kopuła
fot. Fernando Meloni / UNSPLASH

Dwa dni Ewy Edwards

Pani genetyk poinformowała nas o tym, że zespół Edwardsa to choroba śmiertelna i nieuleczalna, występująca raczej rzadko i przypadkowo. Spodziewać się możemy wszystkiego, od obumarcia dziecka w ciąży, do różnej długości życia w stanie ciężkiego upośledzenia.

Strasznie się boję właśnie teraz zacząć pisać o tym wszystkim. Bo może to i tak za późno, bo najgorsze już było i pisanie będzie tylko bezużytecznym wspominaniem i oswajaniem. A może za wcześnie, bo najgorsze jeszcze przed nami i gdy się pogrążę w rozpaczy, te słowa tylko złamią mi serce. Głupie to, ale boję się nawet tego, że stanie się cud, o który wszyscy się modlimy, że Ewa będzie zdrowa albo że będzie żyła i będziemy mogli się nią opiekować – bo boję się racji tych, którzy gorszyli się może tym, że wiemy i tak to przeżywamy, bo się tylko zamartwiamy, a przecież często się okazuje, że zło spotyka tylko innych. Ale pisanie to chyba jedyny sposób, żeby jakoś się trzymać i nie dać się pokonać rzeczywistości, zwłaszcza teraz – bo dziś jest pierwszy dzień, kiedy nie poszłam do pracy i pewnie dlatego tak przytłacza ten ból, który jest wprawdzie jakoś przez cały czas, ale nie zawsze, na szczęście, na pierwszym planie. Ale najpierw był…

Czwartek, 14 września 2006 roku, 14. tydzień ciąży

Pani ginekolog nie spodobały się wyniki USG i testy z krwi. Była bardzo pomocna i współczująca. Szłam ulicą i płakałam, przyszłam do szpitala na Kopernika i dalej płakałam. Bo to tego dnia obudził się we mnie instynkt, zapewne macierzyński, taka szarpiąca za trzewia siła, odbierająca logiczne myślenie: że mojemu dziecku może coś zagrażać i muszę je chronić. Siedząc na oddziale patologii ciąży, przez cztery godziny niezauważona przez lekarzy, słuchając opowieści o dzieciach i szmeru aparatu KTG, płaczu noworodków i krzyku pielęgniarek, zostałam matką naturalną – i już z tym nie walczyłam. Bo odkryłam, że jest to tylko jeden z aspektów bycia matką, ten wprawdzie najbardziej wspólny, społeczny, łączący kobiety, ale niezabierający, na szczęście, mojej indywidualnej relacji z dzieckiem ani tego, co w sobie lubię i cenię, ironicznego dystansu. Odkryłam w sobie zdolność do pragnienia tej nowej osoby, lęku o nią, potrzebę poświęcenia się, skupienia na niej uwagi. Przez czas oczekiwania na wynik badania myślałam, że może po to dał mi Bóg tę sytuację – żeby nauczyć mnie tego wrodzonego macierzyństwa, żebym przestała się bać zrównania do poziomu powszechnych emocji, żebym tyle nie analizowała.

Już wtedy zaczęło się przeżywanie traumy, ale nadzieja jeszcze była. Do 16 października. Tego dnia zobaczyliśmy wynik badania – 18XX+X, potrójny chromosom 18, zespół Edwardsa. Pani genetyk była bardzo konkretna i uprzejma, poinformowała nas o tym, że ZE to zespół poważnych wad, choroba śmiertelna i nieuleczalna, występująca raczej rzadko i przypadkowo w populacji w wyniku aberracji chromosomalnej, a spodziewać się możemy wszystkiego, od obumarcia dziecka w ciąży do różnej długości życia w stanie ciężkiego upośledzenia. I że prawnie możemy dokonać aborcji. Nic więcej nie pamiętam z tamtej rozmowy, poza tym, że spytałam: XX? Czyli dziewczynka? I dalej, że szliśmy korytarzem, ja szlochałam rozpaczliwie, Paweł mnie przytulał, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy przed siebie. Wieczorem leżeliśmy po ciemku w łóżku i oboje płakaliśmy.

Pierwsze moje reakcje to spisanie na straty tej ciąży. Wiedziałam sporo z internetu o ZE, powtarzałam więc sobie, że to dobrze, iż to tak poważna wada, że ona szybko umrze, że nie będzie się męczyć i my może też przez to mniej, że to przypadek, że jeszcze będą zdrowe dzieci… Pocieszała mnie myśl, że może umrze przed porodem, więc się do niej nie przywiążę i będzie mi łatwiej. Myśl o jej szybkiej śmierci przynosiła mi ulgę.

A Paweł – inaczej. On, tak jak najpierw nie rwał się do badania, zapewniając, że i tak przyjmiemy dziecko, jakiekolwiek by było, podczas gdy ja histeryzowałam, że muszę wiedzieć i już, tak teraz powtarzał mi cierpliwie, że ona jest i mamy się nią zająć, że mam dbać o siebie i o nią bez względu na wszystko. Zaimponował mi tą konsekwencją i wiarą. Bo ja duchowo i rozumowo wiedziałam o tym wszystkim i chciałam ją przyjąć, ale emocje były inne. To była przecież świadoma decyzja, także moja, aborcja nie wchodziła w grę ani przez moment, ale dla mnie wtedy głównie z powodu moich przekonań i wiary. Emocje dojrzały do tej decyzji dopiero po jakimś czasie. Jestem przekonana, że aby podjąć w takiej chwili świadomą i akceptującą decyzję ratowania dziecka, kobieta musi mieć oparcie w kimś bliskim, kto odwołuje się do obiektywnej rzeczywistości poza nią, bo ona cała jest wielką raną i wyobrażam sobie świetnie, jak logiczna wydaje się wtedy decyzja o odrzuceniu dziecka w ten najbardziej radykalny i dostępny sposób, mimo że już wcześniej się je kochało.

Codziennie jednak coś się zmieniało, każda kolejna rozmowa i modlitwa były przełomem. Pierwszym ważnym wydarzeniem było nazwanie córeczki wybranym przez nas imieniem – Ewa. Wcześniej żal mi było „marnować” dla niej mojego ulubionego, wymyślanego tyle czasu miana. Z chwilą nazwania poczułam, że włączam ją w historię naszego życia, w naszą rodzinę, i stała mi się dużo bliższa. Przyszło też współczucie i skupienie na niej – że taka biedna, chora, że trzeba jej pomagać i się nią opiekować, i właśnie my mamy to zrobić. Że została nam dana też po to, żebyśmy ją uratowali, przyjęli. Wreszcie akc

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się