Kwestia uczciwości

Brak oczyszczenia się Kościoła po 1989 roku pociąga za sobą szereg niebezpiecznych konsekwencji.

Kiedy rok temu Polacy stanęli nagle zjednoczeni wobec odchodzenia i śmierci papieża Jana Pawła II, chyba nikt nie sądził, że ta wzniosła atmosfera zostanie skażona nie przez przyszłość, lecz przez przeszłość. Igłą, która spowodowała ujście powietrza z balonu poczucia wspólnoty i możliwości zmiany, były wynurzenia prezesa Instytutu Pamięci Narodowej na temat donosiciela z bliskiego otoczenia Ojca Świętego. Prezes nie potrafił sobie sam z ciężarem tej wiedzy poradzić, więc w połowie kwietnia 2005 roku podzielił się nią z mediami.

Sprawa agenta donoszącego na Jana Pawła II wywołała wstrząs, spory, polemiki, wątpliwości — również co do tego, czy ujawniony kilkanaście dni później współpracownik tajnych służb komunistycznej Polski jest rzeczywiście tym, o którym mówił prezes IPN–u. Przede wszystkim jednak postawiła przed Kościołem w Polsce problem zamknięcia sprawy ewentualnej współpracy części jego ludzi ze zwalczającym ten Kościół systemem totalitarnym. Nie była to pierwsza taka konfrontacja — w tych okolicznościach jednak nie dało się jej już uniknąć. Dotyczyła bowiem osoby niezwykle ważnej dla bardzo wielu Polaków. Poprzednie przypadki podawania lub sugerowania nazwisk agentów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim czy w strukturach Kościoła krakowskiego nie koncentrowały uwagi opinii publicznej na dłużej. W pierwszym przypadku sprawę pozornie zakończyło wręczenie profesorowi, oskarżanemu o współpracę z SB, wysokiego odznaczenia państwowego oraz list otwarty znanych osobistości, które stanęły w jego obronie. Sprawą agentury na jedynym w PRL–u katolickim uniwersytecie zająć się miała specjalnie powołana przez arcybiskupa Życińskiego komisja. Sprawa krakowska nie wymagała takich kroków, bo o osobach nieznanych szerzej w Polsce tylko plotkowano. Tym razem, w kwietniu 2005 roku, nie można było milczeć — ujawnienie jako agenta osoby powszechnie znanej pociągnęło za sobą lawinę pytań o innych kościelnych współpracowników tajnych służb.

Zdecydowana większość polskich biskupów nie podjęła jednak w tej sprawie publicznych działań — komisje do zbadania współpracy księży z UB i SB powstały dotąd jedynie w kilku diecezjach. Z drugiej strony trudno odmówić racji stwierdzeniom arcybiskupów Józefa Michalika i Stanisława Gądeckiego, stojących na czele Episkopatu Polski, którzy zwrócili uwagę, że duchowni powinni odpowiadać za swoje czyny jak zwykli obywatele.

Czym spowodowana jest niechęć do poznania własnej historii w Kościele, tak chętnie celebrującym rocznicowe okazje, żeby przypomnieć tylko Milenium i rocznicę męczeństwa św. Stanisława? Dlaczego Kościół, tak doświadczony przez komunistyczne państwo, nie doczekał się — choć od przełomu minęło już ponad 16 lat — swoistego rachunku sumienia, dziejów ludzi, którzy przechowali dla XXI wieku wiarę, przechodząc przez szereg trudnych doświadczeń?

Wybierzmy teraźniejszość

Pierwszym i najgłośniej przywoływanym argumentem przeciwko poważnemu zajęciu się problemem współpracy z tajnymi służbami PRL–u było zniszczenie archiwów Departamentu IV MSW. Dodajmy dla ścisłości, że nie wszyscy mówili o zniszczeniu — w mediach pojawiły się także, choć rzadziej i mniej nagłaśniane, doniesienia o przekazaniu około roku 1989 przynajmniej części archiwów dotyczących Kościoła katolickiego najbardziej zainteresowanym, to znaczy hierarchii kościelnej. Dopóki nie uchwalono ustawy o IPN–ie i ustawy lustracyjnej, która zresztą nie obejmuje ludzi Kościoła, weryfikacja obu tych twierdzeń była praktycznie niemożliwa. Do tej pory ocena jest bardzo trudna — z powodu stanu zachowania i uporządkowania owych materiałów. Jedno można powiedzieć na pewno — nieprawdziwe były twierdzenia, że nie zachowało się nic. Okazało się, że można na przykład zbadać agenturę otaczającą najpierw biskupa, a potem kardynała Karola Wojtyłę, a w archiwach mogą kryć się dramatyczne filmy, takie jak rejestrujący wizję lokalną po napadzie na księdza Tadeusza Isakowicza–Zaleskiego. Sam ksiądz, po odkryciu tych materiałów, domaga się pełnej prawdy o współpracownikach i ich działaniach w Kościele krakowskim. Jako agentów zaczęli identyfikować niektórych zaprzyjaźnionych księży dawni opozycjoniści, dziś uznani w myśl ustawy o IPN–ie za pokrzywdzonych. Dostęp do dokumentów zgromadzonych na własny temat spowodował, że część z nich sama rozszyfrowała pseudonimy, część występuje o ujawnienie tożsamości tajnych współpracowników. Jerzy Jurecki z „Tygodnika Podhalańskiego” pod kryptonimem „Ewa” rozpoznał kustosza sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej w Zakopanem, o czym powiadomił czytelników. Ksiądz zaprzeczał, sąd zabronił publikacji dalszych materiałów w tej sprawie, duchowny deklaruje, że wystąpi o status pokrzywdzonego do Instytutu Pamięci Narodowej.

Zgromadzone w IPN–ie archiwa każą także inaczej spojrzeć na, wydawałoby się, świetlane postaci kościelnej przeszłości. Wyszło na jaw, że kardynał Wyszyński podczas swojego uwięzienia był obiektem pracy nie tylko więzionej wraz z nim zakonnicy, ale także uchodzącego za nieskazitelnego księdza.

Nadal otwarte pozostaje pytanie, co znajduje się w archiwach służb wschodnioniemieckich i czechosłowackich. Te ostatnie mogą być bardzo interesujące ze względu na to, że część działających w Czechosłowacji w podziemiu duchownych święcenia przyjmowała w Polsce. Być może kiedyś otworem staną też archiwa poradzieckie.

Argument dotyczący cząstkowego zachowania archiwów i niepełnego do nich dostępu jest kolejnym powodem, dla którego część ludzi Kościoła nieufnie podchodzi do porządkowania przeszłości. W przypadkach spornych bowiem rozsądzać rzeczy mieliby funkcjonariusze dawnego systemu — przynajmniej takie panuje przekonanie, z logicznego punktu widzenia zresztą wątpliwe. W każdym razie przed sąd lustracyjny pracownicy SB są powoływani jako świadkowie, którzy być może kłamali w PRL, ale dziś — przed sądem III RP na pewno mówią prawdę.

Jakie jeszcze powody mogą stać za niechęcią Kościoła do autolustracji dotyczącej duchownych i świeckich? Nasuwają się przynajmniej dwie, bardzo delikatne kwestie. Terror stawia człowieka w jasnej sytuacji wyboru — albo, albo. Męczeństwo jest heroizmem, trudno go wymagać od wszystkich, jednak zdrada w wyniku tortur czy przemocy jest czymś, przed czym pozostaje zamilknąć, aby nie dokładać złamanemu człowiekowi dodatkowych ciężarów. Trudniejsza do jasnego rozstrzygnięcia jest manipulacja, nie złamanie człowieka wprost, ale przekonanie go, że zrobił dobrze, że obronił większe dobro wobec mniejszego, a więc nie tylko uniknął zła. Po 1956 roku Kościół w Polsce nie doświadczał powszechnego terroru. Próbując jednak działać w sytuacji ciągłego zamykania kolejnych dróg obecności w świecie społecznym, spotkał się z ryzykiem kompromisu. To już nie były przesłuchania, ale rozmowy, to nie było dostarczanie informacji, ale wymiana informacji za przysługę, czasem nie osobistą, ale ważną dla całej wspólnoty. Trudność w ustaleniu granicy między kontaktem a współpracą, gdy niosą one za sobą korzyści, niekoniecznie naganne, mogła być powodem manipulowania własnym sumieniem. To może być spory problem duchowy i psychologiczny dla wielu księży i świeckich, którzy pełni dobrych intencji, czasem wrogo nastawieni do systemu komunistycznego, posunęli się za daleko w paktowaniu z władzą. Zresztą owa władza przybierała często postać nie złego policjanta, ale dobrego urzędnika do spraw wyznań — a przecież co cesarskie…

Ta kwestia ujawnia się czasem podczas prywatnych rozmów, gdy duchowni, niejednokrotnie bardzo emocjonalnie, zaczynają przekonywać, że trzeba było rozmawiać, że bez tego nic nie można by zorganizować, że nic w tym złego, że tak robili wszyscy, że inni robili jeszcze gorzej — i tu wskazuje się kogoś z innej niż nasza wspólnoty. Użycie tych argumentów pokazuje, jak bardzo księża są z naszego, postkomunistycznego społeczeństwa.

Druga sprawa — prócz niezachowania czystości w kontaktach z wrogim państwem — to ewentualna odpowiedzialność przełożonych lub współpracowników za czyjąś współpracę. Uczono niegdyś o grzechu cudzym, który może obciążyć nasze sumienie. Ten cudzy grzech może także być, nawet po ludzku zrozumiałym, źródłem niechęci do zagłębiania się w sprawę kolaboracji z systemem. Czy nie było pracowników albo duchownych delegowanych przez struktury do kontaktów z władzą? Czy nie było przypadków, kiedy przełożony polecał podjąć współpracę, dla dobra Kościoła oczywiście? Czy osoby, które miały na przykład załatwiać wiecznie deficytowy papier dla wydawnictw albo negocjować z cenzurą, były wystarczająco przygotowane, poinstruowane i wspierane przez przełożonych czy zakony? Czy zatem cudzymi rękoma nie załatwiało się trudnych spraw, nie zastanawiając się na wszelki wypadek nad ich kosztem? Czy wystarczająco dbano o wysyłanych na zagraniczne studia księży? I wreszcie — czy naprawdę nikt nie widział niepokojących znaków, niestosownego dla duchownego stylu życia, zagubienia, słabości? Historycy z IPN–u szacują, że współpracę z tajnymi służbami podjęło około 10% księży.

Tajny współpracownik nie tylko informował, miał także za zadanie działać w strukturze, w której był, na korzyść komunistycznego państwa. Jeśli otrzymywał zadania, to polegały one na wzmacnianiu pozycji osób dla władz wygodnych, a osłabianiu wrogów systemu. Agent mógł więc wpływać na obsadzanie stanowisk kościelnych przez osoby dla państwa wygodne, mógł usuwać na bok duchownych czasem lepszych, ale niebezpiecznych dla systemu. W wypowiedziach ks. Zaleskiego znaleźć można także wątek oszczerstwa — rozsiewania plotek czy podważania wiarygodności konkretnych osób. Sytuacja Kościoła krakowskiego, opisywana na podstawie donosów na temat Karola Wojtyły, jest szczególnie niewygodna — pozycje zajmowane w strukturze kościelnej przez agentów prowokują do zastanowienia, kogo wspierali w karierze i gdzie są dziś ich protegowani. Następnym problemem dla dzisiejszych rządców diecezji po rozpoznaniu tej sprawy przez powołaną już komisję jest pytanie, co zrobić z dawnymi współpracownikami, jak ich usunąć ze stanowisk, na których podejmuje się decyzje, i nie spowodować jednocześnie ostracyzmu, atmosfery powszechnej podejrzliwości czy niepotrzebnego zamieszania. Jak postąpić wobec kanonika, prałata czy, nie daj, Boże, biskupa? W lepszej sytuacji są zakony, w których funkcje zasadniczo pełni się kadencyjnie, a zatem zmiany nie odbywają się w świetle reflektorów.

W kościelnych reakcjach prawie nie pojawia się argument niewyrządzenia krzywdy — byłby on zresztą w tym kontekście nie do obrony przez Kościół, który naucza, że każde nasze działanie ma znaczenie i skutek społeczny. Czasem natomiast można się dowiedzieć, że jest to sprawa między biskupem a kapłanem. Na pewno do tej pary należy dodać tych, którzy byli obiektem pracy ewentualnego tajnego współpracownika. Pozostaje także kwestia formy zadośćuczynienia ofiarom, zwłaszcza że sprawca ani jego biskup nie są w stanie w pełni poznać skutków takiego działania. I jeszcze jedno pytanie — o moralne prawo ujawniania agentów, gdy wiemy, że nie wszystkich zidentyfikujemy. Wyciągając jednak konsekwencje z tak postawionego problemu, możemy zakwestionować zasadę ścigania przestępców — bo i tak nie złapiemy każdego.

Tryumf szarości

Brak oczyszczenia się Kościoła po 1989 roku, choć częściowo zrozumiały wobec niepamiętanych już prawie ataków na niego w początkach lat 90., pociąga za sobą szereg niebezpiecznych konsekwencji. Przez minione lata słyszeliśmy często o potrzebie czystości, dotyczyło to jednak jednej sfery życia. Dużo mniej ostro i dużo rzadziej nauczano o konieczności zachowania czystości w sferze finansowej, relacji z państwem czy między obywatelami. Można to tłumaczyć skutkami manipulacji własnym sumieniem w poprzednim systemie, która przetrwała zmianę i umożliwiała na przykład korzystanie z przywilejów kościelnych przy sprowadzaniu do Polski samochodów. Zakończyło się to zresztą spektakularnymi sprawami karnymi w połowie lat 90. Rekordziści sprowadzali po kilkadziesiąt samochodów, fałszując dokumenty. Nasilenie tego zjawiska spowodowało między innymi zakaz importu pojazdów wydany przez biskupa Alojzego Orszulika, a jedna z większych tego rodzaju spraw miała miejsce w diecezji lubelskiej, gdy w tę działalność gospodarczą zaangażowało się całe rodzeństwo, w tym dwóch braci księży. Z łatwością księża poświadczali kwoty darowizn, które nigdy do nich nie wpłynęły — przecież nieważne, kto wpłacił pieniądze, odliczyć od podatku może ten, który potrzebuje. Sprawy płacenia podatków (pomijam w tej chwili problem, czy państwo ma prawo do ściągania aż tak wielkich kwot), płacenia mandatów, a nie łapówek policjantom, przestrzegania przepisów nakazujących absolutną trzeźwość podczas kierowania pojazdem — także nie są przedmiotem codziennego nauczania. Jedyna dziedzina, w której mocno i wyraźnie Kościół naucza postępowania bez kompromisów, to sfera życia intymnego.

Zastanawiające są niektóre interesy instytucji kościelnych. Afera gdańskiego wydawnictwa Stella Maris, w którym ku zdumieniu wielu osób wspólnie popełniali nieprawidłowości finansowe księża i byli funkcjonariusze PRL–owskiego układu, doprowadziła do upadku firmy i ogromnego zadłużenia oraz w konsekwencji do licytacji części majątku kościelnego. Jeszcze bardziej poruszający jest opisywany w „Newsweeku” w 2003 roku proceder współpracy hierarchów kościelnych z południa Polski z byłym funkcjonariuszem SB, notabene pracownikiem dawnego wydziału IV zajmującego się inwigilowaniem Kościoła. Wiele zła przyniosła także sprawa wyłudzania kredytów pod pretekstem budowy kościoła parafialnego, które mieli spłacać parafianie. Ta sprawa zakończyła się częściowo pozytywnie — pieniądze spłacono. Parafianie, którzy figurowali jako kredytobiorcy, są oskarżeni o wyłudzenia na podstawie sfałszowanych dokumentów… Nadal pozostaje pytanie, co stało się z milionami złotych, wyprowadzonych w drugim nurcie tej afery, które pożyczała Fundacja Pomocy Młodzieży w Lubinie z dwóch banków. Czy organom ścigania uda się rozstrzygnąć sugestię, że w sprawę zamieszany był jeden ze znanych i rozpracowywanych w ostatnich latach gangów?

Wydaje się także, że hierarchia nie różnicuje wiernych, tak samo traktując niektórych działaczy dawnego systemu, jak ludzi przez lata dochowujących wierności Kościołowi i ponoszących tego konsekwencje. Najłatwiej dostrzec to w niewielkich środowiskach — w nich promowanie tego rodzaju oportunizmu wzbudzało zwłaszcza w początkach III RP bardzo negatywne emocje. Konformizm zbyt często brany jest za dobrą monetę nawrócenia, podczas gdy kontakty z kurią, hierarchią czy zakonami bywają legitymacją do awansu czy dalszej kariery. Ostatnio wyraziście pokazała to sprawa chwilowego szefa więziennictwa, któremu przejście od pacyfikacji więźniów w latach 80. do owego stanowiska ułatwiły, jak donosiła prasa, dobre kontakty z Kościołem instytucjonalnym. Notabene, czasem można odnieść wrażenie, że bliżej jest instytucji kościelnej do instytucji państwowych niż do wiernych. Gorzko opisał to rok temu jeden z czytelników „Rzeczpospolitej”, z bólem zauważając, że na narodowej mszy świętej w intencji Ojca Świętego honorowe miejsca zarezerwowano dla polityków, często deklarujących niewiarę, lub ich żon, przyznających, że nie postępują zgodnie z nauczaniem Kościoła, natomiast wiernych — często starszych, chorych, biednych, zepchnięto na margines religijnej bądź co bądź uroczystości.

Kościelna niechęć do wyświetlenia przeszłości w PRL–u paradoksalnie powoduje, że nie oddano w pełni sprawiedliwości cierpiącym za wiarę w tamtym czasie. Męczennicy komunizmu nie doczekali się odpowiedniego miejsca w świadomości kościelnej. Po 17 latach od 1989 roku młodzi nie znają postaci biskupa Antoniego Baraniaka. Nie zadbano o to, aby pion śledczy IPN–u zajął się uwięzieniem bliskiego współpracownika prymasa, który mimo więziennej presji nie załamał się. Przecież dzięki jego postawie nie doszło do pokazowego procesu kardynała Wyszyńskiego. Zasługi późniejszego arcybiskupa poznańskiego dla Kościoła w Polsce doceniał kardynał Karol Wojtyła, ale nawet szacunek dla papieża nie spowodował próby wyjaśnienia, kto i jak prześladował Baraniaka. Nie napisano heroicznej historii Kościoła w Polsce, nie oddano sprawiedliwości obrońcom domów katolickich czy szkół odbieranych wspólnotom wiernych w latach komunizmu. Polacy nie wiedzą, że ich przodkowie czy bliscy w obronie tych instytucji wychodzili na ulice, wiele ryzykując. Niewielu zna historię dekrucyfikacji albo obrony krzyży w szkołach — nawet tych najbliższych w czasie, z lat 80. w Miętnem i Włoszczowej. Zapomniano o konsekwencjach, które spadły na najaktywniejszych obrońców krzyża, o cenie, jaką przyszło im zapłacić za stanięcie przeciw atakowi na ich wiarę, o usunięciu ze szkół, uniemożliwieniu dalszej nauki, inwigilowaniu jako elementu niebezpiecznego.

Lustracja czy poznanie przeszłości

Zbadanie archiwów po instytucjach komunistycznego państwa, a szczególnie dokumentów zgromadzonych w IPN–ie, zebranie relacji osób, które systemu PRL–owskiego doświadczyły, ujawnią nie tylko donosicieli. Mogą one także wyjaśnić, co się naprawdę wydarzyło. Dlaczego dwóch przyjaciół zostało poróżnionych, jakie jest źródło upartych plotek na czyjś temat, jaka jest tajemnica czyjejś dymisji albo nagłego awansu. Może także zdjąć niesłuszne podejrzenia — o tym mówią niektórzy z pokrzywdzonych, którzy już zajrzeli do materiałów zgromadzonych na ich temat. Otwiera zatem drogę do pojednania. Poza tym proces poznawania przeszłości, nazywany czasem przez niechętnych dziką lustracją, jest już nie do powstrzymania. Pokrzywdzeni czytają, w nowym świetle widzą przeszłość swoją i swoich organizacji i wnoszą o odtajnienie kryptonimów. Dokumenty, które dostają do wglądu, są jawne, korzystają z nich także historycy z IPN–u i coraz śmielej opisują przeszłość także Kościoła katolickiego w Polsce — na razie skupiają się na wątkach heroicznych, ale przyjdzie czas także na historie zdrady i nielojalności.

Zamknięcie przez Kościół bez uporządkowania czasów PRL–owskiego nieładu moralnego powoduje więcej szkód niż pożytku — tak jak w przestrzeni narodowej nie utrzymała się zasada grubej kreski, tak samo powracać będzie problem przeszłości Kościoła. Ograniczenie jej badania do zlustrowania księży i świeckich związanych z Kościołem — czyli zestawienia list agentów — też nie załatwi problemu. Uwikłanie się bowiem ludzi Kościoła we współpracę z systemem komunistycznym przyniosło także bardzo poważne konsekwencje moralne. Ich nieprzezwyciężenie pociąga za sobą nieład również dziś. Nie można wiarygodnie wzywać do chrześcijańskiego heroizmu, nie nawróciwszy się z własnego upadku — człowiek, który wierzy, że inaczej nie było można, że w pewnych okolicznościach zło przestaje być złem, nie może wymagać od innych całkowitej wierności dobru. Stosunek do państwa, problem uczciwości w sferze podatkowej, kwestia korupcji — rozwiązanie tych wyzwań wymaga jasnego nazwania zła złem, a dobra dobrem. Nie przekonuje tłumaczenie, że czasy wówczas były trudne, a kto wtedy nie żył, nie jest w stanie zrozumieć wszystkich uwarunkowań owej rzeczywistości. Także tamta rzeczywistość podlega ocenie moralnej i bez względu na bilans tej oceny, jej wykonanie jest obowiązkiem ludzi Kościoła. Niepodjęcie tego zadania bardziej podważa wiarygodność instytucji niż trudna prawda. Na razie Episkopat zdobył się — po 17 latach marszu z ziemi niewoli do ziemi obiecanej — na słowa przeproszenia za współpracę ludzi Kościoła ze strażnikami więziennymi.

Kwestia uczciwości
Anna Gruszecka

absolwentka historii UAM, dziennikarka Radia Merkury (Poznań), wielbicielka Katalonii. Mieszka w Poznaniu....