fot. sven kucinic

Dziesięć naboi rewolwerowca

Drużyny wiedzą, kto przyjedzie na mecz. I za każdym z sędziów idzie jakaś opinia. Ja byłem sędzią nieszastającym kartkami. Dopóki nie musiałem, to ich nie dawałem. Więc mówili: Listkiewicz przyjechał, będzie można sobie pograć.

Rozmawiają Michał Listkiewicz i Roman Bielecki OP

Pana mama Olga Koszutska była aktorką i reżyserką w warszawskim Teatrze Polskim. Tato Zygmunt Listkiewicz – aktorem filmowym. Jak to się stało, że z taką rodzinną historią znalazł się pan w sędziowskim towarzystwie?

Kiedy zaczynałem pracę jako dziennikarz w „Sztandarze Młodych”, moim mentorem był Tadeusz Olszański, nestor polskiego dziennikarstwa, mający dzisiaj dziewięćdziesiąt jeden lat. Łączyło nas to, że podobnie jak ja jest on hungarystą, a do tego genialnym tłumaczem literatury węgierskiej. Kiedyś powiedziałem mu, że zapisałem się na kurs sędziowski, ale nie wiem, czy iść. A on mi na to mówi: Idź, wsiąkniesz w to środowisko, od środka opiszesz te brudy i powiesz ludziom, co się tam naprawdę dzieje. No to zrobiłem, jak kazał. I zostałem na całe życie.

A na poważnie?

Nie miałem talentu do sportu. Uprawiałem piłkę nożną w Marymoncie, potem ćwiczyłem koszykówkę w Polonii Warszawa, a skończyłem na piłce ręcznej w Spójni Warszawa. Do wszystkiego miałem ogromny entuzjazm, ale byłem za słaby fizycznie, chociaż się bardzo starałem. Kiedy dobiegałem siedemnastu czy osiemnastu lat, czyli momentu, w którym trzeba na poważnie zdecydować, co dalej z uprawianiem sportu, trenerzy powiedzieli: Michał, sorry, ale są lepsi od ciebie. Tyle tylko, że atmosfera stadionu tak mnie wciągnęła, że wziąłem się za sędziowanie. Najpierw koszykówka. Sezon niestety był krótki, zaczynał się pod koniec października, a kończył w lutym. A ja w lecie też chciałem sędziować. I stąd się wzięła piłka nożna.

Jest pan jedynym Polakiem, który sędziował w mistrzostwach świata w piłce nożnej podczas finału.

Powiodło mi się z tym finałem we Włoszech w 1990 roku. Ale nie zapominajmy, że byłem arbitrem liniowym.

Skromność przez pana przemawia. Sędziował pan na tamtych mistrzostwach osiem meczów.

To prawda. To się nigdy nie zdarzyło. A już w ogóle wbrew jakimkolwiek zasadom znalazłem się i w półfinale, i w finale. Do tej pory obowiązuje zasada, że jeśli ktoś jest w półfinale, to dla niego jest to już koniec rozgrywek.

Jak więc do tego doszło?

Byliśmy wtedy jako ekipa sędziów na audiencji u Jana Pawła II. Spotkaliśmy się w Bibliotece Watykańskiej. Mieliśmy prezent dla papieża w postaci gwizdka zrobionego z kryształu. Papież wziął ten gwizdek, dmuchnął, ale to był tylko taki gadżet, więc nie wydał dźwięku. I wtedy Ojciec Święty powiedział: Co to za gwizdek, który nie gwiżdże? Szybko zapytałem kolegów, czy któryś z nich ma przy sobie prawdziwy gwizdek. Okazało się, że tak. Dał papieżowi, a on jak dmuchnął, to się żyrandole zatrzęsły. Na koniec spotkania papież powiedział do dygnitarzy FIFA: Trochę szkoda, że w tych mistrzostwach nie gra reprezentacja Polski, ale na całe szczęście jest nasz sędzia, pan Michał, i ja się będę modlił, żeby mu dobrze szło. I ktoś później mówił, że ówczesny prezydent FIFA João Havelange – bardzo pobożny Brazylijczyk – kiedy to usłyszał, miał powiedzieć: Tego Polaka wystawiajcie częściej, żeby papieżowi zrobić przyjemność. Może tak było, nie wiem.

Świetna historia. Aż chciałoby się zostać sędzią. Czy ja, mając czterdzieści cztery lata, mam jeszcze szanse?

Do sędziowania najniższych klas – tak. Ale nic poza tym. Dziś

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 06, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść