Z liberała konserwatysta

Z liberała konserwatysta

Pod koniec lat 90. XX wieku zamieściłem na łamach „Gazety Wyborczej” sylwetkę siostry Faustyny. Napisałem o niej niezwykle ciepło (to moja ulubiona święta), a w tekście umieściłem ciekawostkę jak wynika z Dzienniczka Helenka, która później została Faustyną, nawróciła się podczas potańcówki w wiejskiej dyskotece. Wkrótce potem zacząłem odbierać telefony. Aksamitne, nad wyraz spokojne głosy przedstawiały się zawsze tak samo: „Czciciele Maryi z Krakowa”. Zestaw retoryczny też miały najczęściej ten sam. „Kto ci płaci, ruski Żydu?!”, „Ręce precz od polskich świętych! Te pedały od Michnika rozbijają polski Kościół!”.

Te telefony przypomniały mi się, gdy kilka miesięcy temu siedzieliśmy z ojcem Pawłem Kozackim, moim przyjacielem, w redakcji miesięcznika „W drodze” i toczyliśmy klasyczne polskie dyskusje o życiu, ludziach i o tym, jak to kiedyś bywało. Paweł z nostalgią wspominał publicystów, którzy komentując jego styl redagowania miesięcznika „W drodze”, w połowie lat 90. zwierzali się na łamach, że gdy przyjeżdżają do Poznania, pilnują, by ich hotelowe okna nie wychodziły na klasztor dominikanów, „bo nie chcą patrzeć na budynek, w którym Kozacki rozbija polski Kościół”.

Łatka na mundurku

Historii z początku tekstu nie przytoczyłem po to, żeby się jakoś szczególnie chwalić. Wiem, że każdy z kolegów zajmujących się w świeckich mediach Kościołem takich przykładów ma pewnie na pęczki. Chcę opowiedzieć o doświadczeniu, które być może należy nie tylko do mnie. Otóż gdy z ojcem Pawłem niczym starzy kościelni ZBoWiD–owcy licytowaliśmy się, który z nas słyszał na swój temat bardziej finezyjne bluzgi, przeżyłem coś w rodzaju wstrząsu. Bo oto nagle Paweł przypomniał sobie, że ktoś ostatnio nazwał go „betonem”. Zapadła krępująca cisza. Nie na długo. Po chwili opowiadałem mu już o pani, która rok temu dzwoniła do redakcji „Ozonu”. Szukała mnie przez trzy dni, a później rozmawiała ze mną przez kwadrans tylko po to, by poinformować mnie, że jestem członkiem Opus Dei. Że muszę nim być, skoro „bronię tego Kościoła i tej czarnej kasty”! „To oni pana formowali, ja to wiem!” — perorowała. Próbowałem tłumaczyć, że Opus Dei uważam za organizację zacną, ale z pewnością do niej nie należę. Pani zadzwoniła po tygodniu tylko po to, by z triumfem w głosie oznajmić mi, że „wszystko sprawdziła” i wie, że dla niepoznaki zapisałem się do Dzieła w samej jego kolebce, w Hiszpanii.

I tak między jednym kombatanckim wspomnieniem a drugim, niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie świadomość, że łatka „liberalnego” katolika, którą z taką dumą nosiłem jeszcze parę lat temu, od jakiegoś czasu wygląda na moim mundurku chyba dość dziwnie. Przed oczami stanęli mi znajomi, którzy coraz częściej wtrącają w rozmowach zdania w stylu: „no wiesz, to się jednak rzadko zdarza, żeby ktoś wierzył tak fanatycznie…. eee, ortodoksyjnie”. Bliscy, którzy z troską pytają, czy pragnienie codziennego uczestnictwa w Eucharystii to nie jest przypadkiem „przeginka”. Obraz dramatu pogłębia nawet niezawodny dotąd „Nasz Dziennik”: coraz rzadziej wyzywa mnie od „bluźnierców przeciw Najświętszemu Sakramentowi”. Co więcej, ostatnio tygodnik „Niedziela” — bliski duchowo „ND” — po raz pierwszy odważył się poprosić mnie o komentarz. Stanisław Michalkiewicz na przestrzeni roku napluł na mnie chyba tylko raz (notabene pisząc o „ojczyku Hołowni”). Jakby tego było mało — gaśnie też aktywność użytkowników forum „Frondy”, którzy dobrym zwyczajem internetowych katolików walili we mnie i mi podobnych jak w bęben.

Co w zamian? Normalny człowiek, zajęty na co dzień pracą nie śledzi przecież takich rzeczy, ale po powrocie z Poznania postanowiłem to sprawdzić. Otworzyłem Internet, wpisałem swoje imię i nazwisko. Parę miłych słów, a później już tylko: „Mordor”, „czarna sotnia”, „ciemnogród”, „Rydzykowo” oraz propozycje — cytuję co do słowa — „niech se ten Hołownia stuknie na pielgrzymce jakąś oazankę, to mu się od razu poprawi”. Co lepsze frazy („niedostrugany pseudoklecha”, „katokorbiarz”) zebrałem i przechowuję w sercu.

Co się stało? Nie mam pojęcia. Pisaniem i gadaniem o Kościele zajmuję się od paru lat. Lubię to robić, to moje hobby. Wciąż się uważam za pasjonata amatora, przed zawodowcami zawsze chylę czoło. Nie czuję też, żebym się stał lepszym lub gorszym człowiekiem, żebym inaczej traktował ludzi. Czy — wraz z ojcem Pawłem, a pewnie jeszcze kilku innymi — wciąż stoimy w miejscu, a przemieściła się wyłącznie stojąca za naszymi plecami dekoracja? Czy rzeczywiście z kościelnego liberała niepostrzeżenie (to chyba najbardziej w tym wszystkim bolesne) udało mi się stać czarnosecinnym konserwatystą?

Toruński totem

Żeby ów rachunek sumienia uczynić rzetelnie, bez wątpienia trzeba jednak najpierw wykonać malutki egzorcyzm. W Polsce przyjęło się, że podstawowym kryterium oceny poglądów człowieka jakoś związanego z Kościołem jest przede wszystkim jego stosunek do Radia Maryja. Kilka miesięcy temu przeprowadzałem wywiad na temat zupełnie niezwiązany z religią, z przesympatyczną panią profesor, która krygowała się, nie wiedząc, jak zapytać o to, czy mam coś wspólnego z Kościołem. Kiedy potwierdziłem, natychmiast padło drugie pytanie: „Ale jest pan za Rydzykiem? Czy przeciw?”. Gdy wyjaśniłem, że Ojciec Dyrektor nie jest bohaterem mojej baśni, rozmówczyni odetchnęła z ulgą.

Voilà! Oto obraz ciężkiej paranoi, która niczym ciemna chmura niepostrzeżenie przesłoniła większą część kościelnego horyzontu. Polscy katolicy nie spierają się o to, co zrobić, by się poprawiła kondycja polskiego episkopatu, nie interesuje ich reforma parafii, a nawet mają w nosie dyżurne na świecie spory o celibat czy sztuczną antykoncepcję. Wszystko kojarzy im się z jednym. Skromny redemptorysta z Torunia przypomina dziś znanego dobrze naszym dziadom Światowita — jest równocześnie nośnikiem negatywnej i pozytywnej twarzy polskiego Kościoła. I to właśnie dlatego jak najszybciej trzeba z nim coś zrobić, najpewniej poprzez powolne oczyszczanie korzeni dobrego w gruncie rzeczy toruńskiego drzewa, a to z narośli politycznych, a to z pokrętnych pomysłów ekonomicznych z gatunku „Bogu, co boskie, a świadectwa udziałowe dla nas”.

Tyle o tym. W moim najgłębszym odczuciu dyskusja o Radiu Maryja pozbawiona dopływu świeżych argumentów zupełnie nie ma sensu, nie tyle bowiem buduje polski Kościół, ile utwierdza do bólu jego fałszywy wizerunek w antykościelnym społeczeństwie. Mam świadomość, że jeden wegetarianin nie sprawi, że na świecie nie będzie już rzeźni, ale mimo to złożyłem prywatne śluby, że więcej na temat Radia Maryja publicznie głosu nie zabiorę. Nie wiem, czy uda mi się na dobre wymiksować z układu, w którego centrum tkwi toruński totem. Ale jeśli mam już zbierać cięgi, wolę je zbierać za coś, co naprawdę jest tego warte.

Znajomi odchodzą z szacunkiem

Dopiero bowiem dziś, robiąc sobie ów rachunek sumienia, zauważyłem, że zaczynając gadać i pisać o Kościele, zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z prawdy najprostszej z możliwych. Że tylko przez pierwszych kilka miesięcy (lat) człowiek może się cieszyć, widząc, jak inni traktują go jak cudowne dziecko, swoistego Woody Allena w kościółkowej branży. Prędzej czy później delikwent znajdzie się w miejscu, w którym będzie musiał dokonywać wyboru nie tylko między kolejnymi odcieniami różu. Na ojcu Rydzyku można bezkarnie wyżywać się do woli. Przychodzi jednak czas, że trzeba też wygłosić jasne zdanie w debacie o dopuszczalności aborcji w sytuacji, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, a kobieta, o której rozmawiamy, ma już sześcioro dzieci. Kolega dziennikarz pyta, czy katolik może uczestniczyć w imprezie organizowanej w wielkopostny piątek. Proszę wyjaśnić siedzącym w studiu gejom, dlaczego Kościół „ma coś” do homoseksualistów oraz dlaczego księża uwzięli się na młodych ludzi, którzy przecież i tak się kochają, więc dlaczego — do jasnej cholery — muszą zdobyć kościelną pieczątkę, aby móc chodzić ze sobą do łóżka?!

I naprawdę — w pierwszej chwili nie jest łatwo zmagać się z widokiem twarzy naszego rozmówcy, którego uśmiech powolutku gaśnie. Człowiek, który do tej pory uważał się za admiratora i apologetę tzw. kultury masowej (zdarzało mu się wszak publikować w „Machinie”), czuje się nieco dziwnie, gdy po raz pierwszy się złapie na tym, że na organizowanej w środku Wielkiego Postu w modnym warszawskim klubie niewinnej imprezie znanej telewizji muzycznej, wygląda jak kwiatek przyczepiony do kożucha. Niezwykle modny i rozchwytywany zespół tancerek, czyli mówiąc precyzyjniej — rozebrane niemal do rosołu dziewczęta, które będąc pod wyraźnym wpływem amfetaminy, wykonują na scenie kopulacyjne ruchy, zamiast uśmiechu politowania zaczynają przywodzić na myśl słowa „Babilon” lub „Sodoma”.

Tak, łapię się na takich skojarzeniach i czuję się dziwnie. Ci ludzie to przecież „krew z krwi i kość z moich kości”! Koleżanki, które w trosce o świat „własnych potrzeb” oddają się romantycznym kochankom, kiedyś traktowałem z uśmiechem (pamiętając o własnej przeszłości), ale dziś słucham ich (koleżanek i własnych wspomnień) z nieco mniej radosną miną. Opowieści o głęboko humanistycznych księżach, którzy tłumaczą, że „najważniejsze to, żeby człowiek był sobą, bo jeśli robi się coś z naprawdę dobrą intencją — nie można postąpić źle” — kiedyś kojące niczym miód, dziś wywołują w duszy dziwny, nieznany dotąd sprzeciw. Próby tłumaczenia, że taka logika może obowiązywać wyłącznie na przybrzeżnym kąpielisku, że jeśli chce się wypłynąć na pełne morze, nie można w swoim postępowaniu iść tylko i wyłącznie za dyktatem emocji — palą na panewce.

Próbujemy więc „z innej mańki”. A może by tak przestać kojarzyć Kościół tylko z seksem? Zróbmy mała wiwisekcję, popytajmy, dlaczego nam, porządnym katolikom, przytrafia się knuć w pracy spiski, w domu zachowywać się jak Hajle Sellasje, a do „Skrzydeł”, organizowanego przez Caritas nader sensownego programu pomocy biednym i chorym dzieciom, zapisało się dotąd niespełna pięć tysięcy katolickich rodaków? Chętnie zacznę od siebie. Pierwszy z brzegu przykład — otóż zaczynam dostrzegać potrzebę ukrócenia nieco moich publicystycznych zapędów, dociera do mnie, że nie ma takiej ceny, za którą warto by obrażać ludzi. Gadam tak sobie i gadam i z minuty na minutę czuję, że mój interlokutor wie już, że zacząłem truć. Kończy się zawsze tak samo. Znajomi odchodzą. Nie powiem, z szacunkiem, w ukłonach, z godnością. I zostawiają w mojej głowie straszny mętlik.

Człowiek zostaje sam?

