Czyja bardziej jestem?

Czyja bardziej jestem?

, 0 recenzji

Małgorzata otwiera szaroniebieską brzydką kopertę. Zaczyna czytać. Nagle widzi jakieś obce imiona i nazwiska. Czyta jeszcze raz, drugi, trzeci. Przypominają jej się zadawane w dzieciństwie pytania: „Czy ty mnie urodziłaś?”.

Ania biega z płaczem po wielkim, obcym domu. Krzyczy: gdzie jest Małgosia!? Z rozpaczy robi awanturę.

Małgosia to jej miesięczna córeczka. Sama wybrała dla niej imię.

Anna zobaczy ją dopiero czterdzieści sześć lat później. Na lotnisku w dużym amerykańskim mieście. Też będzie dziewiąty kwietnia.

* * *

– Inni mają brata albo siostrę, a ja nie mam nikogo – siedmioletnia Małgosia żali się mamie. Wróciła z podwórka. Jej koleżanka była na placu zabaw z młodszym bratem, a ona jak zwykle sama.
– Jesteś już za duża, żeby mieć braciszka albo siostrzyczkę – Halina tuli ją do siebie i całuje. – Lepiej być samemu w domu, bo wszystko jest dla ciebie – tłumaczy innym razem, żeby dziewczynce nie było smutno.

Mieszkanie jest ciasne. Pokój, kuchnia, łazienka i korytarz. W pokoju meblościanka z dwoma wysuwanymi tapczanami, stół, krzesła, kanapa. I dużo półek z książkami. Wszystko lśni czystością i zawsze jest ciepły obiad. Kapuśniak, zrazy, kluski ze skwarkami. W niedzielę placek z rabarbarem albo z jabłkami. Kiedy Gosia wraca zziębnięta ze szkoły, mama robi jej gorącą herbatę.

Gosia lubi pomagać w kuchni. Mama nie może się jej nachwalić. Mówi na przykład: „Ojej, jak ładnie pokroiłaś kluseczki”. Nie krzyczy, gdy Gosia niechcący rozsypie mąkę albo stłucze jajko.

Mama jest korektorką w drukarni. Przynosi dopiero co wydrukowane książki albo takie z błędami, których nie można sprzedać. Dlatego w domu pachnie świeżymi książkami. Małgorzata do dziś wspomina ten zapach; gdy kupi jakąś książkę, nie może oderwać nosa od zadrukowanych kartek.

Ojciec jest mechanikiem i kierowcą. Surowy, nieskory do okazywania uczuć. Wystarczy, że spojrzy, i Gosia już wie, czy może wziąć cukierka, czy nie. Albo czy może się odezwać. On decyduje o wszystkim w domu. Kiedyś zabroni córce pójść na wymarzone studia.

Ale to dobry człowiek: towarzyski, uczynny, złota rączka. Umie naprawić buty, zepsutą pralkę albo silnik w samochodzie. Czasem zabiera Gosię do warsztatu. Pozwala jej przykręcić śrubkę, wbić gwóźdź w deskę, dokręcić imadło. Jest z niej dumny, że dziewczynka, a lubi majsterkować.

Czasem ojciec wraca późno. Gdy Gosia jeszcze nie śpi, woła ją do siebie i wyciąga z głębokiej kieszeni kurtki czekoladę.

* * *

Ania widzi na sali sądowej obcych ludzi. Mogliby być jej rodzicami. Chcą zabrać Małgosię. Płacze, że nie odda swojego dziecka.

Z Anią jest ojciec. Warczy, że ma siedzieć cicho, bo jest niepełnoletnia. Że to on za nią decyduje. I że nie chce widzieć tego dziecka. Ania krzyczy wniebogłosy. Milicjanci wyprowadzają ją z sali.

* * *

Długo leczyli z Adamem niepłodność. Halina zazdrościła innym kobietom, gdy widziała, jak pchały wózki albo szły z dziećmi za rękę. Przeżywała, że nie urodzi własnego.

Dobiegała czterdziestki, gdy zdecydowali się na adopcję. Nie wiedzieli, ile będzie ich to kosztowało. Ciągłe wypełnianie ankiet, wypytywanie, nachodzenie domu, sprawdzanie, czy mają odpowiednie warunki.

Halina czuła się upokorzona. Winiła siebie, że nie spełniła się jako kobieta. Wtedy myślała jeszcze, że to ona nie może zajść w ciążę. Potem okazało się, że to Adam nie mógł mieć dzieci.

* * *

Jest zima. Gosia z nosem przyklejonym do szyby obserwuje dzieciaki, ślizgające się na ściętym lodem bajorku. Śmieje się, gdy któreś się przewróci. Niektóre dzieciaki mają łyżwy. Chciałaby też takie mieć. I chodzić na ślizgawkę.

* * *

„Pewna kobieta bardzo pragnęła mieć dziecko, ale nie wiedziała, skąd by je wziąć. Poszła więc do czarownicy i rzekła:

– Tak bym chciała mieć malutkie dziecko. Powiedz mi, co tu zrobić, żebym je miała?
– O, to nietrudno – odpowiedziała czarownica. – Znajdziemy na to radę…”

Gosia leży chora w łóżku, a mama czyta jej ulubioną bajkę.

* * *

Znali się od dziecka. Bogdan był cztery lata starszy od Ani. Zakochali się w sobie do szaleństwa. Gdy zaszła w ciążę, chciał, żeby się pobrali. Miał dziewiętnaście lat, był pełnoletni. Ani brakowało kilku miesięcy do szesnastu. Nie mogła jeszcze o sobie decydować ani wziąć ślubu.

Rodzice nie chcieli słyszeć, że ich córka wyjdzie w tym wieku za mąż i będzie zajmować się dzieckiem. Gdy ciąża była już widoczna, umieścili ją w domu samotnej matki. Po porodzie Ania była z córeczką przez prawie miesiąc. Tyle czasu zajęło jej rodzicom załatwienie adopcji. Ania niczego nie podejrzewała.

* * *

– Chodź, pójdziemy kupić łyżwy – ojciec wrócił z pracy i zabiera Gosię do sklepu. Wrócili z białymi figurówkami. Takimi, na jakich jeżdżą prawdziwe mistrzynie.

Gosia nawet o takich nie marzyła. Myślała, że dostanie same łyżwy z rzemieniami, przywiązywane do butów. Takie, jakie mają dzieciaki na ślizgawce przed jej oknem.

Dzięki figurówkom zrobi prawdziwą karierę. Zapisze się do klubu i pójdzie do szkoły sportowej. Z zawodów będzie przywozić medale i dyplomy. Zawisną na słomianej macie, którą ojciec specjalnie kupi i przyczepi do ściany nad jej łóżkiem.

* * *

– Czy nikt nie zatrzymywał cię na ulicy? – spyta czasem Halina, gdy Gosia wróci ze szkoły. Pyta, jakby się czegoś bała.
– Nie, mamusiu – dziewczynka kręci głową.

Halina tuli ją do siebie i całuje.

* * *

– Gdybym mogła wrócić do tamtego miejsca i tamtych czasów, wróciłabym od razu – powie czterdzieści lat później Małgorzata o lśniącym czystością domu, w którym zawsze był ciepły obiad i roznosił się zapach świeżych książek. Tęskni do gorącej herbaty, którą dostawała, gdy wracała zziębnięta ze szkoły. I do miłości Haliny.

Niedawno znalazła bajki, które mama jej czytała, gdy ona leżała chora w łóżku. Zrobiła zdjęcia okładek. Ogląda je czasem na ekranie swojego komputera w Pirenejach.

Najbardziej podobało się jej Dziecię elfów – bajka o kobiecie, która bardzo chciała mieć malutkie dziecko. Halina lubiła ją czytać Gosi.

* * *

Zbliża się matura, a Małgorzaty znów nie ma w szkole. Siedzi na rynku swojego miasta i szkicuje ołówkiem renesansowy ratusz albo pobliskie kamieniczki. Uwielbia rysować. Chodzi po galeriach, godzinami wpatruje się w obrazy, ogląda wystawy fotografii, przesiaduje w kinie. Chce być artystką. Marzy o studiach na Akademii Sztuk Pięknych.

– Nikt z naszego domu nie będzie malował na ulicy – Adam zabrania córce studiować sztukę. Artysta to dla niego ktoś bez zawodowej stabilności i stałych dochodów. Widuje ich czasem, jak przesiadują na chodnikach starówki z porozkładanymi farbami i pędzlami. Nie chce, żeby jego córka też tak skończyła.

Małgosia zda maturę, ale nie pójdzie na wymarzone studia. Na inne też nie. Poza sztuką nic innego jej nie fascynuje. Jest z tego powodu nieszczęśliwa.

* * *

– Mamo, czy ty mnie urodziłaś? – pyta czasem kilkuletnia Gosia.
– Czy ja zawsze z wami mieszkałam? – zapyta kiedy indziej.
– No pewnie, córeczko – Halina za każdym razem przytula Gosię i głaszcze ją po jasnych, kręconych włosach.

Dorosła Małgorzata nie wie, skąd przychodziły jej do głowy takie pytania.

* * *

Małgorzata ma 19 lat. On jest Francuzem. Poznaje go u swojej koleżanki. Do tej pory nie miała żadnego chłopaka, bo ojciec nie pozwalał na randki. Jest zakochana. On też. Kilka miesięcy znajomości, oświadczyny i ślub w małym francuskim miasteczku. Halina i Adam nie zatrzymują córki. Chcą, żeby była szczęśliwa i żeby miała dobrze w życiu. W Polsce (jest rok 1980) żyje się coraz trudniej.

Rok później Małgorzata urodzi córkę.

* * *

Już wie, że jest adoptowana. Dowiedziała się przed chwilą.

Do ślubu potrzebny był akt urodzenia. Halina przyniosła z urzędu odpis. W szaroniebieskiej brzydkiej kopercie (takie wtedy były). Zostawiła ją na stole i wyszła. Pewnie zrobiła tak specjalnie – musiała zdawać sobie sprawę, że gdy wróci, córka będzie już wiedziała.

Małgorzata otwiera szaroniebieską brzydką kopertę. Zaczyna czytać. Nagle widzi jakieś obce imiona i nazwiska. Czyta jeszcze raz, drugi, trzeci. Przypominają jej się zadawane w dzieciństwie pytania: „Czy ty mnie urodziłaś?”. Stoi osłupiała. Czuje, jak krew uderza jej do głowy.

Halina wraca. Wymienia z córką spojrzenia. Nie muszą nic mówić.

Obie płaczą. Małgorzata pyta. Do kogo jest podobna? Kim jest jej matka? Jak długo jest z nimi?

– Miałaś miesiąc, jak cię wzięliśmy – odpowiada Halina. Na pozostałe pytania nie zna odpowiedzi.

Małgorzata obejmuje ją i mówi: – Mamusiu, to ty będziesz zawsze moją prawdziwą, najukochańszą mamą na całe życie.

* * *

Małgorzata pakowała walizki, gdy ojciec trafił do szpitala. Zmarł, gdy ona już była we Francji. Przed wyjazdem zdążyła mu powiedzieć, że jest jej prawdziwym tatą. Uśmiechnął się.

Z Francji przysłała list. Pisała, że pamięta, jak w dzieciństwie przynosił jej czekoladę, gdy wracał późno do domu. Był już bardzo słaby, nie miał siły go przeczytać. Zrobiła to Halina. Rozpłakał się.

* * *

Mieszka w Normandii. Sama remontuje stary dom, który razem z mężem kupili po ślubie. Kładzie kafelki, maluje ściany. Przypomina sobie chwile, kiedy majsterkowała z ojcem. Jest mu teraz wdzięczna, że zabierał ją do swojego warsztatu. Mąż coraz więcej pije. Klepią biedę.

Halina przyjeżdża z Polski i zajmuje się wnuczką. Jest przy swojej córce, gdy ta decyduje się na rozwód. Wkrótce zamieszka u niej na stałe. Potem ciężko zachoruje.

Małgorzata pochowa Halinę na cmentarzu w Pirenejach, niedaleko swojego nowego domu.

* * *

Ania i Bogdan pobrali się. Urodziła im się znów córka, potem syn. Nigdy nie kryli przed dziećmi, że mieli jeszcze Małgosię.

Druga córka zmarła, gdy miała 31 lat. Na odszukanie Małgosi stracili nadzieję (prawo nie zezwala na podawanie rodzicom biologicznym danych osób, które adoptowały ich dziecko).

* * *

Małgorzata pamięta, że Halina nigdy nie powiedziała złego słowa o jej prawdziwej matce. Raczej broniła jej. – To była młodziutka dziewczyna. Bardzo płakała, bo nie chciała ciebie oddać – opowiadała Małgorzacie. Mówiła jeszcze, że był z nią ojciec i bardzo na nią krzyczał.

Halina widziała matkę Małgorzaty tylko raz – w czasie rozprawy adopcyjnej.

* * *

„Uprzejmie wyjaśniam, że w dokumentach ewidencji ludności miasta figuruje tylko Stefania M., to jest matka pani biologicznej matki” – pismo było z konsulatu, w urzędowej kopercie. Kiedy Małgorzata je odbierała, była pewna, że to w sprawie paszportu i że znów będzie musiała załatwiać urzędowe formalności.

Gdy przeczytała, przypomniała sobie, że przed rokiem wysłała do rodzinnego miasta list z prośbą o odnalezienie biologicznych rodziców. Podała nazwiska. Ponieważ odpowiedź długo nie nadchodziła, zapomniała o liście. Teraz była w szoku. Szukała matki, a odnalazła babcię. Nagle uświadomiła sobie, że nigdy o babci nie myślała. Zaczęła się zastanawiać, czy rodzice żyją.

Znalazła telefon do domu, w którym mieszkała Stefania M. Wahała się długo, czy dzwonić. Przecież babcia to kobieta, która jej nie chciała.

* * *

 Biologicznych rodziców Małgorzata zaczęła szukać dopiero po śmierci Adama i Haliny. Wcześniej nie mogła im tego zrobić. Byłoby to dla niej jak zdrada. – Bałam się ich zranić – mówi.

Nawet kiedy Adama i Haliny już nie było, nie od razu szukała. Miała ważniejsze sprawy. Po rozwodzie pokochała innego mężczyznę, urodziła drugą córkę. Było jej dobrze. Potem ukochany mężczyzna zmarł. Mocno to przeżyła. Była przez te lata szczęśliwa i nieszczęśliwa, jak to w życiu.

Kiedyś, gdy odwiedziła swoje rodzinne miasto, zajrzała z ciekawości do książki telefonicznej. Ale nie było tam nikogo o imieniu i nazwisku, które znajdowało się w akcie urodzenia.

Zaczęła poszukiwania przez Internet. Znalazła mężczyznę, który miał takie samo imię i nazwisko jak jej biologiczny ojciec. Wysłała maila. Odpisał, że miał w życiu wiele kobiet, ale nigdy nie znał żadnej Anny. Musiała mu uwierzyć na słowo.

Innym razem trafiła na kobietę, która nosiła imię i nazwisko matki. Napisała do niej. Tamta kobieta odpisała, że nie może być jej matką – była młodsza od niej.

Czasem się zastanawiała, czy dobrze robi, że ich szuka. Może są bogaci i jej pojawienie się zepsuje im opinię? A może są biedni i będą się przed nią wstydzić? A może już dawno pogodzili się z jej zniknięciem z ich życia, a ona teraz sprawi im na starość cierpienie? A może po prostu zwyczajnie nie chcą jej widzieć? Myśli przelatywały jak okna w pędzącym pociągu.

* * *

– Jest pani moją babcią – Małgorzata przedstawia się Stefanii M. Od dnia, w którym dostała list z konsulatu, minęły prawie dwa miesiące. Tyle czasu wahała się, czy zadzwonić do babci, która jej nie chciała.

Kobieta po drugiej stronie słuchawki od razu przechodzi do rzeczy. Mówi, że matka żyje (pamięta, że użyła właśnie słowa: „matka”). Że mieszka z jej ojcem w Ameryce i że Małgorzata ma jeszcze brata. Podaje numer telefonu.

Rozmawiają jeszcze chwilę. Małgorzata zapamiętała, że w głosie tamtej nie było żadnego uczucia. Jakby rozmawiały dwie obce osoby, jakby chodziło tylko o przekazanie zwykłej informacji. Myślała, że babcia zapyta ją chociaż: „Dziecko, a gdzie ty mieszkasz?” albo: „Jak ci się żyje?”.

* * *

Ma już wszystko, czego szukała. Wystarczy wybrać numer. Ale co ma powiedzieć? Jak się zwracać? Pani? Mama?

* * *

Anna i Bogdan wiedzieli od dwóch miesięcy, że ich córka się odnalazła. Zawiadomiła ich matka Anny. Nim Małgorzata dostała adres babci, Stefania M. musiała wyrazić na to zgodę. Miała czas, żeby uprzedzić córkę. I samemu oswoić się z myślą, że niechciana wnuczka może się odezwać.

* * *

Tym razem nie będzie czekać. Dzwoni od razu. Jest zdenerwowana.

Po drugiej stronie słuchawki słyszy trochę niespokojny kobiecy głos (dziś wie, że Anna spodziewała się telefonu).

– To jestem ja, Gosia – mówi i milknie.

Mija kilka sekund, po chwili kobiecy, niespokojny głos przerwie ciszę: – Dzień dobry, Gosiu. To ja jestem twoją mamą.

Teraz cisza trwa dłużej. – Jak się masz, Gosiu? – starsza kobieta podejmuje ostrożnie rozmowę. Mówi, że bardzo za nią tęsknili i że jej szukali. Że się cieszą, że wreszcie się odnalazła.

Do telefonu podchodzi jeszcze ojciec. – To nie my ciebie nie chcieliśmy. To oni nam ciebie odebrali – powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć.

Potem nie mógł mówić. Płakał.

* * *

Na zdjęciu są trzy kobiety. Małgorzata szuka Anny. Jest pewna, że to ta w środku, bo niska, tak jak ona. Przez chwilę ma wrażenie, jakby samą siebie odnalazła. Pomyliła się. To nie była jej matka. Odgadła to jej przyjaciółka, która z Małgorzatą oglądała zdjęcia. Znów zaczyna szukać podobieństw. I nie znajduje. Z fotografii patrzy na nią nieznajoma kobieta. – Rysy twarzy, włosy, sukienka były dla mnie obce – mówi.

* * *

Brat zadzwonił prawie zaraz po tym, jak skończyła rozmawiać z rodzicami. Pytał, czy ma męża, dzieci, co robi? Niby ważne rzeczy, ale w tamtej sytuacji wydały jej się bardzo banalne.

Kilka dni później do brata przyjechali Anna i Bogdan. Rozmawiali na skypie. Teraz mogli siebie widzieć. – Właściwie to było bardziej oglądanie siebie niż rozmowa – powie później Małgorzata. Zwracali uwagę, jak które mówi, jakie ma gesty, kto do kogo jest podobny.

Anna miała na głowie czapkę. Była po pierwszej chemii. Postanowili nie odkładać spotkania.

* * *

O tamtym telefonie do rodziców Małgorzata opowiada dziś spokojnie. Wtedy, w niedzielę 28 stycznia 2007 roku, przeżyła w szok. Niby była w domu, ale jakby nieobecna. Przez kilka dni nie mogła jeść, spać, pracować, myśleć.

* * *

Dwa miesiące później. Dziewiąty kwietnia. Dla Małgorzaty będzie to teraz jeden z najważniejszych dni w życiu. Przyleciała z córkami do Stanów na spotkanie z rodzicami.

Nie wiedziała jeszcze, że dziewiątego kwietnia czterdzieści sześć lat wcześniej Anna widziała ją ostatni raz. Wyszła wtedy na chwilę z wielkiego, obcego domu. Gdy wróciła, Małgosi już nie było.

Teraz Anna czeka na córkę z wielkim bukietem kwiatów. Na lotnisku w dużym amerykańskim mieście jest prawie pusto. W czasie długiego lotu Małgorzata starała się nie myśleć, co się wydarzy, gdy się zobaczą. Broni się przed lękiem spotkania.

Było tak: stała kilometrowa biała limuzyna. Brat wyjął butelkę szampana, z głośników sączyła się polska muzyka. Ktoś kręcił kamerą. Szampana nie wypili, bo brat z wrażenia ułamał korek.

W domu mnóstwo kwiatów (miała wrażenie, że wchodzi do kwiaciarni). Świątecznie zastawiony stół. Biała kiełbasa, bigos, sałatka z ziemniakami, groszkiem, jajkami i majonezem. Małgorzata nie jadła polskich potraw od lat.

Pamięta, że Anna siedziała na końcu owalnego stołu. Długo nic nie mówiła. Tylko patrzyła. Z miną, która zdawała się mówić: nareszcie. Tak, jakby po raz pierwszy w życiu usiadła przy rodzinnym stole.

Po pierwszych, trochę uroczystych słowach, zaczęli rozmawiać bardziej swobodnie. Rodzice między sobą. Ona z bratem. Potem znów coś ktoś mówił, a reszta słuchała. Tak jak na zwykłych rodzinnych spotkaniach, gdzie wszyscy dobrze się znają. Małgorzata poczuła się, jakby była u siebie.

