Ewangelia według św. Jana
Jan Kanty Osobny, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Wacław Krupiński, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s. 368
„ – Lubisz się podobać? – pyta Jana Kantego Pawluśkiewicza dziennikarz Wacław Krupiński.
– Nie będę się wypierał, bobym skłamał.
– A ja bym nie uwierzył”.
I właśnie dlatego podobać się może książka Jan Kanty Osobny, czyli wywiad rzeka z kompozytorem np. „Nieszporów ludźmierskich”, „Harf Papuszy” oraz takich przebojów, jak „Dni, których jeszcze nie znamy”.
W myśl słów tej piosenki Pawluśkiewicz deklaruje, że dla niego liczy się głównie to, co przed nim, a jednak dał się namówić Wacławowi Krupińskiemu na wycieczkę w przeszłość. Dzięki temu poznajemy historię wizyty towarzysza Lenina u babki Agnieszki oraz medialne tego konsekwencje, dowiadujemy się o prześladowaniach, które Jan cierpiał w liceum z powodu grania „świńskiej muzyki” (proszę sobie nie wyobrażać nie wiadomo czego – chodzi tylko o jazz), zaznajamiamy się również ze zjawiskiem nieobcej kompozytorowi „pawiowatości”. Sporo w tej rozmowie (auto)ironii i śmiechu, ale też podsumowań muzycznego życiorysu Kantego.
On ma wizję
Wszystko zaczęło się od legendarnego zespołu Anawa. Nazwa w wolnym tłumaczeniu oznaczała: „Najsamprzód do przodu, a potem zobaczymy”. Rolę frontmana odgrywał Marek Grechuta, a po jego odejściu Andrzej Zaucha. Potem była opera „Kur zapiał”, musical „Szalona lokomotywa”, muzyka napisana do 150 filmów, a także do spektakli teatralnych. Cała masa nut i tematów, które wyszły spod ręki… absolwenta architektury Politechniki Krakowskiej. Brak wyższego wykształcenia muzycznego jedni uważają za piętę achillesową Pawluśkiewicza i bez zahamowań nazywają go dyletantem, inni widzą w tym palec Boży, bo dzięki temu kompozytor wpada na rozwiązania, które klasykom nigdy nie przyszłyby do głowy.
Ot, choćby „Nieszpory ludźmierskie”, którym poświęcono w książce sporo miejsca. W pierwotnym zamyśle miało to być skromne i kameralne dzieło – „trzy instrumenty i dwoje solistów”, do tekstów Leszka Aleksandra Moczulskiego. Halina Jarczyk (przez lata współpracowała z kompozytorem) przekonała jednak Pawluśkiewicza, że przydałby się zespół filharmoniczny. Stanęło więc na… „sześciu solistach, orkiestrze i dwóch chórach”, choć tacy, jak Jan Kanty, „nie bardzo mieli wstęp do filharmonii”, co potem za jego sprawą się zmieniło. Nikt się wtedy nie spodziewał, że „Nieszpory” będą grane przez dwadzieścia lat. Wszystko zostało obliczone na jednorazowe przedsięwzięcie. Cóż, jak szaleć, to szaleć!
Polotu trudno odmówić również słynnemu koncertowi „Harfy Papuszy”, który się odbył na krakowskich Błoniach w 1994 roku. Zbudowano wtedy amfiteatr na 10 tysięcy widzów, a scenografię przygotował Władysław Hasior, który zażyczył sobie w ramach honorarium… żarówek do epidiaskopu, bo nie mógł ich dostać w Zakopanem. („W Krakowie szczęśliwie były” – mówi Pawluśkiewicz). W czasie koncertu na tle wieczornego nieba płonęły ramy ze strunami, imitujące harfy albo anielskie skrzydła. „Publiczność biła brawo. Barytony i basy odwrotnie”. Okazało się, że ropa z podpalonych instalacji kapała śpiewakom z ostatniego rzędu na garnitury.
Podobno kiedy Jan Kanty ma wizję – a często (patrz wyżej) jest to wizja z rozmachem – nic go nie powstrzyma. W książce przyznaje: „Kilka projektów udało mi się doprowadzić do końca, choć jak teraz o nich myślę, to były pozbawione zdrowego rozsądku. Bo koncert do poezji nieznanej Cyganki dla dziesięciu tysięcy osób – i jeszcze z gwiazdą Metropolitan Opera [Gwendolyn Bradley – przyp. red.] – nie miał racji bytu. A okazał się możliwy”.
Przed Rolling Stonesami
Jan Kanty Osobny nie jest jednak opowieścią wyłącznie o muzyce, co powinno ucieszyć i zachęcić do lektury osoby nieszczególnie obyte w świecie dźwięków. Sporo tu anegdot z tak zwanej codzienności, odsłaniających nieco bardziej domową twarz kompozytora. Przykład? Proszę bardzo. Jako szesnastolatek Jan Kanty (a właściwie Jan Antoni) postanowił wyemigrować do Ameryki, zresztą śladem wielu krajan. Napisał w tej sprawie list do ciotki mieszkającej za oceanem. Krewna w odpowiedzi przesłała Pawluśkiewiczowi wycinek z gazety z artykułem o sześciomilionowym bezrobociu panującym w Stanach Zjednoczonych, i tyle.
Zabawna jest też historia związana z dwumiesięcznym tournée polskich muzyków po Związku Radzieckim. Zorganizowano je dla uczczenia ćwierćwiecza PRL. Trasę otwierało duże widowisko w Leningradzie. Pawluśkiewicz opowiada: „Po próbie, umordowani, poszliśmy z Tadziem Kożuchem do hotelu się przespać i obudzono nas tuż przed rozpoczęciem koncertu. Ubieraliśmy się jak oszalali, wiedząc, że początek koncertu jest tak wymyślony, że każdy z muzyków musi być na scenie. Pędząc ulicami, zorientowałem się, że na gołych nogach mam klapki, co w zestawieniu z frakiem mogło dziwić przechodniów. Kiedy dobiegłem do teatru, zobaczyłem, że Tadziu, owszem, buty ma, ale frak założył na nagi tors. A kiedy to było! – puentuje Jan Kanty. – Dopiero po nas tak się ubierali Rolling Stonesi!”.
Niestety, niezorientowany w sprawie czytelnik nie dowie się z książki, czy muzycy pojawili się na scenie w tej osobliwej stylizacji. Wątki czasem niedociągnięte do końca to jeden z niewielu mankamentów rozmowy Wacława Krupińskiego z kompozytorem. Panowie znają się od wielu lat, raczej się lubią (chociaż Pawluśkiewicz generalnie ludzi lubi „tak sobie”), więc pewne sprawy mogły im się wydawać oczywiste. Ale niekoniecznie są oczywiste dla osób spoza kręgu wtajemniczenia. Można zrozumieć, że nie o wszystkim interlokutor ma ochotę opowiadać – zresztą w Janie Kantym Osobnym granica została precyzyjnie nakreślona – jednak w historiach już przytoczonych warto postawić kropkę nad „i”.
Gdy mi ciebie zabraknie
O czym Pawluśkiewicz nie chce mówić? O relacjach z żoną i dziećmi (pojawiają się na ten temat tylko wzmianki), o swoich „balladach i romansach”, o doświadczeniu depresji, którą nazywa obniżeniem nastroju. Jednym słowem – o swoim życiu osobistym. Może obrana strategia wynika z tego, że kompozytor uważa zwierzanie się za rzecz wstydliwą?
Mówi za to trochę o swojej wierze i przygodach z Kościołem. Przez całą podstawówkę był ministrantem, od duszpasterza usłyszał po raz pierwszy o św. Janie Kantym. Kiedy w jednej z nowotarskich parafii zabrakło organisty, zajął jego miejsce. I tu znowu wciska się wątek humorystyczny, ponieważ młody Pawluśkiewicz tuż przed rozpoczęciem „swojej” pierwszej mszy zorientował się, że właściwie nie zna repertuaru kościelnego. Ma natomiast świetnie opanowany repertuar filmowy. Tym sposobem – niech liturgiści zamkną oczy – na nabożeństwach można było usłyszeć temat z gangsterskiego Rififi, podobno na wyjście świetnie pasował motyw z „Ciao, ciao bambina”, nadawał się również ten z „Gdy mi ciebie zabraknie”. Kompozytor zapewnia, że księża nie wnosili skarg, a on z czasem opanował nieco bardziej „kanoniczne” utwory.
To było w jedenastej klasie. A teraz? Wacław Krupiński pyta: „(…) czy ten, który stworzył »Nieszpory ludźmierskie«, dwa Misteria Męki Pańskiej, »Radość Miłosierdzia«, jest człowiekiem wierzącym?”. Pawluśkiewicz na to: „Myślę, że tak. Mogę czasem uchodzić za obscenika, ale jest we mnie wiara. Pisanie o »drodze męki« to w jakimś stopniu wyraz wiary. (…) nie wyobrażam sobie, by można było bez wiary zderzyć się z koncepcją stworzenia świata. Ktoś tym wszystkim przecież zawiaduje, ktoś to stworzył. Przecież nie my. Ja w to wierzę”. Dodaje jeszcze, że obecnie „z nabożeństwami utrzymuje kontakt duchowy”, i już nic więcej nie chce na ten temat powiedzieć.
Nosiciel wielu życiorysów
W papierach – Jan Antoni; w obiegu artystycznym – Jan Kanty; w książce Wacława Krupińskiego – Osobny, bo poza wszelkimi schematami – życiowymi, muzycznymi, malarskimi (Pawluśkiewicz wymyślił i od szesnastu lat z powodzeniem stosuje w swoich obrazach metodę żel-artu). Grzegorz Turnau, w końcowej partii książki, w której głos zabrały osoby współpracujące z kompozytorem, mówi: „Myśląc o Janie Kantym, skłaniam się ku wierze w reinkarnację. Jest on bowiem nosicielem wielu życiorysów, jakby w jego wędrówce przez kosmiczne przestrzenie uczestniczyły rozmaite postacie, kompletnie ze sobą sprzeczne”. Turnau widzi w Pawluśkiewiczu „tatarskiego wojownika”, ale i „skupionego malarza holenderskiego”; „czarnoskórego bluesmana”, ale też „poczciwego rybaka gadułę”; „mistrza sztuk walki”, a zarazem „włoskiego renesansowego architekta”. Tymczasem Jan Kanty nazywa siebie… fuksiarzem, bo tak mu się w życiu poukładało, że o wielu sprawach i projektach mógł – na szczęście – decydować sam, co ma oczywiście swoje plusy dodatnie i plusy ujemne.
Oceń