Gdy oni wychodzą, ja bez końca stawiam sobie pytania: a może można jednak jakoś się nagiąć, może trzeba najpierw pokazywać ćwierć zamiast z miejsca walić z grubej rury, może mogłem lepiej to wszystko zapakować? To nie jest przyjemne uczucie. Wchodząc do tego akwenu i przez lata koncentrując się nie na przedmiocie, o którym mówię, a na szlifowaniu własnych umiejętności, nie miałem pojęcia, że z punktu widzenia życia w społeczeństwie dotknięcie prawdy, która nie poddaje się socjotechnicznym obróbkom, może być doświadczeniem aż tak frustrującym! Tylko co z tego? Czy jeśli 80% znajomych przegłosuje, że Andrzej Lepper jest największym polskim humanistą, mam im uwierzyć, czy trwać przy swoim? Skutek? Człowiek zostaje coraz bardziej sam.

Jak to sam? W sferze publicznej dziś aż się roi przecież od „młodych” i „młodych inaczej” konserwatystów. Problem w tym, że na skutek ich wieloletniej pracy, już sam dźwięk tego słowa budzi we mnie tendencje eskapistyczne. Daj spokój, nie chodzi o łatki, a o to, by wybrać sobie środowisko — powtarzają mądrzy ludzie. Łatwo powiedzieć. Co mam zrobić? Zapisać się do PiS? Do katolickiego harcerstwa? Kupić bransoletkę „Pokolenia JP2”? Zgłosić się jako publiczność do „Warto rozmawiać”? To wielki dramat, gdy kogoś Pan Bóg nie wyposażył w ciągoty natury organizacyjnej. Zresztą tu chodzi o środowisko. O miejsce, w którym można żyć, którym się oddycha, w którym tak naprawdę znajduje się nasz dom.

Ziarenko do ziarenka

Na razie spotykamy się więc w kościele na wieczornych mszach. Rozpoznaję tych ludzi po tym, że mają tak samo jak ja przerażone oczy. W mojej wielkiej warszawskiej parafii jest ich czterech, może pięciu. W Lublinie widziałem kiedyś troje. W Krakowie kolejnych dwoje. Wszyscy wyglądamy, jakbyśmy właśnie się zderzyli z wielkim autobusem. Pogruchotany wizerunek, lekko splątana mowa, niepewny krok, zaburzone poczucie orientacji. U mnie w parafii siadamy zawsze w tych samych ławkach, uśmiechamy się do siebie. Czasem ktoś się przełamie, po mszy powie dwa słowa, później wyśle e–mail, jakiś SMS. Za dnia jesteśmy dziennikarzami, dealerami walut i nauczycielami, a wieczorem znów się spotykamy w tym samym miejscu, z jakimś dziwnym „nowym modułem” w duszy i wielkim znakiem zapytania w oczach.

Pytałem mądrych ludzi, mówią że po tym etapie — w którym ranny musi się znaleźć w izolatce — przychodzi zwykle następny, gdy trafiony takim piorunem prosto w nerki człowiek, zaczyna niczym ziarenko rtęci szukać innych ziarenek. Nie po to, by zakładać kolejny klub dyskusyjny, lecz by obok siebie żyć. Jedni tworzą nieformalne wspólnoty, inni skupiają się na budowie tzw. kościoła domowego. To moment, w którym prywatne doświadczenie nawrócenia (jakże to słowo okropnie, technicznie brzmi), zaczyna się zazębiać z doświadczeniem innych, a wszystkie razem zaczynają tworzyć zupełnie nowy obraz świata. Taki, którego niepodobna wymyślić ludzką głową.

Na koniec kolejne wstydliwe wyznanie — ja, katolik z trzydziestoletnim stażem, dwukrotny nowicjusz zakonny i kościelny publicysta, dopiero kilka miesięcy temu na poważnie zacząłem czytać Pismo Święte. I zastanawiam się, jak mogłem być tak głupi, by dotąd te kilkanaście wolnych minut w ciągu dnia poświęcać na kryminały Harlana Cobena. Jaki bowiem Harlan Coben opisałby jedną z najbardziej zadziwiających podróży w historii świata — tę, którą naród wybrany odbył po wyjściu z Egiptu? Jak ja rozumiem tych ludzi… Modlę się tak samo jak oni: „Panie Boże, dlaczego? I po jaką choinkę? Przecież parę lat temu wszystko było dla mnie jasne. Byłem Żydem, pedałem, euroentuzjastą. Było w gruncie rzeczy tak przyjemnie… A teraz?!”.

Z liberała konserwatysta
Szymon Hołownia

urodzony 3 września 1976 r. w Białymstoku – absolwent psychologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, dziennikarz, autor kilkunastu książek, w których często porusza tematy związane z rodziną i religią. Za...