W pokoju, w którym spała, na nocnym stoliku stały oprawione w ramki jej zdjęcia (przysłała je wcześniej do Stanów). Miała wrażenie, jakby były tam od zawsze.

* * *

Z wyglądu podobna jest do ojca. Z charakteru chyba też. To pewnie po nim ma większy spokój. Zauważyła, że Anna jest bardziej impulsywna. Najpierw coś zrobi, dopiero potem pomyśli. A ona, tak jak ojciec, musi rozważyć wszystkie za i przeciw.

Ale przecież charakter, myśli zaraz, to nie same geny. To, jakim się jest człowiekiem, zależy też od wychowania. A ją wychowywali Adam i Halina. Myśli, że dobrze ją wychowali.

Tak, gdyby nie oni, byłaby kimś zupełnie innym. I byłaby inna, gdyby całe życie spędziła z Anną i Bogdanem. Jaka by była? Czy też by się cieszyła, że taka jest?

To pytania, na które nie zna odpowiedzi.

* * *

Rok temu odwiedziła babcię. Przywiozła jej w prezencie wodę z Lourdes. Było gorące sierpniowe popołudnie. Rozmawiały o różnych sprawach: o starości, o domu, w którym babcia teraz mieszka, o ich wspólnym rodzinnym mieście.

Babcia nie poruszyła tylko jednego tematu: istnienia Małgorzaty. Nawet słowem. Małgorzata nie śmiała jej o nic wypytywać.

* * *

Dzień Matki. Małgorzata od rana odlicza godziny, żeby nie zadzwonić za wcześnie. U niej jest dziewiąta, a w Ameryce jeszcze głęboka noc. Dzwoni z życzeniami wczesnym popołudniem, kiedy tam jest rano.

Rozmawia z Anną i myśli o Halinie. Idzie na grób Haliny i przypomina się jej Anna. Myśli o jednej i zaraz pojawia się druga. – Bo mam teraz dwie mamy – mówi. – Ale jedna nie zastąpi nigdy drugiej. One się dopełniają.

Obie kocha, ale nie tak samo. Gdy Halina umarła, zrozumiała, jak wiele dla niej znaczyła. Poczuła się wtedy jak sierota.

Annę też kocha, ale to inne uczucie. Właściwie dopiero się zaczyna. – Żeby kogoś kochać, trzeba z nim być – powie. Miłość rodzi się z przeżywanych razem radości, smutków, konfliktów.

Z Anną rozmawia prawie codziennie, ale właściwie jej nie zna. – Znam ją tylko dwa tygodnie – mówi. Tyle, ile spędziła w Ameryce.

Nie ma do niej żalu. O co miałaby mieć? Przecież odebrano jej dziecko. Raczej jej współczuje. – Straciła mnie, a potem moją siostrę.

* * *

Chciałaby, żeby jej życie potoczyło się inaczej? Żeby nie wychowała się w rodzinie adopcyjnej?

Może, gdyby dowiedziała się wcześniej, w dzieciństwie… Ale teraz, czego miałaby żałować? Halina i Adam dali jej tyle dobra i ciepła. Dzięki nim miała prawdziwy dom, za którym wciąż tęskni. Nie wyobraża sobie życia bez nich.

I jest szczęśliwa, że poznała Annę i Bogdana. Mogła się w nich rozpoznać. Zapytali ją kiedyś, czy miała dobrze u tamtych rodziców. Odpowiedziała, że tak. I że nie muszą mieć wyrzutów sumienia.

* * *

Czyja jest? Bardziej Haliny i Adama, a dopiero potem Anny i Bogdana? Anna, która ją urodziła, mówi o niej: moja pierworodna córka.

Sama się zastanawia, kim jest? W kim powinna się bardziej odnaleźć? W których rodzicach? Dwie różne rodziny, dwa inne style bycia.

Czasami myśli, że śni. Że to nie jest historia jej życia. Że przydarzyło się to komuś innemu. Nie wie, ile czasu będzie potrzebować, żeby dotarło do niej, że to jej życie.

Tak, nie umie sobie z tym wszystkim poradzić. Chce pójść do psychologa.

* * *

Wiele lat temu Anna rozglądała się za każdą dziewczynką na ulicy. Szukała swojej Małgosi.

Małgorzata mieszkała dwie ulice dalej. Gdy chodziła do liceum, przechodziła koło domu Anny. Może się kiedyś minęły.

Czyja bardziej jestem?
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...