazy, zakazy, wyliczanie dni maksymalnej płodności, diety, lekarstwa, życie od miesiączki do miesiączki, kolejne rozczarowania. Droga przed dolinę łez – mówi Natalia.

Mimo kilku lat uporczywej terapii nigdy ostatecznie nie dowiedzieli się, dlaczego nie mają dzieci – czy „wina” leży po stronie Natalii czy Rafała. Nikt nie postawił jednoznacznej diagnozy. Mimo to zrezygnowali z dalszego leczenia. Nie szukają już nowych metod, klinik i ośrodków, które zajmują się leczeniem bezpłodności. – Mamy dziecko, jesteśmy rodziną, czuję się tak, jakby Pan Bóg obsypał mnie złotymi dukatami – ocenia Natalia.

W ośrodku adopcyjnym zgłosili gotowość przyjęcia kolejnego dziecka i cierpliwie czekają w kolejce. – Jeśli zdarza się tak, że matka biologiczna danego dziecka rodzi kolejne i z różnych powodów nie chce, czy nie może go wychowywać, zawsze w pierwszej kolejności pytamy rodziców adopcyjnych pierwszego dziecka, czy są gotowi przyjąć następne, by rodzeństwo nie zostało rozdzielone – tłumaczy Wiesława Sędziak.

Natalia i Rafał zawsze marzyli, żeby mieć trójkę dzieci. Wierzą, że im się to uda. Czekają.

Pan Bóg obsypał nas złotymi dukatami
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze