Nie samą polityką żyje człowiek

Nie samą polityką żyje człowiek

Czy polski Kościół dopracował się mechanizmów obronnych, które pozwalałyby mu skutecznie odcinać się od bieżącej walki politycznej i czy nie ulega on pokusie, by wpływać na politykę, zastępując głoszenie Dobrej Nowiny dobrą ustawą?

Lud, który ma fałszywe pojęcie Boga, ma złe państwo, złe rządy, złe prawo.

G. W. F. Hegel

Jak powszechnie wiadomo, Francja jest „laicka”, Anglia „perfidna”, a każdy muzułmanin to „islamista”. A Polska? Polska jest „katolicka”. Tyle tylko, że taka konstatacja jest dla Kościoła błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Błogosławieństwem, gdyż — na pierwszy rzut oka — proces ewangelizacji w katolickim społeczeństwie wydaje się banalnie łatwy. Kościół nie musi się spalać, wchodząc na przykład w dialog ekumeniczny czy międzyreligijny, jak to się dzieje w krajach na wskroś wielowyznaniowych. Cały swój wysiłek głoszenia Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego może skoncentrować na pogłębianiu wiary katolików i wzmacnianiu ich tożsamości. Przekleństwem zaś, gdyż w katolickim kraju Kościół w naturalny sposób cieszy się powszechnym autorytetem, co niejednokrotnie może prowadzić do sytuacji, w której staje się on przedmiotem fałszywej adoracji rozmaitych manipulatorów. Przede wszystkim tych politycznych, którzy wspierając się kościelnym autorytetem, starają się wygrywać swoje partykularne interesy. Przekonują więc wyborców, że ich skuteczność i odpowiedzialność polityczna powinny być mierzone nie tym, czy potrafią dobrze kierować państwem, ale tym, ile razy w pierwszym rzędzie pojawią się w Kościele, katolickiej radiostacji czy też przywołają nauczanie Jana Pawła II. Jeśli tak, to rodzi się pytanie, czy polski Kościół dopracował się takich mechanizmów obronnych, które pozwalałby mu skutecznie się odcinać od wciągania go w bieżącą walkę polityczną? I drugie, równie podstawowe pytanie, czy sam Kościół nie ulega pokusie, by — wykorzystując siłę swego autorytetu — wpływać na bieżące wydarzenia polityczne, zastępując głoszenie Dobrej Nowiny „dobrą ustawą”?

Z dala od tronu

Kościół na II soborze watykańskim dokonał samoograniczenia. Wyzbył się bowiem do końca przekonania, że „ma rządzić światem”. Jakie były tej rezygnacji motywacje? Wybitny filozof religii i polityki Mikulas Lobkowicz wskazuje na dwa ich rodzaje:

z jednej strony spostrzeżenie, że w demokratycznie zorganizowanych państwach z ich światopoglądowym pluralizmem Kościół nie zdoła swych roszczeń zrealizować, a dążąc do tego, sam znajdzie się w niebezpiecznej opozycji do przekonań coraz większej liczby swych własnych wiernych; z drugiej strony odkrycie, że prawo osoby, a tym samym również prawo wolności jej sumienia jest ważniejsze niż prawo prawdy (M. Lobkowicz, Wiara prywatna — wiara publiczna, „Znak”, czerwiec 1996 roku, s. 24).

Kościół doszedł do wniosku, że najlepszy dla jego podstawowej misji, którą było, jest i pozostanie głoszenie światu Dobrej Nowiny, będzie rozdział państwa i Kościoła. To jednak nie oznacza faktu, że relacja ta została ustalona raz na zawsze. Nic z tych rzeczy. Kościół przecież był i do końca czasów pozostanie „znakiem sprzeciwu”. To jednak nie musi być przekleństwem; ani dla Kościoła, ani dla świata. Istnieją bowiem rodzaje sporów czy napięć, które dalekie są od niszczycielskiego charakteru, ale niosą znamiona twórcze. Tym bardziej, że nikt nie kwestionuje, iż Kościół jest pełnoprawnym aktorem w przestrzeni publicznej, a w Polsce jednym z jej głównych aktorów. Nie możemy więc chować głowy w piasek przed koniecznością wyznaczania owej cienkiej linii między tronem a ołtarzem, którą zwiemy — za soborem — autonomią.

Tyle tylko, że granicę między tym, co boskie, a tym, co cesarskie, musimy — jak dziś skłonny jestem sądzić — tworzyć za każdym razem od nowa, przyglądając się każdej poszczególnej spornej sytuacji. Czy jesteśmy do takiej pracy mentalnie i intelektualnie przygotowani?

Jest oczywiste, że nie zaczynamy od zera. Niezależnie od okoliczności społecznych, politycznych czy ekonomicznych, język Kościoła i jego obecność w przestrzeni publicznej muszą zawsze nieść ze sobą uniwersalny i ewangeliczny charakter. Z tym niejednokrotnie, szczególnie na naszym rodzimym gruncie, był kłopot. Kiedy przyjrzymy się dziejom ostatnich szesnastu lat relacji między Kościołem a państwem, natychmiast zobaczymy, że Kościół raz po raz sprzeniewierzał się swoim zasadom, które tak dobitnie wyłożył Lobkowicz: zamiast pokazywać swoją powszechność, zdradzał ciągoty nacjonalistyczne, zamiast głosić Ewangelię każdemu człowiekowi, ulegał pokusie kierowania jej do wybranych. Dlaczego dochodziło do takiego zawężenia przesłania Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, Boga, dodajmy, który sprawia, że słońce wschodzi zarówno nad dobrymi, jak i nad złymi? Czy był to tylko efekt emocji politycznych, które zasłaniały jasność widzenia rzeczy? Czy może ułomność naszych teologicznych wyobrażeń o Bogu, który — zamiast stawać się Bogiem „każdego i całego człowieka” — przeistaczał się w bożka wybranych i namaszczonych?

Przywołam dwa przykłady z przeszłości, chyba najbardziej jaskrawe, pokazujące, jakiej obecności Kościoła w przestrzeni publicznej społeczeństwo pluralistyczne sobie nie życzy. Przed wyborami prezydenckimi w 2000 roku nastąpiła reaktywacja Akcji Katolickiej, zrzeszającej laikat. Taka inicjatywa mogła tylko cieszyć. Jednak zaraz potem Akcja wydała apel w sprawie wyborów. Kiedy czytało się jego treść, radość szybko mijała. Autorzy pisali:

Zdeklarowany ateista nie jest godzien poparcia przez człowieka wierzącego, gdyż posiada zredukowaną wizję człowieka, wedle której kształtować będzie życie społeczne, nie uwzględniając potrzeb duchowych, transcendentnych, nadprzyrodzonych, które odczuwa każdy człowiek.

Można zapytać: czy skoro każdy człowiek odczuwa duchowe potrzeby, to zdeklarowany ateista nie jest człowiekiem?

Dalej w dokumencie mogliśmy przeczytać, że katolik oddający głos na ateistę „w pewnym stopniu zapierałby się swojej wiary”. Takie opinie, niestety, w polskim Kościele nie były niczym nowym. W kampanii wyborczej w 1991 roku abp Józef Michalik, przewodniczący Episkopatu (wówczas biskup gorzowski) mówił podczas mszy z udziałem liderów ZChN–u:

Źle by było, gdyby katolicki naród ponownie się znalazł w sytuacji, że ma być rządzony przez parlament niechrześcijański. (…) Nieraz mówię i nadal będę powtarzał: katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, komunista na komunistę, każdy niech głosuje na tego, którego sumienie mu podpowiada.

Kiedy czytamy tamte wypowiedzi, chciałoby się zapytać: czy aby nie mieliśmy do czynienia z bałwochwalczym stosunkiem do wiary? Czy nie dochodziło do tworzenia przez wspólnotę religijną, o czym przecież pouczają nas biblijni autorzy kreślący historie Izraela, narodowych bożków? Czy Bóg w takich koncepcjach nie jawił się jako Ten, który staje zdecydowanie po stronie pewnych koncepcji politycznych, a brzydzi się innymi i je odrzuca? Czy jeśli Bóg jest z nami, myślało zapewne wielu, to czy może ktoś być przeciwko nam?

Jeśli dziś wydobywam z pamięci tamte negatywne zjawiska, to nie po to, by przekonywać, że Kościół „mieszał się do polityki”, ale po to, by się zastanowić, czy owe pokusy bałwochwalczego stosunku katolicyzm polski ma już definitywnie za sobą. Czy jest to już tylko wspomnienie przeszłości? Czy przeciwnie — pokusa idolatrii politycznej wciąż nad Kościołem wisi — ba, wisieć będzie zawsze — i dlatego musi on nieustannie czuwać i robić wszystko, by się jej skutecznie opierać? Pytanie tylko — jak?

Polityką Kościoła jest duszpasterstwo

Polski Kościół miał to szczęście, że jego przewodnikiem po meandrach wolności odzyskanej w 1989 roku był Jan Paweł II. Papieski styl bycia, jego nauczanie i uniwersalny charakter głoszonego przez Papieża chrześcijańskiego przesłania, stanowiły swoiste antidotum na rozmaite pokusy „politycznej religii”. Trudno więc się dziwić, że niektórzy się obawiali, iż śmierć Papieża będzie jednym z najważniejszych egzaminów, z jakim przyjdzie się zmierzyć naszemu Kościołowi. Czy się nie pogubi — pytano? Czy będzie głosił — tak jak próbował to robić Jan Paweł II — że „człowiek jest drogą Kościoła” (Redemptor hominis)? Czy nie powrócą pokusy radykalnego upolitycznienia Kościoła i czy nie pojawią się na tym tle gorszące podziały? Czy nie dojdzie do licytacji, kto jest jedynym prawowitym spadkobiercą papieskiego przesłania, i czy zamiast stać się ono przedmiotem głębszej refleksji teologicznej, nie przeistoczy się w narzędzie polityczne pomagające zdobywać władzę?

Od razu powiem, że — niestety — wydarzenia ostatnich miesięcy podpowiadają, iż dziedzictwo Jana Pawła II jest rozmieniane na drobne. A Kościół jako jeden z głównych aktorów publicznej debaty nie potrafi wykorzystać szansy, jaką daje mu demokracja, by pokazać, że nie samą polityką żyje człowiek. I że w końcu bez głębszej teologicznej inicjacji (komu ostatecznie i w jaki sposób mamy zawierzyć swoje życie) Kościół zawsze będzie ulegał pokusie zastępowania żmudnego duszpasterstwa szybką polityką.

Trudno więc pojąć, dlaczego, po pierwsze, najwyżsi hierarchowie zdradzają wręcz chorobliwą niechęć do katolickich intelektualistów i teologów świeckich. Wyrazem tej logiki jest przekonanie, zaprezentowane przez jednego z czołowych polskich dostojników, który powiedział, że „Kościół w Polsce bardziej potrzebuje dziś katolickich lekarzy czy prawników niż świeckich teologów”. Jawny antyintelektualizm zawsze był poniekąd znakiem firmowym naszego katolicyzmu. To jednak może i powinno się zmienić. Coraz więcej młodych ludzi wybiera studia teologiczne. To pokazuje, że nie wystarczą im już proste dyrektywy kreślone przez rzymskie dykasterie, ale że chcą oni, by ich wiara była rozumna. Zgodnie ze starą chrześcijańską zasadą: fides quaerens intellectum.

Po drugie, biskupi i księża zazwyczaj milczą, kiedy powinni mówić, a mówią, kiedy powinni zachować powściągliwość. Znamienny pod tym względem jest list świeckich przedstawicieli pięciu Kościołów chrześcijańskich, którzy wytknęli swoim liderom, że nie zareagowali na hasła, które padały w czasie Marszów i Parad Równości. A krzyczano: „Pedały do gazu” (Kraków), „Hitlera na was mało” (Warszawa), „Zrobimy z wami jak Hitler z Żydami” (Poznań). „To milczenie liderów kościelnych może rodzić błędne mniemanie, że podzielają oni albo milcząco przyzwalają na tego typu zachowania” (cyt. za: „Gazeta Wyborcza”, 8 grudnia 2005 roku).

I po trzecie wreszcie, niektórzy duchowni Kościoła rzymskiego zamiast się spalać w pracy duszpasterskiej i sakramentalnej, nie mogą się oprzeć pokusie zaangażowania politycznego. Przed tą pokusą przestrzegał polskich biskupów w czasie ostatniej wizyty ad limina Apostolorum Benedykt XVI, mówiąc:

Kościół nie utożsamia się z żadną partią, wspólnotą polityczną ani z systemem politycznym, natomiast przypomina zawsze, aby świeccy zaangażowani w życiu publicznym dawali odważne i czytelne świadectwo wartościom chrześcijańskim.

Jeszcze dobitniej rolę chrześcijańskiego nauczania społecznego odnajduję na kartach pierwszej encykliki papieskiej Deus caritas est, w której czytamy, że

chrześcijaństwo nie głosi przekazania Kościołowi władzy państwa. Nie chce również narzucać tym, którzy nie podzielają wiary, perspektyw i sposobów zachowania, które do niej przynależą. Po prostu chce mieć udział w oczyszczaniu rozumu i nieść pomoc, aby to, co sprawiedliwe, mogło tu i teraz być rozpoznane, a następnie realizowane (nr 28).

Jest jasne, że takie zaangażowanie społeczne Kościoła jest nie tyle mile widziane, ile pożądane. Więcej, nikt w Polsce nie mówi, że duchowni czy katolicy świeccy — jako ludzie wierzący — nie mogą mieć poglądów politycznych. Kłopot zaczyna się wtedy, kiedy ewangelizacja — a w polskich warunkach dzieje się to znów dość często — sprowadzana jest tylko do „chrzczenia sfery politycznej”. Czy podejmowanie tego rodzaju prób nie jest wynikiem fałszywej wizji Boga, a co za tym idzie, fałszywego rozumienia rządów, prawa i państwa? Czy chrześcijańskiej prawdy zbyt często nie próbuje się narzucić siłą, zamiast ją głosić przenikliwie i żywić przekonanie, że ona — jak uczy II sobór watykański — „nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie” (Deklaracja o wolności religijnej, nr 1)?

Radio wraca jak bumerang

Dziś po raz kolejny przekonujemy się, że „religia polityczna” nie jest tylko problemem przeszłości. Można rzec: oficjalne nauczanie Kościoła od praktyki dnia codziennego dzieli przepaść. Przykładem, niezastąpione, Radio Maryja. Rozgłośnia angażuje się w ostatnich podwójnych wyborach tylko po stronie jednej partii politycznej, zachęcając jednocześnie swych słuchaczy do otwartej walki z politycznymi konkurentami.

Oczywiście o. Tadeusz Rydzyk przyzwyczaił nas, że nie jest tylko kapłanem mającym poglądy polityczne, ale przede wszystkim politykiem, który czasami nosi habit. Jasne, że część społeczności katolickiej spoglądała na pogłębiającą się więź polityków Prawa i Sprawiedliwość i Radia Maryja z przymrużeniem oka: skończy się gra wyborcza, zniknie także problem szefa toruńskiej rozgłośni. Przynajmniej do kolejnych wyborów.

Jednak te nadzieje okazały się płonne. Ostatnie wybory jasno pokazały, że w Polsce de facto to katolicy decydują, kto sprawuje władzę. To znaczy, że druga w sondażu partia, Platforma Obywatelska, jeśli nie chce wypaść z gry, musi szukać własnego zakorzenienia religijnego. Politycy partii Donalda Tuska postanowili więc, że zaprezentują społeczeństwu, jak bardzo są religijni: zorganizowali rekolekcje w zaciszu łagiewnickiego sanktuarium przy cichej jednak aprobacie Kościoła krakowskiego. Jak zawsze czujny Jan Maria Rokita wykorzystał sposobność, by tuż po medytacyjnej zadumie sformułować kolejny bon mot: oto narodził się, obwieścił krakowski lider PO, „Kościół łagiewnicki”, który staje w szranki o rząd dusz z „Kościołem toruńskim”.

Ten krakowski incydent okazał się kroplą, która przelała kielich goryczy. Pokazuje to choćby reakcja Szymona Hołowni, który na łamach „Rzeczpospolitej” pisał z nieukrywaną złością, by „ktoś w końcu walnął pięścią w stół” (Miłość o cechach zarazy, 12 stycznia 2006 roku), by wreszcie zakończyć „granie” autorytetem Kościoła w bieżących rozgrywkach partyjnych. Tyle tylko, że osoby, która mogłaby powiedzieć „dość”, nie ma.

Episkopat zachował się tak, jak powinien się zachować, czyli odciął się od mediów o. Tadeusza Rydzyka, dopiero kiedy te w połowie lutego na żywo — i jako jedyne, dzięki łaskawości liderów partyjnych — relacjonowały podpisanie paktu stabilizacyjnego między PiS, LPR i Samoobroną. „Media wiązane z Kościołem nie działały w jego imieniu” — czytaliśmy w specjalnym komunikacie Biura Prasowego Episkopatu, a rzecznik Episkopatu ks. Józef Kloch dopowiadał:

Konferencja Episkopatu Polski zawsze opowiadała się za jednakowym dostępem wszystkich mediów do informacji dotyczących życia publicznego. Wobec zaistniałej sytuacji raz jeszcze prosi wszystkich polityków działających z mandatu społecznego o solidarną współpracę w trosce o Polskę i jej obywateli, przedkładając dobro wspólne nad interesy osobiste i partyjne.

 Tyle tylko, że opisywana sytuacja należy do kategorii tych, które wołają o pomstę do nieba. Trudno więc, by biskupi nie zareagowali jednomyślnie — choć i tu pojawiały się pojedyncze głosy wspierające strategię radiostacji o. Rydzyka.

Biskupi się kłócą

O czym to świadczy? Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią o deficycie przywództwa. Co to może oznaczać dla polskiego katolicyzmu?

Polskim Kościołem, o czym pisałem zaraz po śmierci Papieża, kierują dwie osoby — kard. Józef Glemp i abp Józef Michalik (zob. Pułapki papieskiego dziedzictwa, „Gazeta Wyborcza”, 23 kwietnia 2005 roku). Oczywiście trudno odmówić im poczucia troski o Kościół w sensie instytucjonalnym. To jednak nie stanowi o skuteczności przepowiadania Dobrej Nowiny. Kłopot w tym, że — jak wyznawał szczerze po śmierci Papieża bp Tadeusz Pieronek — „Kościołowi w Polsce brakuje wizji duszpasterskiej, którą Jan Paweł II zarysował. Myślano: nawet gdy my tego nie zrobimy, zrobi to za nas Papież. No i rzeczywiście On to za nas robił” („Gazeta Wyborcza”, 10 kwietnia 2005 roku). Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Przewodniczący Episkopatu, abp Józef Michalik „głęboką niegodziwością” nazwał posądzenie polskiego Kościoła o nierealizowanie nauczania papieskiego. I dodał: „Ktoś, kto nie śpi na konferencjach Episkopatu, dobrze o tym wie” („Gazeta Wyborcza”, 12 kwietnia 2005 roku )

Jeszcze inny przykład wymiany zdań między hierarchami, tym razem na temat politycznego zaangażowania Radia Maryja. Kiedy prymas Józef Glemp mówi, że Radio Maryja selektywnie podchodzi do nauczania Kościoła, uważając „tylko siebie za prawdziwy Kościół, co w konsekwencji prowadzi do podziałów”, to abp Leszek Sławoj Głódź przekonuje, że nie ma problemu wpływu „partii Radia Maryja” na decyzje rządowe, a radio zdobyło sobie „prawo obywatelskie na rynku mediów”.

Taki styl publicznej polemiki biskupów, który jakością zaczyna przypominać wymiany zdań katolickich polityków, nie przysparza im fanów — i to nie tylko wśród świeckich. Być może dlatego w szeregach kapłanów młodego pokolenia narasta krytycyzm wobec niektórych poczynań Episkopatu. Coraz częściej można usłyszeć negatywne oceny jego działań: na razie wypowiadane po cichu, ale już w obecności świeckich i bez oporów, co jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia. To zjawisko się nasila, co może doprowadzić do erozji autorytetu polskich biskupów wśród księży.

Niektórzy polscy księża mówią wręcz, że Jan Paweł II był wielki, wspaniały i święty, jedna rzecz mu tylko nie wyszła: polski Episkopat — poza nielicznymi wyjątkami. To o tyle istotne, że w Polsce głos biskupów ciągle jest — i to dobrze — ważny i słuchany. A trzeba, by jeszcze był mądry — szczególnie w obecnej sytuacji.

Pluralizm jest faktem

Mało prawdopodobne, by w najbliższym czasie jakiś hierarcha mógł liczyć na to, że jego głos — tak jak kiedyś głos kard. Stefana Wyszyńskiego czy Jana Pawła II — nie będzie kwestionowany przez innych biskupów, jak i przez jedno czy drugie środowisko kościelne. Przez chwilę myślano, że być może takim naturalnym liderem stanie się metropolita krakowski, osobisty sekretarz Jana Pawła II, dziś już, przez co jego pozycja została wzmocniona, kardynał — Stanisław Dziwisz. Zgoda, że krakowski kardynał jest pobożnym kapłanem, ale nie ma przymiotów charyzmatycznego lidera. Jego zdanie może być jednak rozstrzygające w wielu kwestiach — na przykład personalnych. Te z kolei, co zapewne będzie przedmiotem dyskusji z Benedyktem XVI w czasie jego wizyty, mogą okazać się kluczowe dla przyszłości rodzimego Kościoła. W najbliższym czasie będzie ich przecież sporo: nowi lokatorzy w biskupich rezydencjach pojawią się m.in. w Warszawie, Olsztynie, Gdańsku.

Polscy hierarchowie nie stanowią dziś monolitu, nie tylko pod względem poglądów politycznych, ale także strategii duszpasterskich — i dobrze. Co więcej, także wśród świeckich katolików dostrzec można różne nurty. Upraszczając, istnieje środowisko tradycjonalistów z „Christianitas”, mocno obecne w mediach i związane z partią władzy. Mamy konserwatystów z „Frondy”, redagujących także tygodnik „Ozon”. Dalej, szacowne i umiarkowane miesięczniki „Więź” czy „W drodze” oraz środowisko „Tygodnika Powszechnego”. Do głosu, ale już w nowym wydaniu, zaczyna dochodzić też nurt „katolicyzmu otwartego”: i to mimo nieustannych wysiłków senatora Jarosława Gowina, który od pewnego czasu jak mantrę powtarza, choć nie wiadomo, kto dał mu do tego prawo, że „katolicyzm otwarty” zakończył swój żywot wraz ze śmiercią ks. Józefa Tischnera.

Pośród młodych księży dostrzec można odważnie myślących duchownych, którzy — podobnie jak ks. Józef Tischner czy ks. Stanisław Musiał — nie lękają się mówić o trudnych dla Kościoła sprawach i wchodzić w dialog z środowiskami o odmiennych opcjach światopoglądowych. Wystarczy przyjrzeć się choćby publicystyce dwóch dominikanów: o. Tadeusza Bartosia i o. Marcina Lisaka czy jezuity ks. Jacka Prusaka.

Do gry o formowanie oblicza polskiego Kościoła dołącza także pismo „Krytyka Polityczna”, wokół którego gromadzą się otwarcie myślący katolicy. Paradoksalnie ten lewicowy periodyk od pewnego czasu postawił sobie za cel prezentowanie polskiemu czytelnikowi osiągnięć współczesnej myśli teologicznej. I nie chodzi tylko o teologię wyzwolenia czy feministyczną, która w naturalny sposób jest bliska „Krytyce”, ale także o prezentowanie zagadnień dotyczących dialogu międzyreligijnego czy dokonań współczesnej francuskiej myśli religijnej, której sztandarowymi postaciami są Jean Luc–Marion czy ks. Louis–Marie Chauvet.

Podziały „nie”, różnice „tak”

Coraz mocniej akcentowane i wybijające się na niepodległość odmienne nurty w polskim katolicyzmie oraz chaotyczne próby szukania zdrowej obecności Kościoła w sferze publicznej pokazują jasno, że cierpi on na kryzys przywództwa. To jednak nie musi być przekleństwo. Przeciwnie: brak mocnej osobowości może okazać się szansą. Jednak warunkiem przekucia sytuacji kryzysowej w sukces jest konieczność stworzenia przez biskupów kultury dialogu. Już nie tylko między sobą, co jest absolutnym wymogiem chwili, ale także między rozmaitymi środowiskami kościelnym, zwłaszcza że polskich katolików nie dzielą kwestie ściśle teologiczne, które — w naturalny sposób — powinny stanowić oś podziałów wewnątrzkościelnych. Nie spieramy się więc o dopuszczenie kobiet do kapłaństwa czy zniesienie wymogu celibatu jako warunku kapłaństwa. To sprawy, o które spierają się zachodni katolicy. Jedność doktrynalna jest w polskim Kościele niepodważalnym faktem. To, co dzieli, to różnice polityczne, stosunek do najnowszej historii, np. lustracji.

O ile więc należy szanować różnice zdań, o tyle należy baczyć, by nie przeradzały się one w podziały, dlatego konieczna jest rozmowa. Jako pierwszy do dialogu zachęcał kard. Józef Glemp, mówiąc, że rozwiązując kontrowersje narosłe wokół zaangażowania politycznego Radia Maryja, chciałby się konsultować ze środowiskami laikatu. Nie wiem, czy w końcu jakieś konsultacje były prowadzone, gdyż żadne informacje na ten temat nie przebiły się do prasy. Ale to krok w dobrym kierunku, gdyż obrady Konferencji Episkopatu byłyby dobrym miejscem, w którym mogliby się spotykać i ze sobą rozmawiać przedstawiciele różnych, dziś najczęściej demonizujących się nawzajem środowisk katolickich. Taki wspólny namysł nad Kościołem w Polsce, świeckich i duchownych, mógłby zaowocować wypracowaniem długofalowej strategii duszpasterskiej. Stać się platformą dyskusji o tym, jaką wizję Boga chce się głosić wiernym, gdyż od tego zależy rodzaj religijności, który realizowany jest potem w życiu prywatnym i publicznym przez wiernych; w jaki sposób chcemy realizować sprawiedliwość społeczną w globalizującym się i pogłębiającym nierówności świecie; jaka powinna być rola i miejsce Kościoła w sferze publicznej w Polsce i Europie…

Czy nie jest to pomysł z gatunku tych, które należą do strefy marzeń? Trudno orzec, gdyż jego realizacja zależy od tego, czy polscy biskupi są gotowi stworzyć przestrzeń do szczerej, wewnątrzkościelnej debaty i czy będą gotowi uznać, że również i świeccy katolicy to ci, którym na sercu leży dobro Kościoła. A brak takiej wewnątrzkościelnej dyskusji znów prowadzić nas może do tego, że to, jak być Kościołem w Polsce bez Jana Pawła II, sprowadzi się obecnie do strategii kolejnego wielkiego wyczekiwania — tym razem na przyjazd Benedykta XVI, który już poczynił duże postępy w przyswajaniu sobie języka swojego wielkiego poprzednika. Sęk w tym, że Benedykt XVI przyjedzie i odjedzie, a problemy pozostaną.

Nie samą polityką żyje człowiek
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...