Drabina Melchiora

Drabina Melchiora

Znalazłem go w kościele. Spoglądał w niebo przez dziurę w dachu. Może patrzył, a może się modlił. Musiał być bardzo zatopiony w tym obrazie, gdyż dopiero na dźwięk mojego głosu powrócił do rzeczywistości. Trzy dni temu msza, w czasie której uroczyście wprowadzono do kościoła plastikową figurę ojca Pio, zakończyła się oberwaniem dachu. To nie mógł być przypadek, że sufit runął na ołtarz akurat w chwili przybycia do niej najsławniejszego Stygmatyka.
– Co słychać, kochany panie Stanisławie? – spytał ciepło.
– A czy może być coś ważniejszego? – wskazałem ręką na dziurę.
– Pańskie życie, panie Staszku. Kościół bardziej się nim interesuje niż spróchniałym dachem.

Jego dobre oczy mówiły, że to nie tylko pobożny żart.
– Ksiądz powinien pracować w piarze naszego episkopatu. Wizerunek biskupów bardzo by się poprawił. Już mówiłem, że się ksiądz tu marnuje…
– Podobnie jak pan. Widocznie to nasze marnowanie tutaj ma głębszy sens.
– Ja ostatnio akurat zaznałem cudu.

Twarz księdza rozkwitła w wielkie „Och”.
– Spotkał pan naszą Helenkę?
– To też – uśmiechnąłem się. – Ale… pamięta ksiądz, jak się skarżyłem na alergię? Nie mogłem wchodzić do kościoła z powodu zapachu lilii. Jeden kielich w kościele wystarczał, żebym lądował w szpitalu. Zadzwonił ksiądz, że pani Kuta, dostarczycielka lilii, nie żyje i mam się czuć bezpiecznie. No i w niedzielę siedzę sobie spokojnie w ławce, nagle patrzę, co ja mówię, czuję, że wraz z ojcem Pio wkraczają do kościoła lilie.
– O Boże! – ksiądz chwycił się za głowę – przepraszam pana, to było całkowicie nieprzewidziane, te lilie dostarczył…
– Nieważne – przerwałem przerażonemu Melchiorowi. – Proszę księdza, to wtedy właśnie wydarzył się cud. Wyjąłem chusteczkę, przygotowując się na atak, a tu nic…

Moja alergia zniknęła. Na drugi dzień wszedłem do kościoła, by się upewnić, że to nie złudzenie. Dosłownie wsadziłem nos w kielichy i żadnej reakcji. Normalnie już bym nie żył.
– No proszę – popatrzył na mnie z niedowierzaniem. – A wie pan, że świadkowie zeznawali zgodnie, że zapach lilii zapowiadał zwykle uzdrowienia ojca Pio? Powinien się pan zgłosić do lekarzy, żeby wystawili świadectwo – Melchior sceptycznie nastawiony do włoskiego świętego pewnie żartował, ale mówił to ze śmiertelną powagą.
– Ee, musiałbym mieć poświadczenie, że wcześniej miałem alergię. Zresztą Pio jest już święty, więc jestem jako świadek zbędny.
Melchior pokręcił głową.
– Proszę opowiedzieć o tym Helence. Zacznie fruwać.
– Mam do księdza prośbę, żeby nie mówić głośno o mojej słabości do Heleny – zażartowałem, mając nadzieję, że ksiądz twórczo rozwinie temat naszej uroczej pulchniutkiej fascynacji. – Moja pani może być zazdrosna i jeszcze się rozmyśli.
– Z czym?
– Ze ślubem.

Górski oniemiał.
– Nie wiedziałem, że sprawa z tą wdową jest tak poważna, inaczej bym sobie nie pozwolił. Kiedy ślub? – spytał poważnie.

Zdębiałem. Uświadomiłem sobie, że Melchior myśli o innej osobie.
– Ale ja nie mówię o ślubie z Krystyną Guzowską.
– Przepraszam, wydawało mi się, że coś jest między wami.

Teraz dopiero sobie przypomniałem naszą rozmowę o ludziach, którzy są wierni do końca swemu małżonkowi, nawet po jego śmierci. Nie wyobrażają sobie małżeńskiego spotkania w niebie w poszerzonym zestawie. Melchior wtedy mówił, że Bóg potrafi kochać jednocześnie miliony istnień i była to dla mnie z pewnością wskazówka, bym nie lękał się zaangażować w związek z wdową.
– Rzeczywiście, przez j








Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się