Na granicy rozłamanego świata

Na granicy rozłamanego świata

Nie należę do świata ciemności, jak chce On, nie. Nie należę też do świata jasności, jak chcą niektórzy moi bracia. To ja chronię was od porażki, wiele zakrywając przed wami, bo nie możecie unieść wszystkiego. Wyświadczam wam dobro, pozbawiając was możliwości wstydu i poczucia winy.

Szanowny Lwie,

szedłem do szkoły, a diabeł siedział na kamieniu i ranę miał na czole jak wszystkie inne diabły z Nopti zasklepioną czerwonym woskiem. Dwa razy musiała przeminąć pora sucha i dwa razy pora deszczowa, żebym wreszcie się zdecydował powrócić do szkoły Jednego z Ewangelistów, który zresztą był przekonany, że dawno już rozszarpały mnie hieny. Prawda, po przygodzie z Rudobrodym całymi dniami włóczyłem się sam po buszu i przestałem nawet odwiedzać farmę Msabu — za bardzo się jej wstydziłem, mój gniew na samego siebie jeszcze nie ostygł, a na pomoc starego Arthura nie mogłem liczyć, bo często się upijał i potem widział wokół siebie zmarłych, którzy wytykali go palcami i żądali spłaty zaciągniętych dawno temu pożyczek. Choć znów sprawdziły się jego słowa, że o wszystkim decyduje przypadek, jeśli przypadkiem można nazwać młodego Hindusa podróżującego od wsi do wsi z przenośnym kramem pełnym mocnych kolorowych nici, igieł i małych ostrych nożyków. Igieł i nici nikt nie kupował, lecz wszyscy biegli za nim i gdy tylko przystanął, zaraz otaczali go kołem, gdyż na mocnym sznurze prowadził za sobą strusia.

Taniec strusia

Musisz wiedzieć, Szanowny Lwie, że struś uwielbia gapiów i ich okrzyki podziwu i zawsze nagradza ich ciekawość bardzo śmiesznym tańcem. Stary Ankaro nigdy strusia nie widział. Siedział na skraju drogi prowadzącej na farmę Msabu otoczony swoimi wnukami i czekał.

— Nie zbliżaj się człowieku do nas, nie widzisz, że dzieci się boją?! — zawołał w stronę Hindusa, gdy ten wreszcie zdecydował się odwiedzić farmę i zaoferować Msabu coś niecoś ze swoich zapasów i za małą opłatą pokazać jej taniec strusia. Ale, Szanowny Lwie, to nie wnuki Ankaro bały się strusia, lecz on sam. Ścisnął mocniej w swojej dłoni rzeźbioną w głowy węża laskę, wstał i przezornie oddalił się w przydrożne trawy. Wnuki zaś zaraz otoczyły strusia, który nie zwlekając, rozpoczął swój taniec, nawet Msabu wyszła przed dom zaniepokojona narastającą wrzawą. Nadbiegli inni, gapiów było tak dużo, że mogłem już wyjść ze swojej kryjówki i przyłączyć się do nich bez ściągania na siebie szczególnej uwagi. I Ankaro przyłączył się do tańczących, podrygiwał i stukał laską w ziemię, aż wzbijał się pył. Wtedy do Ankaro zbliżył się inny starzec Muntaga, któremu oczy zarosły białą błoną i który też nigdy nie widział strusia.
— Ooo, Ankaro — zapytał głośno — co to za zwierz idzie na farmę Msabu?
— Sza, sza, Muntaga, to kogut.
— Kogut?
— Kogut — przytaknął Ankaro — kogut, który znalazł odpowiedniego i dobrego opiekuna, i jak widzisz, Muntaga, ten nie skąpił mu ziarna, chronił od psów, ba, nawet nigdy nie spoglądał na niego łakomie, kiedy zgłodniały wracał z pola.

Muntaga cmokał zadowolony, gdy Ankaro wyjaśniał mu tajemnicę wielkiego ptaka, choć widziałem, że na jego twarzy uznanie dla opiekuna walczyło z pobłażliwością wobec niego, co mogło oznaczać tylko jedno, Szanowny Lwie, że Muntaga ma go za ostatniego naiwniaka, i gdyby to Muntaga był teraz właścicielem wielkiego koguta — zaraz sprawiłby sobie z niego wyśmienitą ucztę. Nie wiem, czy to właśnie miał na myśli Arthur, gdy mówił, że nie można rosnąć nieskończenie i że wreszcie na każdego z nas przychodzi „bulionowa pora”, to znaczy — zostajemy złożeni w ofierze przez byle kuchtę lub — wiedzeni poczuciem obowiązku czy też poczuciem winy — sami rzucamy się do jej kotła z niezachwianą nadzieją, że zupa tak przyrządzona ocali od przykrości nowe pokolenia. Nie zazdrościłem więc strusiowi wcale. Szanowny Lwie, spoglądając na niego, czułem, jak wszystkie soki krążące we mnie i krew popychana dalej i dalej przez moje serce domagają się jakiegoś jutra, wielkiego jutra, wysokości i rozciągłości ogromniejącego drzewa, czułem, że nadeszła pora, by znaleźć sobie odpowiedniego i dobrego opiekuna.

— Wracaj do francuskich ojców, Karomenya — mówiłem sam do siebie z lekką przyganą, żeby przegonić z mojego ducha wszelkie ociąganie i wrodzoną nieufność — wracaj i zostań dobrym uczniem. A jeśli nawet okaże się, że nie jesteś zbyt pojętny, to będziesz mógł sobie powiedzieć na koniec, że przynajmniej się starałeś, Karomenya. Przynajmniej się starałeś.

Tak było, Szanowny Lwie, byłem wtedy jeszcze chłopcem, który wciąż jeszcze na coś czekał, cieszył się lub martwił, ale zawsze z powodów ściśle określonych, jak mówią biali — miałem wciąż jeszcze w sobie zwykłe ludzkie uczucia.

Nieśmiały diabeł z Nopti

Szedłem do szkoły, a diabeł siedział na kamieniu i jak wszystkie inne diabły z Nopti ranę na czole miał zasklepioną czerwonym woskiem.

— Bardzo cię przepraszam, Karomenya, że się odzywam do ciebie — powiedział cichym, załamującym się głosem, który miał coś z zanikającego w lesie echa. — Bardzo cię przepraszam, że się w ogóle odzywam, ale kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, po raz pierwszy, tak, hm, pierwszy… wszy… szy… y… Nie gniewaj się na mnie, nigdy mówienie do kogoś nie było moją mocną stroną, zawsze ta klucha w gardle, pocące się ręce, drżenie łydek, jednym słowem zżera mnie od środka obrzydliwa nieśmiałość, ale to nic, nic, bo chcę ci powiedzieć, że kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, tak, hm, pierwszy… wszy… szy… y… tylko się nie denerwuj, zaraz doprowadzę się do jakiego takiego porządku, no więc poczułem, wyobraź sobie, dreszcz podobieństwa.

Tu, Szanowny Lwie, diabeł odetchnął głęboko i jakby czekał na zachętę z mojej strony, zezował gdzieś na pobocze ścieżki i pocił się strasznie. Gdy się przygarbił jeszcze bardziej, próbując ukryć swoją twarz, zobaczyłem na jego plecach coś, co przypominało dwa chude pęczki chrustu, które nasze kobiety przynoszą do chat na rozpałkę, ale nie był to chrust, tylko ciasno złożone nietoperze skrzydła. Diabeł bardzo się zawstydził i widać było, że chętnie zapadłby się pod ziemię. Stałem w bezpiecznej odległości od niego, nieruchomy, z rękami blisko ciała, jak wtedy, gdy podchodzę ptaki, śledzę lot dzikich pszczół naprowadzający mnie na ich gniazdo, napotykam owiniętego na gałęzi śpiącego węża. Wychylony nieco ku niemu przemieniłem się cały w słuch i wzrok, bacznie obserwowałem każdy jego ruch i gotowy byłem czmychnąć między termitiery, gdyby tylko przyszło mu do głowy zbliżyć się do mnie. Moje zachowanie i spokój widocznie go ośmieliły, gdyż z pewnym wysiłkiem i niemałym hałasem rozciągnął najpierw prawe a potem lewe skrzydło. Rozpiętość ich była imponująca, lecz połyskliwa błona rozpięta na cienkich i długich jak wyschła słoniowa trawa kostkach żałośnie świeciła dziurami, a w niektórych miejscach podarta była na szmaty, zdawało mi się nawet przez chwilę, że to stary Kundsen na misternym rusztowaniu z patyków suszy swoją przepoconą koszulę. W tym rozciąganiu i składaniu skrzydeł przypominał nieco ptaka moszczącego się na gałęzi i gotującego się do snu. Znów odchrząknął i długo żuł pierwsze słowo. Muszę ci wyznać, Szanowny Lwie, że współczułem mu mimo wszystko i razem z nim męczyłem się i pociłem, próbując razem z nim w wielkim bólu urodzić kolejne słowo. Wreszcie, by przerwać milczenie, zapytałem go wprost:

— Czy ty żyjesz tylko dla czarnych?
— Nie, nie, jestem dla wszystkich, tak, chyba tak, dla wszystkich, Karomenya — odpowiedział nieco śmielej, lecz dalej zezował na skraj ścieżki. — To, co dźwigam na plecach, hm, sam widzisz, przecież to komiczne, upokarzające, wstrętne. Różni mądrale nazywają to atrybutem, ale mniejsza o nazwę, której jeszcze nie rozumiesz, zobacz lepiej, co się pod nim dzieje… I kiedy uniósł lekko jedno ze skrzydeł, zobaczyłem, Szanowny Lwie, rozległe rany, do których ciągnęły muchy.
— Dlaczego? — zdołałem wyjąkać porażony tym widokiem.
— To, to, to dobre pytanie, Karomenya — odpowiedział, nieco prostując się na kamieniu.
— Bardzo boli? — zapytałem zbity z tropu i czułem, jak opuszczają mnie te resztki strachu, które noszą w sobie wszystkie zwierzęta i ludzie i które w nieprzewidzianych złych momentach chronią ich od śmierci.
— Boli — wyszeptał — ale co innego boli jeszcze bardziej, widzisz… nawet oskarżenia o dzieciobójstwo, wszelkie możliwe zbrodnie czy kłamstwa tak nie bolą. Nawet nie szyderstwa, które są gorsze od much obsiadających ranę, kpiny, że nigdy nie bywam sobą, ale wciąż naśladuję to, co zobaczyłem, również Tego innego, którego powoli zaczynasz poznawać ty także… Karomenya, piszesz wciąż do niego?

Nic mu nie odpowiedziałem, Szanowny Lwie, zresztą chyba nie czekał na żadną odpowiedź, coraz bardziej cierpiący i zatopiony we własnych myślach. Much pojawiało coraz więcej i więcej, i choć napełniły powietrze nieznośnym bzykaniem, nie gryzły jednak, podobne do pszczół, którym podbierałem miód, otumaniając je dymem z tlących się w dziurawej blaszance szmat.

— A przecież, Karomenya, ja nikogo nie naśladuję, niczego nie małpuję, niczego nie odtwarzam — uśmiechał się tak gorzko, Szanowny Lwie, że wydał mi się w tym opuszczeniu, w tym roju much i ich obrzydliwej muzyce nawet piękny.
— Nie, niczego. Ja tylko sprawiam moim sposobem bycia, że to coś, to, co biali nazywają podszewką świata, staje się widoczne. Na mgnienie, błysk, wystrzał, krzyk. Nie więcej. Nigdy ani jednej sekundy za dużo, bo nie jest to moim powołaniem. I trzeba sobie winszować, że tak nieliczni są ci, którzy potrafią przyjąć ten dar, zresztą zaraz depcą go, rywalizując ze sobą o to, który z nich widział więcej i głębiej. Który z nich opowie barwniej i ciekawiej sekret objawienia. Gdybyś ty, Karomenya, widział te turnieje garbusów odbywające się za moją sprawą na całym świecie. Ale czy można powiedzieć, że to ja podżegam ich do zazdrości tak wielkiej, że gotowi utopić rywala w łyżce wody? Czy ich usprawiedliwia nawet ten fakt, że cały lud ludzki, żeby nie rozlecieć się na strzępy i nie popaść zbyt szybko w nicość, musi stale siebie opowiadać? Podobnie jak ty, Karomenya, kiedy piszesz do Niego. Podobnie jak Msabu, kiedy przelewa te swoje zaprawione syfilisem myśli na papier. Już puścili w obieg tę plotkę, że pieczętuję tą żenującą chorobą moich wybranych — pisarzy, artystów, znudzonych wodzów rewolucji, muzyków podobnych do doktora Leverkuna. Być może to nawet dobry pomysł, Karomenya, gdyż cały jestem złożony ze wstydu, jak oni teraz.

To nie ty jesteś nocnym złodziejem

Zbliżało się południe, Szanowny Lwie, a ja zamiast szukać schronienia przed słońcem, wyżebrać garstkę ryżu u Kamante na pierwszy w tym dniu posiłek, stałem zastygły, popielaty od kurzu i pochylony w stronę diabła z Nopti. Nie słyszałem bowiem nigdy takiej mowy, nikt z taką mocą nigdy w tych stronach nie przemawiał. Nikt i nigdy. Nikt tak godnie i pięknie nie znosił tu cierpienia, bo my, tutejsi, raczej szybko godziliśmy się z nim; zapadając w odrętwienie i czekając już poza życiem na ostateczny cios śmierci, nie obwinialiśmy nikogo, a nawet naszych prześladowców lubiliśmy i błogosławili, gdyż wreszcie przynosili nam to, czego tak całe życie się obawialiśmy; to oni przerywali to okrutne czekanie na niewiadome, i samo niewiadome czynili znanym. Niektórzy z nas, Szanowny Lwie, powtarzali przed śmiercią, że przecież mogło być o wiele gorzej.

— Więc to nie ty kradniesz naszym kurom jajka, nie ty doisz w nocy krowy i obsypujesz wrzodami nowo narodzone dzieci? — szeptałem zdziwiony i oburzony na starców opowiadających o diabłach z Nopti niestworzone rzeczy. Moje słowa, Szanowny Lwie, wprawiły go chyba w doskonały humor, bo rozpogodził się i nieco zrezygnowanym i drgającym jak rozpalone powietrze głosem powiedział:
— Cieszę się, Karomenya, że po tak długim czasie od kiedy jestem z wami, zrozumiałeś choć tyle. Wybacz, nie kradnę wam jajek.

Te słowa, Szanowny Lwie, odczułem jak smagnięcie biczem starego Kundsena. Postąpiłem jeszcze parę kroków w jego kierunku z pragnieniem zapytania go o jego życie, zawód, zajęcie, ale z mojego wyschłego na wiór gardła wydobyło się coś, co brzmiało jak „no, właśnie, to nie ty jesteś nocnym złodziejem”. Nie gniewał się jednak na mnie i pozwolił mi usiąść blisko siebie.

— Idziesz do szkoły, Karomenya — ni to stwierdził, ni zapytał, zerkając na mnie. — Będziesz słuchał budujących historii dla ubogich, w których podłość jest skazana, a heroizm nagradzany. Nauczysz się dodawać i odejmować, podsypią ci ziarna i z małego, zakurzonego koguta staniesz się tańczącym w kole gapiów strusiem. Będziesz jak twoi wielcy nauczyciele, których zwykły przypadek uchronił od znalezienia się po szyję w błocie z racji ich tchórzostwa. Inni byli podobni, ale innym się nie udało, Karomenya. Być może istnieli tylko po to, żeby gwiazda szczęśliwców jaśniała jeszcze mocniej, odbijając się od ich przegranej.

Mijały nas woły ciągnące na plantacje kawy ogromne dwukółki, szły krok za krokiem, mlaszcząc i posapując. Szedł mój ulubieniec wół Malinda, kręcąc ogonem, nieczuły na słońce, niebo, widoki ziemi, duchy i ludzi. Szły tak wolnym, kolebiącym krokiem, zgodzone z życiem, wykastrowane przez ludzi Msabu, choć mogły przecież równie dobrze być groźne, buchające niezwyciężoną energią, dobrze radzące sobie z lampartem skaczącym do ich zagrody.

— Widzisz, Karomenya, nie mogę ci powiedzieć po prostu: nie wierz. Nie wierz swoim przyszłym mistrzom. To na nic się nie przyda, nie taka jest moja rola. Nie mogę ci po prostu powiedzieć: nie wierz, kiedy kogokolwiek będą ci podawać za wzór, kiedy przywołają ludzi, których droga będzie zdawać się prosta, konsekwentna, przemyślana. Nie pytaj też nigdy o to, co pominięto w tych życiorysach, bo pominięto dużo, prawie wszystko. Choć nadejdą jeszcze czasy, że ludzie będą zdradzać sobie największe tajemnice w obecności ryczących tłumów, ale i wtedy największą karą dla tych bezwstydników będzie poczucie nieuniknionego kłamstwa toczącego jak kornik te generalne spowiedzi. Nie wiem więc, dlaczego On czy też jak to ty go tam nazywasz — Lew Szanowny — mami wciąż te rzesze, wskazując siebie jako przykład, pociągając i rozpalając niektórych do białości przez stawiane im pytania, na które w końcu sami sobie udzielają odpowiedzi, i — co nietrudno dostrzec — są to odpowiedzi chude, anemiczne, całkowicie niewystarczające. Idą za Nim, zapominając wszak, że nie są Nim. Myślę, Karomenya, że w wielu przypadkach ludzie ci stają się jeszcze gorsi, niż byli poprzednio, w czasie kiedy Go jeszcze nie znali. Nie przeczę, w moim długim życiu spotkałem kilku ludzi, którzy byli prawie jak On, słyszysz? Prawie. Ale było ich kilku… A co z resztą? Mówią też, że jestem Jego nieprzyjacielem, nie wierz temu, Karomenya, nic mnie nie obchodzi ta cała Jego maskarada, te wysilone, teatralne gesty, ta mowa nie wprost, którą można interpretować, jak się chce, a wszystko to podobno konieczne, żebyście pojęli choć cokolwiek, ale jak życie pokazuje — nie pojmujecie niczego albo zgoła niewiele, i to, co było jako takim przedstawieniem na w miarę wysokim poziomie, sprowadzacie do małpich podskoków w tancbudzie albo pociesznego tańca strusia otoczonego gapiami. Tak czy owak, niezależnie od waszych uciesznych podskoków, wielkich wzlotów, kiedy to myślicie, że jesteście czystymi duchami, czeka was śmierć. Koniec. Zostają po was puste miejsca, trony, fotele, krzesła, siedziska, udeptana ziemia. Nic. Dlatego pewnie już za życia układacie o sobie legendy, skrzętnie pomijając wszystkie popełnione nieprawości lub przedstawiając je jako zapierające dech tło waszych niby to dramatycznych wyborów, no a potem przeżuwacie te zmyślenia jak woły trawę, żeby choć trochę nasycić się waszymi zdobyczami przed nieuniknioną katastrofą: niby–mędrcy, pełgające bladym światłem kaganki, zadowoleni z siebie głupcy otoczeni młodszymi od was, którzy chcą być jak wy, jak wy gromadzić, zdobywać, tronować, posiadać i przechwalać się, że wyszli z waszej szkoły i znali was. Podziwiać was za nieskończoną dobroć i dystans, kiedy to tak naprawdę wasz mózg rozmiękczył się i nie jest już zdolny z dawną zajadłością wyśmiewać, nienawidzić i przeprowadzać zimnych kalkulacji przed skazaniem innych na niebyt.

Rozumiałem, że on nie kłamie

O, tak, Szanowny Lwie, poczułem się nie większy od ziarna fasoli, mały i nędzny. Nie rozumiałem zbyt wiele z tej przemowy pod ogromniejącym wciąż słońcem, ale rozumiałem jedno — że on nie kłamie, a jego słowa pełne prawdziwego bólu uderzają we mnie, budzą mnie i trzeźwią, nie pozwalają na słowa, których tak często używałem: „Czego chcecie ode mnie, jestem tylko Karomenya. Tylko Karomenya!”. Byłem poza tym bardzo dumny, że to właśnie przy mnie wyzbył się całej swojej nieśmiałości. Nie, Szanowny Lwie, on nie jest Twoim nieprzyjacielem, przysięgam Ci, nie! Być może jest nieco zawiedziony, ale to wszystko. No, może nie chce Ci pomagać, ale na swój sposób — jak sam mówi — chce ratować to, co jeszcze da się uratować. Nigdy też nie wymówił Twojego imienia, ale myślę, że to z prostego szacunku, Lwie.

— Jak uczą cię, Karomenya, w misji kościoła szkockiego? Że Bóg stał się człowiekiem podobnym wam we wszystkim oprócz grzechu? Że wziął na siebie wszystkie wasze cierpienia? Odpowiadaj!
— Rzeczywiście tak mówią — zachrypiałem, bo gardło moje wypełniał gorący piasek.
— I że biorąc na siebie cierpienie, Bóg nie tylko nie usprawiedliwia cierpienia, ale tym bardziej ukazuje jego skandaliczność?!
— Nie gniewaj się, ale nie jestem pewien, czy tak właśnie słowo w słowo uczą, musiałbym zapytać starego Arthura, ale on… jakby to powiedzieć… ma ostatnio wizje i gotowy mnie zlać za każde głupie pytanie — przysunąłem się jeszcze bardziej do niego, szukając schronienia przed jego ostrym jak nóż Kamante głosem i płonącymi oczami.
— To nie są głupie pytania, to stary Arthur jest skończonym głupcem i pijakiem. Nie znoszę go, i jeszcze ta jego chłopska filozofia — żachnął się oburzony. — Nawet jeśli tego nie słyszałeś, to tak właśnie tam uczą, zgoda?

Przytaknąłem skwapliwie, byle już tylko się nie gniewał.

— Nie bój się, mój mały, jeśli chodzi o sprawy zasadnicze, często wpadam w prokuratorski ton, ale potem bardzo się tego wstydzę, bo cóż to zmieni? Świat pozostanie, jakim był, a On dalej będzie denuncjował Jego cierpienie — uśmiechnął się pojednawczo i wydawało mi się, Szanowny Lwie, że mrugnął do mnie okiem.
— Chciałem cię zapytać…
— Chciałeś mnie zapytać, czym tak naprawdę się zajmuję, hm… ja naprawdę podkradam wam te wasze nieszczęsne jajka… ha ha ha. Nie, bądźmy poważni choć przez chwilę. Powiem ci, Karomenya, dzikusie. Najchętniej nie miałbym z tym wszystkim do czynienia i przemknął chyłkiem obok sparszywiałego świata. Ale, wierz mi, nie mogę. Poraża mnie on i to już wystarczy, by zapragnąć, aby przynajmniej inni cierpieli nieco mniej. Nie należę do świata ciemności jak chce On, nie. Nie należę też do świata jasności, jak chcą niektórzy moi bracia. Żyję na granicy rozłamanego świata — tu przestrzeń jasna, tam ciemna, i to ja sprawiam, że trwają one w doskonałej równowadze, i to ja chronię was od porażki, wiele zakrywając przed wami, bo nie możecie unieść wszystkiego. Wyświadczam wam dobro, pozbawiając was możliwości wstydu i poczucia winy. Tak, odwracam waszą uwagę, żebyście przez waszą nieuwagę mogli się łudzić, że ze światem jest inaczej. Dobro więc, Karomenya, to brak uwagi, nic więcej. Mów, co chcesz, i myśl, co chcesz, jesteś ze mną wolny, myśl o mnie jako o złodzieju jajek, być może łatwiej zniesiesz to, co ci opowiedziałem. Być może szybko o mnie zapomnisz, nie dbam o to, choć czuję z tobą ten dreszcz podobieństwa i pragnąłbym, byś pozostał na granicy dwóch światów. Kończy się moja opowieść, Karomenya, nie patrz tak na moje skrzydła, to tylko dość wulgarny dodatek, prymitywna ilustracja mojego życia: ni ptak, ni zwierz, zawsze pomiędzy, między niebem a ziemią. Nie płacz, Karomenya, odchodzę, ale nie pozostawiam cię samego.

Długo jeszcze, Szanowny Lwie, wpatrywałem się w znikający na horyzoncie punkt, aż wreszcie uprzytomniłem sobie, że zamiast się smucić i wpatrywać się w niebo, po tym wszystkim, co usłyszałem — muszę coś zrobić. Coś zrobić.

Twój Karomenya

Na granicy rozłamanego świata
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...