Studnia życia
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

Mogłabym się skupić na tym, czego nie zrobię: nie uratuję wszystkich dzieci, które umierają z głodu, nie wybuduję w całym Sudanie tylu studni, ile jest potrzebnych. Tylko co mi przyjdzie z takiego myślenia?

Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP: Od wielu lat zajmuje się pani samymi nieszczęściami. Wystarczy przeczytać napisy na plakatach, które wiszą w warszawskiej siedzibie organizacji: „Są miejsca na świecie, gdzie ludzie umierają z pragnienia”, „Uczmy dzieci czegoś innego niż wojny”. A my chcemy rozmawiać z panią o szczęściu.

Janina Ochojska: Paradoksalnie nieszczęście może być źródłem szczęścia – wszystko zależy od tego, jak się to nieszczęście potraktuje. Można się nad nim zatrzymać, załamywać ręce, rwać włosy z głowy i nic z tego nie wyniknie. Nieszczęście pozostanie nieszczęściem. Ale można zacząć działać, zmieniać nieszczęście w szczęście, jak choćby w Sudanie, gdzie od kilku lat wiercimy studnie. Nie potrafię opisać radości, która mnie ogarnia, gdy widzę wodę tryskającą z ziemi. Cała wioska czeka w napięciu – dzieci i dorośli. Robotnicy ich odganiają. A gdy woda się pojawia, nikt już nad niczym nie panuje. Kobiety podchodzą z kubłami lub jakimiś skorupami, do których ją czerpią, dzieciaki podbiegają, żeby się nią ochlapać, nawet nam udziela się ta euforia. Dla tych ludzi jest to początek innego życia, bo do tej pory pili wodę zaczerpniętą z jakiegoś śmierdzącego strumienia, od której wiele osób – zwłaszcza dzieci – każdego dnia umiera. My, wiercąc te studnie, zmieniamy całkowicie ich życie.

Jeśli chodzi o studnie, sytuacja jest oczywista: nie było wody, jest woda. Było nieszczęście, jest szczęście. Ale w 1992 roku jechała pani do Bośni, kraju ciężko doświadczonego wojną. Trudno wśród ludzi, którzy stracili domy, dobytek i najbliższych, szukać szczęścia.

Z wojną jest podobnie jak z tą wodą: można przyjechać i ubolewać, jakie straszne nieszczęście spotkało tych ludzi. Zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że ofiarami są przypadkowi cywile, którzy zostali wciągnięci w jej krąg wbrew swojej woli. Można na tym poprzestać i wtedy rzeczywiście jest to nieszczęście. Ale w każdej sytuacji da się coś zrobić, jakoś pomóc. Człowiek może czynić zło, ale ma również możliwość czynienia dobra. Dla mnie szczęściem było to, że wróciłam do Sarajewa z dwunastoma ciężarówkami wypełnionymi darami. Zarówno Polacy, którzy brali udział w zorganizowaniu tego konwoju, jak i ludzie, do których ta pomoc dotarła, mieli poczucie szczęścia.

Ale pomagając jednym, ma pani świadomość, że jest wielu innych, którym pani nie zdoła pomóc. Na przykład w Sudanie. Ile tych studni trzeba by tam nawiercić, żeby wszyscy mieli wodę? Pięć tysięcy?

Na pewno więcej.

Dwadzieścia tysięcy?

Pewnie ze 100 tysięcy.

No właśnie. I jak to w sobie pogodzić? Wiercicie jedną studnię, ludzie się cieszą, a tu jeszcze 99 999 do wywiercenia.

Wszystko zależy od perspektywy, z której patrzymy na takie sytuacje. Moja niepełnosprawność nauczyła mnie, że trzeba skupić się na tym, co można zrobić, a nie na tym, czego zrobić nie możemy. Dr Lech Wierusz, dyrektor Lubuskiego Ośrodka Rehabilitacyjno-Ortopedycznego w Świebodzinie, w którym jako nastolatka spędziłam kilka lat, mówił nam tak: możecie płakać przez całe życie z tego powodu, że jesteście niepełnosprawni, bo niepełnosprawność, to żadne szczęście. Tylko co wam z tego przyjdzie? Jeśli jednak to zaakceptujecie i pomyślicie, co możecie z tą niepełnosprawnością zrobić, to zobaczycie, że otrzymaliście dar, a jak człowiek dostaje dar, to trzeba ten dar rozmnażać, to trzeba go przekazywać innym. Przekonałam się, że nasz „Dyro” (tak nazywaliśmy dr. Wierusza) miał rację. Bo nagle okazało się, że ja, niepełnosprawna Janka Ochojska, mam bardzo dużo innym do dania. Mogłabym zatrzymać się na tym, że nie mogę jeździć na nartach, chociaż bardzo bym chciała, że nie poprowadzę samolotu, bo moja niepełnosprawność mi na to nie pozwala. Gdy byłam nastolatką, chciałam, jak inne dziewczyny, nosić krótkie spódniczki i chodzić na potańcówki – nie mogłam. Bo życie jest takie, jakie jest. W momencie, kiedy skupiłam się na moich możliwościach, okazało się, że mogę zrobić bardzo wiele.
Z ludzkim nieszczęściem jest podobnie. Mogłabym się skupić na tym, czego nie zrobię: nie uratuję wszystkich dzieci, które umierają z głodu, nie wybuduję w całym Sudanie tylu studni, ile jest potrzebnych. Tylko co mi przyjedzie z takiego myślenia? Wolę spojrzeć na problem inaczej: wywierciliśmy w Sudanie Południowym 160 studni, możemy ich wywiercić jeszcze więcej, bo zgłaszają się do nas ludzie i mówią: dam 45 tys. zł, tylko chcę, żeby ta studnia nazywała się Emmanuel. Proszę bardzo! Niech się nazywa.

Najpierw wynajmowaliśmy firmę z Kenii, która wierciła studnie, teraz mamy własną wiertnicę, niebawem trzeba będzie kupić drugą, bo okazuje się, że zamówień na studnie jest coraz więcej, że coraz więcej Polaków, zarówno indywidualnie, jak i poprzez firmy, chce finansować ich budowę i ratować w ten sposób życie setek tysięcy ludzi.

Piszemy też projekty do UNICEF-u, pozyskujemy fundusze z Unii Europejskiej, nie czekając, aż skapną nam pieniądze od darczyńców.
Budowa studni jest o tyle bezpieczna, że nikt nie może jej tym ludziom zabrać. Niepisana zasada jest taka, że każdy może z niej korzystać, studnia jest własnością mieszkańców danej wioski.

Pani jest szczęśliwa, kiedy widzi wodę tryskająca z ziemi. A ofiarodawcy, którzy dają te 45 tys. zł?

Trzeba ich o to zapytać. Prawdą jest, że na to poczucie szczęścia muszą trochę czekać, bo gdy ktoś nam wpłaca pieniądze teraz, to studnia będzie wywiercona dopiero w maju, a może nawet w listopadzie przyszłego roku. Studnie można wiercić jedynie w porze suchej, czyli od listopada do maja następnego roku. Wiercenia odbywają się zgodnie z wcześniej ustalonym planem: dziś wiemy, gdzie i kiedy wywiercimy następne. Przyjmując zgłoszenia od kolejnych ofiarodawców, wpisujemy ich do naszych planów i informujemy, że studnia zostanie wywiercona w takim a takim terminie (w przybliżeniu).

Niecierpliwią się, dzwonią, pytają – pani Janko, jak tam, woda już tryska?

Dzwonią, pytają. Każdemu wysyłamy zdjęcie z krótkim opisem, w której miejscowości studnia została zbudowana. Na każdej studni umieszczamy tabliczkę z informacją o darczyńcy.

Nie ma pani poczucia, że ludzie trochę uwiarygodniają siebie, wieszając np. w firmie zdjęcie studni, na którą dali pieniądze? Taki pozytywny PR.

Niech się uwiarygodniają, nie widzę w tym nic złego. Ludzie mają prawo cieszyć się, że zrobili dla innych coś dobrego. My nie możemy postąpić inaczej: dostaliśmy pieniądze, mamy obowiązek się z nich rozliczyć. Zdjęcie jest potwierdzeniem, że studnia została wywiercona. Dla mnie nie ma znaczenia, co ofiarodawca zrobi z tym zdjęciem: czy będzie je pokazywać u cioci na imieninach, czy powiesi je przy wejściu do swojej siedziby, czy też włoży do szuflady i o nim zapomni. Ja osobiście wolę, żeby firmy czy prywatni darczyńcy chwalili się uczynionym dobrem, bo na innych działa to jak zachęta: oni mogli, to dlaczego ja nie miałbym zostać sponsorem studni w Sudanie. W Polsce nie brakuje ludzi, którzy mają duże pieniądze, czasami chcieliby je wydać na coś sensownego, ale nie mają pomysłu na co. Takie zdjęcie wiszące u kogoś na ścianie czy stojące na biurku może podziałać jak zachęta, jak podpowiedź.

Mówimy cały czas o wodzie i studniach, ale była pani przecież w miejscach, w których jest mnóstwo innej biedy i nędzy. Czy był taki moment, w którym ogrom ludzkiego nieszczęścia przygniótł panią i odebrał siły do działania?

Nie, nigdy. Ja wręcz potrzebuję takich wyjazdów! Niektórzy mi nawet zarzucają, że robię sobie wycieczki. No cóż, robię. Trudno, żebym o tym, czym się zajmujemy i komu pomagamy, wiedziała i opowiadała tylko teoretycznie.

Kiedy wysyłaliśmy konwoje na wojnę, nie mogłam siedzieć w ciepełku i myśleć o tym, jak to dobrze, że do mnie nikt nie strzela i kule nie świszczą mi nad głową. Zatem jeżdżę w teren i nie ukrywam, że jest to dla mnie bardzo dopingujące.

Niedawno, choć mam coraz większe kłopoty z poruszaniem się, byłam w Sudanie. Doświadczyłam zarówno radości, jak i smutku. Poziom życia jest tam tak niski, że nawet trudno nam to sobie wyobrazić. Domki z gliny, dachy z trawy, narzędzia z drewna albo z kości. Posiadanie miski plastikowej i krzesła plastikowego świadczy o bogactwie. Mówię oczywiście o terenach bardzo zacofanych.

Widziałam, że ludzie jedzą z głodu liście z drzew, a ja w tym czasie w naszym obozie jadłam fasolę z ryżem. Miałam świadomość, że ta moja fasola i ryż to marzenie tych ludzi. W pierwszym odruchu człowiek źle się z tym czuje. Musiałam ją jednak zjeść, nie mogłam być głodna – miałam mnóstwo pracy do wykonania. I nie można o tym zapominać: ani tam, ani tu. Nie możemy się umartwiać i głodować w ramach solidarności z tymi, którym pomagamy. Nie o to chodzi. My mamy żyć tak, by zrobić dla tych potrzebujących coś pozytywnego.

Każdy z nas może coś zrobić?

Oczywiście, i to nie tylko dając pieniądze na taki czy inny cel. Nie zdajemy sobie często sprawy z tego, jak bardzo poziom naszej świadomości wpływa na styl życia ludzi. Człowiek, który ma świadomość, że na świecie brakuje wody pitnej, inaczej zaczyna tej wody używać. Poza tym jest bardziej skłonny, żeby wesprzeć akcję pomocy. Doskonale pokazują to badania opinii publicznej, które opublikowało Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Na pytanie, w jakiej dziedzinie powinniśmy udzielać pomocy poza Polską, 57 proc. ankietowanych odpowiadało, że w dziedzinie wodno-sanitarnej. Jeszcze trzy, cztery lata temu, zanim zaczęliśmy prowadzić kampanię wodną, w ogóle takiej odpowiedzi by nie było. Nie chcę się chwalić za bardzo, ale śmiało mogę powiedzieć, że to nasza zasługa.

Rozumiem, że zmiana świadomości, co do problemów z jakimi boryka się świat, to taka wartość dodana waszej działalności.

Tak i za tą świadomością idą konkretne czyny: zgłaszają się do nas osoby prywatne, zgłaszają się firmy i mówią: skoro na świecie jest taki problem z wodą, to my chcemy pomóc.

Podam jeszcze inny przykład: W tym naszym bogatym świecie mamy prąd, korzystamy z różnych urządzeń, które emitują bardzo dużo zanieczyszczeń do atmosfery. To się z kolei wiąże ze zmianami klimatycznymi, które, jak już udowodniono, powodują większą liczbę katastrof naturalnych. Dotykają one bardzo często biedne kraje. Czyli my, naszym stylem życia, wpływamy na poziom życia ludzi w krajach najbiedniejszych. Powiem coś bardzo niepopularnego, pewnie zaraz rolnicy, którzy czytają „W drodze”, przestaną prenumerować to pismo. Bardzo cieszymy się z dopłat rolniczych, ale jednocześnie nie uświadamiamy sobie, że w ten sposób bronimy się przed produktami z krajów globalnego Południa. Hiszpania i Portugalia dostają dofinansowanie do produkcji bawełny, tymczasem Burkina Faso, która – jeśli chodzi o bogactwa naturalne – ma tylko bawełnę, nie może jej sprzedawać na rynkach europejskich, ponieważ jej cena jest wyższa. Tyle, że ona nie jest dofinansowywana przez Unię Europejską. Wielu z nas chętnie kupi dżinsy za 19 zł, ale żeby dżinsy kosztowały 19 zł, to ktoś musi niemalże za darmo tę pracę wykonać. Mając świadomość tego wszystkiego, powinniśmy zacząć inaczej żyć.

Zdarza się pani usłyszeć zarzuty, że pomagacie w Sudanie, a u nas tyle jest nieszczęścia?

Tak, bardzo często.

I co pani na to?

No cóż. Mam kilka odpowiedzi.

Pierwsza jest taka: O tym, gdzie niesiemy pomoc, decydują ofiarodawcy. My mówimy zarówno o potrzebach dzieci w Polsce, które są niedożywione, czy ofiarach powodzi, które straciły swoje domy, jak i o potrzebach ludzi żyjących w krajach dotkniętych katastrofą czy wojną. Ludzie sami wybierają, na co chcą ofiarować swoje pieniądze. Przekazują je na konkretne nasze działania w Sudanie, w Palestynie, Czeczenii, Afganistanie czy w Polsce.

Po drugie: To prawda, że w naszym kraju jest bieda. I ona się cały czas pogłębia. Raporty Unii Europejskiej stawiają nas na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o zagrożenie ubóstwem wśród dzieci. Tyle że w Polsce jest bardzo dużo instytucji i agend rządowych zobowiązanych do tego, by się tym problemem zająć. Mamy Pomoc Społeczną, PCK i PKPS, jest Caritas, jest parafia. Do tego dochodzą poszczególne ministerstwa, np. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej , Ministerstwo Edukacji, Ministerstwo Zdrowia czy chociażby Agencja Rynku Rolnego. Jeśli do tego dodamy jeszcze różne firmy, organizacje, które realizują wiele programów pomocowych, pojawia się pytanie: Jak to możliwe, że w Polsce jest jeszcze tyle biedy?

No właśnie? Jaka jest odpowiedź?

Doszliśmy do wniosku, że te pieniądze są źle wydawane, że poszczególne organizacje, agendy i ministerstwa nie współpracują dobrze ze sobą. Zdarza się, że niektóre gminy pod koniec roku szkolnego oddają do budżetu pieniądze, które mogły wydać na dożywianie dzieci, a równocześnie proszą o wsparcie różne organizacje charytatywne. Bardzo mnie taka sytuacja denerwuje, dlatego postanowiliśmy sobie w PAH, że spróbujemy dokładniej się temu przyjrzeć, jakoś to ogarnąć i w ciągu czterech lat rozwiązać problem niedożywienia dzieci w Polsce.

Czy tu nie wracamy przypadkiem do tych nieszczęsnych imienin, na których bogaty biznesmen woli się pochwalić tym, że wybudował studnię w Sudanie, a nie tym, że nakarmił dzieci ze szkoły w Psiej Wólce? Wizerunkowo studnia w Sudanie wygląda lepiej niż Psia Wólka.

A tu się pani myli! Bardzo często podczas różnych spotkań biznesowych słyszymy: nasza firma działa w Polsce, dlatego tu na miejscu chcemy budować swój wizerunek. Proszę mi wierzyć, na pomoc charytatywną w naszym kraju idą miliardy. Tych kilka milionów, które przekazujemy na rzecz jakiegoś innego kraju, to są naprawdę niewielkie pieniądze.

Wielokrotnie zauważyłam, że jeśli chodzi o pomoc innym, działamy na zasadzie impulsu: Jest powódź – mobilizujemy się i zbieramy dary dla powodzian. Gdzieś trzęsienie ziemi zniszczyło połowę miasta – razem z resztą świata spieszymy na pomoc. A do systematycznego wsparcia ludzi potrzebujących jakoś nie mamy serca.

To prawda. I dlatego rodzi się pytanie: Czy możemy być na stałe szczęśliwi? Akcyjność daje dobre samopoczucie na krótki czas, ale nie daje szczęścia i spokoju sumienia. Z akcyjnością wiąże się też niejednokrotnie kompletnie nieodpowiedzialna pomoc. Nie są to puste słowa, mogę sypać przykładami.

W ramach akcji pomocy powodzianom w 2001 roku zbierano pieniądze na prywatne konta. Nad tymi pieniędzmi nie było żadnej kontroli. Znam kobietę, która dostała wówczas ponad 250 tys. zł. I zupełnie nie wiedziała, jak te pieniądze sensownie zagospodarować, na co je wydać. Do tej pory miała najwyżej 1000 zł miesięcznie i w ramach tej kwoty planowała wydatki. A tu taka niewyobrażalna dla niej suma. Przerosło ją to.

Podobnie było ze zbiórką używanej odzieży. Nikt nad tym w sensowny sposób nie panował. Efekt jest taki, że w każdej gminie na terenach powodziowych jest jakieś miejsce, w którym upchane są te ciuchy. Za jakiś czas trzeba je będzie zutylizować, a to pewnie pociągnie za sobą jakieś koszty.

Długotrwałe wspieranie niestety w Polsce kuleje. Niewiele jest osób, które systematycznie wpłacałyby nawet niewielką kwotę na jakiś cel charytatywny. Najchętniej wrzucamy parę złotych Jurkowi Owsiakowi i mamy bardzo dobre samopoczucie. „Wrzucanie” Owsiakowi jest oczywiście bardzo ważne, ale warto zastanowić się, czy tylko tego dnia chcemy być dobrzy?

Często powtarzamy, że więcej jest szczęścia w dawaniu niż w braniu. To pusty frazes czy prawda?

Rzeczywiście tak jest. Ja każdego dnia dostaję więcej niż daję. To jest niesamowite. Przez popularność tego stwierdzenia czasami aż trudno o tym mówić, bo to brzmi jak slogan. Widzę też, ile to daje szczęścia młodym wolontariuszom na misjach, którzy swoją konkretną pracą przyczyniają się do tego, że gdzieś ludziom żyje się lepiej. Świadomość, że jesteśmy komuś potrzebni, daje trwałe poczucie szczęścia, pozwala żyć sensownie. To jest niesłychane, że z jednego konwoju do Sarajewa, wysłanego w 1992 roku, urósł cały system pomocy, dzięki któremu zmieniliśmy życie bardzo wielu ludzi. I mam nadzieję, że nadal będziemy je zmieniać. Czasami słyszę: Pani tak się poświęca. A ja wtedy mówię: Ja się wcale nie poświęcam. Przeciwnie: Budzę się rano i już nie mogę się doczekać chwili, gdy pójdę do pracy. Kiedy już tu jestem, to trudno mi stąd wyjść. Cały czas coś się dzieje. Wszyscy mi mówią: Janka, zatrzymaj się. A ja nie mogę, bo mam poczucie, że niesienie pomocy nie ma granic. Wszystko zależy tylko od tego, ile pracy, ile energii w to włożymy, jak bardzo będziemy zmotywowani. Moja codzienna praca składa się z tysięcy drobiazgów. Te drobiazgi sprawiają, że jestem szczęśliwa. Czasami tak sobie myślę o moim życiu i się zastanawiam: Czego jeszcze chcesz ode mnie, Panie Boże?

Studnia życia
Janina Ochojska

urodzona 12 marca 1955 r. w Gdańsku – z wykształcenia astronom, założycielka i szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, posłanka do Parlamentu Europejskiego. W czasie studiów związana była z duszpasterstwem oo. Jezuitów w Tor...

Studnia życia
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Studnia życia
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze