Europejczyk w podróży

Maja Jaszewska: Wojciech Tochman w swojej najnowszej książce „Córeńka” zbudował bardzo sugestywną postać Czajki — zaginionej dziennikarki, która wyruszyła w podróż po Azji. W ślad za nią wyrusza jej przyjaciółka Matylda. Inspiracją były szkice pozostawione przez Beatę Pawlak, która zginęła trzy lata temu w zamachu terrorystycznym na wyspie Bali, oraz poszukiwania jej przez Wojciecha Tochmana. Czytający książkę zastanawiają się, co jest w niej fikcją, co prawdą, a co jedynie przypuszczeniem.

Wacław Oszajca SJ: Czytając tę książkę, sam się zastanawiałem, gdzie jest Czajka, gdzie Matylda, gdzie Beata Pawlak, a gdzie wreszcie Wojciech Tochman. Temu zatarciu granic sprzyja połączenie różnych gatunków literackich i dziennikarskich. Tochman zastosował bardzo dobrą metodę, bo sama powieść czy reportaż nie są w stanie udźwignąć całej prawdy o wydarzeniach. Gołe fakty w zasadzie o niczym nie mówią, można być świadkiem cudu i wcale go nie dostrzegać. Dopiero kiedy zaczyna się opowiadać rzeczywistość poprzez metaforę, można z niej wydobyć to, co psychiczne i duchowe. Ukazać horyzont wykraczający poza nasze możliwości poznawcze. Książka Tochmana jest taką właśnie metaforą. Kluczem do jej zrozumienia mogą być słowa św. Augustyna: „Ludzie wiele podróżują, podziwiają góry, oceany, rzeki, lecz siebie samych nie badają, siebie samych nie podziwiają”.

Tochman pisze o Czajce: „Jesteś maniakalnie nakręcona, bo za nic nie chcesz skontaktować się sama ze sobą, ze swoimi strachami, nie chcesz dopuścić do siebie ciemności. Wymyślasz coraz dalsze podróże donikąd”.

Czajka stanowi trafny portret współczesnego Europejczyka. Próbując odnaleźć siebie, wyrusza w coraz dalsze podróże po całym świecie. Nie ma domu, nie zakłada rodziny. Ukojenia i sensu szuka w buddyzmie, jodze, medytacjach czy masażu. Z jednej strony jest wyzwoloną, niczym nie skrępowaną kobietą, świadomą swoich możliwości, z drugiej uosobieniem samotności. Można by powiedzieć, że Czajka wlecze za sobą wszystkie nieszczęścia Europejczyka. Podobnie jest dzisiaj z nami.

Dlaczego tak się dzieje?

Dużo się dziś mówi o kryzysie chrześcijaństwa. Powodzenie tego, co nazywamy sektami, kryzys instytucji kościelnych świadczą o czymś, co Tochman bardzo dobrze pokazał w swojej książce — współczesne chrześcijaństwo, przynajmniej w Europie, zatraciło umiejętność ukazywania bogactwa i piękna życia. Za bardzo skupiliśmy się na naszych strachach, lękach, grzechach. Zbawienie ograniczyliśmy tylko do wyprowadzenia człowieka ze zła, walki ze złem. Tymczasem w Ewangelii chodzi o Dobrą Nowinę. Zabrakło dziś chrześcijaństwu takiego przekazu, dzięki któremu w myśl świętego Augustyna człowiek mógłby siebie podziwiać.

Opisując Bali, Tochman dużo uwagi poświęcił miejscowym rytuałom, obrzędom i wierzeniom. Wielką rolę w tej kulturze odgrywa „banjar” — wspólnota, organizacja sąsiedzka, która zbiera się zawsze, gdy społeczność musi podjąć decyzję. Przynależność do „banjaru” nie jest obowiązkowa, ale niepoddanie się jej może oznaczać śmierć cywilną.

Kiedy banjar woła, trzeba przybiec choćby z najdalszych krańców wyspy. A woła często, bo nawet takie decyzje, które dla nas, Europejczyków, wydawałyby się całkowicie osobiste, w tamtej kulturze podejmuje się zbiorowo.

Nam kolektyw nie kojarzy się dobrze, boimy się nadmiernej roli i ingerencji wspólnoty. Obawiamy się, że tam, gdzie decyduje wspólnota, brakuje miejsca dla odmienności. Wolimy zatem indywidualizm.

Całkowite wyparcie się wspólnoty wykorzenia. Sprawia, że człowiek nigdzie nie czuje się u siebie, traci grunt pod nogami i w nikim ani niczym nie ma oparcia. Traci to, co Leszek Kołakowski nazwał poczuciem bezpieczeństwa duchowego. Staje się człowiekiem bezdomnym i osieroconym. Taka jest właśnie Czajka bohaterka Tochmana. Jej wykorzenienie sprawia, że nawet jeśli chce, to nie potrafi dać siebie innym ani przyjąć od nich bliskości. Coraz częściej na pogrzebach słyszę prośbę o nieskładanie kondolencji. Przyznam, że jestem tym przerażony. Nie potrafię cierpieć w samotności. Tak jak potrzebuję drugiego człowieka do tego, żeby się z nim bawić, cieszyć, napić wódki, tak samo jest mi potrzebny w żałobie. Nie da się żyć w pojedynkę, bez drugiego człowieka. Dzieje się wówczas tak, jak napisał Tochman — „wąski, twardy materacyk nie pozwala zasnąć, praca i podróże to jakieś gówniane substytuty, coś zamiast”.

Jeśli Czajka to alter ego współczesnego Europejczyka, to dlaczego nie czuje się on dobrze we własnym domu, dlaczego szuka go po całym świecie?

Nie czuje się już dobrze w Europie, bo, jak się mu wydaje, nie ma w niej czego podziwiać. Zresztą nawet samo podziwianie stało się podejrzane, bo zdegradowaliśmy wiele dotychczasowych wartości. Powiedzenie o jakimś dziele, że jest piękne, to skazanie go na niebyt. Powiedzenie, że coś jest prawdziwe, budzi podejrzenie o fundamentalizm. Nawet słowo „miłość” straciło swój blask. Podobne zarzuty stawia kulturze europejskiej Oriana Fallaci, zastrzegając jednocześnie, że nic większego ponad tę kulturę nie stworzono.

Jednocześnie europejska kultura w coraz mniejszym stopniu zaspokaja nasze duchowe potrzeby. Joseph Campbell napisał, że wcześniejsze pokolenia różnego typu zagrożenia psychologiczne omijały dzięki symbolom i ćwiczeniom duchowym należącym do ich mitologicznego i religijnego dziedzictwa. Dziś stawiamy im czoło samotnie. Nie znajdujemy we własnej kulturze form, w których bezpiecznie i autentycznie moglibyśmy się konfrontować z różnego rodzaju doświadczeniami.

Zbieramy owoce tego, co sami zasialiśmy. Mam tu na myśli pewien model chrześcijaństwa, który do dziś obowiązuje. Wbrew Biblii podzieliliśmy świat na dwie części, na niebo i na ziemię, na sacrum i profanum, transcendencję i immanencję, duszę i ciało. Rozdzieliliśmy i zantagonizowaliśmy coś, co tworzy całość. Nic więc dziwnego, że stajemy bezradni wobec tak podzielonej rzeczywistości. Zubożyliśmy nasz sposób komunikowania się, pragnąc wszystko ująć w kategorie racjonalne. Tymczasem bez symboli nie da się ani opisać, ani zrozumieć świata. Takie książki jak Tochmana czy Kapuścińskiego, odsłaniając świat pozaeuropejskich kultur, przestrzegają nas przed pokusą zamykania człowieka w czasoprzestrzeni i opisywania go jedynie poprzez uwarunkowania psychiczne i fizyczne. Uświadamiają, jak dużo utraciliśmy z naszego duchowego potencjału i jak wiele w związku z tym mamy do zrobienia, aby go ponownie odzyskać.

Duchowość wyraża się w liturgii, obrzędach i rytuałach. Są one nie tylko językiem wzajemnego porozumiewania się, ale zapewniają też poczucie trwałości mimo upływającego czasu.

Obrzędy dają człowiekowi przede wszystkim czas na oswojenie się z rzeczywistością, szczególnie z trudnymi jej wydarzeniami. Odnoszę wrażenie, że stało się coś niedobrego z liturgią chrześcijańską, zatraciła ona bogactwo swojego języka i autentyczność wyrazu. Często bywa jedynie pustymi gestami, a nie formą wykształconą na przestrzeni wieków, przekazywaną z pokolenia na pokolenie i w żywy sposób wyrażającą nasze pragnienia, uczucia, wiarę, poszukiwania. Nie stanowi już języka, dzięki któremu możemy się wzajemnie komunikować. Jednocześnie, nie stworzyliśmy nowego języka, nowego obrzędu, w którym moglibyśmy wyrazić zarówno nasze szczęście, jak i nieszczęście, podzielić się nimi. Wielu Europejczyków przestraszyło się własnego dziedzictwa. Uciekając od tego, co jest w nim złe, tym samym straciło to, co cenne i dobre.

„Córeńka” to również opowieść o śmierci. Motyw ten pojawia się w niej wielokrotnie. Tragiczna śmierć Beaty Pawlak w części reportażowej. W części powieściowej jest w snach bohaterki, w wierzeniach Balijczyków, w obrzędach z nią związanych. Odnosi się wrażenie, że śmierć w tamtej kulturze jest znacznie bardziej oswojona i obecna niż w Europie. W naturalny sposób towarzyszy ludziom, jest nieodłącznym elementem ich życia.

Bo śmierć jest nieodłącznym elementem życia. Tylko już zapomnieliśmy o tym, że pytanie o sens śmierci tak naprawdę oznacza pytanie o sens życia. Dla chrześcijanina śmierć jest fragmentem życia, a nie wydarzeniem, które wszystko kończy i nieodwracalnie zmienia. Dzisiaj tematu śmierci unikamy jak ognia i wyrzucamy go poza obręb naszych myśli i rozmów. Tymczasem chrześcijaństwo mówi, że nie mamy czego się bać, bo ratunek przychodzi dla człowieka z zewnątrz. Ja sam siebie nie obronię przed śmiercią, ale jest ktoś, kto dał mi życie i tego daru nigdy nie odbierze. Jest w książce Tochmana ciekawy wątek dotyczący chrześcijaństwa na Flores. Myślę, że warto by było, aby autor kiedyś do niego powrócił, opisując, jak chrześcijaństwo wprowadza ferment w tamtą kulturę i przekształca myślenie o śmierci.

Książka Tochmana mówi także o cieniu śmierci, który pojawił się między islamem a chrześcijaństwem po zamachach terrorystycznych w Nowym Jorku, na Bali, w Madrycie czy Londynie. I nie chodzi tu tylko o śmiertelne ofiary tych zamachów, ale o lęk, który się po nich pojawił, i teraz nam towarzyszy. Wielki Mufti Bośni i Hercegowiny, będąc niedawno w Polsce, gorąco prosił w Gnieźnie, aby nie utożsamiać islamu z terroryzmem, bo to będzie oznaczało śmierć dialogu.

Wystarczy przejrzeć codzienną prasę, aby się przekonać, że nawet te państwa i osoby, które do tej pory były otwarte i życzliwe wobec muzułmanów, dziś nabrały dystansu. Stąd coraz częściej postulowana kontrola meczetów, organizacji muzułmańskich i ograniczenie napływu cudzoziemców. Staje dziś przed nami pytanie, co dalej z islamem jako religią i z kulturą, którą on tworzy. Muzułmańskich teologów i polityków czeka bardzo trudne zadanie nowego zinterpretowania Koranu. Dzisiejsze doświadczenie pokazuje nam, chrześcijanom, jakim dobrodziejstwem były spory o bóstwo i człowieczeństwo Jezusa, o to kim, czy też czym, jest Duch Święty, jak też… podział chrześcijaństwa na prawosławie i katolicyzm, a w późniejszym czasie jeszcze na Kościoły ewangelickie. Przy wszystkich problemach i nieszczęściach, które ten podział przyniósł, sprawił on jednocześnie, że odeszliśmy od literalnego rozumienia Biblii. Na szczęście, bo gdyby nie ten fakt, codziennie paru gorszycieli topilibyśmy w Wiśle, wydłubywalibyśmy sobie wzajem oczy i wybijali zęby, bo tak przecież jest napisane w Starym i Nowym Testamencie.

Ktoś powiedział, że islamowi przydałby się ich Luter…

Przede wszystkim nie możemy zapominać, że islam nie jest monolitem. Najwięcej ofiar muzułmańskich fundamentalistów stanowią sami muzułmanie. My, Polacy, mamy na Białostocczyźnie od setek lat naszych muzułmanów — potomków polskich Tatarów. Przez całe wieki nie było najmniejszego powodu do swarów. Mało tego, gdyby wyrzucić wszystko, co wnieśli do polskiej kultury, chociażby w wojskowości, to bardzo byśmy ją zubożyli. Tochman, pisząc o zauroczeniu Czajki islamem, słusznie zauważa jego odwieczną obecność w europejskiej kulturze. Pokazuje, jak można łączyć fascynację głosem muezina wzywającego z minaretu na modlitwę z tęsknotą za swojskością własnej kultury. Jednocześnie nie zapominajmy, że Beata Pawlak zginęła z rąk islamskich terrorystów. I nie mają tu żadnego znaczenia tłumaczenia, że islam nie ma jednego przywódcy, że jego poszczególne odmiany są autonomiczne, że nie sposób odróżnić, co jest zjawiskiem kulturowym, a co religijnym. Nasza europejska kultura, kiedy sprokurowała nazistowski i komunistyczny eksperyment, znalazła w sobie również dość siły, aby zdobyć się na pokutę. Bez pokuty kultura umiera. Tak jak to bardzo trafnie pokazał Tochman w Córeńce, opisując głuchonieme plemię ze wsi Kolok.

Wina przodków domaga się zawsze pokuty?

Rozumianej nie tylko jako poniesienie kary, ale również jako rachunek sumienia dający szansę na przemianę serca. Mam wrażenie, że tego rachunku sumienia za mało jest w islamie, ale i w naszej kulturze, a także w duchowości chrześcijańskiej. Nawet tam, gdzie się jeszcze spowiada.

Wszyscy bohaterowie „Córeńki” są w podróży. Czasem w poszukiwaniu bliskiej, zaginionej osoby, czasem szukając swojego miejsca na ziemi. Niektórzy podróżują, żeby od czegoś uciec, inni, żeby coś znaleźć. Dla niektórych ta podróż jest inicjacją, dla innych ucieczką od świata i od siebie.

Podróżowanie Czajki, mimo że jest ucieczką, ma też głęboki sens i cel. Tochman pisze, że chodzi jej o to, aby ocalić jedno życie. Odsyła nas tymi słowami do Talmudu, w którym jest napisane, że kto ratuje jedno życie, ratuje całą ludzkość. Wszyscy, łącznie z autorem, są w pewien sposób pielgrzymami. W każdym naszym najmniejszym ruchu jest wszystko, bo jesteśmy całością, w której odzywa się ziemia i niebo, to, co wielkie i małe jednocześnie, dlatego w tym ich wędrowaniu jest zarówno ucieczka, jak i znajdowanie rzeczy wielkich, ważnych i pięknych. Jeśli człowiek rzuca się tak jak Czajka — bohaterka Tochmana — w sam środek życia, gdzie się kotłują żywioły ducha i materii, Boga, diabła, bogów i ludzi, to nic dziwnego, że będzie narażony na wielkie upadki i wielkie cierpienie, ale może też ujrzeć rzeczy wielkie i piękne. Będzie wówczas miał — jak powiedział św. Augustyn — czym się zachwycić.

Europejczyk w podróży
Wacław Oszajca SJ

urodzony 28 września 1947 r. w Zwiartowie – jezuita, teolog, poeta, eseista, publicysta prasowy i radiowy, autor licznych książek, znany kaznodzieja i rekolekcjonista. Mieszka w Jastrzębiej Górze....

Europejczyk w podróży
Maja Jaszewska

dziennikarka, publicystka....