Wszyscy szemrzą, nikt nie krzyknie

Wszyscy szemrzą, nikt nie krzyknie

Oferta specjalna -25%

Bogaci Jego ubóstwem

0 opinie
Wyczyść

Czekam na list episkopatu, w którym byłaby mowa o tym, jak dalece przestaliśmy sobie w Polsce ufać. Dopóki to elementarne zaufanie między ludźmi nie zostanie odbudowane, dopóty zawsze będziemy mieli kłopot.

Jeszcze w czasach seminarium usłyszałem definicję Kościoła, która w szczególny sposób zapadła mi w pamięć. Sformułował ją Sobór Watykański II. Dziwna to definicja, gdyż zaczyna się od słowa „jakby” – że Kościół jest jakby sakramentem, czyli znakiem i narzędziem zjednoczenia człowieka z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego. Ta definicja mówi przede wszystkim o tym, że sens Kościoła jest poza nim, że on wskazuje na jedność człowieka z Bogiem i wskazuje na jedność rodzaju ludzkiego. Nie jest dobrze, kiedy Kościół zaczyna zajmować się samym sobą. Wtedy już na pewno mamy kryzys. Jeśli trzeba rozmawiać o Kościele, to rozmawiajmy przede wszystkim o tym, ku czemu On jest zwrócony, czemu ma służyć. Im więcej jest gadania o Kościele samym w sobie, tym więcej szkody dla niego. Świętej pamięci Jerzy Turowicz mówił kiedyś, że wydawało się Kościołowi przez wieki, iż zabezpieczy Ewangelię wtedy, kiedy zatroszczy się najpierw o siebie i o swoje prawa.

Wszystko albo nic

Tę funkcję narzędzia („jakby sakramentu”) Kościół pełni poprzez trzy główne wymiary, które się ze sobą wiążą – głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i budowanie jedności między ludźmi, czyli communio. Urok tych trzech funkcji polega na tym, że albo się ma wszystko, albo się nie ma nic. To znaczy, jeśli głosimy Słowo w taki sposób, że ono nie prowadzi do sakramentów, nie zmienia relacji między ludźmi i nie buduje z nimi jedności, to nie mamy nic. To jest żadne głoszenie Słowa. Jeśli szafujemy sakramentami bez odniesienia do Słowa (w katechezie i kerygmacie) i bez wpływu na jedność między ludźmi, to mamy znaki, które są przeżywane magicznie albo na poziomie czysto kulturowym. I jeśli próbujemy budować wspólnotę międzyludzką, która nie wychodzi ze Słowa i nie wychodzi z sakramentów, to możemy mieć jedność, ale nie tę, o którą chodzi w Kościele. Dlatego, żeby zdiagnozować Kościół, trzeba brać pod uwagę, w jaki sposób głosi się Słowo, w jaki sposób sprawuje się sakramenty i czy Kościół jest narzędziem budowania jedności.

Komu brakuje odwagi?

Drugą, niezwykle istotną sprawą dla Kościoła w Polsce jest zapotrzebowanie na diagnozę (w tej chwili w zasadzie jej brak). Dwadzieścia lat temu, kiedy chciałem rozumieć rzeczywistość, czytałem Papieża albo Tischnera i miałem poczucie, że spotykam kogoś, kto pozwala mi odkryć przyczyny tego, co się dzieje w świecie, pokazując jednocześnie, że te przyczyny tkwią też we mnie i w innych, to znaczy, że są bardzo głęboko osadzone w człowieku. Po śmierci ks. Tischnera w jednym z tekstów nazwałem go Jeremiaszem polskiego Kościoła ze względu na końcowe lata tego prorokowania. Dzisiaj nie mamy nikogo takiego. Być może nie potrzebujemy jednej osoby, ale potrzebujemy wyraźnie ożywienia tego, co rośnie z charyzmatem prorockim, to znaczy zdolności rozpoznawania znaków czasów i opisywania tego, co się dzieje i kim my jesteśmy jako Kościół. Mamy z tym dzisiaj duży kłopot – żyjemy obrazem Kościoła, który nie oddaje rzeczywistości. Podam dwa przykłady z mojego podwórka.

Jako rektor seminarium często bywam nagabywany o liczbę powołań kapłańskich w Polsce. W końcu zmęczony tym nagabywaniem postanowiłem sprawdzić, jak to wygląda u nas i w kilku sąsiednich diecezjach. Wszędzie statystyki były podobne: nie mamy teraz spadku powołań. Spadek nastąpił dwadzieścia lat temu. W diecezji krakowskiej w 1996 roku wyświęcono 22 księży, podczas gdy w 1988, kiedy ja byłem święcony, wyświęcono nas 66. W 1990 roku do seminariów zgłosiło się prawie o połowę mniej kandydatów niż w latach wcześniejszych. Od tamtej pory liczba powołań utrzymuje się na tym samym poziomie. Tyle, że my tego spadku nie zauważyliśmy, bo po ulicach tabunami chodzili młodzi księża i wydawało nam się, że możemy ich wysłać na całą Europę. Dziś tamci 25-latkowie są już po pięćdziesiątce i okazuje się, że średnia wieku księży w Polsce poważnie wzrosła.

Podam jeszcze inny przykład: przez ostatnie trzy lata wszyscy rektorzy seminariów w Polsce pracowali nad zmianami w formacji. Miały one polegać m.in. na wprowadzeniu tzw. roku propedeutycznego. Trzy lata pracy. Dlaczego? Bo nie wszyscy byli przekonani, że my potrzebujemy czegoś takiego, jak rok propedeutyczny. Przeciwnicy zmian tłumaczyli, że kandydaci, którzy zgłaszają się do seminariów, pochodzą z dobrych, wierzących rodzin, że byli zaangażowani w różne ruchy kościelne itd. Ci sami ludzie, na potrzeby zupełnie innej wypowiedzi mówili, że mamy problem z rodziną w Polsce, że ta rodzina się sypie, że ruchów kościelnych nie ma. I oto mamy dwie, zupełnie sprzeczne diagnozy. Która jest prawdziwa? Do której należałoby dostosowywać programy formacyjne?

Każdy rektor seminarium przyzna, że nie brakuje kandydatów do stanu kapłańskiego pochodzących z rodzin w jakimś sensie dysfunkcyjnych. Zmusza nas to do postawienia sobie pytania: czy przypadkiem nie brakuje nam odwagi, by zdecydować się na wprowadzenie zmian, które są konieczne?

Ewangelizacja, a nie duszpasterstwo

W ubiegłym roku podczas spotkania z neoprezbiterami z krakowskiego seminarium zapytałem: „Co przez te kilka miesięcy bycia księżmi było dla was najtrudniejsze?”. Odpowiedzieli, że poczucie bezsensu. Zatrzęsło mną. Pomyślałem, że na wszystko ich przygotowałem, ale nie na to, że będą mieli poczucie bezsensu. Pytam więc dalej, o co chodzi, skąd to poczucie bezsensu? Jeden z nich powiedział, że ogłosił nabór na ministrantów, przyszło czterech, a po dwóch zbiórkach został jeden. Ogłosił spotkanie kandydatów do bierzmowania, przyszli, ale podczas trzech pierwszych spotkań walczył, żeby w ogóle chcieli go słuchać. Podczas czwartego udało mu się wreszcie coś powiedzieć. Słuchając ich, pomyślałem sobie: Wam, panowie, marzy się duszpasterstwo, a poszliście do ewangelizacji. W tym bowiem tkwi główny powód ich zniechęcenia. Kościół w Polsce ciągle jeszcze myśli kategoriami duszpasterskimi i nawet gdy mówimy „ewangelizacja”, to nadal myślimy „duszpasterstwo”. W ewangelizacji zupełnie inne rzeczy się liczą niż w duszpasterstwie. Ale my tej lekcji jeszcze nie odrobiliśmy. Bo kiedy papież Paweł VI pisał o tym w 1976 roku, wydawało nam się, że to nie do nas, tylko do tych z Zachodu. On zaś pisał, że w ewangelizacji potrzeba przede wszystkim świadectwa i dialogu. To znaczy, że ważniejszy jest styl życia księdza (np. ubóstwo) niż to, czy ksiądz umie powiedzieć kazanie.

Kłopot z wiarą

Wróćmy jeszcze na moment do owych trzech podstawowych funkcji Kościoła, wymienionych na wstępie. Jeśli chodzi o głoszenie Słowa, mam poczucie, niejednokrotnie już je zresztą wypowiadałem i pisałem o tym, że nasz Kościół bardzo mocno przykłada się do katechezy, natomiast niemal zupełnie nie głosi kerygmatu, wezwania do wiary osobistej, nie zderza ludzi – każdego z nas po kolei – z prawdą, że Jezus dla nas umarł i zmartwychwstał, że nas wyzwala z grzechu, że ja Mu zawierzam osobiście. Otóż bez mocnego głoszenia tej prawdy i bez jej przyjęcia katechizacja jest bez sensu, jest budowaniem czwartego, piątego, dziesiątego piętra, podczas gdy nie ma żadnego fundamentu. I ten ogromny wysiłek personalny, finansowy, strukturalny, jeśli chodzi o pracę katechetów, jest przestrzelony, ponieważ nie ma wcześniejszego pytania o wiarę osobistą. Zakładamy ją, ale na jakiej podstawie? Nie myślimy kategoriami ewangelicznymi, kategoriami Słowa. W Kościele powszechnym dzieje się wiele rzeczy fantastycznych pod tym względem. Był świetny synod biskupów o Słowie, był rok św. Pawła, jest rewelacyjna adhortacja Benedykta XVI, w której napisał m.in., że nie zastępuje się Słowa Bożego czymkolwiek innym w czasie liturgii. Między innymi nie zastępuje się czymkolwiek psalmu. Spytajcie się państwo księży, czy nie zamienią psalmu na kolędę w okresie Bożego Narodzenia. Siedemdziesiąt pięć procent zamieni i jeszcze uzasadni, że kolęda jest formą kultury narodowej, kultury religijnej, o którą trzeba dbać. A Słowo? Co to jest psalm właściwie? W tej adhortacji papież napisał też, że księga Pisma Świętego powinna być wystawiona w kościele, może nie aż tak centralnie jak Najświętszy Sakrament w tabernakulum, ale gdzieś w miejscu godnym, żeby człowiek, który wchodzi do kościoła, miał możliwość doświadczenia Boga w Słowie. Ile mamy takich kościołów, w których ewangeliarz jest rozłożony gdzieś w prezbiterium?

Jeśli chodzi o sprawowanie sakramentów, warto podkreślić, że nie sprawdziły się rozmaite scenariusze pisane Kościołowi w Polsce, mówiące o tym, że spadnie liczba chodzących do kościoła albo że zabraknie ludzi, którzy będą przyjmować komunię świętą. W Polsce, jak do tej pory, mamy ogromny szacunek dla sakramentów, choć oczywiście ta masowość, jeśli chodzi o szafowanie nimi, wytwarza pewne strukturalne szafarstwo. Mam tu na myśli np. bierzmowanie, które jest obowiązkowe w określonej klasie, i to, że szkoła przygotowuje do bierzmowania. Oczywiście, jest też przygotowanie – nieraz nawet kilkuletnie – w parafiach. Ale, tak czy owak, ciągle ten sakrament jest kojarzony z pewnym wiekiem szkolnym (gimnazjum) i tym, że przyjmowany jest w grupie klasowej. Tam, gdzie „szkolna” dominanta nie została przełamana pracą w parafii, jest to szaleństwo. Wiarę przekazuje się w Kościele, nie w szkole, dlatego przygotowanie do bierzmowania powinno się odbywać w parafii. Ale myślenie jest takie: jeśli w przygotowaniach uczestniczy klasa, to złapiemy wszystkich, bo jeśli nie wyłapiemy ich teraz, to już ich nie złapiemy wcale. To jest coś, co Benedykt XVI nazwał biurokratycznym podejściem Kościoła do duszpasterstwa, które, jak twierdzi, jest zaprzepaszczeniem jakiejkolwiek nadziei kościelnej. Papież mówi, że nadzieja nie jest związana z żadną biurokracją. Takie masowe i skrótowe podejście możliwe jest także w odniesieniu do narastającego zjawiska małżeństw niesakramentalnych. Strukturalne, biurokratyczne myślenie pozwala zadać wtedy w zasadzie tylko jedno pytanie: czy nie mają „przeszkody” do zawarcia małżeństwa? Nie pyta natomiast o to, czy ci ludzie nie mają kłopotów z wiarą. I wtedy wracamy do początku, bo to nie jest kłopot z moralnością, tylko właśnie kłopot z wiarą.

Wszyscy szemrzą, nikt nie krzyknie

I ostatni punkt, być może najciekawszy i najważniejszy. Kościół jest sobą wtedy, kiedy buduje wspólnoty, kiedy buduje communio, kiedy odbija w sobie to, co nazywamy caritas. W Polsce dzieje się dużo dobrego przy okazji rozmaitych dzieł miłosierdzia, ale wydaje mi się, że dwie kwestie warte są refleksji krytycznej.
Po pierwsze: mamy niewątpliwie medialny („internetowy”) obraz Kościoła, który zbiera „pod siebie”. Rodzi się pytanie – na ile ten obraz jest słuszny? I w ślad za nim pojawia się kolejne – o roztropność, uczciwość i wrażliwość w kwestii zgorszenia. W Polsce mamy do czynienia z dużym rozwarstwieniem, jeśli chodzi o poziom majętności, zasobności, ubóstwa. Tam, gdzie ono jest bardzo dotkliwe, trzeba uważniej przypatrywać się, co wolno, a czego nie wolno, co należy do takiego obszaru, który dawniej w Kościele nazywano superflua (nadmiar), a dzisiaj właściwie o tym nie mówimy. Pokażcie mi, w uczonym Kościele XXI wieku, księdza, który uznaje to za swoja zasadę. W starym penitencjale irlandzkim z roku 800 jest napisane: ktokolwiek gromadzi dobra ponad miarę, jeśli czyni to z niewiedzy(!), powinien trzecią część oddać ubogim. Wyjdźcie dzisiaj na ambonę i powiedzcie to ludziom.

Druga kwestia to obraz Kościoła podzielonego. Pytanie, które mnie interesuje, nie dotyczy tego, skąd się biorą różnice w Kościele, ale dlaczego nie potrafimy ich w sposób sensowny przeżyć. Na tyle, na ile mi podpowiada znajomość historii Kościoła w Polsce, myślę, że mamy niesamowitą tradycję Kościoła o wielu twarzach. Szukałem przykładu najbardziej wymownego. Kiedy myślimy o takim Kościele, który jest otwarty, tolerancyjny, różnorodny, który potrafi się ze sobą spotkać i ubogacić różnicami, to przychodzi na myśl epoka jagiellońska. Wtedy niemal automatycznie przypomina się postać Pawła Włodkowica, jako swoiste pars pro toto. Do napisanych przez niego tekstów Kościół przyznał się dopiero po pięciuset latach (abp Wojtyła w debatach nad „rewolucyjnym” dokumentem Dignitatis humanae przypominał właśnie postać Włodkowica).

Równolegle z Włodkowicem, pierwszym prymasem Polski był Mikołaj Trąba, który pięć lat po tekstach Włodkowica ogłosił statuty synodalne. Ostro piętnował w nich heretyków, Żydom nakazywał nosić żółte kółka na strojach, stwierdzając przy tym, że najlepiej, żeby mieszkali na jakimś obszarze wydzielonym w mieście odrębnym murem.

Otóż tenże arcybiskup Trąba – podobnie jak Włodkowic – należał do najwybitniejszych przedstawicieli polskiego Kościoła w tym czasie. I tak jak Włodkowic reprezentował polski Kościół na soborze w Konstancji; co więcej, o mały włos nie został na nim wybrany papieżem (autorytet jego wypowiedzi w debatach soborowych był taki, że zabierający po nim głos mieli zwykle mawiać już tylko: nos, sicut Trąba [„my, tak jak Trąba”]. Mamy więc dwóch wybitnych ludzi Kościoła, którzy w sprawach dlań fundamentalnych (tolerancja – nietolerancja; Kościół otwarty – Kościół zamknięty) prezentowali w swoim czasie skrajnie różne stanowiska. I to jest właśnie owa wielowarstwowość tradycji polskiego Kościoła. Jest Polska jagiellońska, ale jest także Polska sarmacka, a nawet Polska pseudosarmacka, jest Polska romantyczna i za każdym razem jest też Kościół – jest Kościół jagielloński i Kościół sarmacki. Kiedyś ks. Tischner mówił, że człowiek uczestniczy w godności tych ludzi, których dzieło kontynuuje. To jest pytanie, który wymiar tej tradycji chcemy kontynuować, dlaczego dzisiaj tak słaby jest ten wymiar tradycji jagiellońskiej w naszym myśleniu o sobie, o sobie w Kościele w Polsce, o sobie w Kościele w Europie. W katedrze na Wawelu, w kaplicy świętokrzyskiej, można zobaczyć gotyckie i łacińskie rzeźby oraz freski malowane przez prawosławnych mistrzów. Zawsze intrygowało mnie to, że kiedy te freski wykonywano, nie było jedności między Kościołami. A przecież ci prawosławni artyści – mnisi, którzy je malowali, musieli mieć na Wawelu jakieś miejsce do własnej modlitwy i liturgii. Już w pierwszej połowie XV wieku polska królowa Sonka starała się u papieża o to, by mieli takie możliwości. Dlaczego ta tradycja jest słabsza i dlaczego, jeśli różnice były zawsze, nie potrafimy sobie z nimi dzisiaj w żaden sposób poradzić?

Kościół łagiewnicki – Kościół toruński

Ilekroć zastanawiam się nad podziałami w Kościele, przypominam sobie szósty rozdział Dziejów Apostolskich. Jest tam następujący fragment: „Kiedy liczba uczniów wzrastała, to helleniści zaczęli szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy rozdawaniu pieniędzy zaniedbywane są ich wdowy”. Do tej pory nazywali się braćmi, a teraz nazywają się hellenistami i Hebrajczykami, czyli do tej pory nazywali się braćmi, a teraz nazywają się Kościołem łagiewnickim i Kościołem toruńskim. Problem jednak nie polega na tym, że ci są hellenistami, a ci są Hebrajczykami, ale że nierówno są dzielone pieniądze. Spór – brzydko mówiąc – jest o kasę, a jeśli o kasę, to tak naprawdę znaczy, że też o władzę. O tym nikt głośno nie mówi, bo lepiej jest sięgać po takie argumenty, które wydają się poważniejsze. Ale ja nie wiem, czy my w Polsce jako Kościół nie jesteśmy uwikłani w spór o władzę, w taką pokusę, którą ks. Tischner nazywał wolą mocy, żeby mieć koniecznie wpływ na to, co się dzieje w społeczeństwie, w polityce, w gospodarce, w prawie itd. Wtedy już nie wystarczają nam te proste funkcje, czyli głoszenie Słowa, sprawowanie sakramentów i budowanie jedności między ludźmi, tylko szukamy narzędzi, które nie są nasze, wydają nam się mocniejsze, lepsze, skuteczniejsze. Ile razy tak się działo w Kościele, tyle razy trzeba było przepraszać za to, co robiono. Do końca jeszcze nie wiem, co wynika z tego obrazu przytoczonego z Dziejów Apostolskich, skąd się bierze ten spór. Wiem natomiast, co jest powiedziane dalej: że najgorszą metodą rozwiązywania sporów jest szemranie. To, że helleniści zaczęli szemrać przeciwko Hebrajczykom, to była najgorsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć.

Na przełomie XIV i XV wieku, kiedy sytuacja Kościoła powszechnego była rzeczywiście dramatyczna, krakowski biskup Piotr Wysz zdiagnozował, na czym polega problem. Pisał: Omnes murmurant, nemo clamat („wszyscy szemrzą, nikt nie krzyknie”). W końcu krzyknął, napisał jeden z ważniejszych reformatorskich traktatów, wyraźnie i po imieniu diagnozując stan Kościoła. Czytałem w Regule św. Benedykta, że walczył z szemraniem. Taki przykład: mówi, że mnisi nie powinni pić wina, ale nikt tego mnichom nie wytłumaczy, więc niech piją litr wina dziennie, byleby nie szemrali z tego powodu, że nie ma wina. Bo szemranie zawsze rozwala wspólnotę. Dlatego ojciec Ludwik Wiśniewski ma rację, mówiąc, że potrzebna nam jest rozmowa. O Kościele w Polsce wszyscy „szemrzą”, ale brak jest poważnej rozmowy.

Dzieje Apostolskie mówią dalej, iż w celu rozwiązania problemu wybrano „Siedmiu”. Przyjrzyjcie się im – wszyscy wywodzili się z grona „szemrzących”; wszyscy należeli do „hellenistów”. Ci, którzy dotąd szemrali, wzięli się do pracy, to znaczy wzięli na siebie odpowiedzialność za Kościół, a ci, którzy zderzyli się z ich szemraniem, musieli im zawierzyć i powierzyć sprawy do wykonania, przekonani, że oni i tak zrobią wszystko po swojemu. I tu dotykamy problemu najważniejszego: przeżywamy dzisiaj totalny brak zaufania do siebie nawzajem. Powiem szczerze, że czekam na list episkopatu, w którym byłaby mowa o tym, jak dalece przestaliśmy sobie w Polsce ufać. Dopóki to elementarne zaufanie między ludźmi nie zostanie odbudowane, dopóty zawsze będziemy mieli kłopot.

I już ostatnia uwaga: tam, gdzie różni ludzie biorą odpowiedzialność za Kościół, tam on się jednoczy, bo nie ma innej jedności jak tylko jedność Ciała. Kościół tylko wtedy jest zjednoczony, kiedy jest ciałem, organizmem, kiedy każdy ma swój zakres odpowiedzialności i obowiązków, które podejmuje. Nic nie szkodzi jedności Kościoła bardziej niż próby jego ujednolicenia, uniformizacji, niż taka usilna centralizacja. Ostatecznie punktem dojścia w centralizacji jest rozbicie Kościoła, a nie jedność. Dlatego rozmowa to za mało. Potrzeba jeszcze odkrywania swoich charyzmatów w Kościele, odpowiedzialności i zaangażowania w ramach swoich kompetencji. Wszystko inne jest sztuczne.

Wszyscy szemrzą, nikt nie krzyknie
abp Grzegorz Ryś

urodzony 9 lutego 1964 r. w Krakowie – arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2011-2017 biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, profesor historii Kościoła, ceniony rekolekcjonista i kaznodzieja. Do 2011 roku był rekt...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze