Ojcze nasz…

Ojcze nasz…

Modlitwa Ojcze nasz jest „modlitwą modlitw”, podarowaną nam przez samego Jezusa Chrystusa. Dla chrześcijan stanowi archetyp modlenia się. Jezus modli się w niej nie tylko słowami, bo — jak gdzie indziej zaznacza — pozbawia je „pustki” czy też „wielomówstwa”. Co to znaczy, że nie modli się tylko słowami? Przekracza poziom języka i porusza wprost to, co słowa oznaczają. Więcej — słowo w takim ujęciu staje się li tylko wyrazem głębszej rzeczywistości i poprzez nie sama ta rzeczywistość się przejawia. Takie słowo nie zatrzymuje na sobie uwagi modlącego się, staje się przezroczyste względem tajemnicy istnienia, której żadnym słowem oddać się nie da.

Modlitwa ta pochodzi wprost od samego Jezusa. Potwierdza to zarówno wersja Łukasza, jak i Mateusza. Ponadto — na co zwraca uwagę wielu komentatorów — ma ona wyraźnie charakter i żydowski, i aramejski, co tylko uprawdopodobnia powyższe. Z jednej strony widać w niej wyraźnie elementy kadiszu i tzw. Osiemnastu błogosławieństw, żydowskich w swej istocie modlitw, które można było usłyszeć w synagogach, z drugiej zaś pojawia się owo aramejskie abba, czyli „Ojcze”, bo tak właśnie sam Jezus zwracał się do Boga. I tego też nauczył swoich uczniów.

Można w Modlitwie Pańskiej wyróżnić cztery podstawowe części: tzw. adres, czyli do kogo się zwracamy, prośby związane z Bogiem, prośby związane z nami oraz doksologię (pochwałę Boga). Relacja synowska wyrażona poprzez zwrot „Ojcze” jest niewątpliwie czymś charakterystycznym, wskazuje bowiem na osobowy charakter więzi z Bogiem.

Chciałbym poniżej dokonać osobistej interpretacji tej modlitwy w perspektywie swoich książek, a zwłaszcza Tez o ethosofii — ponieważ uważam, że w najgłębszej istocie mówi się tu o tajemnicy samego istnienia. A kategoria ta była dla mnie w tych pracach czymś podstawowym, do czego chciałem sprowadzić inne zagadnienia stricte filozoficzne. To, czego nie udało mi się objąć analitycznym umysłem, czynię teraz w tekście zgoła już nie filozoficznym.

Ojcze nasz

Sama tylko możliwość zwrócenia się do Boga Najwyższego, bytu najdoskonalszego przecież (Ens perfectissimum), tym jednym słowem „Ojcze”, stanowi łaskę daną nam przez Boga samego. Oznacza to, że stajemy się poprzez to jedno słowo, przez to jedno zawołanie, dziećmi Boga. Jest to dar dany bez powodu i na wyrost, ale jednocześnie jest także zobowiązaniem — powiedziałbym „słodkim” zobowiązaniem, czuć się w pełni dzieckiem ojca, i to takiego Ojca, oznacza bowiem i bezpieczeństwo, i pewność, i stałość, i nawet czułość. Znaczy to także posiadanie swego „miejsca” — właśnie jako dziecka. Miejsce, które w ten sposób zajmuję w porządku bytu, nadaje zarazem sens mojemu istnieniu. Oto bowiem posiadam ten pierwotny odnośnik swego bytu — właśnie „wobec” Boga. To nie jest tak, że na samym wstępie jestem nikim, w żaden sposób nieokreślonym, rzuconym w ten byt. W tym jednym zwrocie, w tym jednym zawołaniu, otrzymuję fundamentalne ugruntowanie, zakorzenienie w bycie. Jest też ono od razu — proszę zauważyć — osobowe: jestem synem (córką). Mój byt, moje istnienie, od razu też wpisuje się w pewną hierarchizację, pewien porządek — Ojca się przecież nie obraża, nie czyni się nic przeciwko Niemu. Zbudowany w ten sposób zostaje pierwotny wertykalny porządek bytu — dopiero potem przez całe życie budujemy wokół tej linii, która służy jak drogowskaz, inne wartości i ideały, cele i środki, sensy i porządki rozumienia. Ale linia główna jest już wyznaczona — spina górę z dołem. I jak w lustrze możemy kolejne przypadki naszego życia odbijać w jej blasku po to, aby wyświetlił się sens.

Nie zawsze przecież tak było i nie zawsze tak jest. I nie tylko w Biblii można wyczytać sens posiadania swego miejsca. To ziarno absolutnego ciężaru, które wyznacza każdemu jemu właściwe miejsce, to przecież grecki topos. Oto stracił swe miejsce Odys, a jego życie przekształciło się w wędrówkę. Z kolein swego miejsca wyskoczył Edyp, bo chciał oszukać Los — musiał więc oślepnąć, by naprawdę zobaczyć swój błąd. Czy mam dzisiaj swoje miejsce? Nie, nie „mam” — czy je posiadam? Czy wzrastam na ziarnie w nim zasianym?

O „miejscu” właściwym dla każdego bytu pisał Arystoteles w swej Fizyce i udowadniał, że każdy byt dąży do swego miejsca, które tylko jemu jest przeznaczone. Utraciliśmy jednak świadomość swego miejsca i jesteśmy w drodze, jak Odys i jak Edyp. Zerwana została pępowina łącząca miejsce każdego z nas z tym naturalnym punktem ciężkości, który każdy w sobie nosi. Ten punkt wszak jest źródłem równowagi — nie, nie życiowej, bo nie mówimy tu o porządku życia, lecz o równowadze w porządku samego istnienia, całego bytu. Bo to jest realne. Życie jest pozorem, utkanym przez wyemancypowany rozum człowieka i na jego miarę. Mówimy zatem o tym, że trzeba posiadać świadomie w sobie ów odpowiednik miejsca, punkt ciężkości, który zakwita wówczas, kiedy połączony jest niczym pępowiną z ziarnem tego miejsca. Bo wszyscy jesteśmy dziećmi tego jedynego Bytu, którego nie można zdradzić, skoro jesteśmy — bo jest On samym istnieniem. To jest oczywiste, bo jest Jest.

Któryś jest w niebie

On jest wyżej, czyli nie w porządku naszego życia. To bowiem utkane jest na miarę naszego rozumu i naszej logiki i dlatego wyznacza horyzontalną linię wartości. Ich odniesieniem są inni. Także pewna umowa, którą zawieramy między sobą i którą nazywamy prawem. Ma ona regulować nasze życie ze względu na innych tak, aby przeżyć. I to jest zrozumiałe i oczywiste. Nie stanowi czegoś absolutnego, ale jest pożyteczne. Tak, jak światła na skrzyżowaniu ulic: wiemy, jak jechać, choć nie wyznaczają one celu drogi. Trudno bowiem wywieść cel wędrówki z przepisów ruchu drogowego. To są dwa różne porządki myślenia i wartościowania. Błąd na skrzyżowaniu nie jest tym samym, co grzech i występek. Wina orzeczona w sądzie na podstawie wykroczenia drogowego nie jest tą samą winą, która obciąża nas wtedy, gdy naruszamy ład ukazany w przykazaniach Mojżeszowych.

Bóg zatem — do którego się zwracamy — odwołuje się do innej rzeczywistości i do innego porządku. Mówimy metaforycznie: „któryś jest w niebie” — a tak naprawdę mówimy o porządku fundamentalnym, nieusuwalnym żadną wolą, oczywistym i koniecznym, a mianowicie o samym fenomenie istnienia. Ono nas ogarnia i pochłania, poza jego horyzont w żaden sposób nie możemy wyjść, aczkolwiek to nad nim nadbudowujemy mocą swego rozumu nasze codzienne życie, z jego własną logiką, z jego horyzontalnymi wartościami i kategoriami, sytuacyjną etyką i prawem (tymi znakami drogowymi naszego szlaku życia). Ale to życie nie może być zawieszone w próżni, bo zanurzone jest ono w samym istnieniu — życia nie da się ustanowić wyłącznie mocą ludzkiego rozumu. Co najwyżej w ten sposób możemy stworzyć pozór tak, jakoby życie tłumaczyło się samo przez się, i w ten sposób nadawalibyśmy mu charakter samowyjaśniającej się monady. Trudno jednak na takim złudzeniu budować sens — będzie on naprawdę pozorny.

Niebo, o którym mówimy w modlitwie, jest odwołaniem się właśnie do porządku, o którym powiedziano: „jest, który jest” — czyli samego istnienia. Dalej pójść niepodobna, bo to jest podstawa wszystkich podstaw — coś, co pozostaje po uchyleniu absolutnie wszystkich założeń (życiowych). Nawet kiedy o tym wszystkim, jak teraz, mówimy, to przecież istniejemy: istniejemy my mówiący o istnieniu. Odkrywamy stan niezróżnicowany, niedotknięty żadną interpretacją, ba, wzrokiem nawet. Istniejemy, bo istniejemy — z tej przestrzeni wyłania się życie i do niej zmierza. I biada, kiedy życie na samo to istnienie nie jest przezroczyste — wówczas, jak rak, wytwarza się jakaś własna materia, która wydaje się absolutna! I właśnie dlatego:

Święć się imię Twoje

…czyli pamiętaj o czci dla samego istnienia, dla jego tajemnicy i przede wszystkim o tym, że jest zawsze. Istnienie jest imieniem Boga — wszechogarniającego, bez granic, bez dołu i góry, bez jakiegokolwiek horyzontu. Po prostu i najoczywiściej jest, który jest — tylko tyle i zarazem aż tyle można o Nim powiedzieć. Prostota najbogatsza i najróżnorodniejsza, słowem nieogarniona. Dalej można poruszać się już tylko paradoksami, bo żaden język tej logiki i tego porządku nie wytrzyma. Uczynić życie przezroczystym na istnienia, to znaczy nieustannie dokonywać projekcji zdarzeń z horyzontalnej linii życia na wertykalny ekran wartości i ideałów. Czyli jak? Modlić się? — Tak, modlitwa jest taką właśnie formą projekcji, zwłaszcza modlitwa błagalna. Często słyszałem, kiedy pytałem o radę na okoliczność jakiegoś „życiowego” zdarzenia: „przemódl to …”. Tak, to właśnie taki ma sens. Byleby tylko było autentyczne, całym sobą czynione (osobowo właśnie). To nie może się dokonywać na poziomie słów i pojęć rozumowych.

Imieniem Boga jest samo istnienie. Ta prośba, w powyższych słowach zawarta, wzywa Go, aby całemu światu objawił On swoją istotę, tzn. dał nam świadomość fenomenu samego bycia. Jego charakteru absolutnego, koniecznego i oczywistego.

Przyjdź królestwo Twoje

Królestwem niezmierzonym Boga–Ojca jest właśnie istnienie — nieogarnione, bez nazwy, początku i bez końca. To w nim roztapia się wszelka forma życia i ku niemu zmierza. Chodzi tu o to, aby w każdej chwili życia mieć tego faktu jasną świadomość, nie dać się zwieść ułudom naszego rozumu, który bardzo by chciał wystąpić w roli demiurga (i tak w życiu występuje, zwodząc nas). Niech Królestwo czystego istnienia nas ogarnie i nie traćmy z oczu Jego tajemnicy i fenomenu. Mówimy tu tymi słowami: niechaj będzie Ono obecne w myśli, mowie i uczynku, ponieważ tylko Ono jest naprawdę. Byłoby zatem szaleństwem o tym zapomnieć. Niech więc „przyjdzie” i trwa. Dopiero z Jego punktu widzenia potrafię nadać porządek i miarę dla poszczególnych zdarzeń życia i ustanowić ich sens. Niech więc „przyjdzie”…

Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi

Tę wolę spełnię, jeśli potrafię każdy fakt i każdą wartość, które przynosi życie, sprowadzić w ostatecznej instancji do wymiaru istnienia. Ale przecież to nie tylko kwestia mojej woli, lecz woli Boga, dlatego z taką prośbą się zwracam. I wierzę, że jest to możliwe, ponieważ przecież już wcześniej stwierdziłem, iż Bóg jest Ens perfectissimum. W ten sposób oddzielam ziarno od plew — albo coś jest, albo nie jest, to zaiste ostateczna alternatywa. Jeśli jest, to samo istnienie przez nie przemawia, chroni je i zarazem stanowi jego cześć i pochwałę. Ale przecież nie zwraca się przeciwko niemu, ustanawiając jak rakowata narośl jakąś własną realność, własną rzeczywistość. To naprawdę kryterium podstawowe, dzięki któremu w życiu samym się nie gubię. Odczytywanie „woli” istnienia — oto moje zadanie i wyzwanie. To dlatego tymi słowami zwracam się w modlitwie modlitw do samego Boga Ojca. I w powyższych słowach zawarta jest zarazem deklaracja wypełnienia „woli” Ojca, czyli ustanowienia w życiu pewnego porządku, wypływającego wprost z oczywistego odczytania logiki samego istnienia — czegoś najbardziej realnego, bez czego nie da się nie tylko pomyśleć i wyobrazić sobie czegokolwiek (jeśli ma być realne), ale także niczego przedsięwziąć, jeśli ma mieć sens.

Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj

Chleb zawsze był kojarzony z podstawą egzystencji: pracuje się po to, aby „mieć chleb”, „za chlebem” się wyjeżdżało, „dla chleba” coś się czyniło etc. Słowo to stało się kategorią ogólną oznaczającą ogół środków niezbędnych do utrzymania się przy życiu. Posiada też dokładnie te wszystkie składniki, które są konieczne dla zdrowego organizmu — może zastąpić wszystkie pozostałe produkty. Wreszcie chleb ma swoje szczególne miejsce w zbiorowej pamięci narodu: to u Norwida znajdujemy przejmujące strofy o „kruszynie chleba”, którą ze łzami podnosiło się z ziemi. Chleb jest zatem przenośnym określeniem pokarmu w ogóle. W sensie biblijnym chleb to udział w przyszłym królestwie (Łk 14,15), słowo Boże (Iz 55,2), wreszcie sam Jezus Chrystus jako prawdziwy chleb z nieba (J 6,31–51).

Mówimy także o chlebie żywym, czyli Eucharystii ustanowionej na pamiątkę ostatniej wieczerzy Jezusa, kiedy to łamał On chleb i rozdawał swoim uczniom, mówiąc, że to jest Jego ciało. Ten chleb rozumiany jest jako niezbędne pożywienie duchowe, aby po prostu istnieć — i to on jest przedmiotem modlitwy. Jest czymś źródłowym, zakorzenionym w moim miejscu, w którym jestem w pełni. I to gruntowe, rzekłbym, pojmowanie chleba przywołuje od razu następującą listę kategorii, które już wyżej były użyte: miejsce, istnienie, bycie sobą u siebie, coś organicznego i autentycznego. O taki chleb prosimy w tej modlitwie modlitw i jednocześnie zobowiązujemy się bacznie obserwować każdą formę życia, czy do „chleba naszego powszedniego” nas prowadzi. W Ewangelii Jana jest mowa o „chlebie życia” — tzn. w naszej terminologii, tajemnicy samego istnienia. Spożywać ten chleb, znaczy w duchowy sposób łączyć się z istnieniem, nawet ku zgorszeniu świata, który z punktu widzenia życia, istnienia nie rozumie, bo nie może. Inna tu logika i nie rozumem człowieka stanowiona.

I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom

W słowach tych nie chodzi wyłącznie o literalne „odpuszczenie naszych win”, czyli ich podarowanie, rozgrzeszenie z indywidualnych postępków w życiu, lecz przede wszystkim — poprzez udzielenie odpuszczenia win naszym winowajcom — o ustanowienie całkowicie nowej relacji, nowego typu więzi z innymi. Jeśli bowiem hodujesz w sobie nienawiść, urazę, ból wobec kogokolwiek, nawet jeśli masz ku temu podstawy, to wówczas nie tylko wobec tego kogoś, ale generalnie wobec wszystkich innych występujesz jak człowiek okaleczony. Nie jesteś w stanie obiektywnie oglądać świata wokół siebie, albowiem twój ból zawsze zniekształca twoje widzenie. I jak na tej podstawie możesz właściwie odczytać ten świat albo jak możesz podjąć jakąkolwiek decyzję, która byłaby słuszna? A przecież w ślad za tym idą twoje czyny — nigdy nie będą one w tej sytuacji prawdziwe i autentyczne. Budujesz zatem jakąś osobną rzeczywistość — tak naprawdę jest to przestrzeń twego bólu, który cię zdominował. Chcesz być wolnym człowiekiem? Dlaczego więc się poddajesz?

Tymczasem chodzi o to, aby być „czystego serca”, czyli nieuprzedzonym i jasnym. Oddziel grzech od grzesznika — potęp grzech, ale okaż miłosierdzie grzesznikowi. On istnieje — i to nas chociażby łączy. Czyli partycypuje w tym samym bycie, co ty. Zatem niech „tylko” będzie jako taki, a nie „jako” grzesznik. I tutaj więc mamy tę projekcję na samo istnienie, na tę wertykalną oś wartości — tak ona tutaj faktycznie się dokonuje. Nie bądź zatem idealistą, odpuszczając grzechy, czynisz to także dla siebie, aby się oczyścić. Może teraz będzie łatwiej to zrozumieć i jeszcze łatwiej uczynić. Bo przywołujemy utylitarny punkt widzenia życia –– argument, że odpuszczamy grzechy poniekąd interesownie, dla siebie i własnej korzyści, może w tym wypadku przemówi.

Zostało zapisane: „Błogosławieni czystego serca”… Czyli jacy? Ano właśnie ci, którzy mają serce nieskalane bólem i urazą, po prostu serce nieporuszone i jasne — wolne od złych nastawień, wolne od emocji, takie, które wprost i bezpośrednio może obcować z samym istnieniem.

I nie wódź nas na pokuszenie

Każde zejście z drogi już wytyczonej, tj. czci dla samego istnienia, jest pokusą. Kuszą nas nieustannie różnorodne formy życia — im bardziej atrakcyjne, tym mniej przejrzyste na samo istnienie. Nie tylko je zakrywają, ale często wręcz przeciwko niemu się zwracają. Swoją drogą jest sprawą zaiste zadziwiającą, że z takim uporem i niekiedy determinacją odwracamy się od istnienia, wymyślając coraz to nowe formy użycia życia i tworząc coraz to nowe przesłanki je uzasadniające. Dlaczego tak się dzieje? Gdzie szukać źródeł tego procesu? Otóż w chrześcijaństwie ten moment oddzielenia człowieka od samego istnienia został opisany w biblijnej opowieści o pierworodnym grzechu Adama i Ewy i w jego konsekwencji opuszczenia Raju. Oderwanie się człowieka od pierwotnej prajedni funkcjonuje jednak i w innych religiach pod postacią analogicznych, choć w innych realiach zanurzonych opowieści. Spróbujmy tę biblijną historię opisać i zanalizować w kategoriach filozoficznych, i do tego w języku, który wyżej zaproponowałem. Dopiero wtedy odsłania się niespodziewanie jej wielka głębia.

Czym jest drzewo wiedzy, z którego owoców zakazał Bóg korzystać Adamowi i Ewie? I przede wszystkim dlaczego? Zacznijmy od odróżnienia wiedzy i mądrości. W swym pierwotnym sensie filozofia znaczyła tyle, co „umiłowanie mądrości”. Jednak na drodze swego długiego rozwoju przekroczyła w pewnym momencie granicę mądrości i stała się wiedzą. To znaczy — zaczęła formułować prawa ogólne, z których można było, na mocy wcześniej ustalonych reguł wnioskowania, dedukować prawa szczegółowe. Można też powiedzieć, że dialektyka wznoszenia się od szczegółu do ogółu niejako się dopełniła — filozofia wraz z osiągnięciem poziomu wiedzy stworzyła nową drogę wnioskowania, tym razem od ogółu do szczegółu. W ten oto sposób w filozofii coraz mniej było mądrości, a coraz więcej wiedzy — ta ewolucja przebiegała od sofia do logos.

U Arystotelesa spotykamy podobne rozróżnienia: wiedza (episteme) formułuje sądy prowadzące w rozumowaniu od ogółu do szczegółu, mądrość natomiast (phronesis) sądy od szczegółu do ogółu. Po pewnym czasie „szczegół” ów, czyli inaczej sam przedmiot poznania filozofii, nie tylko zszedł na drugi plan dociekań, ale wręcz okazał się czymś konstruowalnym przez teorię, co dowodnie wykazały dzieje filozofii najnowszej. W ten oto sposób filozofia domknęła niejako swój obszar badań. O ile wiedza — zrekapitulujmy ten wątek — usiłuje odnaleźć w życiu praktycznym to, co wcześniej założyła, o tyle mądrość poprzez doświadczenie praktyczne dochodzi do prawd ogólnych.

Czy o taką wiedzę chodzi w owym biblijnym podaniu o raju? Otóż nie — drzewo wiedzy odnosi się w swej istocie do samoświadomości poznającego. Wiem, że wiem, posiadam świadomość nie tylko swojej wiedzy, ale także siebie jako poznającego. To ten właśnie moment narodzin samoświadomości jest czymś absolutnie fundamentalnym dla rozwoju człowieka. Tu właśnie rodzi się nowożytny rozum, ów architekt naszego życia współczesnego. Rozum wyemancypowany z natury, zdobywczy i niepokorny, występujący w roli demiurga całej rzeczywistości człowieka. Tym też należy tłumaczyć fakt, że Adam i Ewa po spożyciu owocu z drzewa zakazanego nagle odkryli, że są nadzy, odkryli wstyd i postanowili się ukryć. Oto nie tylko zrozumieli, że stoją naprzeciw natury, której już nie są częścią, ale także i to, że rozumieją własne rozumienie. Narodził się przedmiot i podmiot poznania — ba, narodziła się sama filozofia. I tu właśnie upatrywałbym źródeł nowożytnych mitów pioniera i zdobywcy natury. Jednocześnie istota oddzieliła się od istnienia, esencja od egzystencji, byt od sensu. Jak było wcześniej? Człowiek nie był obserwatorem, lecz uczestnikiem misterium natury. I z tej perspektywy poznawał świat — niejako od środka, a nie z zewnątrz. Rzeczywiście są to dwa różne światy. Realny wydaje się pierwszy, drugi zaś wymyślony — przez ludzki rozum, który odkleił się od istnienia samego. I dlatego też na mocy własnej logiki zaczął tworzyć światy własne, własną materią nasycone, często nieprzejrzystą na tę pierwszą. To jest już rozum Kartezjusza, Kanta i Husserla.

Czy rzeczywiście historia naszej cywilizacji jest tożsama z osiąganiem coraz to wyższego stopnia samoświadomości przez gatunek ludzki? Faktem jest, że kolejne etapy rozwoju owej samoświadomości wyznaczają zarazem kolejne etapy rozwoju samej cywilizacji. Z tego też punktu widzenia dzieje człowieka to historia odrywania się od owej rajskiej prajedni. Takie przecież odczytanie podania o raju było obecne na kartach pism myślicieli nawet odległych od ortodoksyjnej religii, jak Plotyn, Eriugena, Eckhart, Cusanus, Boehme, a także Hegel. W ich tekstach odnajdujemy jeden niezmienny paradygmat myślenia: oto z jednej strony opisują oni sferę bliżej nieokreślonego (albowiem nie pozwala na to ułomność naszego języka pojęciowego) Absolutu, Prajedni, Bytu Wiecznego i Niezróżnicowanego, gdzie ginie podział na podmiot i przedmiot, a więc bytu wiecznego, poza czasem i poza przestrzenią. Z drugiej strony myśliciele ci opisują też wyłanianie się z Absolutu bytu nie–absolutnego, przypadkowego, ułomnego i złego w swej istocie. Ale w toku dalszej ewolucji duchowej świata, której ukoronowaniem ma być właśnie samoświadomy byt człowieka, Absolut niejako wraca do siebie samego. Jest to wizja rozwoju świata po spirali obdarzona także perspektywą nadziei na wieczną szczęśliwość. Od kiedy człowiek zdobył świadomość siebie i własnej wiedzy, poczuł się nieszczęśliwy i zagubiony, poszukując dróg wyjścia z tego fundamentalnego dylematu egzystencjalnego, który nakazywał wierzyć, że istnienie nie pokrywa się z jego istotą, że egzystencja wyprzedza esencję — czyli najpierw jesteśmy, a potem pytamy o sens istnienia. To są konsekwencje wygnania z raju.

Zatem — „nie wódź nas na pokuszenie”, czyli daj poznać mądrość płynącą z samego faktu istnienia, bez żadnych założeń, przesłanek wstępnych, warunków ogólnych etc., tzn. z mocą oczywistości, od której odwrócić się nie można.

Ale zbaw nas ode złego

Jeśli więc chcę swoje życie, a także działanie oprzeć wyłącznie na horyzontalnej linii wartości ufundowanych na bazie wyzwolonego z natury rozumu, to tak naprawdę otwieram drzwi na relatywizm, ułudę, pychę, na — mówiąc już językiem wiary — grzech. Umożliwiam grzech, choć jeszcze nie grzeszę. Dlatego tymi słowami zwracam się do Boga, aby dał mi siłę, wiarę i jasność widzenia wartości płynących wprost z istnienia. Warto życie oprzeć na tym, co jest, a nie na tym, co wymyślone (w Tezach o ethosofii nazwałem to metasferą myślenia). O to właśnie prosimy Boga.

Amen

Tak chcę, żeby było, a zatem to nie koniec, lecz początek. W to też wierzę. Mówię: jestem z Tobą w stałym związku, rozmowa nasza trwa przez cały czas, a ja jej nie przerywam. To jest nić łącząca mnie z samym istnieniem, któremu nie da się zaprzeczyć, skoro jestem. To także jest moja ostateczna pewność, moja oczywistość, dzięki której mogę uporządkować całe życie, ze wszystkimi formami, które ze sobą niesie. Tym słowem potwierdzam pewność, wiarygodność wszystkich poprzednich słów, a także wierność. Nie: „tak ma się stać”, lecz — tak właśnie jest, skoro jest.

Ojcze nasz…
Bogusław Jasiński

urodzony w 1953 r. – doktor filozofii, estetyk oraz pisarz. Laureat nagrody ministerialnej I. stopnia im. St. Wyspiańskiego. Członek stowarzyszeń naukowych i artystycznych w kraju i za granicą....